„Nie byłam nigdy wielka i nie chciałam, tak naprawdę… nie miałam wybujanych marzeń o wielkich jagodach i zobaczeniu nieba… sosna, ta, przy której się narodziłam, opowiadała o nim i czasem się odchylała, więc widziałam, nic specjalnego…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gra środkowa” – … to… to jest… to.
Ekhm, obawiam się, że pomimo przeczytania już tak wielu książek, wszelakich, od lat siedemdziesiątych, znania na pamięć wielkiej masy opowieści, jakoś… nie wiem, wysłuchawszy wielu gawęd, historii, czy też teatralnych pokazów mocy obejrzwaszy, śpiewanek operowych i operetkowych, baletu… no po prostu nie potrafię, nie umiem. Jakoś tak… ta powieść jest inna.
Jest cudowna, jest fascynująca i jeszcze…
Niemożliwa.
Ona nie może istnieć, po prostu nie.
Nie w tych czasach wszelakiego upadku słowa i historii, gawędy i bohaterów osobowości, po prostu nie. Odmawiam uwierzenia w to, iż ona istnieje, nie może, nie w tej linii czasu, nie tutaj, nie teraz… nie. A jednak… boję sie jednego, iż autorka tak się odznacza e swoją potężną opowieścią, ponieważ to, co dookoła, jest takie AI. Tak bardzo nudne… tak bardo romantazy bleee…
A o czym to jest? O rodzeństwie, miłości, alchemii i dzieciach. O supermocach, bohaterach, ale też i o uczuciach, których się nie pojmuje. Jest tu i nuda i akcja. Jest i zapatrzenie się, zatrzymanie, oraz to coś, co nie pozwala się nam oderwać od stron. Przynajmniej dla mnie tak było… dużo.

Po reniferach podjechaliśmy też nad jezioro, czyli tam, gdzie droga się skończyła i było to magiczne… fjäll usiany tymi czerwonymi iksami/krzyżykami, one kolory, które przesuwające się po rozświetlonym niebie chmury aczęły ocieniać… no bajka! Tak wiele kolorów, odcieni, wszelakich niepewności i nieznajomości… Nie pamiętam nazwy jeiora, czy też samej rzeki z wodospadami… nie pamiętam… za bardzo byłam po prostu zapatrzona w to wszystko.
To jest tak bardo inne.
Widziałam lasy, widziałam pustynie, ale to… jest po prostu jakieś szaleńśtwo natury. Genialne szaleństwo!!! I samo Sälen… kryje wiele niespodzianek. Miejsc, by chodzić, zimą, by zjeżdżać, by łazić, szwędać się… być po prostu, czy też łowić ryby, a może i nawet popływać. Lub biegać, rowerować się, wyciągi cię wciągną na górę i zwiozą, nawet teraz… a to wszystko… jest tak kolorowe… Poza tym jest też niezły skansen, darmowy wjazd, niesamowicie uroczy z miejscem dla dzieci. Ech, te drewniane domki, ten podwieszany most, ja pierdziu, wiele zawałów serca dla mnie, ale urocze to, z każdą deską i śrubką wykupioną przez kogoś, niczym ławki w kościołach…
… no co, w Polsce takie widziałam.
Ale przede wszystkim ten spokój, no i dla nas, wilgotność, której istnienia jakoś się nie spodziewaliśmy, jakoś tak, zapomnieliśmy, że ona istnieje. W koncu rok suszy jednak coś znaczy, wiele… nawet. Nawet człek nie wiedział jak wiele. A przecież, jak to jest już w tych nowych budynkach, wentylacja suszyła na całego… potem się dowiem, iż tak dobrze mi się spało, bo łóżko kosztuje aż 50 tysięcy DKK!!!
Ja pierdziu!!!
To dlatego wynajem na 3 noce aż tyle był? Bo łóżko i brak zasłonek? Ekhm, czy ja coś przegapiłam?
Nawet ziarnka grochu nie poczułam, ale widok zapamiętam na zawsze i w końcu spokój, miejsce przy oknie, gdzie możnaby pisać i czytać i tworzyć, schowane, ale nie do końca… czarujące takie! Bardzo!!!

Sälen… i do Fjällbacki.
Drzewa i mgły…
A Fjällbacka jak zawsze, piękna… wietrzna i cudownie pusta po sezonie! To miał być nasz odpoczynek, ale załatwiliśmy też łażenie, pływanie w tak słonej wodzie, że aż parzyła… i co dziwne, nie było już meduz? Hmmm… może tylko na Hamburgo?
Może…
Ten spokój skał, które dają się zmieniać za każdym razem, ona ich gładkość, ten widok, ta morskość, kamyki… czasem jakaś łódka… a czasem dwie Szwedki pytające się, czy zimna woda. No nie wiem, dla mnie była ciepła, więc tak odpowiedziałam… ale ja jestem mało normalna temperaturowo. LOL Chyba? Dla nich kalt mocno! Spojrzały na mnie jak na snowmana! Z rabarbarową drożdżówką!!! Luksus, zwykle sobie nie pozwalam. Ale dlaczego w tym też jest kardamon?!!! NOOOO!!! W oeitru kardamon, w wodzie, nosz kurde no, tu też… ale i tak dobre.
W końcu to rabarbar! LOVE
Veddö.
Ostatnim razem byliśmy tutaj w pandemii chyba… i mnie urzekło.
Obiecałam sobie wrócić na oną wysepkę/rezerwat, ale jakoś tak się nie składało, a teraz, po tych wszystkich latach, to było jak odkrywanie tego miejsca na nowo. Zaglądanie w nowe kąty, spoglądanie na znane, rozpoznawanie zmian – nomen omen kibelek zrobili. Taki wypasiony. Dziwnie, chwiejny lekko, no ale wiecie, jak trwoga i potrzeba, to trzeba… – więc są i nowości. I krab był i czysta, słona woda, i jeszcze cisza i siedzenie na skale w pięknej zatoczce… spoglądanie na miasteczko… to wszystko jest jak z bajki. Albo z morderstwa, no wiecie, jedno drugiego nie wyklucza, kryminał czasem też bajka!
Ekhm…
Były i ryby z frytkami, wróble je z wami współjedzące, słońce, chmury, morze, niebo, łodzie… kolory, cienie i kształty… i chcę znowu! To były niesamowite dwa tygodnie września. Szwecja jest czarownie różnorodna, jeśli da się jej szansę na pokazanie wszystkiego. A potem trafiliśmy w Malmo na targ sztuki… no cudo… a potem była buba numer jeden i dwa i trzy, bo przecież nie może być zawsze dobrze… parking, i koleś co nas stuknął pod IKEA, ta nienawiść duńsko-szwedzka, moje oczy i sznurek zagubiony… no po prostu… dlaczego kop w dupę na wyjazd?
WHY?!
Wiem, że Wyspa jest zazdrosna, no ale…

