Pan Tealight i Porąbany…

„Porąbany nie wiedział czy jest panem czy panią, czy też wiecie…

Panną na wydaniu, a może jednak, no przecież i to jest możliwe, poszukującą swej drugiej połówki, niegdyś odłamaną brutalnie… jej, no przecież nie każdy ma prostą opowieść ze swego życia w stylu urodził ię tu i wtedy, potem szedł w szkoły, żeniaczki, prace, wszelakie wypadki, mandacik tu i tam, a potem…

The end.

Nie, Porąbany nie miał tego, problew tym, iż nie miał też czegoś innego. I to go trochę denerwowało. Spędzało mu sen z pośladków. No co, jednakowoż skądś ono imię miał. Nie przez przypadek. Przypadki nie istanieją poza Nieistniejącym Niewidocznym Przypadkiem, który mieszkał w żółtej Szopie Pod Ciotką Śliwą, wiecie, oną samę, gdzie mieszkała Wiedźma Wrona Pożarta.

… więc, to nie mogło być to.

Ale co?

Kogo zapytać kim się jest? Rodziców nie znał, nie wiedział nawet czy ich miał, może wyklu się  jaja, które samo się uformowało na morskich dnach, powoli, przez lat miliony, może jednak był tworem samym w sobie, swym ojcem i matką, bratem i siostrą, tak naprawdę, tak właśnie się czuł.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to tak…

Szczepionki i tak dalej.

Dobra, w życiu nie myślałam, że zamienię się w kanał commentary, ale dziś będzie politycznie. Chociaż miało być o kolei, i kaperach, ale po chuj komu historia, co nie? Kogo obchodzi opowieść córki rybaka z połowy XIX wieku, co to bawiła się ze śledziami, wiecie, to nie ta córka rybaka, co była z Mazur…

… ktoś pamięta, bo nie wiem…

Ale…

Dobra, ludziom puszczają nerwy, a ponieważ jestem psychiczna, to wiecie, ogólnie mam przesrane. I tak wiem, wulgaryzmy, ech te kobiety, no weźcie no, przyzwyczajcie się do tego, że klniemy, bo choelra jasna, mamy dość.

Wychodzenie na zewnątrz, to wtopienie się w mglistą atmosferę wszelakiego wkurwa i ogólne znerwienie wszelkich ludzinów. Kopenhaga podobno wymienia się sommerhusami, wiecie, bogaci to mogą, bajer u nas taki, że raczej biedny z pustego też nie wyssie ostatniej kropli wody, więc…

… więc miejscowi, my, mamy wkurwa, coraz większego.

Serio.

Co mi się stało?

No więc, wiecie, raz w miesiącu człek wylazł z domu do sklepu. A wiecie, u nas zaczynają gonić za to, że na przykład jest dwóch z rodziny. Nie żeby jakoś rozpoznawali, test DNA czy papiery, porównanie obrączek, czy coś w ten deseń… nie żeby tłok był jakiś, bo wiecie, szczerze osób na spore Kvickli było kilka… może kilkanaście. Nie no, tym razem mnie nie złapali, ale nic to.

Strach i tak był.

A las… lasu coraz mniej…

Dobra, nabywszy fasolkę, białą, tanią z Netto…

Wiecie, tym człek się najje. I nawet go wydmie. I wypierdnie może w kosmos… no dobra, szczerze, to był koszmar.

Serio…

Siedzę w domu.

Boję się zewnętrza…

Przez przypadek, a może nie, bo ja wiary nie mam…

Nie, nie wierzę. W nic i nikogo. Za to wiem pewne rzeczy. Jak na przykład, nie żebym chciała, iż spalili nam panią minister… znaczy, no wiecie, nie dokładnie, ale… Odbywające się w Kopenhadze protesty, które zostały zorganizowae, czy też zwołane, przez MIB… serio, Men in Black…

… hmmm, ja wam mówię, że seryjnie kosmici, no kurde.

Kosmici.

No ale, one protesty, oczywiście, masa ludzi, wszelako powinni dostać mandaty, ale… ta kukła. Trzeba przyznać, że przez maseczkę ze zdjęcia, bardzo realistyczna, płonęła ładnie, ale dość krótko, bo jakiś tuman znalazł spryskiwarkę. Znaczy tę no, wiecie, spreya gaszącego…

… serio, ostatnio mam problemy z polska języka.

To tyle, gdy słyszę, że Duńczycy, to taki spokojny i tak dalej naród.

Ludzie, oto czołga się ona odrobina historii. Dopiero jakoś w 1973 roku kobiety wywalczyły sobie równość… której, jak teraz nagle sobie kraj ten uświadomił, nigdy nie otrzymały. Że seksizm jest tu tak wielki i zastraszający, że… aż niewyobrażalny. Spalenie podobizny Mette Frederiksen i wszelkie sprawy ją otaczające, cóż… nie, nie ma w tym jej winy, że jest kobietą i tak dalej… tak naprawdę ona równość tutaj nie ma nic do rzeczy, ale wiecie, zawsze dobrze wiedzieć…

Zwyczajnie, ludzie mają dość tych lockdownów.

A ja znowu dostaję reklamy IVF… po duńsku oczywiście.

Czego nie wiem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porąbany… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochaniec…

„Że niby luty się zbliżał, wiecie, to niektórym już naprawdę waliło na dekiel.

I to dość dziwacznie, wysublimowanie i tak dalej.

Niektórzy uznali, że to już wiosna i zaczęli wypychać do ogródka wszelkie rzeczy, cebulki grebać na spoczynek wieczny, miejąc nadzieję na to, że jednak coś z nich wylezie, wiecie, cokolwiek, ale niech nie gryzie. Inni znowu postanowili trzymać one światełka jak ino długo się da.

Naprawdę.

Na przykład sąsiady Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane… znaczy te z lewej, bo Pederasta OCD z na przeciwka już dawno wsio posprzątał, nie żeby cokolwiek trzymał, a na kwiatki i wszelakie trawki i roślinki miał uczulenie, więc od razu je usuwał. Jak ino zaczęły myśleć o rośnieciu. Bez urazy, oczywiście, że go rozumiała, w końcu dzielili te same jednostki chorobowe… no ale, bez urazy. Seryjnie? Aż tak mocno? Do ziemi?

A ten z lewej miał patyk co zmieniał kolory.

Falliczny symbol swego zniewolenia.

Ino że, kurde no, on był dwukolorowy tylko, więc co z nim było nie tak? Albo jedno, albo idziemy na całość no… i wciąż toto się świeciło. Wciąż, no szczerze? Aż tak długo, waląc jej w największe okno…

Odblaskiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Vestermarie…

Nim zagłębimy się w niesamowity las opowiem wam o Dubaju…

Nie, wcale nie będzie to historia dziwacznej dla mnie konstrukcji zwanej miastem, dla wielu po prostu ideolo olo, coś, czego pragną i tak dalej. Nie. Szczerze, to dla mnie taka Sodoma i Gomorra i pewno tak samo skończą. To obraz tego, jak obrazić można naturę, a i postawić w środku kosmicznej bidy se walnęli bogacze ropowi pomniczek wszelakiego bogactwa i rozpusty…

No wiem, tylko ja tak uważam.

Sorry, ale jak najbardziej uwielbiam pustynię. Jest niesamowitym tworem, ale to coś, to po prostu nie istnieje. Fantasmagoria stworzona dla dupczenia bez wszelakich ograniczeń, ale baby wciąż muszą uważać, no wiecie, baby to zawsze powinny, no nie oszukujmy się i tutaj, no ale…

O czym to ja miałam?

A… bo jakby ktoś nie zauważył, to wiecie, jest ta ona chorobowalność, czy coś tam. Jedni wierzą inni nie wierzą, maseczki odstępy i zamknięte sklepy w końcu i u nas doprowadziły do protestów, i tak dalej, ale, wciąż wsio jest tylko, wiecie… dobrowolne. Nikt kary za brak odosobnienia nie dostaje. Złapali morsów, bo ich za wielu się w Bałtyku modliło do nowego bożka wymarzywania… wciąż nie jestem w temacie i sorry, ale nie będę, ja zimne prysznice biorę od ponad 20 lat codziennie, więc bez urazy, marznięcie i nagie latanie w śnieżycy też lubię.

Ino śnieżycy brak…

Prawie 10 stopni.

Ale, odbiegam od tematu.

Za nadmierne zgromadzenia oczywiście są mandaty i ludzie bulić muszą za głupotę, więc i się buntują i w ogóle protesty i tak dalej, ale… poza tym oczywiście i wyjeżdżają. Bo przeca nie jest zakazane, więc dlaczego nie?

Ogólnie mówiąc, naprawdę warto zagłębić się w oną młodszą historię Danii. Przecież oni, spętani oną swą religijnością, jeszcze w latach sześćdziesiątych szczerze mieli kiłę i mogiłę. Znaczy kobiety… znaczy, no wiecie… kryzys, lata siedemdziesiąte i walka kobiet o prawa… Ruch Czerwonych Pończoch, EWG, w dziesięć lat później polityczne ugrupowania zaczęły szaleć, tak to chyba można opisać, a teraz, teraz kanał mocny, bo się okazuje, że nic nie zaszło, że baby wciąż są be i w ogóle nawet i gorsze, i jeszcze…

… ogólnie mówiąc…

Ale chcą do Dubaju.

W rzeczywistości, jak i w Polsce, choć z innych powodów, dopiero w latach 90tych zaczęło się coś ruszać i to widać. Ludzie chcą tego, co inni już mieli wcześniej. To, że wszystko przez ropę i gaz, to wiecie, inna bajka, ale… co z tym Dubajem? A to, że testy tam niechlujnie przeprowadzają, więc loty są zatrzymane. Duńczycy, co to zostali tam, znaczy się wiecie, na onej pustyni, co to udaje dziwaczną jakowąś oazę, której odpierdzieliło w czerep…

To se sami mają radzić.

I już.

A teraz będzie o lesie…

… bo w lesie spokojność, cisza, choć dzwony z kościoła słychać, a ja i kościoły to dym od razu w powietrzu, ale to w następnym wpisie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Kichavica…

„Kichavica ogólnie mówiąc się zmieniła.

Ostatnio na przykład przestała kichać, kaszleć i kolekcjonować chusteczki higieniczne. Wywaliła wszelkie haftowane piździpiółki z przeszłości, w które dmuchali inni oraz ręczniki papierowe.

Te, wiecie, z owieczkami… w szczególności.

I zaczęła piec.

No po prostu wszystko… ciasteczka w dziwnych kształtach z posypką, polewką, bez niczego, z owocami, z dziwnymi ziarnami, bułeczki, ciacha większe, wszelkiego rodzaju miękkie pączkowate dziwactwa z makiem i pomarańczami i jeszcze i te takie dziwne, puste rzeczy, w które wpychała na siłę śmietanę albo krem, potem zabrała się za biszkopty, żółte ciasta, przekrawane, stawiane w piramidkę, polewane, wszelako zdobione, wiecie, tortowate takie…

No i oczywiście kruche i jeszcze te na wpół gotowane jakieś…

Pan Tealight nic nie mówił tylko jadł.

Szczególnie kokosanki i jeszcze kruche z dżemem i miodem, który dziwnie zastygnięty przybierał mroczne kształty, ale jednak… ciastko to ciastko, słodkie, słonawe, nawet takie wytrawne jakieś, z piwem, winem, wszelaką dziwną nalewką dodaną do masy, co to wcale nie popuszczała z procenta i jeszcze te dziwne roślinki w tych szpinakowych… serio podejrewał, że pochodziły z onej hodowli, którą prowadzili Mikołajowie ostatnio. Tam głęboko pod Białym Domostwem…

A co tam… pomyślał, zalał koejną herbatę, odwrócił się starając nie patrzeć na bałagan i Wiedźmy z Pieca nie palące się do sprzątania, ale do jedzenia jak najbardziej… rzucił okruszki Królowi Nissenów, co to miał się ostatnio gorzej, bo żona mu uciekła z jakimś wyższym i po prostu…

Jadł dalej.

I myślał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to jest wielka afera.

Serio…

Bo wiecie, wolność najświętsza, osobista, każdego Duńczyka jest naprawdę i to nader poważnie zagrożona, więc należy broń podnieść, tu akurat nie sprecyzowano jaką i skąd, i zabrać nią głos. Nie wiem na czym to ma polegać, czy każdy teraz pisze post do Królowej, czy coś? Może wystarczy do gazety, burmistrza, mera, innego tam polityka względnie widocznego…

Ale jest źle.

No więc… dobra, przyznaję, to wszystko jest po prostu popierdolone, nie oszukujmy się. Przedłużyli nam zamknięcie sklepów do lutego… kurde, połowy czy 20tego? Jakoś tak. Ale… poza tym nagle wszystkich jebło i stwierdzili, że w tych naszych warzywniako/marketach, jedynych możliwych do odwiedzenia obecnie, nie powinno być onych rzeczy, wiecie, not essencial. Tych takich ponad to, jak nie wiem, większe mydło czy jakiś garnek?

Albo gacie?

Bo przecież wszystko można kupić on line!!!

Tak, wszystko można kupić on line.

Dowóz, poczta, tutaj to koszmar. Lepiej jest z kurierami, ale i oni oczywiście załatwiają sobie one dwa dni i wywalają w wiadomości, że do Narnii do zawsze jest z opóźnieniem, bo nie mieszkamy w Kopenhadze ino na jakimś zadupiu, a tam jeszcze nie dociągnięto torów czy coś tam…

No więc…

Tak.

To jest wyspa.

Na morzu.

Morzu ono jest często wyboiste, wszelako buzujące i ogólnie mówiąc to mało bezpieczny akwen szczególnie teraz. Aczkolwiek śliczne to morzu, chociaż też bardzo zanieczyszczone. Ale, to już inna sprawa… my mamy problem taki, że potrzeba nam kabelka i nie możemy pójść do tego tam drewno/ogrodowego, bo mogą tam pójść ino pracownicy onego resortu, więc jeśli nie macie znajomego hydraulika czy coś, więc nic z tego nie będzie. Nie będzie kabelka, a jak gacie trzasną… kurde, będzie kiła i mogiła.

I syfilisy jakieś na pewno też.

I teraz…

Wyobraźcie to sobie tak…

Wyspa, miejsce gdie mało jest ludzi, duży sklep… spokojnie można wpuścić ino kilka osób i tyle. I wilk syty i owca wkurwiona może, ale wciąż ma na sobie wełnę. I plecie… no więc nadal nie mamy kabelka bo choć na kabelek człeka stać, to na przesyłkę już nie!!! Absurd tutaj zaczyna gonić absurd.

W końcu chcą karać ludzi kwarantanną, bo wiecie…

A może nie?

Dotąd u nas wsio było dobrowolne, ale ma już nie być!!!

Zaraz, nadal jest ino do Szwecji nie wolno, bo już nas nie lubią… smutno mi!!! Ale, jak to się roziwnie i czy nagle znikną z półek w Kvickli gacie, poinformuję was o tym. Gacie czy jakieś inne, wiecie, co to tak naprawdę znaczy essential? Potrzebne… no naprawdę? Dla każdego coś innego!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kichavica… została wyłączona

Pan Tealight i Grudniowy Dziad…

„Grudniowy Dziad był najsmutniejszych ze wszystkich Dziadów, choć przyznać trzeba iż Panowie Miesięcznic ogólnie ostatnio wyglądali wciąż jak pierwszego dnia okresu i drugiego i jeszcze z PMSem razem cuzamen do kupy… i po dziwnych odwiedzinach u znienawidzonej ciotki i jeszcze, wiecie, lekko naruszeni cieleśnie i dodatkowo, oczywiście… po prostu chorowicie.

Nie oszukujmy się, czasy były jakie były, ale przecież nie o to chodziło.

Ich się ludzkie sprawy nie trzymały, ale jednak, jako że wszyscy jednak tworzyli ten świat i inne światy, to wiecie, no jakoś ona smutność i wściekłość rodzaju skomplikowanie ludzinowatego na nich wpływała.

Kiepsko.

Kijowo…

Dramatycznie też.

No ale Grudniowy, to już po prostu sił nie miał. Na nic. Kompletnie. Pewno, że Styczniowy już go zastąpił, co więcej Luciarz się aż gotował do roboty… no dobra, robił dobre miny do czekających go gier, lecz… to wszystko, jakoś tak, no bo on kiedyś był zimowy i wciąż pamiętał tamte czasy. Był święcony, był jakoś tak wyczekiwany, może i przeklinany przez niektórych, ale wciąż…

Zauważany, a teraz…

Czas tak pędził, że Dziadowie przestawali się rozróżniać.

Jakby już ich nie było… osobowości, panów, odmienności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „We mgle” – … słaby? Kiepski kryminał?

Oj tak…

Przewidywalny?

No ba!!!

Słaby… niestety tak, jak najbardziej, very much i w ogóle. To ponownie ono coś, co bardziej przypomina szkic, co, gdyby wyciąć te puste strony okazałoby się zwykłą broszurką… tak, ma potencjał, oczywiście, że tak, ale pisane oną nowomodną, wiecie, mało słów, sami się domyślcie, prozą, która uznaje czytalnika za nieczytacza… jest zwyczajnie wkurzające. I tak, to wkurw, a nie strach, czy jakieś wciągnięcie się były mi za pan brat podczas czytania tej powiastki…

A przecież można było z tego wyciągnąć coś więcej!

Okay, już pierwsze sceny z naszą młodziutką bohaterką mnie rozwaliły. Tak, jak najbardziej się spodziewałam kto będzie na zdjęciu, sama opowieść o jej przeszłości też jak najbardziej jest wstrząsająca, ale… ech, nie, rozpuszczona smaczkami Redondo, gdy dostaję coś takiego, ot zlepek słów, scena, trochę brutalności, bo być musi, seksizm… w tym nic nie ma. Dobra, rozumiem, że debiut, ale co, redaktora zabrakło, kogoś, kto by powiedział: weź dopisz coś jeszcze, uczyń z bohaterów ludzi bardziej? Bo to chyba jest właśnie problem…

Papierowi bohaterowie…

Nie polecam.

Mogę streścić w jednym zdaniu.

Śnieg.

No dobra, to przez kilka dni w styczniu mieliśmy temperaturę oscylującą w granicach zera. I tak, było to dość szokujące, podobnie jak nałga „odwilż” i termometr pokazujący 7 na plusie. Bez urazy, ale takie amplitudy nie wprowadzają człowieka w dobry stan. Naprawdę. Człek się narwuje i w ogóle. Niby śnieg jest, ale czuje, że to wszystko jest takie jakieś sztuczne.

Plastikowe, jakieś takie, nienaturalne i nie chrupie!!!

Ale oczywiście, poszliśmy na spacer.

Poszliśmy nad Aremyr…

I wpadliśmy na taką gromadę ludzi, że nawet w gazecie potem trąbili, że w sławetną sobotę wszyscy wyleźli do Almindingen. I tak człek się czuł. Dziwnie ciasno, dziwnie głośno, niewygodnie, jakby lato było.

Skad ci ludzie?

Ja pierdziele?

Nie no, to nie na moje nerwy, ale… na jeziorku taka dwucentymetrowa warstwa lodu. Śniegu więcej miejscowo, że tak powiem, raczej nie wszędzie, żadnego szronu na drzewach, ino coś na ziemi… mało, bo mało, ale jest. Można odfajkować, co nie? Tylko że, naprawdę… może to ci ludzie, a może ja?

Nie wiem, ale ten śnieg był dziwny.

A to, że teraz leje szaleńczo – czyli 20go – i wygląda to jakbyśmy co najmniej samą arkę mieli budować. Co mi przypomina, że mieszkamy w naszym cudownym domku już drugi rok i nie muszę się martwić o pleśń, brak oddechu, nagłą śmierć z zagrzybienia… oj tak, warunki mieszkalne na Wyspie naprawdę są w wielu, jak nie w większości domów, tragiczne.

Ale…

Śnieg.

Spadło go trochę, dookoła domu było niewiele, ale człek se mógł potańczyć z miotłą po raz pierwszy. Za to w Amindingen w niektórych miejscach nawet był lekko chrupiący. uciekając od ludzi dostaliśmy się do Pradziadka – stojącego głazu o rysach tych z Wyspy Wielkanocnej… i tam śniegu nie było.

Ino trochę, wiecie, ino sypkie nic…

W większości zresztą był to lód, więc, lepiej się pilnować.

Ale las to las.

W nim jest zawsze jakoś tak lepiej i normalniej… i jeszcze jakoś tak, w końcu ciszej, bo tych miejsc ludzie zwykli, czy też Turyścizna, nie nają. A już Kopenhaga to w ogóle, ci wrzeszczą tam, gdzie wiecie, selfi dobrze będzie wyglądać. I fajno, przynajmniej człek odnajduje coś dzikiego, swojego, normalnego…

Choć troszkę.

Ale…

Spacer to zawsze coś, co pozwala na lekkie przewietrzenie i przemyślenie wszystkiego. Spoglądając w górę ostatnie modrzewiowe igły nadają błękitowi nieba bursztynowe poblaski… i człek się zachwyca.

Bo w końcu sobie uświadamiam, że mamy i śnieg i słońce.

WOW

Kiedy to było tutaj ostatnio?

Tak, na Wyspie śniegu nie bywa… a jak już, to ino by, wiecie, podepchnąć definicję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grudniowy Dziad… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Mistrz Pięknych Niespraw…

„Piękne Niesprawy nie do końca się zgadzały z tym, że miały mieć mistrza. Jakiegokolwiek. Nie chciały tak naprawdę, ogólnie mówiąc nie czuły takiej potrzeby i tak dalej, ale wiecie, takie cudownie niewinne były i aż nad podziw miłe, mało strasznie asertywne, więc…

… no jak miały to komukolwiek powiedzieć?

Poza nią…

Bo przecież tylko ona potrafiła zrozumieć wszelakie niuanse piękna, niepiękna i spraw, którą nimi nie są, chociaż w rzeczywistości są, ale jednakowoż, i w ogóle, tak po prostu, jakowoś, wiecie…

Ona wiedziała.

Ona rozumiała.

Ale podobno była zajęta, podobno nie miała czasu, nawet, no wiecie, ciekawa była, chciała, przekazała przez swego pisarskiego chochlika Chochela, że będzie dostępna, że jest zaintrygowana, iż w dogodnym czasie, może za kilka dni, tygodni, a może niewymiarowo czasow wszelako… i jeszcze, że serdecznie i mocno, prozdrowotnie i wciąż noworocznie, bo tak wypadało, no pozdrawia i przesyła bon na Uściski Nigdysięniezdarzające, no wiecie, niektórzy to wiedzą zawsze jak się zachować… Ona zawsze wiedziała, pamiętał o tym, wiedział to…

Jednak nie teraz.

Nie.

Był zawiedziony.

W końcu, miał być mistrzem, znaczy wróć, mistrzem, już był, miał być Mistrzem Pięknych Niespraw, ale jednak, wiecie, w obliczu wszelkiego konfliktu, że on tak, ale one raczej nie i w ogóle, to nie wiedział co ma zrobić… naprawdę. I nienawidził żyć w takiej dziwnej niepewności…. nieistnieniu właściwie.

Przerażało go to.

Trochę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po wietrze zawsze jest jakoś dziwnie, jakoś takoś cicho.

Wiecie, za cicho, za głośno bezgłośnie, jakoś tak…

Inaczej.

Czasem, a raczej w zeszłym roku do kwietnia, tak naprawdę od połowy 2019 wiało. I to wiało tak, że drzewa latały, płoty i tak dalej, ale w 2020 jakoś tak tylko na początku, a później nam tylko kilka sztormów i to rzeczywiście bardziej na morzu zafundowało. Pewno, że to wszystko jednak wiało, ale nie tak.

Nie mentalnie, przerażająco…

Ale w zeszłym tygodniu naprawdę nam dokopało.

I to tak do końca. Wiecie, kilka nocy bez snu, dziwne myśli, wszelakie pokręcenie. Dziwne bóle. No taka, wietrzna normalność. Strach, przerażenie. Ono nagłe wiary ubytki, że może nic się nie stanie, że może dom nie poleci, może jednak uda się przetrwać, może… no wiecie, a może jednak…

Może jednak to tylko i wyłącznie przeczekanie.

Bo co innego można robić?

Nie da się walczyć z wiatrem, można się skryć, ale miejsca raczej limitowane. Naprawdę. Nie mam miejsca pod łóżkiem, sorry, materac nie ma obszaru pod, który zmieściłby człowieka, no chyba, że wiecie, takiego z papieru… bardzo płaskiego, wszelako wyprasowanego, niczym liść, na którym długo ktoś siedział i wcale się nie ruszał. Jakby skamieniał, czy coś, tak nieruchawy…

A wcale wcale…

I ta cisza.

Uderza dość nagle.

Nie zauważasz jej od razu, dopiero po pewnej chwili czegoś zaczyna ci brakować. Jakbyś nagle stracił któryś ze zmysłów, jakbyś nagle się zmienił, odmienił, odczłowieczył. Nagle w jakiś porąbany sposób odebrano ci wielkie moce…

Gigantyczne.

Takie, które dostajecie wraz z pierwszym krwawieniem, dojrzewaniem, seksem, no wiecie jak to jest w tych opowieściach, bajkach, mitach, historiach o czarownicach i wiedźmach wszelakich i jeszcze… no wiecie, to wszystko trwa. To wszystko… nie uzmysławiamy sobie, albo robimy to dopiero po pewnym czasie, że natura, ona zwyczajna natura, ma na nas wielki wpływ.

Szczególnie tutaj.

Na tak niewielkiej przestrzeni…

Tak niewielkiej.

Chociaż jak człek popatrzy, to przecież całkiem sporo tych kamieni, drzew i skał i jeszcze piasków i morza i może jeszcze ukrytych szczelin i jeszcze tego, co zapomniane, co wszelako niedopowiedziane, a może i nieodgadnione…

Może?

Cisza potrafi być dziwna, tajemnicza, ale też i niewygodna bardzo. Tak powalająca, tak wyczekiwana, a potem, trąca duszę, miażdżąca serce i odbierająca oddech i jeszcze… i jeszcze może czarująca w końcu swoją innością po kilku dniach i nocach ciąglego wiania. Ciągłego przemieniania wszelakich dźwięków w szum i trzaskanie, uderzania, dziwne szarpnięcia…

Spadanie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Mistrz Pięknych Niespraw… została wyłączona

Pan Tealight i Złe Coś…

„Złe Coś się przyplątało i od razu zaczęło ono pytlowanie, że ono to nie wie czemu ono złe, że tak właściwie, to wszystko się przecież robi samo, że to nie jego wina tak naprawdę, i w ogóle, dlaczego ono, przecież chciało być królową, ale bez matki królowej się okazało, że to trudno będzie, więc choć księżniczką, nie… hrabiną, konczitą jakowąś, markizą, markizem, no co, precedens przecież Boleynowa zrobiła!!!

No dobra królewną, no oczywiście, że tak, ale jednak wiecie, jak się nie da, to choć to i oczywiście, jak najbardziej, po prostu koronowana, chociaż diademik czy coś takiego, ale koniecznie w perełki i diamenciki, coby widać było ze sporej odległości… takiej wiecie, z księżyca, czy coś…

A oni do niej, że zło…

No przecież są sprawy, ważne sprawy, mega istotne, z którymi się rodzimy i seryjnie nie mamy na nie wpływu!!!

Że operacje plastyczne? Ale jak to się ma zmieniać, czy coś? Dlaczego nie kochacie mnie taką jaką jestem, przecież jestem wyłącznie czymś, co zwą Równowagą, więc… zakłamane, prostackie wy… tak, królewny też przeklinają, a co. Bycie królewną to nie tylko kiecki i pantofelki i koronki… na zębach. I jeszcze kolczyki i kamienie wszelako szlachetne i jeszcze, jeszcze…

Ale nią nie jest.

Przecież jest tylko sobą…

Złe Coś… nawet się nie odmieniała, bo po co. Zło Coś… Zła Coś, hej, w dzisiejszych czasach nie musi epatować cyckami, a raczej, lepiej udawać, że ma się coś więcej między nogami, niż ino dziurę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i nagle, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak…

Nagle zrobiło się – 1 i spadł śnieg.

Znaczy, bez urazy, lekko tam poprószyło, bardziej jakby ktoś ciasto obsypał i to wiecie, dość skąpo. Taka ciotka, co was nigdy nie lubiła poskąpiła wam cukru sypanego, bo wiecie, uważa, że jesteście tłuści i tak dalej i w ogóle woli waszego brata, bo w końcu on nie jest dziewczynką i tak dalej… no to tak posypało… posypało nocą, zostało do ranka, a potem znikneło, nagle…

… tak, człek mrugnął i jakoś tak już niczego nie było.

Zresztą, i tak nie było wiele…

No szczerze, skąpo.

Rankiem szklanka, solarka i te sprawy, ale wiecie, one sprawy ino na tych tam drogach głównych, dobrze, że człek jednak aż tak daleko nie żyje od onych dróg, bo by kurna musiał auto na plecach nieść, albo coś… no co?

Taka prawda.

Ale…

Niech będzie, że było trochę śniegu.

Kurna, niech im będzie. Zjadłam na dowód. Nie wiem czy ten rocnik dobry, czy nie, bo zeszłego to w ogóle nie było, a poprzednie, no jakoś tak mało już co człek pamięta. Zapomina one smaki z przeszłości, gdy to wszystko było jakieś takie cudownie powtarzalne i w ogóle.

Jakoś takie znajome, szalenie normalne i bezpieczne i jeszcze…

Jakoś takie.

Takie.

Ale dzień, który nastał po onym lekki naśnieżeniu…

Rany, no poszaleli Płatniki, poszaleli!!!

Najpierw dziwne słońce, wiecie, takie światło zwiastujące apokalipsę kolejną, bo niby już człek winien przywyknąć, ale jakoś chyba mu nie wychodzi… no więc mamy ono słońce, nad morzem dziwne chmury, samo morze nczym mleko białe, z daleka widać, że spokojne jakieś takie, dziwnie pokrętne, jakby miało, ale może i nie miało…

Ale jednak może…

Morze… takie jest.

Potem grad, ciemności, znowu słońce, znowu grad, potem znowu inne cuda i wszelakości i jeszcze oczywiście zamarzniety śnieg, który wcale nie chce zostawać na onej ziemi, w powietrzu wszystko tańczy i się zmienia…

… i szaleje…

W człowieku budzi się ten pierwotny strach i już nie wie o co chodzi…

Czy to tylko on, czy jakowaś plemienna pamiętliwości, mądrości z przeszłości nakazują mu świecę zapalić, dla tych, co na morzu, dla dusz w powietrzu się kotłujących, dla żyjących i nieżyjących i jeszcze…

Dla siebie…

Czy będzie zima?

A może teraz już ino taka, pełna lęków…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Złe Coś… została wyłączona

Pan Tealight i Morowy Pan…

„Morowy Pan na wywczas na Wyspę chciał przyjechać.

Wiecie, jakby co, to miał wszelkie badania!!! Naprawdę, szczepionki wszelakie, zresztą podobno dla wielu sam był źródłem, taki z niego miły pan, szczodry i w ogóle… nie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wcale nie była sarkstyczna, gdy klepnęła go długim kijkiem w plecy i wrzasnęła donośnie, ale z dziwnym zająknięciem na końcu: Szczodry pan!

Że kijkiem?

No sorry, ale nawet na Wyspie pandemicznie.

Wiecie, wszystko pozamykane, nawet nie ma gdzie woich comiesięcznych szaleństw odyć, nie żeby miała za co szaleć, ale kilka koron mogłaby wydać. Z 10? No bo na ten słodki czajniczek za 200 DKK to ją stać nie będzie, oj nie… już ją Chowaniec zmierzył wzrokiem, więc się schowała…

Ale, to na razie.

Siedziała w swoim nowym wciąż, Wiedźmim Domku Misiu i naprawdę zastanawiała się jak tutaj zrobić coś, cokolwiek, by mieć i na to i na to i nie czuć się winną za to, że się oddycha, czy coś w ten deseń.

Bo się czuła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer.

No obiecuję, to już to!!!

To tak, wciąż jesteśmy w tej dolinie i tak po prawdzie, to wiem, że się zgubiłam, bo przecież nie wiem, gdzie jestem, ale wiem na pewno, że cofajac się wróciłabym do drogi, więc nie ma boja. Zresztą tu las, człowieka człek raz spotkał i tyle… na szczęście z daleko. Ino z onym rzuconym HI… i już.

Po wszystkiemu, kowidowo.

Wciąż po prawej skała, po lewej mokradłowatość.

Miło jest, mokro jest.

Jakoś tak powietrze tutaj jest chłodniejsze, lekko tak jakoś, wiecie… pachnie śniegiem, którego jakieś zamarznięte szzątki leżą na onych zielonkawościach. I piękne to takie wszystko. Cudowne i jeszcze niesamowite i mógłby człek zostać tutaj na zawsze, ale jakoś takoś, no wiecie, ciemnieje wsio dookoła. I choć już dni się robią dłuższe, to wciąż, ona ukochana przeze mnie ciemność, wciąż jeszcze szybko opada, wciąż potrafi jakoś tak zaskoczyć…

Jakoś…

I nagle, ni z tego ni owego, w oddali widać jezioro.

I nagle człek już wyżej, już wspina się po omszałych kamieniach…

Już jest ponad wodą, ale przecież, w jaki sposób, nie pamięta tego. I onego rozgałęzienia dróg w odddali, nie pamięta. A przecież był tu, ale tak, to było przed stworzeniem nowej, wypasionej ścieżki, dla niektórych jednodniowej, dla innych kilku, bo po drodze wszelakie miejsca do zatrzymania są. Ale wiecie, spanie na ziemi, albo w drewnianych namiocikach, lekko klaustrofobicznych… chociaż i to przygoda sama w sobie, to jednak…

Nie na tę porę roku.

Nie na ten czas.

Oj nie… dlatego dobrze, że przed nami ostatnia prosta, lekko zakrzywiona, na drzewie ponad drogą rosną sobie spokojnie szczawiki dzikie. Cudowne i koniczynkowe w liściach. No wiecie jak wyglądają, czy nie? U nas zwykle na ziemi, ale drzewo dorosłe raczej, więc pewno ziarenka ptaszki przysniosły, ziemi zawiało, mchu, wilgotność…

I rosną sobie…

A co do ścieżki – to jest sobie ona fajna, taka nowa i przez prawie całą Wyspę, wiecie, tak wzdłuż. Oczywiście, istnieje masa takich ścieżek, dla różnych zaawansowań i tak dalej, ale ta, jak ktoś chce, to tak wygląda.

Moim zdaniem spokojnie można po kawałku, a że większość kawałków znam…

Hihiihi…

Ta żółta za to, to po prostu moc. Zrobiłam ją po kawałku i serio, jest niesamowita, bo takie widoki, miejsca i niespodzianki…

Nie ma to jak brzeżkiem. LOL

PS. Dolinka, którą szliśmy, to Puggekullekær… Pykkekulle Kiæret…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morowy Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Dziad Zdziadziały…

„Był dziadem i był zdziadziały i było mu z tym dobrze.

Nawet bardzo dobrze.

Wiecie, influencer dziadostwa pełną, zarośniętą gębą z petem i wybitymi jedyneczkami… podobno sam to chirurgicznie se zrobił, że mu się wysuwają jak potrzebne. Niby wąż, ale wiecie, nie do końca, widać tak mu odpowiada, ale jak to robi przy was, to jakoś kurna naprawdę spooky to wygląda… wygląda i brzmi!!! Brzmi!!! Naprawdę brzmi jak zatrzymujący się pociąg…

Wiecie, szyny, tory, skrzypienie…

Aż czujecie ten antyczny wprost aromat żelaznego podróżowania.

Ale on… Dziad Zdziadziały był naprawdę wszystkim, co chcieliście, jeśli chodzi o dziadostwo, zdziadzienie, wszelakie omszenie ludzkie, mocne stęhliznowanie, wymiocik, beknięcie i takie tam.

Wiecie, wystroje człowieczeństwa zewnętrznego.

Jednakowoż pytaniem numer jeden było dlaczego czekał i skąd w ogóle wiedział, że ona tam będzie, znaczy na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane… czekał przy zamarzniętym jeziorze trzymając w rękach ostry, spiczasto ukształtowany kawał lodu w pozycji nader nonszalanckiej…

Nader.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ale nie skończyliśmy spaceru…

A dochodzimy do nowej ścieżki!!!

Problem w tym, że jak człek robi zdjęcia, to wiecie, no jedno chce wrzucić na Instagram, bo czemu nie, pluszak z rogami wygląda słodko, ale w oko wpada mu dziwaczne strona o Bornholmie i kątem oka człek zauważa wpisik dziwnej osoby o tym, co to można robić zimą na Wyspie… hmmm, patrząc na własne przemoczone buty powiedziałabym, że bardzo wiele, ale skąd Polak z Polski może o tym wiedzieć?

I to szczególnie teraz…

Przecież pandemia.

Przecież prom do Sassnitz nie pływa już… kurde, to juz pół roku prawie? Rany Julek, teraz jeszcze odcięła nas Szwecja. By dostać się na kontynent musicie długo buja się do Koge albo zaryzykować przejazd przez most i to od razu zaznaczam, że ZARYZYKOWAĆ. Po pierwsze Szwedzi nie przepuszczają wszystkich.

Prom pływa od końca 2020ego, ale…

Ech…

Musicie mieć dowód na to, że jedziecie do Danii.

A takowy dowód, czyli ten rąbany biletomat, jak ja go nazywam, mamy przyczepiony za lusterkiem, o czym Szwedzi raczej nie chcą wiedzieć, zresztą, to ich nie obchodzi, więc podejrzewam, że dzieją się na granicy sceny wszelakie…

Czy raczej za granicą, bo przecież granica przebiega sobie radośnie, nie bacząc na fale, przez morze i przez chwilę możecie kupować taniej czekoladę, a przez pozostały czas wódeczkę. I tyle, ale uwaga, czasem sprawdzają alko, więc bez degustacji, chłopcy sprawdzaczowcy bywają na miejscu i jest to szczerze dziwaczne przeżycie, jak was łapią po zjeździe z promu nocą…

Ale…

Wiecie, co mnie wkurwia najbardziej, to, że traktuje się nas jak gówno, w znaczeniu onej kropki na morzu, pierdolą o Perle Bałtyku, a z jednej ta sprawa z odpadkami po elektrowni jądrowej, potem próba zamknięcia nas w gettach, pewno, że ino próba, pomysł posła, ale jednak… no i w końcu przerobienie Wyspy na kurort dla bogatych…

Hmmm, teraz im się chyba odechce, jak Szwecja się postawiła.

Ciekawe, czy zmienią konstytucję, no i będzie lockdown?

Ale…

… ta strona, a i blog jakiś dziwny na niej goszczący głoszą, że można u nas jeździć jak się chce i nawet ciamajda może. Szczerze… kurwa, co z wami ludzie nie tak? Piszecie takie idiotyzmy, z tego ludzie rozumieją, że panuje tu bezprawie i jakiś Janusz czy Sven zapierdziela… potem słyszy syrenkę i zadziwiony. Wyspa posiada ładnie się kryjącą policję i radary. Nie tylko znaczki ostrzegawcze. Posiada, gigantyczne na polską kieszeń, mandaty i dziwne drogi, na których trzeba się stosować do doprawdy popierniczonych, moim zdaniem, pomysłów.

I nie, czerwony nie oznacza drogi ino dla rowerów.

Nie, zima to nie czas na rowery. Pewno, że są takie dni, ale często nagle zmieniająca się temperatura i wiatry nie sprawiają, że to miła sprawa, dodatkowo… tumany napisali, że Polacy mają na zimę na Wyspę teraz pływać? Popierdoliło, czy ja omam mam? U nas wsio zamknięte, szczere pustki po domu, do sklepu nie ma nikomu… he he he, nawet poczta raz, dwa razy w tygodniu maks.

I to kurna w czas ogólnie uważany za świąteczny!!!

A oni pierdolą… wciąż nie rozumiem, gdzie my w Gudhjem mamy ręcznie robione z lnu tkaniny, ale wiecie… może od wczoraj coś się zmieniło. LOL

Błagam, ludzie, posiadajcie redaktorów, co sprawdzają fakty!!!

Wasze pisanie naprawdę może zabić, dosłownie.

Ale tak, jest co robić na Wyspie. Można pływać, chodzić, jeździć… jest natura i to nam wystarczy. Bo na Wyspie jak już ktoś mieszka, to szczerze musowo jest powalony i drzewa ściska… o wiele więcej rzeczy teraz widać niż gdy wsio trawą i Turyścizną pokryte, światło jest czasem, coraz częściej teraz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziad Zdziadziały… została wyłączona

Pan Tealight i Wołanie…

„Dobiegało skądś, ale skąd?

Nie wiedzieli.

Słyszeli, lecz nie mogli ni zrozumieć ni zlokalizować…

Czuli jednak, iż ktoś wołał. Wołał… ale o co? Czy chodziło o pomoc? A może jednak była to zmyłka? Może jednak ktoś chciał duszę jakąś biedną sprowadzić na manowce, no wiecie… podobno to się zdarzało, ale… jeżeli to miało być to, to wtedy był jeden, podstawowy problem, że…

W pobliżu nie było nic nawet zbliżonego wyglądem do onej bidnej, dziewiczej i dobrej duszyczki… no wiecie, jednak trzeba było trzymać standardy. Nie można było inaczej, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie tolerowała cnotek i pierdzidupek.

Nic z tego.

Słyszeli ten dziwny dźwięk. Niby zawodzenie, niby jęczenie, czasem i krzyk, czasem jakby komuś czy też czemuś tchu już brakowało, duszenie się i może… wiecie, z czasem serio to już było wkurwiające, bo noc, niektórzy chcieli pójść spać, inni wyjść spokojnie na łowy i coś pochłeptać… sprawę należało jakoś rozwiązać, ale, wciąz nie wiedzieli gdzie dokładnie, bo nawet jak szli w stronę głosu, to…

… on nagle znikał.

Pojawiał się gdzieś indziej, by potem znowu wrócić…

I kurna nie spali.

Może i było to jedynie wołanie… wiecie, ono samo w sobie. Po prostu ona definicja brzmiąca, która gdzieś być musiała, jak ten dźwięk upadającego drzewa, który… który jednak chce byś usłyszany…

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dostawa!!!

AAAAAAAAAAAAAAAA… nie wiem jak się udało, ale się udało, choć troszeczkę, choć kilka zamienników, wypełnień… Szczególnie Pratchett, którego resztę nie wiem skąd wezmę i Redondo, super i Bishop, tak wiem, rozstrzał mam cudowny… i nowości trochę, a co… przecież nie ino wspomnieniami i ukochanymi toammi człek żyje, czyż nie? Potrzebuje też nowego…

Mniam, nowe…

Pada i wieje…

Mózg się człowiekowi przestawia na jakiś dziwny tryb i nagle już rozumiesz, dlaczego wiatr uznaje się tutaj za jednostkę chorobową. Można się wymówić wianiem w przypadku zbrodni czy wiecie, wszelakiego zaniepokojenia…

Szczególnie, jeśli i wieje i leje.

Krople wielkie walą w szyby niczym lekko zmrożone kryształy, choć przecież mrozu nie ma. Czasem może z nieba spadnie coś na kształt mokrego śniegu, ale to tyle, co nawet nie na lekarstwo, jak pamiętacie jak chininę z buteleczki wylizywali w „W pustyni i w puszczy”, to wiecie, no jakoś tyle…

… ino pyłek, policzalny nawet w ziarenkach…

Zmielonych…

Siedzisz w wielkim baobabie, otwór się powoli zamyka, a ty masz gorączkę, no i tak naprawdę jakoś masz to gdzieś, dają ci coś do picia, dziwni ludzie, jest i jakiś słoń pewnie i coś jeszcze… tak potem, po przeczytaniu tej książki się zaczęłam zastanawiać ile ludzi pochowanych jest w takich zamkniętych baobabach. Bo tych pochowanych w korzeniach, to już wiemy, cała masa, a może i jeszcze więcej… i dopiero jak drzewo się powali… i dopiero wtedy…

Wychodzą.

Znaczy, nie że zombie, no weźcie.

Kości wychodzą.

Rany, jak nie czytaliście wieki temu „W pustyni i w puszczy”, to szczerze, ono wszystko o czym bredzę nie ma dla was sensu, bo przeczytanie teraz, to jakoś tak, wiecie, inne czasy, inne wiedze, mądrości i nagle wychodzi na to, że to naprawdę i wszelako, no bardzo zła książka była…

Jest?

… wieje…

I pada.

Wszystko wypełnia i napełnia się wodą… ja też. Ale wiecie, to taka kobieca umiejętność. Wysikujesz to potem i tak dalej. Zwykła biologia, pełnia księżyca, oj pewno, bo przecież kurde nie może być milusio, co nie?

Nic z tego…

Ale, wiatr porwał to i tamto, chyba sąsiadki furteczka dostała skrzydeł, ale może babka ją w ostatniej chwili przytrzymała, nie wiem… wiem jedno, kolejna ślubu rocznica i człek nie wie gdzie ten czas sobie poszedł, ale z drugiej strony, to jakoś tak, no wiecie, jakoś tak dobrze też, bo jak se człek pomyśli, co mu się przytrafiło, a co nie…

To go to trochę przeraża.

Albo i mocno nawet?

Nie wiem…

Wiem jedno, jest co czytać, co znaczy, że jest dziwnie wciąż, co prawda mam braki w innych dziedzinach, ale kto nie ma, takie czassy. Kurde, przywaliłabym tym wszystkim, co ćwierkali, że 2021 będzie lepszy… podobał mi się 2020, było lepiej. Sami sobie sprawdźcie. No dobra, może i nie było mroźnego dnia w całej Danii, co jest szokujące, ale… przecież wszystko się ociepla, czego chcieliście, lodowców latających?

No dobra, ja bym chciała…

Zimy.

Jak drzewiej bywało, ale mam tylko wiatr i deszcz i one wspomnienia, które wcale nie przynoszą jakieś oddechu, czy nawet wytchnienia, ale za to dowalają dziwnym, podskórnym bólem. Jakby wam wenflon źle wbili.

Wiecie jak to boli?

Nie?

„W pustyni i w puszczy” nie wbijali. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wołanie… została wyłączona

Pan Tealight i Elefant…

„Znaczy może i mamut…

… kurcze, nie byli do końca pewni, ale ponieważ donośnie i wszelako od dłuższego czasu się Wygódka domagała oczyszczenia, jakichś zmian, więc wiecie, postanowili, że się ją przemieści, ot podróż taka niedługa, pod drzewa, pod ÓW LAS a w tym celu potrzebna była dziura, ale jednak…

No właśnie…

Padało, ogólnie wszelaka apokaliptyczności wisiała w powietrzu, więc Pan Tealight wiedział, że coś się stanie. Czy przewidywał właśnie to, nie skomentował, nawet chyba nie westchnął, po prostu zdjął rękawice, odrzucił łopatę i schronił się w Białym Domostwie. Może i miał już dość?

No weźcie, przecież i Przedwieczni mogą mieć.

Chyba?

A może jednak chodziło o ono samo odkrycie? No wiecie, włochaty elefant, doskonale zachowany, nie że mumia, nawet nie wysuszony, jakby raczej… śpiący. Jakby, no dokopali się do innego świata i spogldali na coś… kogoś, a może i coś jeszcze więcej, a może i coś naprawdę…

Zasypali dziurę.

Wygódka przesunęła się pod Sosnę Wszelaką i postanowiła nigdy, ale to nigdy nie zmieniać miejsca. W końcu i tak była użytkowana w całkiem inny sposób. I wiedziała… zbyt wiele, zbyt wiele by kopali…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rozpad” – … no dobra. Jak ktoś tutaj zagląda, to wie, że akurat Sharon Bolton darzę estymą i co wydają, chcę przeczytać od razu. To, co nie wydali, to wiecie, też.

Ale tym razem, kurcze, tym razem jest kompletnie inaczej i ci, co autorkę znają mogą poczuć się lekko zaskoczeni, zadziwieni, zamroczeni i nie na miejscu, i tak dalej. Mnie nie zaskoczyła. Jak zwykle bardzo dobra narracja rozbudowana osobowość głównej bohaterki i ten świat, jakże inny, zdawałoby się, że to pustka i biel ino, a jednak, jednak kurde coś niesamowitego…

Oto opowieść po części kryminalna, po części symboliczna.

Thriller zmieszany z pogonią za zbrodniarzem. Zbrodniarz, który możliwe, iż winny jest czegoś więcej i kobiety, których jest tak wiele. Które wszystkie czegoś chcą od niej… naszej bohaterki. Osobowości tak niesamowitej, że nic więcej o niej nie napiszę, bo wiecie, spojler…

Oto opowieść skonstruowana znakomicie.

Mimo, iż może i domyślacie się o co kaman, to jednak i tak zakoczenie rąbnie was na kolana. Albo i nie. Albo… Jednak, wróć, przede wszystkim to opowieść o całkiem innym świecie. O rzeczywistości powalającej na kolana, o lodzie, dzikości i o tym, jak łatwo niektórym się w niej odnaleźć. Oto opowieść naukowa, ale też… historia pogoni za samą sobą…

Oto opowieść inna niż poprzednie autorki, chociaż?

Czy tak bardzo?

Nie…

Na pewno niesamowita, na pewno… odmienna, ale jednak wciąż przywołująca intrygujacą postać, kobiecość tak odmienną… Naprawdę, no kurcze, muszę w jakiś sposób skompletować sobie jej wszystkie książki, ino jak to zrobić?

Ale trzeba iść dalej, tym razem od dziwnej strony do kolejnej wodnej dziury. Znaczy wróć, skalna to dziura, krowia, ale jednak wody pełna i nawet na części onej pełności jest coś niby zamarznięte, a raczej dmuchnięte mrozem…

Trochę to zboczone, no ale…

Nie oceniam.

LOL

Ale człek idzie, się najpierw zapatrzy na one skał kolory, potem na drzewa, tutaj takie wysokie, pachnące, na oną wilgoć, zasłucha się w to chlapanie, kapanie i ciurkanie, jakby ktoś za nim czy też obok niego stąpał, albo może i… nie, to przecież nie jego cień, nie, na pewno nie, idzie dalej, a ten dźwięk wraz z nim ale nierówno, jakby czasem przystawał, jakby czasem sie zastanawiał, czy w ogóle coś zrobić, poruszyć się, czy w ogóle iść, a może nie…

Może zostawić tych ludzi…

Może tylko mi zawadzają… czy w ogóle mnie zauważają?

Dziwne osobniki, chwiejące się na śliskich kładkach drewnianych, wpatrujące się w rozlewającą się rzekę, w zalane liście konwalii, w oną całą zieleń przykrytą niby lustrem, w które stukają pojedycze płatki mokrego śniegu i deszczu. I onych ludzi, co to tak jęczą, zachwycając się pojedynczymi płatkami, dziwne osobniki robiące zdjęcia, tulące się do drzew i krzewinek wciąż zielonych, bo przecież wciąż jest zielono, tutaj zawsze jest jakieś zielono…

Czy muszę przy nich być?

A może lepiej ich obserwować.

Zabawni są tacy, zachwycający się wszystkim, powietrzem świeżym, zimnością wszelaką i wilgotnością, i skałami, które nabrały tak niesamowitych kolorów, że znowu mu się podobają, bo przecież on zawsze woli je takie zimowe, ale nie do końca zimowe. Bezśnieżne, ale jednak, wciąż jego… on…

… dziwny dźwięk w powietrzu, dziwny cień…

Szemranie.

Kątem oka migotanie…

On spogląda na ludzi, ale wie, że nigdy nie odkryją jego obecności. Nigdy… za głupi są, choć może ta dziwna kobieta, może ona coś widzi, a może coś się jej tylko wydaje? Może i jemu się wydaje, onemu Duchowi Wszelkiej Lesistości. Obserwatorowi w świecie obserwowanych. Pogubionemu, ale jednak, tak nie do końca, znalezionemu, ale wciąż nie tak jak powinien. Ułożonemu, ale przecież wciąż nie doszedł do tego, dlaczego ciągle patrzy się na nich…

Na ludzi…

Duchowi i wszelkiej osobowości.

Chyba go widzi, no tak czuje, że patrzy właśnie i tylko… na niego, chyba tak, chyba, a może tylko na ono jego mgliste mocno odbicie, w onej lustrzaności rozlanej rzeki. Onej całej zieloności, szklistości, onej niesamowitej pierwotności skał i roślin, skrzypów pamiętających wciąż…

… więc idzie za nią.

Za nimi.

Dlaczego nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Elefant… została wyłączona