SOSNOWE DZIEDZICTWO

Każdemu należy się bajka

Bo w pewne rzeczy trzeba wierzyć. Mimo wszystko i pomimo wszystkiego. Wbrew przeciwnościom losu, rzucanym pod nogi kłodom i temu, że wszyscy zdają się twierdzić inaczej. I nie omieszkają nas o tym powiadomić.

Cholerni życzliwi!

W życiu Anny Towiańskiej wszystko wcale nie spływa mlekiem i miodem. Wprost przeciwnie. Młoda kobieta posiada swoje demony i wspomnienia, których woli nie przywracać teraźniejszości; rany, które nigdy się nie zabliźnią i wątpliwości. Jednak wiadomość o spadku budzi w niej zaskakującą nadzieję. Cudowna Sosnówka, dworek co prawda do remontu, aczkolwiek położona w przepięknych okolicznościach przyrody i ludzi nader prawdziwych, zaskakuje ją. Budzi w niej matczyne uczucia. Te ostatnio tak spychane. Przywraca ją samą do korzeni. No i jeszcze Szyszka, suczka niby ofiarowany anioł stróż, przystojny pan weterynarz, przyjazne serca pani Irenki czy pana Dyzia… wszystko to sprawia, że szumna i szaleńcza egzystencja w Warszawie zdaje się nie być jej drogą. Ma alternatywę. Wyremontować, stworzyć pensjonat i zaszyć się gdzieś na Kujawach. Czy może wybrać takie życie?

Zrezygnować z miasta i znajomych… w końcu rodzina sama przeniosła się już w inny wymiar.

Może czas poszukać nowej?

Może to tutaj ukryto szczęście?

Tylko czy będzie umiała tutaj żyć?

„Sosnowe dziedzictwo” – oto pierwszy tom cyklu o pięknej i nader łatwo zjednywającej sobie ludzi bohaterce, która po latach otrzymuje miejsce, w którym tkwią jej własne rodzinne korzenie. Oraz tajemnice. Cudowny dworek, zdaje się jednak być położony z dala od wszelkich problemów. No może i trzeba go „podoglądać”, ale gdy już się kocha miejsce, nic w tym trudnego… Anna zakochuje się w Sosnówce od pierwszego wejrzenia i zaczyna wierzyć w nie obie. A dokładniej trzy: siebie, dworek i… suczkę. Szybko przekonuje do siebie mieszkańców miasteczka, ale też rozumie, iż wiele musi się nauczyć. Bo tutaj zdają się ukrywać malownicze osobowości, aczkolwiek poranione. Silne, zdolne przetrwać wiele, ale tak jak ona kryjące w sobie zadawnione rany, urazy i lęki. Jednak teraźniejszość to tylko cząstka tej historii. Dla nas bliska chronologicznie, swojska. Istotna w powieści debiutantki, Marii Ulatowskiej jest jednakże też historia. Przeszłość ludzi, Warszawy, Polski. Tajemnice zawieruchy Powstania Warszawskiego, siły poświęcenia jednostki i honoru. Tych cech, które współcześnie zdają się być tak spychane w niebyt przez dzień dzisiejszy. Jest w niej owa staromodność, ale nie fanatyzm. Subtelna elegancja, intrygujące słownictwo, ale brak owego robienia z czytelnika niedouczonego cymbała.

Autorka powieści sprawnie czaruje słowem. Ekwilibrystyczne sztuczki nie są jej obce, ale mimo pewnej niewinności potrafi być zaskakująco dobitna w swej narracji. Właściwie nic co ludzkie jej obce nie jest. Łącznie z pewnym problemem, który może się przydarzyć mężczyźnie w momencie nadzwyczajnego… zauroczenia! Czy opisuje psa czy człowieka, zawsze dopatruje się co najmniej jednego dna, ale jednocześnie unika ekshibicjonizmu. Nie jest natrętna, lekko zaprasza do swojej opowieści i pozwala nam nie tylko zmoczyć stopy w jeziorze, upaprać się poziomkami czy żywicą sosen, ale też poczuć smak tamtejszych ryb. Choć i tak większość wypuścimy z powrotem!

Maria Ulatowska przede wszystkim jednak pokazuje, iż każdy z nas ma tak naprawdę co najmniej dwie twarze. Prawdę i fałsz? Może i nic nowego? A jednak, przypomnienie, że wystarczy słuchać drugiego człowieka tak naprawdę, do końca, nadal jest w regresji. Każdy przecież ma w sobie skrywany ból i tą twarz dla świata, którą nie chce straszyć innych, kłamie dla dobra ogółu. Maskę otulającą owe tajemnice, wstydliwości, do których nie chce się przyznawać. Ale Maria Ulatowska idzie dalej. Przyznaje prawo do skrywania tajemnic. Co życia i walki. Do milczenia, ale i krzyku…

Tak więc jakie jest „Sosnowe dziedzictwo”… a powtórzę się!

To niewymuszona, sympatyczna… wcale nie ciepła – nie przepadam za tym słowem „ciepła powieść”, jakby były i gorące i letnie – ale taka przynosząca wiarę w to, że są na tym świecie jeszcze ludzie, którzy potrafią tak pisać. W ten uroczo pewny sposób, jakby wciąż wierzyli w innych ludzi i nie krzywdzili ich. Dzięki specyfice historii dawali czytelnikowi nie tylko wytchnienie, ciepło, dobrą opowieść, ale przede wszystkim ową pełną uśmiechów pewność, iż takie rzeczy wciąż się zdarzają, choć świat wydaje się być taki, taki, no taki straszny…

Że w tych wszystkich koszmarach jest nadzieja!

Tym przede wszystkim jest „Sosnowe dziedzictwo”. Obrazem tego, co może się wydarzyć. Nadzieją, że życie to jednak coś więcej. Bajką, która należy się każdemu z nas!

PS. Tylko mam nadzieję, że drugi tom będzie miał załączone drzewo genealogiczne, bo się w Anulach gubię J

„Sosnowe dziedzictwo” Maria Ulatowska, Wydawnictwo Prószyński i Ska 2011.

A tak ma wyglądać okładka drugiego tomu opowieści o Sosnówce!

Na Walentynki jak znalazł. I co dobre, dla pań w każdym wieku!

Jedna odpowiedź na „SOSNOWE DZIEDZICTWO

  1. Pingback: Słuchając wiatru… | Chepcher Jones

Dodaj komentarz