Pan Tealight i Problem z dostawą…

„Ostatnio Śpiące Królewny… a tak, Pan Tealight w końcu skompletował sobie cały zestaw, zawsze chciał mieć je wszystkie, niczym figurki z jajek niespodzianek… ale wiecie, takie ładnie ubrane, nieobesrane, bezdzietne… zaspane i zasmarkane może, niektóre z misiem, inne z zajączkiem, kołderka, kocyk, a nawet ta z drzewkiem i śpiworkiem…. w tym jedna składana, no i w końcu mu się udało.

Był właściwie z siebie bardzo dumny, ale…

No właśnie… było ale…

Ale występowało w różnych formach i stanach skupienia. Miało swoj obwijki i sreberka, pudełeczka i łapki na muchy, miało własne posiadłości i jachty nawet, odrzutowce i wszelakie dobra inaczej materialne. Miało ubezpieczenia i opłacało dziwne składki, było opadatkowane i zwolnione z niektórych nieprzyjemności, ale… no właśnie, miało też Ale swoje własne ale…

W tym przypadku ale dźwięczało Panu Tealightowi w głowie domagając się jakiejś posiadłości dla onych cudów zmagazynowanych na razie w niewielkim pudełku, niewiele większym od tego na drogie i przestronne buty… pod stołem w kuchni, tam, gdzie malo kto zaglądał, bo Okruszki ostatnio… cóż, właściwie nie tylko ostatnio, nie były w najlepszym humorze.

Podobno nawet ogłosiły stan wojenny, ale kto tam do końca rozumiał ten ich szeleszcząco – kruszący się język…

Ojeblik – mała, ucięta główka jak najbardziej, ale wiecie, z nią też ostatnio się nie można było dogać. Podobno miała jakiś projekt i plany i jeszcze przechoziła jakąś przemianę, czy coś w tym deseniu i rodzaju, więc… no tak, jak zwykle pasja zrodziła problem, w to onaczało lekkie, w porywanych do gwałtownego, podenerwowanie właściciela Sklepiku z Niepotrzebnymi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa burzy” – … hmmm… tak właściwie, to przecież mogę, mogę powiedzieć, że tak, lubię. Po prostu. Lubię literaturę, którą prezentują Briggs czy Anrews. Coś fantastycznego, ale lżejszego… i chociaż czasem brakuje mi onej ciężkości fabuły, onego dopisania słów, to jednak, jakoś tak…

No lubię i tyle.

Nie będę się tłumaczyć… to jak przegryzka, albo poprawa humoru, cukierek ukradziony z choinki… po prostu opowieść, którą naprawdę pożera się szybko i karmi się nią w snach. Po prostu. A ta część, to kontynuacja poprzedniej, a jako że ten świat należy poznawać od początku, to wiecie, co napiszę: czytać od pierwszego tomu. Warto mieć, bo do tego się wraca, na poprawę humoru…

Tak zwyczajnie.

Ale, jako że kontynuacja, więc troszkę wiadomo czego się spodziewać, ale w pewnym momencie coś się zmienia, odkształca i nagle, powieść znowu nabiera rozpędu by z hukiem, jak wykle sprawić, iż kilku się posiniaczy, inni zginą, ale czy o nich dbamy… a inni może i się odrodzą, w końcu to fantasy.

Tu wszystko jest możliwe.

A nasza bohaterka ostatnio ustanowiła nowe asady i poznała nowych znajomych, więc… dzieje się!!!

Sucho…

Ale nocą dzieje się ona magia, czy też fizyka raczej, i na aucie pojawia się warstwa wody… czy to dlatego jakoś tak siedząc na trawie, onej zamsonej, dziwnie nieistniejącej, wciąż ma się wrażenie onej wilgoci? Ale przecież trawy nie ma, zamiast niej ona bura brunatność i odmiany sienny…

I katar sienny, zapewne.

Jednak rośliny nie do końca chyba są nakarmione oną rosą, szcególnie, gdy susza nie ustępuje. Ma gdzieś ludzkie zaklinania, świeżo wsadzone sadzonki, wysiane zioła, roślinki, one nasionka, którym nie dane jest wzejść, przemienić się w zieleń kładącą się, gdy wiatr zawieje, ale… przecież i tak nie wieje często. A różnice temperatur powalają. Z jednej strony Wyspy upały, z drugiej, zwyczajnie ciepło, a to już druga połowa czerwca – gdy to piszę… i wciąż nie padało. I tak, jak najbardziej susza, to coś normalnego, ale jednak zapominacie wciąż, iż ta susza ma miejsce wiosną i miała zimą, ciepłą zimą, bezśnieżną… nie latem… lato dopiero nadeszło.

Zapukało i poczuło się zaskoczone.

Bo jakby już tutaj było, ale… wszystko wydaje się być takie jakieś opóźnione… jakoś takie nie na miejscu.

Dziwne.

Wyspa dziwnie milczy…

To czuć.

Oczywiście, że Turyścizna się bawi, jakoś tak niczego nie czując, chociaż może… może jednak coś czują, nadmierną suchość w gardle, oną aurę wyciągającą z każego choćby ostatnią kroplę wilgoci… dotknij skały, a zabierze z ciebie wszystko. Dotknij wody… a tak, sorry, wyłączyliśmy wodospady.

Wiadomo…

Podobnie jak przestawiamy kamienie stojące od tysięcy lat.

Nie wiem jak inni, ale mi się żyje trudno. Z jednej strony wilgoć od zawsze przerażała, z drugiej, jakoś tak, susza, suchość… no tak, poukładałam pewne sprawy, dzięki onej suchości, spaliłam plecy, zmęczyłam mięśnie, nadwyrężyłam stawy, ale… ale wciąż trudno się oddycha. Tak trudno…

A ta wilgoć poranka zdaje się być jakaś taka kwaśna, okrutna!

Zakłamana…

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Problem z dostawą… została wyłączona

Pan Tealight i Królewna Zaśnięta…

„Oj bo najpierw to się jej przysnęło…

… a potem…

Jak przysnęła, to jakoś tak, poczuła się lepiej, ale jak się obudziła, zwyczajność świata ją przytłoczyła, więc postanowiła znowu zasnąć i znowu, aż w końcu, jakoś tak… bo widzicie, tam, we śnie, wszystko było inaczej. Jakieś takie bardziej kolorowe, jakieś takie bardziej miłe, spokojne, swojskie, znajome, wszelako jej… jakieś takie znajome, a jednocześnie, choć miejscami straszne, to jednak, jakoś tak…

Nie do końca.

… więc zasypiała, a gdy się budziła, szła do Wygódki, opowiadała jej sny i wracała do łóżka potykając się o butelkę, której nikt nie odniósł do recyclingu, i tak sobie leżała niczym esperyment jakowyś, wiecie: czy ktoś się wywali, ino potknie, zatrzyma na framudze, czy jednak nie, a może miliony kroków i wszelakich otarć zrobią z niej rzeźbę, jak one szkiełka z morza wyciągane…

I zasypiała.

Z czasem zaczęła bardziej spać niż się budzić, więc nauczyli się zmieniać jej pościel, w chłodniejsze dni dodawać kocyk, a jedna z Wiedźm z Pieca zawsze przy niej siedziała dziergając skarpetki na sznurku, wiecie, takie dla wielostopych, w końcu miała i misję i czas, więc dlaczego nie… a i ktoś musiał zapisywać to, co Królewna mruczała. One wszelkie słowa i opisy, wdechnięcie i zdechnięcia.

One krzyki i mamrotania, pienia i zaśpiewywania…

Bo nigdy nie wiadomo kiedy coś się nie przyda, szczególnie teraz, gdy wszystko naprawdę zdawało się ciągnąć wszystkich ku jakiejś zmianie… czemuś nieznanemu, czemuś szalonemu i może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” – … po prostu… Chyba jestem wstrząśnięta i zmieszana i jeszcze, wybudziło się we mnie coś złego, coś z czasów dzieciństwa, o czym nie chciałam już nigdy myśleć, pamiętać… bo ta powieść to nie zwykły thriller/kryminał czy powieść psychologiczna, ona wziera się wam do serca i zwyczajnie przegląda sobie wszelakie wydarzenia, dotyka blizn, rozdrapuje rany, zdziera strupy i się nimi karmi.

Tutaj nawet nie chodzi o bohaterów, o oną obrazowość języka, chocia zachwyca, o te niepewności, one dziwne miany narracji, poplątanie, ale prede wsystkim o to, co ta książka robi  nami. Nie jesnajważniejszą dziewczynka, któa aginęła lata temu ni jej siostra czy samotny człowiek… nie…

Nawet omy nie są ważne, tylko my, czytelnicy.

To my przechodzimy pranie mózgu… nagle przypominamy sobie elementy przeszłości, które wydzierają z nas samych strony i słowa, nasze opowieści. Nagle zmieniając wszystko to, co mamy teraz w coś innego…

Niesamowita, wstrząsająca, mądra i malownicza, uczta słów i… chyba jedna z najlepszych powieści jakie czytałam. Naprawdę. Onych z pogranicza gatunków… nietrzymających się reguł… tak jak życie, którego nie można być pewnym.

Nigdy.

I zło i dobro… które… cóż, czy istnieje?

Cóż, moment pomięzy: nie ma Turyścizny, a toniemy w Turyściźnie uważam za nastąpiony… i chociaż susza, gdy to piszę, trwa nadal w najlepsze – a piszę w połowie czerwca, więc nie ma to jak z wyprzedzeniem… no mniejsza, nie pada, świeci, chłodny wiaterek, spalić plecki można w sekund pięć, albo gdy jak idiotka siedzisz i sortujesz śmieci przez pięć godzin i inne tam w szopie, no i musisz zrobić wszystko od razu, bo przecież jak inaczej, w końcu Królowa przyjeżdża…

… i nie, wcale nie o mnie, zresztą, właściwie już wyjechana, wiecie, wsio już zaszło, a dokładniej zaszło mało… znaczy moje krwiste red lobster plecy są nadal, ale Królowa w czerwonym komplecie, wyglądając świetnie, niestety była krótko. Ludzie marudzą, że a krótko, że to, tamto…

No cóż, tak było…

Zresztą, Folkemodet przecież.

A to oznacza, iż jak zwykle jęczeć będą, że tutaj takie ceny, że nic wynając nie można, jedni na tym zarobią, inni stracą, a jeszcze inni zwyczajnie będą omijać północ Wyspy i już… czasem tak lepiej. Szkoda tylko, że chyba do mueum nie uda mi się dotrzeć. No wiecie, wciąż problem finansowy.

A zaraz je zamkną na kilka lat…

Ech, znowu zmiany… a wystawa taka fajna, drzewna.

Znowu coś budują, lekko bezprawnie, wycinki, ograniczanie dzikości, a przecież tyle jest domów na Wyspie goło stojących, łkających za człowiekami, ale wiadomo, każdy chce za darmo, a jeszcze najlepiej coby ze służbą było…

Wygodniccy…

I jeszcze wliczone w to mają być zimowe wakacje na jakiejś Majorce, choć spoglądając na temperatury i heatwave w UKju, to chyba innej Majorce… LOL

No cóż, ja wciąż na odwyku od komputera.

Mówię wam, kurcze, ile nagle człowiek ma czasu na zrobienie i tego i tamtego. Nagle już go nic nie goni, jakoś tak, życie się toczy, no i co z tego, e go w internetach mniej, może dobrze w nich czasem w ogóle nie być, bo to, co tam piszą, to mnie osobiście otatnio przerasta i nie, nie chcę się dzielić swymi politycznymi czy socjologicznymi przekonaniami, ale… za to napiszę wam, że chcą u nas dzieciom zabrać laptopy i telefony… ale w szkołach, no weźcie no, przecież te małe, to jak przyrośnięte…

Jakby z ładowarką wychodziły z łona matki.

A mi tak dobrze bez… pisanie znowu ino na kartkach notesów, ołówki pachną drzewami i korą i jeszcze rozgrzanymi szyszkami, sczególnie jak siedzi się w lesie… i tak, sucho, i tak, dziwnie, i morze jakieś dalekie, chociaż, ostatnio trochę powiało, więc się przeczyściło zapachowo, ale jakoś tak chyba nie na długo… jak tak się zaciągam, a nie, to chyba ta roślinka, no kościołem jedzie…

Ech!

Ale łana jest, niczym mała brzoza… z korzeniami niczym katedry… i tak, zapomniałam jak się naywa, ale wiecie, jako zboczeniec roślin architektonicznych – czyli zwykłych fikusów microcarpów czy innych żeńszeniowatych korzeni… no nie mogłam się jej oprzeć… i tak stoi od lat kilku i rośnie… i… czy dziurę robić w dachu? Może jej chociaż tam jakiś lufcik zamontować?! LOL

Ale… już słyszę wrzask tych dzieci, jak im zaczną odbierać te tablety i inne ustrojstwa… He he he… Jak to było? „Obyś cudze dzieci uczył”? Cytując mądrzejszych… jakoś to rozumiem, no i jeszcze „obyś w ciekawych czasach, na psa urok, żył”… największe dwa przekleństwa… no nic, wracam się analogować.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królewna Zaśnięta… została wyłączona

Pan Tealight i Zaklęta Trumienka…

„Kryształowa i rzezana, niczym ta waza na cukierki, co ją Mała Wiedźma niegdyś upuściła i poznała znaczenie Ciszy.

Prawdziwej Ciszy…

Tak głębokiej, że nawet nie zastanawiasz się gdzie jest ono mityczne dno. Tak przepastnej, że wiesz od razu, iż to nie twoje miejsce, że powinieneś uciekać, ale jednak nie możesz się poruszyć zmrożony strachem, uczuciem pokrętnym, uczuciem codziennym, które znasz zbyt dobrze.

Zbyt dobrze.

… więc nawet nie próbujesz, rozglądasz się i nagle, dociera do ciebie, przez oną zasłonę z „tego co będzie potem” i „jak to rozwiązać” nachodzi cię ona myśl, że teraz, tutaj, kurde no, wcale nie jest źle. No dobra, jest ten cały abyss, ale poza nim nie ma nic więcej, a jedność jakoś tak rozluźnia… bo precież jak to tylko jeden byt, to na pewno się oagdamy, zrestą, chyba lubi ciszę, ty też, więc dlaczego nie… dlaczego nie pozstać w onej ciszy i głębi i przepastności…

… siebie…

I tak pasująca ona Cisza do Trumienki, bo w końcu i jedna i druga dziwnie Śmierci pokrewna może i krwią, i mięsem i kilkoma ciotkami o lekko zwichrowanej aparycji… wiecie, TYMI ciotkami. Tak, nimi. Każdy chce się z nimi przyjaźnić, ale jeśli chodzi o kontakty między nimi i waszymi znajomymi, to już inna sprawa, oj tak. Bo można coś kochać, ale niekoniecznie się tym dzielić.

Obciach trochę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jeśli chodzi o podróżowanie samolotowe, to wiecie, jak wszędzie są opóźnienia. Jeśli traficie dobre, to tylko kilkanaście minut, jeśli gorzej, ponad godzina. I w tę i tamtą stronę, jakoś tak, nie wiem…

… dziwnie to wygląda, a tylko spoglądam na tych, co latają.

Z jednej strony rzeczywiście jest to najszybszy środek transportu, ale, jak to lubię dodawać – samochodu nie weźmiesz. Jednak, jeśli go nie potrzebujesz, to jednak, no jakoś tak, masz samolot. Niewielki, ale obaczysz z góry i pola i Wyspę i Szwecję i Niemcy… i statki na morzu i chmury… normalność. Ale nie da mnie. Gdy przeciętny człowieka lata dość często, w porównaniu do poprzedniego wieku, to jednak, nie ja. Wolę wciąż nawet ono bujające morze. Nawet one fale…

… ale przynajmniej swoje auto.

Czy gadanie o tunelu pod Bałtykiem wciąż jest na tapecie?

Ależ oczywiście, no przecież jak inaczej… wiadomo, iż wydanie onych milionów na same badania dna morskiego, opowieści, legendy, wszelkie fakty i mity, cóż, nie oszukujmy się, to nie jest bezpieczne przedsięwzięcie, ale jednak… cy wolałabym pół godziny w tunelu czy na promie? Dla mnie prosta odpowiedź. Sorry, ale nawet w onych Skandynawskich tunelach, pod górami, źle się czuję… w Norwegii dostałam takiego ataku paniki, że długo tam nie wrócę. Czy tunel kiedykolwiek się pojawi? Nie mam pojęcia… chyba już nawet nie wiem, czy cokolwiek nase gadanie przynosi dobrego. Tudzież złego. W znaczeniu, nie oszukujmy się, wyspiarzy nikt nie słucha.

Cóż…

Zawsze tak było.

A teraz ważne…

Od października moje blogi znikną.

Chyba…

… chyba szczerze mam już dość. Nie przynosi mi to gratyfikacji finansowych, wymaga sporych nakładów pracy, czasu, którego nie mam i opłat, na które mnie nie stać, więc… po prostu koniec. Zostaną dwa Instagramy i profil na FB. Nie ma mnie tam często, ale będę zaglądać, w końcu tam poznałam fajnych ludzi, którzy bardzo mi pomogli, mam nadzieję, że ja im też. Bez niektórych z nich nie przetrwałabym i to dosłownie.

Jestem im a wszystko bardzo wdzięczna.

Jakoś tak, ostatnio, social media przerażają, a moja mentalność odbiera blogi jako przymus, cągłość, obsesję, by wszystko było na czas przez co nie mam tego czasu na malowanie, tworzenie, badania… a może zwyczajnie też i mam tego dosyć? Nie wiem… może czasem coś jeszcze napiszę, szczególnie przez lato, a może nie, nie wiem. Wiem, że potrzebuję wolności od tego wszystkiego. Nadal mam kilka obrazów na sprzedaż, a jak się nie sprzedadzą, to zwyczajnie zniszczę je i przejdę nad tym do porządku… albo tak tylko sobie to próbuję wytłumaczyć…

Kurcze, dziwne to.

Kiedyś ten świat internetowy był inny, ale obecnie, jak wsio, co człowiek stworzył przekształca się w jakieś zło.

Tak, wiem, wielkie słowo, ale tak czuję. Wciąż będę pisać, robić zdjęcia, ale nie będę się tym dzielić, a na pewno nie w tej formie. Może w końcu zdecyduję się na książkę? Może po prostu dam sobie czas, jakiś spokój?

Nie wiem jeszcze, wiem, że podjęłam jakąś decyzję.

Chyba na czas, bo i laptop zdycha…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaklęta Trumienka… została wyłączona

Pan Tealight i Dzwonek Niebudzących…

„Chodziło mu o to, by nie budzić.

Po prostu, logiczne.

Wiecie jak to jest, jak nagle zabrzęczycie… jakoś tak zawsze jest to nieodpowienia pora… dziwni ci ludzie, w końcu słuchaj muzyki, głośni są w onych maszynach wszelakich, a jeszcze ci zwolennicy niskich trawek w ogódkach, nosz można oszaleć, nawet jak się jest Dzwonkiem, niby przystosowanym do jakichkolwiek działalności brzęczących i dźwięczących i tak dalej…

Donośnych…

Chociaż u niego ono ołowiane serce podobno wcale nie było stworzone jak u innych dzwonków, raczej, jak u onych donośnych, wielkich, przełomowe chwile wieszczących dzwonów. Ktoś zmarł, oddał serce, w tym wypadku wykorzystano tylko pół prawej komory, ale jednak…

… skończyło się, jak się skończyło.

Dźwieńczał tylko od czasu do czasu, częściej wolał obserwować świat wisząc na czubku jednej z najwyższych sosenek obok Sklepiku z Niepotrzebnymi, i podglądając ich tam, na dole. Ich niewiedzących, że jest tutaj, nad nimi ono banshee… podobno miał taką w rodzinie, więc we krwi zapewne coś mu płynęło… no dobrze, może nie do końca płynęło, lecz zastygło. Miał prawo się tak nazywać.

Zresztą, kto miałby mu ono prawo to zrobić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarodziejka z ulicy Reymonta” – … problem. Właściwie kilka. Po pierwsze okładka kiepska. Mówiąc najmilej, potem opis, kuźwa Hogwart znowu? Przecież to nie o tym, a potem, no właśnie… ta książka jest zwyczajnie za krótka, a jak już chcecie pisać do kogo jest podobna, to raczej proponuję perypetie szkolne od Olgi Gromyko czy Aleksandry Rudej.

I tyle!

Tytułem wstępu! LOL Żaden to kurna Hogwart!!!

Akcja toczy się w okolicach szkoły, właściwie szkoły to tam niewiele, więcej ich trojga, specyficznej trójcy, która byłaby niesamowitym materiałem na powieści, zresztą, każde z tych opowiadań jest nim, i szkoda straszna, że poznajemy je w tak krótkich formach, ale dobre i to… Może autorka kiedyś do nich wróci, bo jest moim nowym numerem 1… jeśli chodzi o polskie, dość nowe, odkrycia w rejonach fantasy. Język ma piękny, pióro lekkie, fabuły logiczne, a postacie, ech… no jak żywe.

Czyta się pieronem, bawi się niezwyczajnie i jeszcze… chce więcej.

No i weźcie no, cena niewielka!

Książki i prasa…

W znaczeniu, ponieważ na te z Polski przyjdzie mi poczekać trochę długo, znaczy minie szybko, ale jednak, wiecie, zamówił człek tak, by dostać to, co dopiero ma być wydane, więc musi, nie ma innej opcji, jak biedny, to trza kombinować, ale nie naczy to, iż z księgarni w Malmo czegoś nie przywiózł. I żeby nie było, Mars dla Chowańca, chociaż pamiętam, że to czytałam…

Gdzieś tam w zakątkach mi się telepie…

A to piękne moje…

I tak, wiem, tylko dla okładki.

No oszałamiająca jest, taka, moja… Blomsholm mi przypomina…

A te takie folklorowe było na wyprzedaży, razem z oną astrologią, ale to wiecie, jak dają, to tam… ważniejsze opowieści o trolach!

No więc płyniemy w tej strefie niedopowiedzenia… ściana Vipów na nas zerka, ja na nią. Myślę sobie, kurde, złapią mnie, czy co… zerknąć od góry można, filmik na Instagramie, jakby co… człowiek se zerknął i nadal nie rozumie. Podobno teraz wraz z każdym rejsem będzie można tamte wypasione miejsca dostawać taniej, jakby się punkty zbierało, nosz kurna, jakbyśmy mieli inną opcję, mniejsza…

Nie nerwujmy się, nadal mam odcisk od fotela.

Na dodatek sucho i gorąco, klimy nie ma, czy co?

Z drugiej strony przecież jest ciepło i sucho, żeby mieć 40 procent wilgotności w domu, to po prostu jak na nas, no jeszcze się nie zdarzało, ale teraz, norma. Z jednej strony super, wiadomo, straciłam wszystko przez pleśń, pleśń wymaga wilgoci, więc… ale z drugiej pleni się robactwo, pajączaki kochają takie suche momenty, zgroza. Zawsze jakoś tak nie do końca okay? Czy co?

Na promie oczywiście jak to na promie, jedni śpią inni gadają…

Dzieci chcą widoków, morze ino dookoła, aż w końcu ląd jest… i już po wszystkim, człek wyłuskuje się z fotela i zauważa, że no tak, z pewnością ten prom jest o wiele większy, by dojść do zejścia leie się i lezie i lezie… a niżej auta poupychane, podobno ta piątka bierze tyle wszystkiego ile dwa promy…

ŁAŁ!

A w Szwecji gorąc… nosz kurcze, też widać suszę mają, ale przede wszystkim ciepłotę wielką i deszczowość znikomą, wiadomo, jak u nas to zwykle i u nich na wybrzeżu, czy południu kraju… w końcu Szwecja to dość zróżnicowane terytorium, dlatego zawsze mnie śmieszą ludzie stwierdzający: o, byłem w Szwecji, bo Sztokholm wiziałem… tia, g… widziałeś, a nie Szwecję.

Ja wciąż odkrywam coś nowego za każdym razem, a tych razów jest kilka lub kilkanaście w roku…

Z Ystad… notes a telefony.

… więc po załatwieniu spraw ważnych i mniej ważnych, zakupie tego, czego u nas nie uświadczysz, a co dzięki spadającej na łeb na szyję się by zdawało, koronie swedzkiej jest w cenie względnie ostępnej… człowiek jest w stanie nabyć sobie jedzenie na miesiąc. Oczywiście skromne dość, niewymyślne, ale jednak…

Tutaj już za takie specjały płaci się o wiele więcej…

Jeśli w ogóle są.

A już warzywa, kurde, pokazują u nas na Markenie jak im wsio rośnie i przyznam, że w piasku na plaży szybciej coś by urosło. To jest klęska urodzaju, ale jakoś wszyscy przechodzą nad tym do porząku dziennego, więc… więc nabądźmy świeczki w IKEAi i połaźmy trochę dookoła, a potem znowu czekaj człowieku na prom i… O ZGROZO!!! Ktoś zajął mi miejsce!!! Co więcej, zajęli wszystkie względnie dla mojej nerwowości dostępne miejsca, więc co…

… no więc dawaj restaurant!

Pisałam już, że koszt siedzenia prosto do kierunku jazdy przy stoliku to przymus jedzenia, tudzież picia i… plus do biletu ok 150DKK. Sorry, ale i tak Chowaniec musiał zjeść obiad, on z tych, co potrzebują pożywienia, ja wody, więc wiecie… No ale, jak już doświadczać nowości, to dawaj, będzie do bloga…

Woda była dobra.

LOL

Polazłam obaczyć co tam dają śmiertelnikom i muszę przyznać, iż całkiem nieźle, choć brak opisów… to piwo mnie zmroziło, no ale, za burtę nie wyleję. Czy można mieć nadzieję, iż prowazący pojazdy nie piją… NIE! Piją. I to sporo. I tak, jest to problem, ale nie o nim… Poycje jedzeniowe dostępne dla mięsnych i mniej mięsnych, tudzież bezmięsnych. Ryba i coś w sosie, sałatki, kuskusy i nawet taca serów z winogoronami jak ze starego obrazu. Nie wiem… pewno dla tych z sekcji VIPÓW…

Tak, wciąż mam beef do tego!

Są i owoce, i napitki inne… chyba warto wydać. Ale co ja się tam znam… zaraz jak skończyli jeść pryszła babka pozbierać opłaty i teraz się zastanawiam, że co, że nie można reć przez całą drogę… no nie wiem… a może przyszła, bo zaraz po tym jak zebrała kasę, piknięcia kart się naczy, to zaczęło bujać…

Oj, moje wizje…

Ale… na szczęście nie mocno, więc racej wszyscy utrymali one kwoty w żołądkach, a ja zaobserwowałam zaskakujący fakt… tak w rządku patrząc od lewej do prawej wsyscy mieli w dłoniach telefony… a ja notesik i długopis.

Od razu widać, że wariatka, cnie? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzwonek Niebudzących… została wyłączona

Pan Tealight i Miecz Zapomnienia…

„Był ten od przeznaczenia i ten od naznaczania.

Ten, który zawsze, w sennym omamie ukazywał się królom i ten, który zawsze utykał w jakimś kamieniu. Szczególnie z tym ostatnim strasznie to było upierdliwe, jakby reagował na dotyk, może czytnik lini papilarnych, czy coś miał, jakieś takie ponadczasowe ustrojstwo… i jeszcze… no tak, był ten miecz, co od wody nie krwawił rdzawo, ale od krwi już tak, babski bardzo był. I ino od baby można go było dostać, od jakowejś władczyni jeziora, tudzież innego miejsca wszelako słodkowodnego, ale wiecie, zarośniętego brzegami, że niby skryte takie, ale…

… czy na pewno?

Bez pochwy.

Były miecze już kompletnie zużyte i takie, które dopiero, świeżo wykuto i jeszcze takie, które mimo onego znoszenia, zniszczenia, bitewnego czy nie, wciąż nie były przekute, tudzież złożone na wieczny spoczynek w muzeach, by tam kiedyś być na nowo odkrytymi i może… odrodzonymi… albo… tak, były też i takie, których przydatność miała się zakończyć dopiero wtedy, gdy rozpadną się w pył…

Bo taki był ich los, fatum, ono przenaczenie mityczne…

I był on oczywiście, Miecz Zapomnienia, jednym cięciem usuwający chciane i niechciane wspomnienia. Cięciem całkowicie niewyczuwalnym, więc często, po prostu następującym, po prostu, zwyczajnie się wydarzającym… niezależnie od tego, czy cięty obiekt będzie chciał czy nie pozbyć się wspomnień.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowy prom…

No i się zdarzyło.

Człowiek się wyszykował, akurat w przededniu Dnia Dziecka, wiecie, no nie ukrywajmy, tanie bilety były i tyle… jeszcze tanie, bo teraz już sezon, a zrestą i tak dzień później ten nowoczesny rys na Bałtyku znowu… się zepsuł. Znowu. I co gorsza, tym razem nawet załadowali ludzi, już mieli odpływać, a tu nagle wszyscy won i teraz co… wyjechali, zeszli z pokładu, nikt nie wie o co chodzi… Problem jest taki, że nikt wam nie mówi co się dzieje. Oni mieli jeszcze sczęści, bo organizowali dwa promy i za kilka godzin wszystko miało się ruszyć, ale teraz co? Czekać w samochodzie na rozgrzanej płycie betonowej, czy jednak nie… no i czekać na zmiłuj się, czy Poula Ankera, który na pewno przyjedzie… czekać, czy dać se siana i…

Ale nam się udało, na się jakoś w końcu udało i nawet było wględnie smooth… wiecie, jak to mówią Angole. Poranek oczywiście o tej porze roku to nie tyle ranek, co pełna światłość palącego słońca z zimnymi powiewami… człek wstaje po czwartej, ma już ten jakiś rytm zapisany w sobie, ale jednak wciąż się miesza, wciąż zapomina, chociaż przecież regularnie pływa, no ale… udało się, zapomniałam ino jednej rzeczy i co więcej, udało się znaleźć miejsce prawie perfekcyjne, ale…

Ja pierdziele, te fotele to masakra, a płynięcie przodem do kierunku możliwe jest ino w onych ściskowych fotelach na środku. Ocywiście, można nicym dama jakowaś schodami ze foyer udać się na górny dek, ale tam front zatkany i ciasno jeszcze bardziej… nie, nie dla mnie, potrzebuję okien.

Może jednak siedzieć na podłodze?

Problem z tym nowym promem jest taki, że ciasno…

A poza tym siedzieć można na środkowym – głównym – pokładzie ino pośrodku, bo po prawej jest strefa dla jedzących – dodatkowe 160 DKK od łebka, spojler alert, tyle kosztować będą mój żołądek dwie szklanki wody i podpieprzone dwa mini masełka, bo wiecie, nie mogę jeść przez leki inaczej paw pewien i pełny, cudowny właściwie, a po drugie piwo za darmo?!!!

Przecież tu sami właściwie motoryzowani!!!

Ale… najpierw skierujmy się w stronę Ystad, słońce wali, może spokojne, wielkie białe, niczym gołębne jakoweś monstrum sunie po maciupkich falach, Fotel odcina mym żyłom przebiegowość, więc patrę poprzez środek na prawo, żrą, na środku, siedzą i kimają lub w telefony się gapią, a potem po mojej lewiecy… no tak, bo widzicie, po lewej stronie jest kilka stolików z fotelami, ale mało, zaraz przy oknach, za mało niestety… za to jest miejsce na stworzenie kremowej wielce i oddzielonej od plebsu sali dla VIPÓW!!! Jakieś prawo mi się między komórkami kołacze…

Ekhm… Janteloven wiele ma w tym miejscu do powiedzenia o onych lepszych i lepsiejszych, ale wspomnę tylko, że na zapchany prom, tam siedziały dwie czy trzy osoby. Przyjemność siedzenia w onej kremowej minimalistycznej, ale  ardziej nadmuchanymi fotelami szaloności, to podobno koszt około 800 DKK od łebka, więc… skusicie się? Od razu powiem, iż bilety kupujemy z ogromnym wyprzedzeniem za 99DKK. Roumiecie teraz absurd i dziwną pokrętność sytuacji…

Chcą zarobić, problem w tym, że prom dla Wyspy to jak most…

A te winny być a darmo. C.D.N.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miecz Zapomnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Gazon Wspomnień Niechętnych…

„Betonowy był niczym spodek z przeszłości, gdy flagi łopotały na masztach częściej i w rękach niepewnych, do czego to wszystko wiedzie, ludzi… jakby teraz było inaczej. Ale jednak, trochę było inaczej… co prawda betonowanie przybrało kosmarną i jeszcze bardziej oszałamiającą formę, no ale…

… on był inny.

On był z przeszłości, był w kształcie dzwonu, któremu ktoś nadepnął słoniowato na serce… i serce się rozpękło i rozbiło się i jeszcze rozniosło swoje kawałki po okolicy, niepozostawiając żadnego śladu… żadnego widocznego, ale każdemu w tym momencie, gdy się to stało, coś zabrzmiało, wybrzmiało w płuckach i jakoś tak… nie pamiętali tego. W ogóle. Jakby magiczne lustro odebrało im pamięć, ale ponieważ to nie o nim opowieść, więc pomińmy je milczeniem. Milczeniem tak głębokim, jak niegdyś dźwięk roznosił się ponad polami i drzewami i górami, i morzami…

Rzekami też i jeziorami, ale ile można wymieniać?

W końcu jak wszystko, to wszystko…

Mniejsza…

… sam Gazon oczywiście był ważny. Był bardzo ważny, bo wysiane w nim były, w onej ziemi czarniawej, pełnej dziwnych białych kulek i malutkich kamyczków, armady dżdżownic na małych, ziemnych stateczkach, mrówek, glist innych oraz biedronek, czy okazjonalnie spojawiających się motyli… były wysiane wspomnienia. One, których nie chciałeś zapomnieć, ale jednak, jakoś tak, niechętnie było się ich pozbyć, więc… tak… tylko dlatego je miał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc…

Najpierw powiedzieli, że Express 5, nówka cudowna, szybki i piękny, niesamowity, wszelaka duma i tak dalej… uderzeył w barkę. Ale… cóż, Oczywiście, że ktoś nagrał jak to było, no weźcie no… więc na onym filmiku bezczelnie oczywiście widać coś, co zwać winno się prawdą, ale – na pewno kłamią LOL – widać… jak prom miękko, płynnie i dziwnie chcąco/konsensualnie wjeżdża w nabrzeże i słychać ten okropny, przejmujący, dziwnie papierowy ZGRZYT!!!

O Bogowie!

Najpierw zgrzyta, potem na dodatek jebie w biedną i zaskoczoną barkę, no nie wiem, dziecku dali poprowadzić, czy co? Cóż, wsiadać, czy nie wsiadać, człowiek nie wie. Zagubiony patrzy na oną wielką, nowocześnie, wprost kosmicznie wyglądająca maszynę i sobie myśli, że perspektywa, to zabawna sprawa.

Bardzo zabawna.

Ocywście iż wielkie naczenie ma tutaj to, że jest to biały pojad kosmiczny…

Znaczy wróć, nawodna jednostk, znaczy jednoskta pływająca, wszelako kataramanowa, bujająca się na boczki, ziwnie wrażliwa na fale, muszę przyznać już po jeździe, ale ja zawsze wybieram miejsce z przodu, więc, moja wina. Pamiętajcie, że z tyłu i pośrodku buja mniej… oj, no podobno, nie próbowałam, ciasno tam, ale ci co pływają tak mówią, więc raczej chyba trzeba im wierzyć…

… no co innego?

Królowa przyjedzie i da pojeździć na swojej zabawce AKA statku…

Taka to wieść pojawiła się w prasie… jak to dzisiaj bywa, niektórzy uwierzyli, więc od razu dawaj klepać se najlepsze miejsca na Dannebrogu, a tutaj co? A no kupka. I to wielka, śmierdząca i tak dalej… Dlaczzego? No cóż… Królowa przybywa ino na chwilę, widać problemy z kręgosłupem, czy też cała rekonwalescenacja przebiega gorzej, niz się mówi poddanym, a atrzymuje się na…

Christiansoe.

LOL

I tak, to właśnie mieszkańcy onych dwóch wysepek, połąconych mostem, onego bastionu obronności, wszelakiej dziwności architektonicznej i dodatkowo specyfiki mieszkalnej, braku wody, suchości, skał i tak dalej… malowniczości, ale też i dziwnej samotności, na życzenie lub… może i nie…

Może tam i przetrzymują kogo… nie wiadomo…

Ale, to właśnie oni mieszkańcy będą mogli sobie po królewskiej barce połazić. Niczym w Egipcie Starożytnym, wiecie, taka Kleopatra, i to biała! Wiem, że w dzisiejszych czasach nie jest to oczywsite. I nawet zabawne. Jak to się wszystko odbędzie, cóż, no zobaczymy… albo i nie, w końcu ten świat to jedna wielka…

Niepewność.

W tym mam pewność.

PS. Do mojego poidełka przybywają wrony i gawrony, mewy, które próbują pić jak wrony i kurna nie wiem dlaczego to robią i o co chodzi, ale… ostatnio są i sroki. Nosz kurcze, precież one są takie płochliwe, nie wspominam mniejszych ptaszorkowych, ale one mają w ogródku taki, wiecie, metalowy basenik…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gazon Wspomnień Niechętnych… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Sucha…

„Czuli to…

Nie tylko widzieli, ale przede wszystkim czuli.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane poiła już nie tylko wrony i wróblowate, małe ptaszki, a nawet i sroki, a nawet mewy, które nagle zaczęły udawać wrony… wszystko stawało na głowie…

… albo na piórze.

Pani Sucha rozsiadła się swym wielkim odwłokiem na Wyspie i nie chciała się ruszyć, ni w tą ni tamtą… co prawda, pewien dość wciąż nowy towarzysz Wiedźmy Wron, miał pewne moce i wieczory oraz noce bywały chłodne, ale jednak czerwiec już pukał do drzwi, a to znaczyło, iż jednak robiło się cieplej.

Niestety.

Cóż, taka kolej rzeczy, wiosna, lato, jesień, zima… ale jednak zimy nie było, jesień była marna, a wiosna i lato, bardziej niczym pustynie i wiatry tańczące razem w nazbyt mocnym, miłosnym uścisku, który… który nie robił nikomu dobrze. Nawet im samym… chcieli się może od siebie oderwać, chcieli i może zmienić to wszystko, jakoś tak, na coś innego, mniej bolesnego, mniej nieznajomego…

Ale nie mogli.

I wszystko marniało.

Rośliny zwyczajnie czerpały z czego się dało, dookolnych osobników żywych, mniej lub bardziej, onych innych roślin, które nie krzyczały i z tych, które krzyczały, ale mało kto je słyszał i jeszcze z rosy, która czasem się zdarzała i marzeń o deszczu i pragnień, splunięć, krzyków rozbryzgujących ślinę zabarwioną nienawiścią i petami… chociaż nie było to miłe, ale musiały przetrwać…

… zakwitnąć, a potem…

Znowu przysnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmy z Kijowa” – … piękna. I tyle. No co mam powiedzieć… nostalgiczna nawet miejscami… taka jakaś, no nie wiem, prawdziwa… i te bohaterki, naturalne, zaradne, wkurzające innych, różnorodne…

Powiem jedno, jak ktoś kiedyś zaczytywał się w literaturze tak zwanej wschodniej, odnajdzie tutaj znajome kształty, jak ktoś Kijów zna, znajdzie znajome ulice, posągi, miejsca, wszelakie sztuki opisy i takie tam… po prostu klimat jak za dawnych czasów, gdy książki miały być czymś więcej niż ino dialogiem…

Ale wiedźmy…

… cóż, nie znają się, a jednak spotykają… czy to sztuczka diabła, czy los, obaczymy, ale wiadomo jedno, Kijów ma problemy. A problemy oznacają dla tego miejsca prybycie sił, które będą niezbędne do jakiegoś tam ich rozwiąania… ale jak trzy, tak różne trzy, kobiety mają to zrobić?

Książka naprawdę niesamowita, romantyczna, miejscami wścibska, jakby kurna każda z nas ino marzyła o tych oczach czarnych, o dłoniach pięknych, o onych mężczyznach, no wiecie o co chodzi… te ciotki mówiące, że ino ślub, dzieci… i o zemście onej, i ino seksem ona kobieta może wsio rozegrać, wygrać i namącić… dobra, powieść jest i nie jest współczesna za razem, niektórych może urazić. Na pewno. Feminizm tu jest, ale świadomy tego, że czasem dekoltem więcej zwojujesz niż…

… no właśnie, może jednak magią…

Ale co to za magia?

Warto! Chociaż postacie może nie do końca perfekcyjnie przedstawione, chociaż trzeba, by zrozumieć, znać one realia starego pisania za czasów Bułhakowa czy Puszkina, to jednak, warto… warto!!!

No cóż… wieści nie są najlepse…

Po pierwsze nasza najnowsza wyspiarska zabawka, czyli nowy prom się zarysował. Znaczy przyrąbali w coś całkiem mocno i… zgadnijcie co? No zostawili wszystkich na zewnątrz, a był to ostatni prom, nocniak, i poinformowali ich o tym, że nie płyną, dopiero mocno po czasie… i tak się teraz zastanawiam, a raczej przygotowuję plan, co robimy jak nam się to przytrafi? I co oni zrobili? Miejscowi mogli wrócić do domu, ale reszta? I co my byśmy zrobili… Już raz w końcu było tak, że prom nie popłynął, wpierw kręcił się na morzu, stracił kontakt, czy co tam, pierun wie, czasem myślę, że on tam coś wąchają na tym mostku kapitańskim i nie są to dobre grzybki palone…

A czasem…

Po prostu się boję.

Ale, w tej poprzedniej sprawie było tak, iż kazali nam czekać, dali świstek na bułkę i herbatę i sieź w niewygodnościach, bo trza czekać na autobus… rozumiem to, z jednej strony, ale z drugiej… nie wiem… wiecie, nigdy nie mówią do końca prawdy, bo przecież lepiej nie. Wiadomo, panika, to rzecz najgorsza.

Jednak…

Trzeba przygotować jakiś plan… w tym czasie, gdy ju nie jest ciemno przez cały czas, czy też ziąb nie zabija, wiadomo, można kimnąć się w samochodzie. Albo wynając hotel, w końcu przecież zwracają kasę za to… ale, gdzie przed północą najdzie wyszynk jakowyś tyle ludzi? No bez urazy…

Jak, gdzie, przez kogo?

Trzeba jednak sprawdzić hotele i inne takie w Ystad, na wszelki wypadek…

Druga sprawa, to sięgnęliśmy najwyższej noty.

Dziesiątka!

I nie, nie jest to dobra wiadomość, a wszystko przez to, że oznacza to, iż nasza susza jest specjalna, wspaniała, ponadczasowa i w ogóle. Roślnki marnieją, drzewa niby kwitły niby nie, a liście, niby są, niby… nie wiem, awiązków owoców nie ma. I tyle… wiadomo co  tego będzie, a raczej, czego nie będzie…

Owoców.

Problem w tym, że Turyścizna ma w dupie naszą suszę, wkurzają ich nocne chłody, a to oznacza ogień i to otwarty… a wiadomo, jak u nas się zacznie hajcować, to po prostu poleci w prawo, lewo, dookoła, zakręci, zamota i zatrzyma się dopiero na morzu. Bo z wyspami tak jest, wody tyle dookoła, a pić nie ma co. A jak coś się pali, to nie wiadomo czy czekać, aż ogień tańczyć skończy, czy gasić…

Może?

… więc raczej kanał i kicha… jak nie urok to sraczka i jeszcze na dodatek braki w rejonach wszystkiego. Cóż, nie oszukujmy się, problemy to coś, co dotyka wszystkich, a już ostatnio jakoś tak eskaluje. Co będzie? Czy historia koło zatoczy? Pierun wie, czy kryzys się skończy? Kiedykolwiek?

Ktoś chce potańczyć o deszcz pobłagać?

Ktokolwiek?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Sucha… została wyłączona

Pan Tealight i Skuwka Porzucona…

„Pan Gramatyczny ostatnio miał bóle, ale to naprawdę wszystkiego, jakoś tak po krzywemu i po prostemu, więc na te jęki, jakimi ich męczył, jakimi niszczył ich spokój,tudzież złudne poczucie, że w ogóle jakiś spokój im się należy, czy coś… wezwali mu Wielką Znachorkę, coby go tam napoiła onymi specjałami, ale też i opchnęła reszcie to, co miała w nadwyżce…

… wiadomo, lepiej mieć takie rzeczy…

Na wszelki wypadek, w końcu świat zwariował, jeśli nawet taki osobnik miał dość poprawiania innych. A przecież wszystkie słowniki znał, na blachę wykuł, w nowinkach lingwistycznych pławił swoje zmysły i doceniał naprawdę oną mowę kwiecistą, poprawną, głaszczącą jego skórę od zewnątrz i wewnątrz…

Cóż, nie był normalny.

Nikt nie powinien być normalnym jeśli dobija go brak przecinka i sabotuje wydarzenia, bo ktoś źle plakacik złożył…

Albo co gorsza, dorwie się do internetu i będzie ganiał za ludźmi, aż wszyscy go poblokują, wywalą go z social mediów… cóż, naprawdę był upierdliwy, a jednocześnie, jakoś tak, Pan Tealight naprawdę go doceniał. Za oną pasję, która sprawiał, iż mógł o dykcjach mówić z werwą, której poazdrościłyby najlepsze opowieści historyczne. O onych grantykach apreszłych wieków, o słowach zapomnianych, przywoływał je niczym jakoweś aklęcia… oj tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane naprawdę kochała go słuchać i używać jako poprawiacza swoich błędów… w końcu pracował za armo i wciąż chciał więcej, więc…

Ale teraz, był tylko cierpieniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żółte pola, kwitnący bez…

… ale wszystko jakieś takie marne, dziwnie suche, bez onego życia, niczym one 3D printy, niczym coś wymyślonego, śmieciowego, kompletnie… tylko udającego to, co kiedyś było znajome, na co się czekało. Wyszukać w bzie trójki i szóstki, a może coś innego się znajdzie, połknąć na sczęście… zawsze działało. W rzepaku się wykąpać, w onej żółtej, sproszkowanej poświacie, która przy mgle stawała się świetlistym nieboskłonem… niesamowitym, i tak bliskim…

Kopie, ale niedokłane?

Bo może tego świata już nie ma, jak ibuprofenu w aptece czy sklepei… a tak, nagle zniknął i pojawił się rąbany ipren, do którego mnie wywleka na drugą stronę i co teraz? No kuźwa mać, łeb boli, ale… nic innego nie działa, człowiek już na więcej uczulony niż jakieś małolaty. Wchodzi do sklepu, a tam nic do jedzenia. Nie no, są produkty, ale po tych padnie, po tamtych się posra, o, po tych ino wypryszczy…

Zaryzykować?

W końcu coś jeść trzeba, a nie, nie da się samemu wysiać i tak dalej, bo nie stać człeka i na szklarnię i na ziemię i one trumienki, nawozy… wodę, prąd… bo tu ziemia jak kamień, nawet ta, co człek ją liściami, butwieniem stara się usprawnić, gdzie jelonki srają… na co nas w ogóle teraz stać?

Na umieranie?

Też nie!!!

Co z tym światem?

Taki jakiś morowy czas tej wiosny…

Szczerze.

Tak go odczuwam… a tak w ogóle, w sprawie onych wstrząsów, co to niektórzy się śmiali, że się niektórym wydawało, a u nas omal szyby nie poszły, cóż, to Polska po kilku dniach potwierdziła, że też poczuli… i zwalili, że w powietrzu nastąpiło intrygujące współpracowanie, które go w ten sposób rozniosło… zwalili na wojsko, ale co to było dokładnie, cóż… ktoś wie, ale nie my.

I tyle.

Jak kurna po wybuchu w Czernobylu… wszyscy widzieli i ino Polska jakoś tak dziwnie nic i nic… ja już nie wiem co z tym krajem, nosz kurde no… Ale, najgorsze jest to, że szczerze ono morowe powietrze mnie przejmuje. Z jednej strony rozumiem, susza… ale z drugiej, kurna, chwalą się na tylu stronach, że tyle mamy wodospadów i znowu ludzie przylezą i będie, że wyłączone… serio, znajoma polazła na spacerek po operacji kolana… no i było w niecce nic, nic nie spadało poza jej słowami o wymiernej znaczeniowości. No wiecie, lazła tyle, kolano boli, a tutaj nic…

Ale i tak rośliny starają się dać sobie radę.

Jakoś.

Drzewa w mgnieniu oka kwitną, przekwitają i wybijają liście, jakby czerpały wilgoć z jakiegoś UFO przewodnika… jakby się starały, za wszelką cenę, jakby wiedziały, iż w najbliższy czasie deszczu nie będzie… przerażające.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skuwka Porzucona… została wyłączona

Pan Tealight i Treser…

„Żadne z nich nie lubiło ni cyrku ni zoologów, ale jednak…

… jakoś tak, to wszystko dookoła wyglądało ostatnimi czasy mocniej kiczowato, klałnowato nawet i jeszcze na dodatek, za każdym razem coś komuś z trąby, tudzież, zaryczało… coś abębniło, coś jakoś tak… załomotało. Niby rozwolnienie, niby jednak jakieś tam trawienie, ale kogo i czego? Może lepiej nie pytać? Może lepiej jednak się nie interesować? Przecież to wszystko dookoła ostatnio jest dziwnie coraz bardziej obce…

Coraz bardziej nieznajome.

Coraz bardziej…

Pan Tealight wiedział, iż świat się zmienia, w końcu tak go zaprogramowali. Taki był od zawsze, ale te ostatnie zmiany i nowinki były tak głupie, że nie chciał nawet o nich słyszeć, więc najął Tresera Zwierzyny Wszelakiej, by jakoś tak sobie potresować pchły i ziemiórki. Akurat się pojawiły, nie wiadomo skąd… więc czemu nie, trzeba skorzystać, zawsze o tym marzył, chyba… W końcu taki cyrk to ciekawa sprawa, chociaż okulary trzeba mieć, albo i lupę, czy coś w ten deseń.

Wiecie, taki cyrk, robaczy…

Robaczywy?

Chociaż, tak z drugiej strony, jak i tresera ledwo co ledwo widać… to jest to wszystko problematyczne. Nawet jeśli mają siedzieć tylko w jednym miejscu, na jednym kafelku kuchni, to jakoś tak ostatnio wszyscy głodni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciemność pojawia się gdzieś po 22giej… a czasem nawet później.

Prawdziwej nocy już nie ma, a to coś, co za noc się uznaje, trwa jakieś 5 godzin… i męczy.

Jak susza.

Oto codzienność, czy też raczej conocność… dziwny zapach za dnia, lekkie ochłodzenie nocy, ale wciąż, mocne, ciężkie opary rzepakowe, dziwnie przebijające się przez jakiś morski zaduch, czasem wodorostami ajezie, czasem gównem z pola, no wiecie, sama natura, nie żeby coś…

… pierdzinka jak malinka!

Bzdzinka czy co?

Oj, tak mi dzieciństwem zaleciało… w końcu smroek rzepaku coś stałego w ludzkiej egzystencji. Mocny, miodowy, ale jakiś smrodliwy. Jakby za wiele cukru w cukrze, żółcieni i żółtym… i ta suchość i błagania o deszcz płynące, i z dołu i góry, chociaż, przecież to oni na górze za to odpowiadają, więc… nawet jak trafia się parę godzin pochmurnych, to jakoś tak… wiesz, że padać nie będzie. Czujesz to w swoim dziwnie osuszonym od środka ciele, w gardle niewypowiedziane słowa, rezon straciły, pieśni niewyśpiewane, a nawet one myśli, co je należało wyrzucić, dziwnie gdzieś się zatrzymały i bez poślizgu nie pójdą. No nie da się, nic z tego, nic.

Coś pokropiło, ale patrząc na ogród, to rośliny chyba nawet tego nie zauważyły…

A podlewanie jakoś dziwnie nie działa.

Nawet tego zapachu nie ma…

Zresztą, jak coś urosło, to błąkające się zwierzyny zeżarły, więc naprawdę jestem pogrążona w ogrodniczej depresji. Jakoś tak… no smutno mi. Nie stać człowieka na one badylki, a tutaj jeszcze przyłażą jelonkowie i wpierdzielają one ciężko zarobione koronki… i to nie nazębne. Wiecie… człowiek czuje się trochę…

Oszukany.

Jest dziwnie duszno…

… jest głośno i kracząco wieczorem, no i jasno… i dwa razy wrony napadły już pod oknem  na kota, nie wiem o co im chodzi, ale chyba mają jakiś beef… wiecie, może wisi im kasę, czy coś? Albo na jajka się zasadzał? Nie wiem… nie mówią nic. Ino ciągle prychodzą, pukają w okno by im wody olać, albo wodę wymienić i tyle.

Usługuj naturze…

RIP Tina Turner… ech, tamte casy, te czasy, wiecie, te dziwne myśli… jakoś tak ostatnio, jakoś tak, nic nie sprawia, iż człowiek czuje się zachwycony. Chociaż, wróć… widziałam światło przenikające przez płatki… i fale i kamienie… tak, wciąż jeszcze są, ale tego wszystkiego już tak niewiele.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Treser… została wyłączona

Pan Tealight i Szurająca Miotła…

„Właściwie, to wcale nie chodziło o porządki wiosenne, w końcu to już koniec maja. Raczej witać winni byli już lato, ale jakoś tak… nikomu się nie chciało, sił nikt nie miał wcześniej, niektórzy, to właściwie z tej suszy postanowili schłodzić się i zapaść z powrotem w sen zimowy, który, przyznajmy, w tym roku, zaraz, w tym i zeszłym, był marny… w końcu zima była ciepła, bezśniegowa, a cała reszta, no cóż…

Szkoda wspominać.

Ale…

Śiwat nie czekał, pory roku jakie były takie były, ale jednak i tak się zmieniały. Czy też raczej, jakoś tak, kalendarz o tym świadczył… w końcu cała reszta, udręczona, wysuszona, oni ludzie tacy wszyscy wściekli, co tutaj podziwiać, co oglądać, właściwie, czy wciąż jest wglenie bezpiecnzie?

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ostatnio nie wychodziła w ogóle. Raz polazła gdzieś, bo kamieni się jej zachciało i żałowała, za drugim razem mniej żałowała, bo i kamienie się okazały intrygujace, choć tamte też były fajne, ale tym razem odkryła coś nowego, a nowe oznaczało zawsze, że głowa będzie zajęta przez czas dłuższy, więc… wyższy score! Ale jednak, no po prostu, ni żółte pola jej nie wzywały, ni one listki… kwiatki przekwitły szybko, teraz ino czosnek w lesie i Turyścizny masy nagle obrodziły, więc…

Czas Chowaniasię… nadszedł.

A może po prostu już raczej jej się nie chciało, już jej nie zależało, już zaczęła tak odpuszczać i tak wiele, że po prostu… wypalała się, od środka i nawet ona nowa miotła, co ją Pan Tealight uplótł z pierwszych witek, przyozdobił sznurkami, kwiatami lodowymi, co nigdy nie miały się stopić, koralikami z kości wyplówek… sam rzeźbił, a malusieńkie były, bo i miotła niewielka, wiadomo, symboliczna, miniaturowa… ale śliczniusia i szurająca rytmicznie samodzielnie…

Nawet to jej ostatnio jakoś tak nie rozbawiało.

Jakby częściowo już jej nie było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Jestem otchłanią” – … zryła mi… Serio, żadna książka, aż tak, ostatnio, dość dawno… nie zryła mi tak bańki!

Szczerze!

Ta książka jest mocna, masa w niej niedopowiedzeń, szokuje, porusza… jeśli macie traumy  dieciństwa, świadome, czytajcie ją w jakimś lepszym momencie swojego życia, ale jeśli one traumy często wciąż biorą nad wami górę, może jednak nie? Bo po przeczytaniu tej powieści naprawdę inaczej będziecie patrzeć na świat. Na swoją przeszłość, na to, co w codzienności was otacza…

Po raz kolejny bohaterem jest chłpiec. Syn pięknej matki, rozchwytywanej, ale też syn, który wciąż nie rozumie jej samej, jej życia, w ogóle życia. Dziecko, które potrzebuje opieki, a otrzymuje… świadomość. Inną, dziwną, zbyt szybką… otrzymuje przesłanie, mocne, niszczące go, a potem poskładanego byle jak puszczanego w świat, w którym rodzina i ciepło rodzinne są jakimś UFO. Osobnika w pełni niewidzialnego. Idealnego świadka, opiekuna, ratownika, a może jednak mordercy? Tego, który jest wszystkim, ale jednocześnie wie tak mało. Szybko adaptuje się do codzienności, umie zmieniać się w pełni, być innym, inaczej patrzeć na świat, ale tak naprawdę…

Wciąż jest… dzieckiem.

Tylko dzieckiem.

Niesamowity thriller. Opowieść o tym, jak ważne jest wychowanie, jak istotne są osoby, z którymi spotykamy się jako dopiero uczący się świata… jak wpływa na nas krzywda… a jednocześnie, jak możemy przełamać pewnego rodzaju pętlę… dziwnie niedokończona, pozostawiająca masę pytań. Jak można mieć wszystko i nie mieć niczego, jak można mieć nic, a jednocześnie… cóż… piękna…

Maj, to miesiąc długich weekendów i wselakich uroczystości kulturalnych, no i wiadomo, corocne spotkanie nadchodzi, i pewno będzie coroczne narzekanie, więc jakby co, to nie, nie idę. Dlaczego? A po co? Polityka to coś, co bawi się samo ze sobą, a udawanie, że komukolwiek zależy na czymś poza sobą… bez urazy, ja już nie udaję, walę prawdę między oczy i tyle. I tak nikt w prawdę nie wierzy, ludzie tacy ostatnio są. Jakoś tak… może to przez te social media?

A może zawsze tacy byli ino mniej, inaczej?

Folkemodet to taka impreza, co ma mydlić oczy…

… mnie nie stać już na mydło, więc sobie oszczędze tego mycia gałek. Wolę poczytać coś, coś innego… tym bardziej, iż maj się kończy, czerwiec już puka, susza nas dojeżdża i w ogóle jest źle. Deszczu nam trzeba i kasy, jakby co, ktoś chce wziąć udział w mocniejszej magii?

No jak?

Czasem się zastanawiam jak inni jeszcze mogą jakkolwiek w cokolwiek wierzyć. Że nie wiedzą, jakoś tak od razu, intuicyjnie… nie wsłuchują się w śpiew ptaków, nie wpatrują godzinami w szklaną kulkę z dziwnymi galaktykami w środku… wiecie, taką kryształową, szlifowaną, ale w środku zamknął ktoś i snestorm i wyspy i ptaki i motyle i jesce jakieś robiny, które dopiero opowiedzą swoją historię…

Lepse to niż telewizja.

Wierzcie mi, próbowałam ostatnio coś obejrzeć, nie umiem.

Wiosenność się zmienia.

Coraz więcej zieleni, jabłonie przekwitają…

… ale na owoce coś raczej nadziei nie będzie nawet. Nie że nie ma, po prostu jakoś tak człowiek czuł już wcześniej, zwyczajnie. Wrony wrzeszczą, mewy srają, a dopiero co człowiekk wyczyścił kurna taras. Znaczy Chowaniec czyścił, wiecie, duża maszyna, chłopa trzeba, no co… jestem w tych rejonach, w swoim domku raczej taka męsko/damska. Znaczy, bez urazy, lubię gwoździe i zabawy wszelakie w przybijanie, ale jednak wiem, że taka kosiarka to zaczęłaby mnie gonić, a nie ja ją pchać, więc… jeśli chodzi o słoiki, to czasem też przegrywam.

Nie pcham się tam, gdzie mnie mogą zjeść.

PS. Plaga kleszczowa nadal jest ON.

Trawa skoszona po raz pierwszy, pszczółki nakarmione, pierwsze muchy wytłuczone… normalność. Po jednej stronie Wyspy ponad 20 stopni, a po drugiej naście i tyle… taki tu mamy klimat, szalony, zmiennny i nie do końca przewidywalny. Chociaż czasem ma ten koniec i jak łeb łupie znaczy – będzie wiać.

A chyba coś mnie zaczyna łupać, ale ostatnio nabawiłam się uczulenia na słońce, cuownie, na starość człowiek zaczyna mieć dziwne wysypki i jakieś anomalie, a miało być spokojniej… kłamali!!! Nos zatkany, ślepia ledwo radę dają, masz już dość wszystkiego, ale chcesz czegoś i tak plączesz się sam przed sobą w zeznaniach, nie wiesz co zrobić, czego nie… po prostu, szaleństwo.

Za sucho jest!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szurająca Miotła… została wyłączona