Pan Tealight i Metaforyzator Wielce Wielki…

„MWW był perfidnym i bezczelnym, ogólnie mówiąc wstrętnym dziadem…

… naprawdę, nawet skarpetami jechał, takimi zapoconymi, co najmniej tydzień noszonymi. Albo i dłużej, wiecie, takimi, co to niczym piesek przy drzwiach stoją czekając na wyprowadzenie. Nawet swoje miseczki miały na wodę i jedzenie, chociaż tak naprawdę, to co skarpetki jedzą?

Może ktoś wie?

Koty spod łóżeczek niegrzecznych dzieci, czy demony wypluwają pod łóżkami dzieci grzecznych, by się wiecie, nauczyły, że życie to kurna nie ino kotki są. A co! Trzeba zaczynać wcześnie!!!

Ale…

Poza skarpetami była i długa broda pamiętająca posiłki z całego roku, albo i kilku poprzednich, no ale wiecie, on się nie przejmował. Po pierwsze był wielki, po drugi był sobą i był z tego nadmiernie aż dumny, zadowolony i wszelako ujarany swoją osobowością. Naprawdę…

No weźcie no, przecież nikt nie każe wam wierzyć…

Ale tak było.

I jest.

Metaforyzator był po prostu idealnym przykładem tego, jak należy siebie kochać i czcić, gdy inni cię kompletnie nie zauważają, choć jedziesz zastarzałym, nie do końca przetrawionym winiakiem i gumowcami z zaprzeszłych epok, co to gnoju z siebie nie zrzucały nigdy… ino dobierały. Wiecie, jakakolwiek kupa, to ich, czy końskie boby czy krowie placki, czy te dziwne pieskie dziwactwa, co to tak się podejrzanie zachowywały w lesie… mogą być.

… w końcu ile można wybrzydzać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Deszcz najpierw, chyba ze śniegiem.

A potem słońce…

No naprawdę z początkiem nowego roku pogoda poszalała. Albo wsio było na raz i deszcz i słońce i jeszcze wiatr i może nawet coś w formie niby śniegu… albo ciemność i szarości i wszelakie władanie cienia. Naprawdę. Człek nie może ufać prognozie pogody, bo naprawdę kłamią. Znaczy, wiadomo, że czasem może się i zgadza to w internecie i to na zewnątrz, ale jednak w większości, to wiecie, raczej nie.

Kompletnie… całkiem dziwacznie czasem.

Ale tym razem spacer…

Cóż, spacer był od dupy strony.

I powiem wam, że nie wiem jak opisać, gdybyście chcieli pójść w moje ślady. Naprawdę. znaczy… wiecie, Almindingen, jedziecie soie główną drogą i to tak pi drzwi oko na przeciwko drogi prowadzącej do Rytterknægten. No więc między okiem, kowadłem a myślą zagubioną, to jakoś tam trzeba się zatrzymać pojazdem kołowym. No chyba, że wiecie, śniegi spadły i mamy wszyscy te sanie, renifery i bizony latają na skrzydłach i w ogóle, to wtedy płozy stawiacie tam… bo dojście tutaj przez las jak najbardziej jest możliwe, ale wiecie…

Trudno to opisać…

No i dalej… z parkingu możecie pójść w prawo, wzdłuż szosy, lub prostopadle do niej, ale to wiecie, zależy od was.

Prawo wybierzcie…

LOL bo choć droga blisko, to one krope deszczu na gałązkach się trzęsące, one dziwne słoneczności, których nie ma, ta chmura zaskakująca, niby odchodząca, ale jednocześnie, dająca ono cudowne światło…

Magia…

No dobra, to w prawo.

I idąc powoli, lekko błotnistą drogą, pod niewielką górkę po prawej one liściaste drzewa z gałązkami srebrzącymi się kroplami deszczu, który wciąż jeszcze trochę mży, a po lewej iglastość piękna, dostojna, mszysta. I w niej kamienie. Groby, kręgi, wsio rozwalone, no ale… wiecie, jak się człek wpatrzy, jak się wsłucha, to jakoś tak wsio się układa w przeszłość.

W opowieść o ludziach, którzy może pobliskie ruiny znali, a może jednak ich jeszcze nie planowali… a może tylko coś łowili w pobliskich oczkach wodnych? A może jednak, no wiecie, po prostu chowali się, chociaż, tych drzew o to nie mogę zapytać. Młodziutkie są jeśli patrzeć na wiek kamiennych kosntrukcji, chociaż…

W drzewach tyle mądrości.

Może przekazują sobie opowieści?

Może…

W tej całej zieleni i wilgotnej miękkości, jest coś tak magicznego i prawdziwego, że aż człowieka zatyka. Po prostu. Jest i ten zapach igliwia, całkiem inny niż rozgrzanym latem, gdy trzaskaja szyszki, całkiem odmienny…

Ten odcinek drogi, wiecie, jeśli odważni jesteście na tyle by zejść ze ścieżki ludzi, i dać się porwać onej magicznej, czarownej ścieżynce, to coś, czego już złek łatwo nie znajduje tutaj. Coś, co winno być naprawdę chronione, ale nie jest. I wiem, że następnym razem, mimo obietnic, mogą wszystko znowu zniszczyć… zabić, zabrać, zamordować. Tak jakby nie czuli, nie widzieli… i może jednak tak właśnie jest. I wiem, że chciałabym tam zostać, na mchach, na onych warstwach ściółki niczym wiecie, Wiedźma PlePle i wieszczyć, ale to chyba nie moje miejsce…

Jeszcze nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Metaforyzator Wielce Wielki… została wyłączona

Pan Tealight i Geniusz Niezbrodni…

„Właściwie, to jeśli chodzi o oną geniuszowatość, to wiecie, definicja definicją. W końcu przypasować można ją było pod wszystko. Mogłeś być geniuszem i brudu i smrodu, tworzenia burdelów i wszelakiej skrzywioności i jeszcze tych rzeczy i spraw, o których wszyscy woleli nie mówić, no wiecie, wszelakie sprawy i wycieki, które wiadomo, zdarzały się, ale jakoś tak, no lepiej było się tym nie chwalić, chyba, że byłeś Geniuszem Niezbrodni i miałeś w tym cel jakiś

Albo kimś innym byliście…

No cokolwiek sobie chcieliście.

Można było wybierać, znaczy kiedyś można było wybierać, bo po prostu teraz tyle się tych bogów nowych i awatarów ich porobiło i bóstw, bóstewek, i ino Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uważała, że jest Bogą, nikt inny nie zdecydował się na taką odmianę, ale…

Czy była od czegoś?

Chyba od niezdecydowania…

… wiecie, tak naprawdę, to nie wiadomo, czy już ktoś zaklepał oną szufladkę, czy nie, jakoś jej to nie obchodziło, wiedziała jedno, wyznawcy i dary mogą być, ale potem niech znikają. Co jak co, ale w nowy rok postanowiła wkroczyć ze słowem „jestem i będę bitchą” i tyle. Pan Tealight był lekko zaniepokojony… co tu mówić lekko, tak naprawdę nie wiedział co teraz ma zrobić?

Dlatego też Geniusz Niezbrodni był lekko nie do końca zauważony…

A jego się pojawienie nie do końca dostrzeżone.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cierpię na jakieś dziwne schorzenie.

Nadmierną opisywalność, przemyśliwalność, postrzegalność i ogólną dedukcyjność nawet tego, co onej dedukcyjności naprawdę nie wymaga. Nie potrzebuje. Wszelako od wszystkiego nie ucieka, ale włazi z tym swoim popapranym mózgiem i… wiecie, no i rozmyśla.

Nadmiernie i zbyt wiele.

Jakby mój mozg nie mógł odpocząć…

Nawet badania miałam, żeby nie było, jak nic wykazały, że zbyt wiele tychfal pod sklepieniem. No wiecie, każdy coś tam ma i z czymś żyć musi, co nie? Każdy ma swój problem. Na pewno, ja na przykład mam taki, iż nie wierzę w zbawczość 2021 roku. I nie, nie wierzę w to, że będzie lepszy.

Weźcie, wciąż jeszcze leczę się z 2019!!!

Naprawdę.

2020 był przerażający, straszny, wszelako pokręcony i inny, ale tylko to.

Czy był zły?

Ech, widzicie, no i tu mamy problem, bo dla większości 2020 jest wytłumaczeniem wszystkiego. Nie mówię, że to był cud miód i orzeszki czas, ale jednak, bez urazy, większość z ludzi jęczy tylko dlatego, że dzieciaki w domu były i na wakacje nie mogli. Co do dzieciaków, to sorry, ale jeśli nie umiecie się nimi zająć, to dlaczego je zrobiliście? Macie stworzyć z nich ludzi, a nagle wychodzi na to, że wyrzucasz je babo z ciała i oczekujesz, że świat zrobi z nich ludzi.

Odzwierzęcy jakoś ich dzwaczne postrzeganie świata…

… a potem…

Marudzisz jak to zrobił.

No dobra, przynajmniej tak tutaj to wygląda.

I chyba nic tego nie zmieni…

… a może to przez to, że w końcu obejrzałam te „Opowieści podręcznej”, wiecie, za darmo było tydzień HBO. I przyznaję, że nic innego mi jakoś nie podeszło. Ono wydłużanie wszystkiego w tych serialach jest po prostu dołujące. I jeszcze ona powtarzalność, że właściwie wiecie, że jedna baba drugiej babie…

No grabie.

I tyle.

… więc obejrzałam to w 3 dni i tyle.

Mam przemyślenia. A dokładniej to mam ich całą masę!!! Przeogromną, przeokreślonoą, przeogarniającą mnie i w ogóle… bo po pierwsze, to tych całych platform z serialami i filmami moc wielka. Jak ludzie to wszystko łykają? No wiecie, nie potrafię się na tym skupić, wiem, że to nudne, przekręcam, popędzam, no jakoś tak… to nie jest jak z książkami. Jest nudne i dziwaczne. Przewidywalne i schematyczne, ale przecież ludzie to oglądają.

I to chyba nie czytając jednocześnie książki?

A ja?

Przeczytałam Margaret Atwood wiele lat temu. Byłam jeszcze za dzieciak by zrozumieć one Opowieści i o co w tym chodzi i w ogóle, ale przeczytałam. Zszokowałam się, ale nie do końca, bo książki czytałam już różne, więc wiecie…

Zszokowałam się teraz.

Bo teraz zdało mi się to tak… prawdziwe i możliwe.

Książki to zło. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Geniusz Niezbrodni… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Boskich Okazałości…

„Bo przecież bóg to musiał być od wszystkiego. Od małego i wielkiego, minimalnego i gignatycznego, dobrze wyglądającego i kiepsko, tudzież seryjnie szkaradzko nawet, wiecie, zwyczajnie każdego, wszelkiego, wszystkiego i tak dalej… bóg nie miał jakoś tak wyboru, tworzyli go, bo to w końcu ich była zawsze sprawka, zbyt wielkie myślenie, zbyt małe myślenie, zbyt…

Nawet od…

Piaska ziarenka…

Nawet od okazałości i wszelakiej miałkości, od puchatości i suchości i mokrości, no szczerze, miał być od tego, do czego go powołano, ale jednak, wiecie, jakoś tak… wydawałoby się, że jak bóg to ma wybór, co nie, a tu się okazuje, że wszelakie mocy przekazanie, no i potem lanie rózgą złych wyznawców, wszelakich nieporządnych, źle się modlących, ofiar nie tlących…

To dopiero potem.

Nie, że tak od razu, oj nie!

Z nim nie było inaczej i na dodatek wymyślili go sobie bogowie, że niby to im przysporzy wiecie, tego tam Splendoru, który też ozywiście uczynili boską sprawiedliwością, no i wykorzystywali go jak im się podobało, ale… zapomnieli o jednym, że jak stwarzasz, to za to odpowiadsz i…

Potem możesz oberwać.

Mocno.

Nawet jak jesteś bogiem… czegokolwiek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dolina” – … zakończenia. No sorry, ale mam z tym autorem jeden problem. On nie umie kończyć. Nie wiem dlaczego nikt za niego tego nie robi.

Nie pomoże mu?!!!

No ale, abstrachując już od zakończenia, które mogłoby być lepsze, powieść jest intrygująca, aczkolwiek, kurde, no dobra, prosiak ze mnie, ale serio… co się stało z naszym głównym bohaterem?

No naprawdę!!!

Coście mu zrobili panie autor?

Oczywiście, rozumiem, że się zmienił, wiele w jego życiu się zmieniło, o wiele wciąż walczy… ach, bo jeśli nie wiecie, to ta powieść jest kontynuacją i najlepiej czytać je po kolei. Naprawdę. On onej, zimnej, wstrząsającej „Bielszy odcień bieli”, „Krąg”, „Nie gaś światła”… po „Noc” i „Siostry” i właśnie oną „Dolinę”. Książkę podsumowującą, ale też wyjaśniającą, powieść przynoszącą nadzieję, ale też walącą po nerach. I to grubą pałą albo mokrym ręcznikiem. Pamiętacie jak to boli… te zielone noce, ech, co za wspomnienia… ale…

„Dolina”, jak sama nazwa wskazuje, treść swą plecie w dolinie, w Pirenjach, miejscu przynoszącym pewne wspomnienia, w opactwie i małym miasteczku, gdzie, no cóż, możliwe, że ci najbardziej podejrzani są nosicielami prawdy, a ci ino mniej podejrzani, cóż… mogą najlepiej skrywać sekrety. To znowu powrót do wydarzeń z pierwszego tomu. Znowu sprawa bardzo osobista, ale też wprowadzenie kilku nowych nici do onej tkanini, którą jest życie Martina Servaza.

Nielekkie życie.

W oną przemianę… która wciąż, jak widać trwa i raczej…

… nie ucichnie…

Slusegaard…

Julowo.

Przy zamkniętych julemarketach, które zwykle rozjaśniały naprawdę ten czas, jakoś tak człek oklapł. W sklepach wszystko jakoś zniknęło już w połowie listopada, więc wiecie… who cares… na szczęście, no właśnie, dziwnie, bo przecież nie do końca zgodnie z prawnymi ustaleniami wirusologów, czy jak ich zwał, okazało się, że julemarkety się odbyły. Inne, w innych miejscach, jakieś takie dziwne, ukryte, na które natrafiałeś tylko, jeśli przejeżdżałeś obok, ale usłyszałeś coś od kogoś i wiecie… może zobaczyłeś w socialmediach…

Może…

Jednocześnie dowiedziałeś się, że powstały dwa miejsca z całorocznym szaleństwem julowym.

Naprawdę szaleństwem.

Pierwsze, to kawiarnia w starym gaardzie przy sławnym młynie. Cafeslusegaard jest otwarta, gdy jest otwarta. Warto zajrzeć na Instagrama czy FB. Nie wiadomo jakie będą obostrzenia, nie wiadomo co się wydarzy, na razie wsio zamknięte chyba do połowy stycznia, ale potem, kto to wie… co nam zaoferują?

No wiecie, co?

Ale miejsce… ech, jeśli byliście tam, zwiedzaliście miejsce, to wiecie, widzieliście i ten biały gaard, teraz otoczony choinkami, w końcu z wykorzystanym miejscem, zmienione, w tym okresie choinkowym pachnące tak, że chcecie polizać!!! Serio. Żywica everywhere!!! Coś pięknego, a w środku… cafe, ciastka, a potem zakupy. Tudzież podziwianie i kupowanie. Bo mają tam cuda, prawdopowodbnie z outletów szwedzkich, czyli krasnali mają!!! Dużo i różnych, takich, których szukałam długo, niektóre od znanych producentów i artystów, a inne znowu nieznane…

Ale cafe to jedno.

Okazuje się, że w niewielkiej stajni obok urządzono cudowną, kapitalną, klimatyczną grotę pełną skarbów. I to nie tylko na jul, ale też jeśli szukacie czegoś, by urządzić dom, lub zrobić fajne zdjęcia.

Ja wylazłam z krasnalami.

Ale wiecie, ja jestem stuknięta.

Przemiła właścicielka, młyn i pobliska plaża, rzeka i punkt zbiorczy LOL dostarczają temu miejscu ino więcej uroku.

Innygaard…

No więc jest i drugie miejsce, w którym są… myszy.

Nie ma boja, znaczy na pewno mają też te prawdziwe, w takich miejscach zawsze są, ale jednak, przede wszystkim, tutaj stworzono przeurocze pomieszczenie, w którym w innych czasach pewno można i coś zjeść i wypić, z kanapami, choinką, ale też i oczywiście z cudownymi pierdołami, diełami sztuki, kwiatowymi plecionkami, wieńcami na drzwi, no i myszami… co oni mają z tymi myszami, no kurde no…

… ale, nic to, myszy to myszy…

Miejsce znajdziecie tuż przy Ølene A, za Ølenevej – Lille Krusegaard.

W dość oddalonym miejscu, ale niektórym pewno znanym, bo zaraz kawałek dalej są parkingi i świetne miejsce, żeby pospacerować. Naprawdę. Las, ale i droga, stojące kamienie i inne cuda przeszłości, ale przede wszystkim ten spokój, rzeka, ptaki… naprawdę niezłe miejsce, ale ten gaard, to prawdziwy gaard. Wiecie, ogrom zamkniętej, posiadającej swoją magię przestrzeni. Wielkiej przestrzeni, której część przeminiono w taki słodki sklepik.

I coś więcej…

Coś, co jest otwarte cały rok, jeśli pandemia pozwoli.

No wiecie…

Miejsce urokliwe, cudowne, takie by popatrzeć, coś kupić… nie wiem, czy całkowicie zmienią się w sezonie, nie wiem, czy wywalają świąteczne rzeczy, kompletnie nie wiem, ale jednak, wiecie, muszę tam wrócić. Muszę, fajne renifery mieli!!!

Ale kasa…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Boskich Okazałości… została wyłączona

Pan Tealight i Sięstarasz…

„Skrzat Sięstarasz oczywiście był zajęty.

No jak zwykle.

Był tak zajęty, że nawet jego własny cień próbował aplikować o jakiś urlopik, ale nie miał na niego czasu. Naprawdę! Sam wiedział, że nawet jeśli napisze to podanie, znaczy znajdzie czas by je napisać, wydrukować, kopertę znaleźć, adresik, wiecie, do tego znaczek czy coś… no nie, nie miał na to czasu i tyle. Nie miał czasu na pisanie podania, ale też nie miał czasu, by w ogóle pogadać ze szefem, co mogłoby skutkować onym jakimś tam urlaubem, czy innym wywczasem, lecz…

Nie było kiedy.

A sam Skrzat…

No to samo, ciągle zagoniony, ciągle to i tamto, piętnaście list z cyklu co zrobić dzisiaj, dwadzieścia w planach ino na najbliższe godziny i wszystkie są na teraz, znaczy na zaraz, a najlepiej, to coby było już zrobione.

Ale się starał.

Naprawdę!!!

Starał się by wszystko było dopięte na najmniejszy guziczek i jeszcze dodatkowo nie rozchodziło się w szwach, i oczywiście miało guziczek zapasowy, i zapasowy do onego guziczka, no wiecie, normale…

Ktoś po prostu musiał!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

30 grudzień.

Minęło właściwie kilkanaście godzin od konferencji prasowej i wszelakiej odezwy do ludu i co lud robi? Tłoczy się w jednym sklepie. Tłoczy się i kupuje wiele napojów wyskokowych. W jednej z alejek trwa spotkanie przekupek rąbanych, nie można przejść, więc moje anxiety już zrobiło w myślach z butelek obok tulipanki i rąbneło nimi one pieprzone, durne babska…

Zdziwiły się jak ryknęłam.

Chyba nie wyglądam na takie, co wydają dziwne dźwięki…

No wiecie, publicznie.

Tak, wiem… sklepy mamy oczywiście pozamykane, otwarte są wyłącznie tak zwane spożywczaki, które u nas mają trochę więszy zapas rzeczy, ale jednak, tak szczerze, to właściwie żarcie i szczoteki do zębów. Sklepy są zamknięte, co mnie fascynuje, bo ludzie tłoczą się w tym jednym, który jest otwarty kupując, jak widać, całe masy wystrzałowego picia i żarcia.

Kolesie w markowych ciuchach, a co, Kopenhaga zjechała telepocąc się może i w promie przez te 5 czy 6 godzin, albo samolotem… szybciej, jednak przecież mogą. Choć państwo prosi by nie, to wiecie, kto słucha? Choś zaleca się testy i tym podobne, to jednak, no jakoś tak, wiecie, jakoś tak niewielu słucha. I ci słuchający, naprawdę grzeczni, się poddający… się zaczynają…

Mieć wkurwa.

Ze mną włącznie.

Wielkiego… rosnącego…

Oczywiście, że strzelają.

Jeśli ktoś wam mówi inaczej, kłamie. Nawet tutaj, na obrzeżach, słychać, ktoś może wam wrzucić bombkę do skrzynki na listy i tym podobne.

Nigdy nie zapomnę kolesia, który nam upaćkał kilka lat temu jakimś dziwnym kremem zamek w drzwiach… szczerze, powinnam wezwać policję, a nie zbliżać się do nieznanej substancji, no weźcie, w dzisiejszych czasach!!! A ja posprzątałam i tyle. Kurna, ludzie, pierdoli was, czy co? Dzieciaka wysyłasz na wojnę?

Co, przegonić ma zasranych Polaków?

Oj tak, nie oszukujcie się.

Nie lubią nas tutaj… oj nie.

I nie będę przypominać jak to okazują, ale… coraz mniej ich, choć dzieci robienie z kim się da wciąż jest w normie i wiecie, bycie ze sobą „po polsku”, to jednak jakoś ten dziwny kraj na południu zaszedł Duńczykom za skórę. Spoglądając na to wszystko historycznie… hmmm, patrząc lekko genetycznie, kurde, no weźcie no!!!

Wyglądacie jak mieszanka Polaka i Szkota.

Ino zadufanie w sobie macie… ono skandynawskie.

Trzeba się tego nauczyć i nie odstawać od innych, więc w nowym roku postanawiam zostać da bitch!!! Bo chyba ino to zostało w tym dziwnym świecie. Łokcie, wszelakie dbanie o siebie, wiecie, trzeba zacząć o siebie walczyć. Dość bycia workiem treningowym. Może jednak spędzę ten rok chowając się pod stołem, może nie…

Happy New Year…

Nienawidzę Sylwestra!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sięstarasz… została wyłączona

Pan Tealight i Kochanek Błyskawicy…

„Kurde, ale on był obrotny!!!

No weźcie, żeby ją zaspokoić musiał być, obrotny, ogarnięty i wystrzałowy.

Koniecznie!!!

Ktoś musiał być, więc on, wiecie, czując się proszonym i błaganym, wszelako niczym Adonis, sam bóg najjaśniejszej, właściwie no przecież byli razem, prawda, więc czemu nie, czemu nie miał też… w końcu był jej kochankiem, więc to właściwie jak współwładza, czyż nie… no i mężczyzną…

Że zadufany w sobie?

Narcyzm?

Ależ nie, nigdy w życiu, to wyłącznie zdorwy egoizm, po prostu warto dbać o siebie, bo kto inny to zrobi… no niby służbę mają, ale wiecie, jednakowoż trzeba jakoś takoś mieć na wszystko baczenie.

No trzeba.

Choć ten egoizm… nie nie nie, to tylko asertywność wrodzona. Mamusia nauczyła go by zawsze nie zapominać o niej i sobie samym. W takiej kolejności, ale wiecie, było się już jej zmarło, więc został on ino sobie, a jako że wiedział jak się zajmować sobą, to czyż nie mógł i być dla innych przykładem najlepszym, największym, najcudowniejszym obrazem, wszelaką doskonałością…

Bogiem…

Spłonął szybko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Echo.

Dolina echa…

A w niej krowy!!!

Nie no, zdaję sobie sprawę z tego, że w tym miejscu to nic dziwnego, ale ponieważ zajęta byłam nadmienrym przyśpieszaniem, bo jeden z byczków, jakoś tak wyszedł, wiecie poza pastucha, to człek nie chciał ryzykować nazbytniego, bliskiego spotkania, ale te krowinki stąd… szczerze, one wszystkie takie, jakby sprejowali je…

Ale każda za drzewem stała.

Jakby białe z nieba spadły, skrzydła im odpadły i skryli je oną czernia, która jednak nie wyszła, bo każda krowinka ma biały pas przechodzący przez jej połowę. Połowę długości się znaczy, wiecie, nie wzdłuż, w szerz tak.

Pierścień niby.

Nabrzuszny…

Ludzi tutaj masa.

Leją, piją, lulki palą, tańców ino brakuje, swawole na pewno wliczone, kij wie co im tam leją w te kubeczki… a ja szukam miniaturowego bizona!!! No w sklepie. Bo ktoś kupił, mówi, że w 2020tym, ale nie powiedzieli kurna gdzie, więc szukam w różnych miejscach. No szukam, a co, każdy ma jakieś zboczenie.

Ja też.

Mam i ja, bo czemu nie mam mieć?

Ale, spacer i ścieżka.

No więc tupu tupu i już człek jest przy obecnie małej, zewnętrznoodbiorowej knajpce. Można coś wypić, zjeść, ale sklepik z pamiątkami zniknął. Smuteczek. Pies jest, szczeka, ogień dymi i śmierdzi raczej dość mocno. Z tyłu człowieka skały, parking zapchany, a przecież to był jakoś tydzień przed Wigilią. No dobra, trochę mniej, bo chyba jakaś sobota, czy coś? A może niedziela? Kurde, człowiek się już gubi w tych zeznanaiach i wspomnieniach…

Jakoś tak właśnie się dowiedzieliśmy, że mamy przesrane jako ludzie zamknięci na niewielkim skrawku ziemi na wielce bujającym morzu…

Jakoś tak.

Ale… idziemy.

No bo przecież o to chodziło, by iść i powiem, że idzie się dziwnie trochę. Bo wiele się zmieniło, wiele drzew i krzaków zniknęło, most gdzie indziej, nagle widzimy w pełni okazałości ten domek z wieżyczką, podmokłość jest wyrazista, więc jeśli spadniesz z drewnianej ścieżki, to raczej radośnie nie będzie…

… więc uważaj…

Deski dość młode, nieomszone, ale wystawione na działanie pogody, więc…

Przydałyby się barierki, a poza tym, jakoś tak iście między skałą, nad bagnem a jakąś taką ziemno-kamienną nasypowością mnie dołuje, więc w połowie drogi, resztę zrobi się kiedyś tam, kiedy mniej ludzi będzie tędy łazić… no ale, w połowie drogi w końcu są pożądne schody do jaskini, więc jest ciekawie, potem w górę, można na inną wieżę, można i wrócić do samochodu…

… wycieczka raczej długa, ale te drzewa, ta przyroda…

Jak zawsze cudowna.

I fajnie się człek pomęczy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kochanek Błyskawicy… została wyłączona

Pan Tealight i Władca Pecheł…

„No co… że pechy władcy mieć nie mogą?

No weźcie, pity na czas wypełniają, daninę płacą, pracują ciężko… wiadomo, jak każdy. I nawet wirusują się ostatnio. Biedulki!!! I kto się za nie modli, kto im noski wyciera, no kto? Żadne z was, jak mogliście? Zapomnieliście o nich, a one przecież wciąż się was czepiają, wciąż się starają, tak niesamowicie się starają, by być jak najlepszymi, by jak najbardziej bolało, by kubeczki na łzy, który każdy z nich posiada, oraz woreczki na przekleństwa były czyste, ślicznie zdobione i wszelako wieloużytkowe… bo wiecie, one też w końcu dbają o środowisko.

I są weganami!

Naprawdę!!!

Dlatego złożyły Pechy, a dokładnie ich Pechowe Pechów Stowarzyszenie prośbę o swojego, własnego, pechowego całkowicie, ale dobrze ukształtowanego i rozumnego nadzwyczaj władcę, czy nawet, no czemu nie, niech będzie… boga może i… ale rozumnego, bo w tym świecie jednak głupota może i popłaca, ale… niech będzie mądry ino głupka niech udaje, to styknie!

I wiecie co…

Dostały go!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer do echa…

Bo wiecie, zrobili tę nową ścieżkę, więc trzeba było, ale nie tak od razu, no weźcie, w końcu czas taki, że należy na dwór wyjść. Szczególnie tutaj, gdzie ludków niewiele. No i jakoś tak, co innego robić, jeśli tylko pogoda pozwoli, bo przecież w tej chwili na przykład wieje… kurna, co ja mówię, wieje… duje i wali powietrzem, że strach…

Noc całą, dzień i kolejną noc.

Ja pierdzielę.

Psyche siada, leki na gwałtu rety potrzebne!!! Szczerze. Nie wiem w jaki sposób można wytrzymać to wszystko na… wiecie, trzeźwo.

Nie wiem.

Ale… choinka poleciała, mimo że człek się przygotował na wianie, to jednak przecież nie mógł przewidzieć, że będzie tak dramatycznie. Nigdy nie wiadomo jaki to będzie wiatr. Ale na szczęście gdy szliśmy, to nie wiało aż tak. Nie świeciło też, ale co tam, najważniejsze, że drzewa były i ludzi nie było. Naprawdę warto zatrzymać się koło onego muzeum, kiedyś zwykłej poczekalni kolejowej na wypasie…

… i pójść w stronę echa…

Tak, po prostu.

Bo wiecie, droga ubita. LOL

I człek idzie i po prawej woda, po lewej woda, liście niesamowite odkrywają swoje kształty i struktury… kolory na ziemi oszałamiają…

A wszystko lekko obłocone, połyskujące.

Podobno brody nissenów pojawiły się w Almindingen, ale wiecie, na to trzeba trafić, nam się udało rok temu. Pogoda wciąż skacze od 10 do 2 stopni i jakoś nie wiadomo czy to jesień czy zima. A może jednak jakaś nowa pora roku…

I dziś jeszcze ten wiatr.

Dziś, czyli 27go…

Ale, idziemy.

Ścieżka łatwa, można nawet z wózkiem, na wózku i człek się nie ubłoci po nos, no chyba że jak ja po prostu wpakuje się w krzaki, bo przecież te drzewa i rzeczne meandry, one podmokłości, po prostu jakoś tak, zwyczajnie grzybki i porosty, mchy i wszelakie struktry stworzone i przez wiatr i drzewa, gałęzie i przemijanie…

Przemijanie roślin.

Powolne gnicie…

Naprawdę, to wszystko ma w sobie piękno.

Intrygujące, zaskakujące, jakąś taką harmonię, normalność i one kolory… oj, można się dziwacznie zauroczyć, ale przecież idziemy… prostą właściwie drogą, lekko dołem, mijając powalone drzewa, co nie doprowadza mnie do radosnych wniosków, bo mówili, że nie będą ciąć w Almindingen, ale jak zwykle…

Kłamali.

A echo…

… zaraz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Władca Pecheł… została wyłączona

Pan Tealight i Tkanka…

„Tkanka miejsca była porwana.

Szwaczka Pierwsza połamała wszystkie igły. Szwaczka Druga nie miała nici w odpowiednim odcieniu, a każdy inny ranił Tkankę.

Zaś ta Trzecia… no co, może i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była ino sobą, wiedźmą ślepawą i ogólnie nieludzką, ale szyć umiała. Krzywo i wszelako nie dostojnie czy coś, ale jednak umiała.

Jakoś tak.

A i nici miała…

Wiecie i białe i czarne i niebieskie i czerwone nawet, więc jakoś tak, odpowiednio… ale kurde krzywo jej to szło i opornie, tkanka Tkanki śliska była, glutowata i gumowata, ale jednak, jednak jakoś tak, choć powoli, z oporami, pruła trzy razy, a może i więcej, ino się nie przyznała…

Ale szyła.

Do końca.

Nawet wiecie, jak już skończyła, to hafcik walnęła, no ulało się, więc trzeba było to jakoś zakryć, aczkolwiek, przecież za0pachu się nie zakryje… choć i zapach Tkanki samej nie był jakiś taki… ekhm sympatyczny.

Oj nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer do wodospadu…

No wiecie, tego największego.

Znaczy, nie żeby chodziło o wodę i dobrze, bo kurde człowiek byłby naprawdę zaskoczony i zaniepojony może? Wiecie, niby zima, niby pada, a jednak, a jednak kurde w sprawie wodospadu to ino ciek niewielki. Jakby co wypijało wodę. Jakby coś po prostu ją wypijało. Może i uderza o ziemię, ale zaraz znika. Może i błocko jest, może i cos na kształt wilgoci unosi się w powietrzu, ale jednak, kurde no, gdzie nasza woda?

Kto ją kradnie…

No ale, dlaczego lezę do wodospadu jak nie ma wody?

Po pierwsze nie wiedziałam, że taki shortage mamy, a po drugie…

Tu o drzewa chodzi!!! Bo one tutaj, jak się tupta w górę z tej strony od wodospadu… to wiecie, są takie niesamowite. Takie wielkie i wieczniezielone. I jeszcze wysokie, majestatyczne i jakoś tak człeka wyciszają. I jakoś tak po prostu uspokajają i jeszcze, może robią tak, by udowodnić, że takie są, wiecie…

… wielozadaniowe…

Pobudzają wyobaźnię.

I tulą!!!

Nie wiem jak, ale kurde, jakby się do babci chodziło, która jest fajna, choć ma swoje zajęcia i wcale nie przepada za dziećmi, to jednak jak tuli, to wiecie, że to jest naprawdę i prawdziwe. I takie do końca i na zawsze.

Choć serio ma na gazie zupę…

No więc idziemy!!!

I jest błocko, ale jednocześnie i pada, więc pojedyncze istoty, które wpadły na ten sam pomysł uciekają z lasu, a ja… idę. No przecież tylko pada, może i wieje, ale jednak przecież nie aż tak i między drzewami wiać nie będzie, szczególnie w dolnej części ścieżki. Tutaj, gdzie one drzewa. Cuda wszelakie o kolorowej korze. Piękne, jakby winem czy krwią tętniczą oblane, a może jakby mięsem obrzucone, tudzież… żyjące twory ludzkie właściwie…

I ona zieleń w górze.

Pewno, że ścieżka się pnie, więc nie jest najłatwiej, ale jednak, kurcze, tutaj sobie człek uświadamia, że oto jest luksus. Wyjście na spacer, gdy się naprawdę tego chce. Gdy nie trzeba, czy ktoś zmusza, ale odczuwa się ten zew dziwny, pierwotny, wszelaką potrzebę… może i ludzką, może raczej i zwierzęcą, najbliższą temu, co zwie się duszą…

Bo tak było…

A dzień serio był ponury.

Jednak jakoś tak, jak cię wołają, to chociaż leb odwracasz. Ja pojechałam. Polazłam, sprawdziłam, że wody brak, omal nie wywinęłam orła, sarny, niedźwiedzia, wrony, jastrzębia i jeszcze z pół krogulca czy też pelikana… ale byłam tam. W lesie. W onym luksusie, który uzmysławia sobie o tym człek szczególnie teraz, przy onych wszelakich ograniczeniach jest tak…

Niemożliwy.

Ona wolność…

Może to nadmiar tlenu, ale jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tkanka… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Nikogo…

„Był Panem Nikogo.

Właściwie podejrzewał, że i Niczego i jakoś tak, naprawdę, czuł się moczno zmęczony już onym opiekowaniem się obojgiem.

Doprawdy, ile można znieść?

Zamiatasz, pierzesz, gotujesz, wszelako otaczasz się wszystkim, co ino jest pozytywne i wspaniale ustosunkowane, poprawne i mocno uspokajająco małoutyskujące… no i jeszcze… robisz to dla nich, bo oni są, prawda, choć przecież. Nikt nie zjada tych obiadów i nikt nie pomaga przy zmywaniu. Nikt nie zetrze kurzów, a nawet i nie zbije ukochanej filiżanki… czy też, nie brudzi.

Ino on sam.

Pan.

Sam sobie.

Ale przecież jest też i ten i tamten, więc co z tym ciastem, świeczkami, choinką, prezentami, oczekiwaniem, brakiem oczekiwania, wiatrem we włosach, liściem pod podeszwą… chociaż, o fuj, nie, coś mocno wali… jednak to nie tylko liść, więc może, może jednak to oni…

Albo pies sąsiada.

Jednego lub drugiego.

A ta złamana gałązka, dmuchnięty chuch na szybie, dziwna plama w łazience, kwiatek, który przywiał podmuch i piórko i kamyk, kolorowe szkiełko, papierek, torebeczka foliowa machająca z drzewa…

… więc może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Złe miejsce” – … no dobra. Taka powieść już była, ale o rodzinie i dziewczynie, która w końcu postanowiła coś zmienić. Kurcze, nie mogę sobie przypomnieć tytułu, ale coś takiego już było…

Ale i nie takiego.

Nie tak z jednej strony kobiecego, prostego, z drugiej posiadającej podwójne dno, w którym mieści się ich jeszcze kilka. Bo przecież jak inaczej opisać opowieść trzech dziewcząt, prawie kobiet i kobiety, która pragnie… dziecka. Jakże to na czasie temat, gdy tyle par zmaga się z niepłodnością, winą wszelaką, że nie mogą mieć tego, co jest tak naturalne.

Co wydaje się być tak proste, przecież nawet zwierzęta…

Oto opowieść dwutorowa, ale też w pewnym sensie, jeżeli spojrzycie na nią z różnych dtron, o wszelakich osobach. O tych, którzy uciekli i tych, co zostali. O walczących o miłość, o tych, którzy podejrzewają zdradę, o kochających i nie wiedzących co to znaczy, o zagubionych… ale przede wszystkim o rodzinie. Która może być tak odmienna od tego, czego nas uczą.

Co pokazują media… co sami tworzymy z czasem, co nazywamy rodziną.

Oto opowieść, która, okay, w moim przypadku przyznaję, iż podejrzewałam takie zakończenie, ale wielu może ono zaskoczyć. I naprawdę możecie zmienić zdanie o kobiecie, która poświęci wszystko dla miłości… oj naprawdę. Zakończenie, właściwie wydaje mi się, iż powinno być wstępem do tej powieści, ale jednak wtedy byłaby to całkiem… całkiem całkiem inna książka.

Polecam.

W mieście…

W zeszłym tygodniu w mieście to wszelako jeszcze była ludzina, ale wiecie, świątecznych rzeczy jak na lekarstwo, dobrze, że człek nabył je z końcem października… ojojoj ale byłaby teraz buba, łkanie i rzucanie sztuczną szczęką.

A już na pewno plombami.

U Sióstr wszelaka spokojność noworoczna. Bo przecież imprez nie będzie, no i lepiej we wszytko się zaopatryć teraz bo nas odcinają od wszystkiego, prom do Ystad nie pływa, zacznie od 26tego po wrzaskach ludzi, którzy tam mieszkają, ale pracują na Wyspie. No i ten magiczny korytarz się otwiera. Szwedzi pozwolili Wyspowym Ludzinom, ale ino z zameldowaniem, albo pracujących, będzie sprawdzanie!!!

Ino oni mogą się promować.

Tak jeden prom dla tak niewielu?

Hmmm…

No nie wiem, ale po prostu dziwne to wszystko. Rozumiem to. Potrafię wytłumaczyć, jakoś tak uważam, że się Danii należało za wykorzystywanie Szwedów i wszelakie nimi pomiatanie, ale jednak, no wiecie, niesmak jest. I pozostanie na zawsze. Bo jakoś tutaj niczego się nie zapomina. Oj nie. Nie ma tak łatwo… takie myśli mnie naszły w Tigerze widząc przeceny światecznych rzeczy i… chcąc niczego poza zielonym czajniczkiem z żelaziwa…

Hmmmm… nawet za darmo człek tego nie chce.

Ech!

Netto.

O tak, za to w Netto był ubaw.

Trzymajcie w pamięci to, że to wyspa, ludzi mało, a już w Netto było ich naprawdę niewiele, więc weszliśmy po zieleninę. Bo ja wciąż dziwnie te warzywa kocham, potem mnie od nich wzdęło, więc może trza było słuchać onego trzepotania duszy, ale to była nasza rocznic, 17ty…

… very specjalna rocznica, 24ta i jakoś tak…

No chodzi o to, że podlazł do nas wielki pracownik, nie zachowując odstępu i nakazał się rozejść. W rocznicę… ekhm trochę kiepsko. Ja dostałam ataku już na całego, ale Chowaniec nie. On przechodzi etap wkurwa na wszystko, zresztą ja chyba też i wiecie, wprost powiedział, że psychicznej żony bez smyczy puszczał nie będzie, a tutaj posiadanie psychicznego członka rodziny się liczy. YAY!!! Pewno, że powinnam miećmoże plakietkę z napisem – fjoletowy… LOL no wiem, że nie tak się pisze, ale jednak, weźcie no, ubaw, co nie…

Koleś się zmył i zaczął czepiać każdego kto był z kimś.

Znajomych, co dopiero się zobaczyli, dwóch dziewczyn, staruszki…

Hmmm…

Już wiem, dlaczego takie pustki w tym Netto na rynku w Ronne. Już wiem. Zresztą, tam zwykle jakaś dziwna atmosfera jest. Naprawdę. Obsługa jest dość… ech, no mało miła. To co było 10 lat temu to inny świat i wiecie co, teraz to postępuje tak mocno, że nie chce mi się o tym gadać, więc poleźliśmy gdzieś indziej popodziwiać kolejkę z odstępami, gdzie stali ludzie spragnieni tego, by ktoś im prezenty spakował. Pustki we wspomnianym już Imerco…

Straszne!!!

Na pókach kurz i resztki glittera.

Ale w ogrodniczym pięknie!!! I Zenon! I PS. Pisane to było w ciągu kilku dni, między 17tym a 23im. Wciąż wsio się zmienia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Nikogo… została wyłączona

Pan Tealight i Trzy Rękodzielniczki…

„Tkały, cięły i plątały…

Robiły to, do czego były zrodzone…

… a może jednak stworzone, powołane, kij wie i to niezaostrzony, czy były z poprzeszłości, czy z teraz, czy jednak się odradzały, przemijały, czy może były elementem wieczności wszelakiej? Może po prostu były zawsze takie jak teraz, jedna z pryszczem, inna znowu ze zbyt suchą skórą, która naprawdę ją wkurzała i wciąż płatki naskórka wpadały jej do garnków, bo przecież…

Była najlepszym kucharzem rodziny.

I jedynym.

Z drugiej strony, przecież wszystko pozostawało w rodzinie. Ale, czy one były w ogóle rodziną? Tak naprawdę? Biologicznie nawet… z drugiej strony to nie miało znaczenia, ale jednak, ciekawe było, że każda właściwie jakby z innego ojca i innej matki i jeszcze listonosza, i paczki ciastek.

Oraz flaszki mleka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

No czasem już człek ma takie parcie na wyjście, że… ech, nie może inaczej. Po prostu się nie. Ale… jednak najpierw będzie o czymś innym. O sprawach, które jak to ostatnio jest w modzie zadziały się z dnia na dzień i zszokowały wielu.

Szwecja nas nie kocha.

Bez urazy, ale jak ją kocham, tak i rozumiem.

Przez cały rok, do tej pory to Szwecja służyła Danii za ucieczkę. Oczywiście, że Wyspa, podróżowanie na tak zwany kontynent, czyli wiecie, dostanie się do kraju, Kopenhagi, najłatwiejsze jest przez Ystad. Półtorej godziny i już. Zamiast ponad 5 godzin telepania się w pusełku na zapałki przez straszne, pełen krakenów morze…

Znaczy, serio, tam mają straszniejsze z tamtej strony.

Naprawdę.

Gdy promy jeszcze były wielkie i powolniejsze, to wszystko się przesypiało, tudzież wiecie, imprezka na promie jak nie było tak falowato i tak dalej. Naprawdę nie było aż tak tragicznie, ale teraz, o nie, wolę przez most. Problem w tym, iż obecnie most nie działa w dwie strony mimo rozbrzmiewającej wszędzie reklamy i życzeń dla niego, bo wiecie, ile to już? 20 lat?

Rocznica, cudowne połączenie, sto lat i tak dalej, a tutaj slut…

Po pierwsze, naprawdę przez ostatni miesiąc Dania strasznie była niegrzeczna. Śluby, wesela urządzane za granicą, wiecie, w Szwecji taniej, można więcej i tak dalej. W ten sposób osobniki z tych najbardziej zarażonych miejsc po prostu… nie no, oczywiście, że Szwedzi zarabiali, ale za jaką cenę?!!!

Roznoszenia tego nowego szczepu wirusa?

Hmmm…

Okay, wróćmy do początków.

Wszyscy wiedzą, że Szwecja w obliczu pandemii podjęła inne niż wszyscy reguły. Ostrożność tak, ale nie zamykanie, dzięki temu, jakoś tak, no byli normalni. Tak, winna jestem wypadów do Szwecji, akurat nie było innego wyjścia. No i właściwie, przecież i tak się izolowaliśmy, więc… jak w ogóle coś złapać, jak udzi u nas nie było, bo przecież biednych Szwedów nie wpuszczali. Bo jakoś cały świat ich wyklął. A potem nagle stweirdzili, że kurde to był dobry pomysł, więc wykleli bardziej, bo jak ktoś nie zarządził upadku, to wiecie…

Zazdrość?

Nie wiem czego zazdrościć. Tam też ludzie chorowali i chowują. Też tracili bliskich. Ale nie prace. Okay, knajpy ino na zewnątrz albo wynos, ale jednak… jakoś tak normalniej. Jakoś tak zwyczajniej, bez paniki w oczach jak u nas…

To się już skończyło…

I nie, nie dziwię się, że teraz Szwecja odpowiada zamknięciem granic, ale… Wyspa położona jest właściwie przy Szwecji. Nie, Szwedzi nie mogą wjechać na naszą ziemię, mimo posiadanych domków i tak dalej, no zwyczajnie nie. Znowu nie. Mogli tylko chyba przez część lata, ale i to było dość dziwne, te kontrole na granicy…

Ohyda!!!

Ale…

W obliczu urodzin mostu kłótnie polityków wydają się być…

… dziwne. Z trzeciej strony, kurde, ludziom nie można ufać, że się podporządkują. Z kolejnej straciliśmy już tyle praw i wolności, że nie umiem się odnaleźć nigdzie. Jako osoba, której przysługują pewne sprawy, wiecie, psychiczne toto, dziwne i tak dalej, naskakujący na mnie sprzedawca, stojący za blisko, wrzeszczący nie wiadomo dlaczego, o co i tak dalej… jak mam powiedzieć lekarce, że nie, nie czuję się lepiej, bo raz w miesiącu musimy do spożywczego, więc…

Jak wytłumaczyć strach?

Jak to się wszystko skończy?

Nie wiem.

Wiem jedno, ludzie boją się jeszcze bardziej i robią rzeczy, które… nie są mądre. W ogóle. Te spotkania, granie na nosie, właściwie komu? Dzieciaki nie na smyczach roznoszące zarazę i jeszcze… ech…

… nie wiem jak to się skończy.

Nie wiem, ale chcę do Szwecji!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzy Rękodzielniczki… została wyłączona

Pan Tealight i Tomasze Niewierne…

„No na wierzbie wyrosły, zamiast tych tam kotków, wiecie… tak na zimę, tak, żeby po prostu pustkę zapewnić, ale wierzbie się one Tomasze Niewierne nie spodobały bardzo. I to bardzo bardzo, więc wiecie, jakoś takoś było po onych dziwnych, tymczasowych Tomaszach.

Po prostu.

Ni nawet kłaczka, bo kłaczaści byli tacy, serio, glośni i mocno upierdliwi, jakby kurna wsio im się należało. Jakby naprawdę każdy ułamek świata, który zaczynał się im od wierzby, był dla nich stworzony i miał im robić dobrze. I to dobrze z odpowiedniej strony i wszelako… wiecie…

… no ekhm…

Ale wierzba miała to gdzeiś, zresztą, zauważyła, że cholerniki raczej nie dość, że toksyczne, to jeszcze na dodatek jakieś wirusowe i zakaźne mocno. A co jak co, jeśli można było problemowi łeb ukręcić na początku, wiecie, w onej wszelkiej kołysce, mocno w tym miejscu mitologizowanej… no to, czemu nie. Pojawiły się, więc wiecie, poradziła sobie z nimi i dzięki niej…

Ale nie każdy tak myślał.

Nie każdy myślał, że ingerencja w Tomaszowy ekosystem była dobra. Oj nie, byli tacy co wołali, że one żyć powinny, może nauczą się niezabijać? Może jednak… w każdym jest dobro przecież…

Ale ona wiedziała.

Nawet gdy ją palili…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc mamy hyggetesty i jest ubaw po pachy.

Po 15 minutach macie wynik.

Oczywiście, że wsio jest o wiele mniej wyraziste, prawdopodobne i dokładne, ale kolejki są widoczne i wielkie i… eee, nie utrzymują odstępów. LOL Weźcie mi wytłumaczcie po kiego iść na test jak nie macie powodu? I czemu hygge w nazwie?

Że podobno to ma ludziom hygge zrobić?

Eeeee…

Nie kumam tej logiki.

Ale ja ostatnio niczego nie kumam. Robią nam lockdown w znaczeniu zamknięcia knajp i bibliotek oraz wielkich galerii handlowych, ale my tego nie mamy, więc, eee… co, zamkniecie jedyny większy sklep? Serio? Nas tu szczerze ino garstka. Ino minimum straszne, więc o co chodzi? I tak przecież podróżować wolno… no wiecie, nikomu się nie zabrania, jest ino… odradzane lekko.

Ale poza tym, to hulaj duszo, nie będzie bicia.

A powinno może być?

Nie wiem… wiem jedno, nadal wkurw w narodzie i tyle, dobrze, że drzewa są. Naprawdę, bo chociaż one, jak nie przewrócone, to wiecie, stoją wciąż, rosną, ochraniają, fascynują, a cała reszta, cała reszta zdaje się być tak brzydka.

Potworna nawet…

Nie wiem.

Chętni jesteście na testy takie dla zabawy? Szczerze? By robić sobie teścik co kilka dni, mimo że nawet nie ruszyliście dupy z domu ino dlatego, że to jest dostępne? Przecież, no po co? Naprawdę? Czy jest nagroda dla chorych?

A niechorych?

Światło.

No więc go nie mamy.

Skończyła się słoneczna wyspa… fejm odszedł… już wcześniej okazało się, że spadliśmy na któreś miejsce za innymi, jakby można było spaść przed innymi? Serio, kobieto, co ty piszesz… ale… naprawdę to czuć. Brak światła. Kilka dni temu było coś na kształt słońca i po prostu wydawało się to tak dziwne.

Tak nienaturalne.

Od października nie świeci.

I grudzień zdaje się nie być inny od poprzednich. Ciemny, dziwny, niby zachmurzony, a jednak suchy. Sądząc po moich roślinkach, przydałoby się im podlewanie, co wydaje się pokręcone, bo to zima już! Helloł!!!

Jak to podlewanie?

Może jeszcze trawę skosić?

Kurde…

Ale ten brak światła na znanej z największego nasłonecznienia wyspie jest zauważalny. Na pewno też wpływa na mieszkańców. Jakbyśmy już nie mieli przegibane. Poczta chyba w ogóle przestała działać.

No pięknie, gdzie moje paczki?

PS. No i na koniec zamknęli nas do 3go stycznia, ale ma być przedłużone… takie tam, pewno wszystkich zamkną, więc nie ma się czym chwalić, ale jednak, wiecie… podobno liczby są straszne, łóżek nie ma, sodma, gomora, pomora… dlatego z małych liter, wiecie, nie żebym nie wiedziała co to Sodoma była.

Tudzież gdzie.

W książce… LOL

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tomasze Niewierne… została wyłączona