Pan Tealight i Konstrukt Wykopany…

„No co… ogródek sam się nie zrobi.

Nie żeby nie próbował.

Szczerze, co jak co, ale ten ogród naprawdę nie do końca pojmował czym jest, tudzież jak postrzegają go inni może… nie wiadomo do końca, bo nie mówił, komunikował się chwastami, w szczególności skrzypem i ostami oraz wszelakimi grudkami ziemi nagle wpadającymi człowiekowi na myśl.

Inaczej nie.

Ale i tak wiedzieli…

Że coś takiego tu jest, coś takiego więcej, co mogłoby naprawdę zmienić wiele, ale jednak, wiedzieli też, że to coś jest raczej wciąż niegotowe i ogród, cóż, ogród miał własne zdanie i ono zdanie nie obejmowało eksmisji tego czegoś. Oj nie. A jeśli ogród czegoś nie chciał, to nic z tego, Wiedźma Wrona też widać tego nie chciała i nie będzie konsensusu. Oj nie, nic z tego. Oni są już razem…

Pomijając dziwne rzeczy, które razem robią, to raczej…

Cóż…

Ziemia potrzebowała swojej wiedźmy, każda ziemia. Czasem jej kawałek, czasem całość, czasem chciwość piędzi ziemskiej była tak wielka, że mogła wykarmić wiedźm kilka, a czasem… cóż… ostatnimi czasy Pani Wyspy nie wstawała nawet z łóżka, więc czy Wiedźma Wrona Pożarta wciąż była Wyspy…

Nawet ona sama nie wiedziała.

Co więcej… czuła, że zbyt wiele się zmieniło… ale ogród był jej, w nim Rowan i Babka Śliwa, Krąg z głogu, ten oswobodzony, ten wszelako w końcu owocujący, czerwieniejący już się… i oczywiście Bez, który się jeszcze nie do końca określił, ale był w związku z powojnikiem… więc, niech im będzie. Najważniejsze, że zrzucony płot mu pozwolił wzrastać i on… czerpał z tego swemi trzema odnogami. No tak, co jak co, ale nie był jeden, nie mógł…

Nie przy takiej wiedźmie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W komnatach Wolff Hall” – … pamiętam. Pamiętam, jak sięgnęłam po tę powieść po raz pierwszy i mnie oszołomiła. Nie oszukujmy się, współczesne pisarstwo, to często powielane schematy, bo czytlnicy lubią wygodne, przewidywalne historie… i jakoś tak, wydawało się, że ta też powinna taka być. No przynajmniej przewidywalna.

Przecież to powieść historyczna, a jednak…

… Hilary Mantel ma gdzieś chronologię, ma dar do tkania opowieści, hisotrii, wplatania fantasy w rzeczywistość, domyśleń, prawdopodobieństw… umie wejrzeć w duszę historyczną i odnaleźć tam coś nowego, a może po prostu ułożyć układankę znaną, znoszoną wielokrotnym ściskaniem i nagle, powstaje obraz, który jest znajomy, ale nie taki sam.

Który odkrywa nowe.

Człowieka w postaci historycznej.

Wszystkie jej książki są niesamowicie wciągające, wymagają uwagi, ale nie pozwalają się oderwać, więc trzeba się im poświęcić. Pozwolić się omotać. I warto to zrobić… a potem wrócić, jak już się przeczyta po raz pierwszy i drugi…

Bo ta opowieść żyje, wciąż.

Jesień.

Dobra, jesień czy nie, uświadomiłam sobie, że szczerze nie wiem jak Wyspa wygląda dla Turyścizny, obecnie się znaczy. Już nie udaję turysty latem, jest dziwnie, inaczej, sprowadziło się tak wiele Kopenhagi, że człek nawet „Hi” nie usłyszy na ulicy czy ścieżce w lesie… jest obco. Jest pokrętnie. Jest… niemojo? Jakby to wszystko, co było spakowało się i spierdoliło.

Logiczne było, że to miejsce będzie się zmieniać, ale to, co wydarzyło się ze światem sprawia, że zmienia się na bardzo źle… złe? Hmmm, tutaj trzeba by się zastanowić, bo przecież to wszystko nie dzieje się z powodu skał i mchów, drzew… a może jednak? Nie wiem… oczywiście rynek neiruchomości poszybował w górę, utrzymywał się długo i ostatnio zaczyna spadać. Na sprzedaż jest nawet dom, który po prostu byłby marzeniem, gdyby nie to, że człek ma swój… a może… nie, człek nie chce chyba już tam mieszkać, choć gdyby to był tylko sommerhus? Hmmm? Nie no, przecież i tak go nie stać. LOL i w ten sposób problemy się rozwiązują, nie stać cię, więc…

… nie marz.

Ale…

Sprzedają dom przy plaży przy rzece.

Przy plaży, która jest niesamowita, no i taki wydawał się być i ten dom, ale jednak… wiecie… gdy pojawia się takie dziwne uczucie we flaczkach, gdy oglądacie one wymuskane zdjęcia… No właśnie. To się przy tym domu pojawia, że od razu chcecie proboszczową wołać, coby jakieś egzorcyzmy odprawiła. No co… bo my znowu babę mamy, chociaż ostatnią wykopali za bycie…

Babą?

Ale…

Facet w bizonie wciąż pracuje.

Nie żeby co, po prostu późno zaczął i tyle… a zresztą, wszyscy myślą, że w końcu może i zacznie padać… ale przecież czy zacznie? Mogłoby? Jakoś tak znowu zaczęłyby rzeki szemrać i może te wodospady znowu spadać wodą. No wiecie, w mediach społecznościowych ludzie wprost się pytają, czy w tym i tamtym to woda jest, czy warto iść taki kawał?

No cóż…

Pewnie nie, kleszcze dodatkowo żrą, więc, może jednak… nie no, nawet, przyznam się, nie mam pojęcia jak tam z wodą w morzu. Znaczy widać ją i słychać, ale jednak jaka jest, czy czysta, czy meduzy są, czy może jednak tłumy wciąż, czy coś… nie wiem, kąpałam się raz w tym roku. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, że to dziwne, popierniczone, ale tak jest. Nie przeskoczę tego. Było gorąco, człek zalatany… a żeby się wykąpać trzeba to i tamto, no nie da się ot tak, zwyczajnie, potem morze zakwitło, więc buba kompletna, a teraz, choć to sierpień przecież…

Nie wiem…

Jakoś tak nie.

Ale wracając do kombajna, nie mogę sobie przypomnieć kiedy kosili rok temu… na pewno nie tak wcześnie, no ale, nie pamiętam dokładnie.

Szczerze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konstrukt Wykopany… została wyłączona

Pan Tealight i Innejstraniec…

„A taki se był Innejstraniec.

Wiecie, urodził się po nie tej stronie i już. Niby podobno nie miał na to kompletnie wpływu, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane mu nie wierzyła.

Zresztą ona w nic i nikogo nie wierzyła, więc czego się spodziewał wygolony, rąbany skurczybyk? No szczerze, taki typ: zabiję cię, wstaniesz, zabije znowu i będę zabijał, bo lubię krew i flaki, flaki i krew a mój kark będzie twym nowym odbiciem w lustrze… i takie tam. Niby też nic nie mógł na to poradzić, no genetyka, wielki był, z pierwszego oka rzutu, i to z którejkolwiek strony, sczerze, czy rzucacie prawym czy lewym okiem, czy też niezwyczajnie rzucacie onym trzecim, co uważa się, że raczej szkoda, wszelakie marnotastwo, ale jednak, kto bogatemu…

Co nie?

Ale jednak, jakoś tak, kurde no naprawdę kiepsko to brzmi, że tak onym świętym prawie okiem trzecim, naprawdę… nie godzi się chyba, jakoś tak, no pieskiem, kotkiem, teściową, wiecie, jednak nie… okiem trzecim…

Hmmm…

Innejstraniec miał to do siebie, że był… zwyczajnie był i nie mógł się odbyć. Zniknć nagle, po prostu wymazać z tego świata, no nie mógł, bo czuł, że jest tutaj potrzebny… ale ino czuł, za kija nie wiedział o co chodzi – w tym to podobny był do Wiedźmy Wrony Pożartej jak bliźniak jakowy…

A może?

Hmmm…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dziwna normalność…

Chociaż, kurde, czy to prawda, że normalność jeszcze istnieje? Czy ktokolwiek wie co to jest? No szczerze… no ale podobno ona normalność wraca. Już nie trzeba maseczek, kowidowych paszportów w samej Danii, podobno wsie numerki tajemne i szczegółowe spadają, więc…

O co chodzi?

Myśleć nie mogę przez ten smród.

Wali od dwóch dni chemią z gównem.

Po prostu pali płucka, skórę i wsio inne, nie da się pracować na zewnątrza, a potem info, że dowalą gówna, więc człek czeka i wiecie co, nagle cieszy się, że to ino gówno z mniejszą domieszką gówna… jakżesz można się cieszyć ze smrodu, ale takiego, od którego się nie łzawi, naprawdę się można cieszyć…

Wariactwo.

Ale to tak jak z tą pandemią.

Dotąd wszyscy najpierw testy potem do knajpy, teraz powoli mamy być już normalni, bachory do szkół i tak dalej. Niby na wszelki wypadek maseczek mieć przy sobie trzeba, ale jednak, cała sprawa jakby wycisza się, a inni straszą nowym wariantem, bo podobno nie wolno krajów dykryminować, czy kontynentów, to wiecie…

… ekhm, nie rozumiem świata…

A mrówki to wciąż faraonki?

I co? Faraonów przepraszać nie będziecie?

Poprawność polityczna naprawdę wali mi na dekiel.

Od smrodu, co nie? Bo pełni nie ma, jeszcze…

Ale, oczywiście mamy sierpień i to już połowa tego miesiąca, a człowiek kompletnie jeszcze nie był na żadnych wakacjach, zresztą, w ogóle nie był nigdy, więc pewno się nie zdarzy i tyle… zwyczajnie nie gra jakoś ono wakacjonowanie się z moim jestestwem. No bo co robić? Szczerze? Naprawdę? Weźcie sobie popatrzcie na te all inclusive i czy serio tego chcecie?

Tak w łóżko po innych ludziach…

Bleeee…

No ale, chcę wyjechać, oczywiście, że chcę, ale kiła i mogiła i jeszcze oczywiście… no ona cudna, pierwotna czarna dżuma do tego. To cudownie jebie moją psychę, więc ten smród właściwie odpowiada temu jak czuję się, no wiecie, w środku… onym strasznym, mrocznym i zadżumionym środku.

Złoooo!!!

Może rzeczywiście świat zwyczajnie się dopasowuje do mnie. Czy to nazbyt boskie myślenie? A co? Kto mi zabroni? Przecież obecnie mogę wymagać, by się do mnie zwracać w formie królewskiej, więc…

Ha!

Dobra, ten smród mnie wykończy.

A gdzie tam, sama się wykończę… co mi tam smród może zrobić, w końcu ile można tak na tych obrotach walić najwyższych…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Innejstraniec… została wyłączona

Pan Tealight i Jedna fala…

„Ino jedna…

Nikt nie wiedział czy to Kraken czy jednak jakieś burknięcie Potwora z Głębin Zasmrodzonych, albo może, wiecie, to wzdęcie coś nakombinowało… bo przecież ostatnio morze było takie przekarmione.

Te ludziki…

Widzicie, bo w sezonie morze lubiło sobie pojeść i potem ino jakieś gacie wypluwało, ale wyłącznie te, co mu nie smakowały, albo jakiś klapek, bo akurat dietę ma ino na prawe albo na lewe, czy coś… raz nawet cały komplet rzeczy był, widać obiad, tudzież ino przekąska, rozmiar gaci S, do wzięcia z plaży, więc sobie morze nie pojadło, ale jednak, teraz, gdy lato w pełni…

Na pewno wciąga więcej.

I na pewno wciąż nikt o tym nic nie wie. Bo przecież gdyby wiedzieli… ale może wiedzą, ino wolą nie mówić, w końcu morze winno być nakarmione, a Tubylcami je tak stołować, no nie, ci zejdą szybciej i potem co? Jak se Wyspa będzie historie plotła? Nie nie nie… Turyściznę można poświęcić.

Tym bardziej, że sami się pchają!!!

I dlatego się ona pojawiła…

Jedna fala, ale za to jakaś tak, kompletnie inna. Kompletnie wariacko zakrzywiona, podparta jakby, lekko wspięta, ale wciąż ino zmarszczka na onej toni… powoli, wbrew wiatrom i pływom zbliżała się do plaży… i już prawie ją muskała, już połykała pierwsze kamyczki, które Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane sobie chciał wziąć… i zniknęła…

No jakby jej nie było.

Cicha toń, płaska toń i Wiedźma z kamyczkami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śmierdzi…

To nawet nie można określić jako smród, ale zwyczajnie stan umysłu. Bo widzicie, cuchnie… jakby ktoś gówna zmieszał z chemikaliami… i tak wali na całej Wyspie już drugi dzień. No weźcie. Wszystko cuchnie, wkurzacie się, nie można okien otworzyć, nie daje się oddychać ni wewnątrz ni na zewnątrz i jeszcze… jeszcze po prostu parzy. Parzy w płucka, gdzieś kręci w gardle, coś dzieje się z twarzą…

Serio.

Niby nie jest to nic zwyczajnego, ale jednak, jednak nie jest to coś dziwnego. Problem w tym, że coś w takiej mocy, właściwie namacalnej… spróbujcie zrobić pranie i wystawić je na zewnątrz. Smrodek przytknie się do nich na zawsze. Tego człek nie pozbywa się za pierwszym czy drugim praniem, nie, to zostaje, to wciąż gdzieś macie, tego się nie daje wywalić… włosy, skóra, nos…

Ten aromat właściwie powala.

I nie, odświeżacz nie da rady.

Żaden.

… więc co zrobić? No kurde no! Jak od tego uciec? Nie da się, kompletnie. Nie ma sposobu na to, by uniknąć onej gównowatości.

Człowiek tutaj szybko sobie uświadamia, jak ważny jest zapach, czysta woda, ciemność i szarości, chmury, brak słońca, jak boli susza, jak bardzo często łamie w kościach z powodu nadchodzących wiatrów…

Jak pod czaszką gra sztorm.

Jak przerażają „gwiżdżące” maszty…

Tak naprawdę, ona cała ekologia, którą wciąż wmawiają reszcie świata, że ta Skandynawia to taka idealna i w ogóle, to mit. Mówiłam już o północnym pijarze, co to se istnieje i wzrasta i się rozwija, ale w rzeczywistości, mało ma wspólnego z oną właśnie rzeczywistością namacalną. Jest zwyczajnie zawyżonym podatkiem, kolejnymi bzdurami, co to nie zrobimy dla diversity of nature… ja pierdziele, łączkę mam od dwóch lat, a oni wciąż debatują jak to zrobić…

Serio?

Gamonie!!!

Tutaj wiecie, wsio zaczyna się od strony internetowej, której istnienie w przyszłości i one prace nad nią podobno dopiero się zaczynają i w ogóle, najpierw jest ten szum, artykuły w gazetach, że oto zespół cudowny taki, wszyscy piękni, niekoniecznie młodzi, ale wiecie, zapatrzeni w siebie…

Potem powoli napływają nagrody mimo iż nic się nie zdarzyło…

A potem, może dobiją do onej strony, zawiesza się, może nawet jakoś tak coś zrobią, kolejne nagrody, a potem wyciszenie, pozamiatane. Ktoś posprząta, ktoś sprzeda… ktoś zapomni. Pamiętacie Bright Green Island? Tia, pewno nie… ale przecież takie to piękne wsio było…

Ciekawe ile zarobili?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jedna fala… została wyłączona

Pan Tealight i Ceramiczna magia…

„Koło pojawiło się jak wszystko w tym miejscu…

Z Nienacka.

Dziwnego miejsca, zdolnego wyprodukować wszystko i wszystich, każdego i rzecz, sprawę wszelaką, cokolwiek wymarzone i to, co całkowicie nienznane i jeszcze, to wszystko, co naprawdę nie jest prawdziwe i nieprawdziwe i znajome, no i jeszcze wszystko to, co wszelako zaskakujące…

Wiecie, z Tego miejsca.

Tego, do którego wracały pewne części garderoby i już nigdy nie wracały, gdzie gubili się niektórzy, a potem uznawali, że tak naprawdę w końcu się odnaleźli i jakoś tak było okay, no w końcu, zwyczajnie. Normalnie nawet, co niektórym fundowało spory szok. Tym bardziej potężny, że… no cóż…

Sprawiał, że nie wrcali.

Bo i po co?

A jednak ono się pojawiło, więc coś się musiało tam zmienić, czy jednak, miało jakąś misję? Albo co gorsza, mu zapłacili? Wiecie? Naprawdę dużo. W czym tam kolwiek przyjmował, wiecie, obierki, liście zeszłoroczne czy kupy ptasie. Jakoś tak ostatnio wsio było walutą…

Koło Garncarskie.

I to dodatkowo takie wielkie, porządne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Na szafocie” – … taaak… przyznaję, że jakoś tak się zagubiłam i po pierwszej części trylogii Cromwellowskiej długo nie mogłam trafić na oną drugą. Przez jakiś czas była niedostnępna, na horyzoncie pojawiły się nowe książki, notatki mi zniknęły, no wiecie…

Skleroza.

Ale w końcu…

Dobra, zaskoczyła mnie rozmiarem. Strasznie mnie zaskoczyła oną chudością, jak na powieści z tej serii oczywiście, ale jeśli chodzi o zawartość merytoryczną, opowieść o powolnym odchodzeniu Anny B., cóż…

Jest niesamowita.

Bo tak, oczywiście, że całą masę książek poświęcono jej życiu. Jej naszyjnikowi z literką B, jej bratu, siostrze, rodzinie w ogóle, powiązaniom, powikłaniom, myśleniu, czarownictwu, naukowości… wiecie, jak kto chce to oglądać, tak może opisać, z któego miejsca siedzi i patrzy, tak to widzi…

Ale nie Mantel, o nie, ona oczywiście skupia się wyłącznie na swoim bohaterze, a jest na czym, bo przecież śmierć, czy też na początku ino odejście, odesłanie królowej, może się dla niego okazać bardzo trudne. Może i nawet śmiertelne… ale przecież on wie wszystko, a przynajmniej tak się wydaje…

Piękna, niesamowita, choć przecież historia tak znajoma, nosz kurcze, ta książka POWINNA być, przynajmniej dla mnie, nudna, powtarzalna, a nie jest. Jest jak odkrycie, jak ponowne poznanie… albo lepiej, pierwsze… pierwszy taki rzut oka na ten czas, tamten świat i na niego. Polityka aż nazbyt doskonałego. Człowieka, może i lekko przerysowanego względem dobroci, ale… któż z nas nie chce uwierzyć, że choć on takim był? Naprawdę dobrym i genialnym…

Naprawdę…

Człowiek długo na to czekał, wiele poświęcił, wciąż dostaje w dupę, ale przynajmniej pisząc to może siedzieć na swojej kryształowej górze, otoczonej płotem z różanych krzewów – no dobra ino z jednej strony, ale weźcie no, jakby to w bajce brzmiał… że żyła sobie tam Wiedźma, co to za płotem, ale ino z jednej mniejszej strony kłującym, czekała na onego wybawiciela, sponsora od kartek i stron…

No brzmi kiepsko, więc zostańmy przy krzakach różanych i nie przypominajmy, że Wiedźma na sponsora może sobie czekać, ale nie w takich wymiarach jak się wam może wydawać, no weźcie no, tosz to, jak to Pawlak mawiał: „ona żeniata…”. No więc sponsor ma się ino zakochać w jej sztuce, bo ona chce czytać i tyle. I pisać chce i tworzyć i właściwie być w ciągłym pracowniczym amoku, bo psychicznym tak w życiu lepiej, jak, wiecie, mają ciągle coś do roboty.

Ciągle.

Bez przestankowych znaków nawet.

Ale na onej górce siedząc widzę pola i widzię chmury i co chwilę coś pada, a potem znowu wychodzi słońce i one chmury czarują swoimi wypukłościami w naprawdę erotyczny sposób, no szczerze…

Świntuchy. LOL

Ale jednak, one chmury, te błękity, niebieskości, szarości, biele we wszelakim natężeniu, słońce, światło, cienie kładące się na drodze, wszystko to, ona pustka, bo przecież tam morze, tam morze lekkich wzgórz i pól, w oddali dwa gaardy i jeszcze… jakieś drzewa, no i ono pragnienie, by jednak…

Mieć więcej.

Ciągle gdzieś, dokądś przec…

I ten promień, co to się gdzieś poza drzewami, ponad polami coś oświetla… i nie wiadomo co to… i człeka zaczyna ona fantazja opętywać, znowu i znowu i znowu jeszcze mocniej, więc naprawdę doszukuje się tam smoków i zamków, ale przecież sam siedzi na kryształowej górze…

To w świecie granitowym nie jest trudne.

Weekend się kończy i nie wiadomo co będzie czego nie… i wszystko, nawet w tym małym świecit wydaje się być tak bardzo przerażające, tak bardzo pokręcone, męczące i jeszcze anormalne, że już…

Nie ma nic bezpiecznego.

Nic kompletnie i dziwnie po prostu będącego sobą.

Nic.

W takich warunkach, to najbardziej niebezpieczne jest ono zapatrzenie się na to niebo takie dziwnie niewinne, niebieskie, błękitne, na one obłoczki i chmurki wszelakie i jeszcze… jakby wszystko było jak zwykle, a przecież gluty w brzuchu zwane flakami podpowiadają, że co jak co, ale nie jest jak niegdyś, drzewiej bywało… oj nie, jest już dziwnie… za bardzo, za mało i za dużo…

Za…

No popatrzcie na coś takiego jak glamping… no szczerze, kurde, obecnie i tutaj jedna z najpopularniejszych i najbardziej poszukiwanych metod wypoczynku… szczerze ludzie, tosz to naprawdę, ja już nie wiem…

Trochę śmiesznie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ceramiczna magia… została wyłączona

Pan Tealight i Garnki…

„Wyrastały z ziemi…

Garnki.

Wszelakie garnki, metalowe i gliniane, plastikowe, nawet durszlaki czy patelnie, wiecie, pełen wypas. Duże gary, sagany takie, co to by wykarmiły nawet półk wojska, do tego jeszcze te takie wieszane nad wielkimi ogniskami i jeszcze, jeszcze te dziurawe, i nowe takie i emaliowane jeszcze, zdobione bardziej lub mniej i jeszcze zwykłe kubeczki, wiecie, wszelako pradawne kubeczni by się zdawało, ale przecież i takie na wypad do lasu i te jeszcze jednorazówki, dziwne, w desenie całkiem krzykliwe bardziej niż mandragory wywalane ze snu…

No gary.

Ale talerze też.

Bez urazy, nikt nie dyskryminował miseczek czy płaskaczy. Podobno nawet się sztućce zdarzały. Na tym polu pełnym słoneczników, one tak od dołu je atakowały, zwyczajnie, jakby czekały na nasionka, wiecie, prażone, solone, mniam mniam… nosz może o to im chodziło? Wiecie, o bycie na miejscu, gdy tylko wszystko się zacznie, no i jeszcze, jeszcze przeganiać tych ludzi, co to im się kwiatków zachciało, zawistne stworzenia wszelakie, popierniczeńcy no…

Nieznający się na ziarenka.

Oleju…

Płatkach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noce wydają się w końcu zawierać w sobie ciemność.

Nastał też lekki chłód, więc powinno się dawać spać, ale w powietrzu wciąż wisi jakieś takie dziwne zamieszanie, jakaś ona lękliwość… ludzie drą się na siebie, napadają już nie tylko w mediach społecznościowych, ale nic to, było się w Szwecji. Nie no, pewno, że to jak dla wielu wyprawa do Niemiec…

Podobno nadal się jeździ na zakupy tam?

Serio?

No ale… do Szwecji warto pojechać, bo: mają jedzenie, mają taniej i mają łosie. I dodatkowo jeszcze, tam jakoś ci ludzie tacy mniej raptowni. Nawet koleś w sklepie z pamiątkami, który już nas zna, zwierza się, że żona nie da mu na wakacje w tym roku, nie nie pojadą nigdzie, bo trzeba w domu remoncik zrobić… wiecie, jeden z tych tam, uchodźców. Przemiły gość.

Prawdziwy Nordyk. LOL

Ale… w Szwecji oczywiście pogoda jak u nas.

To pewno ona bliskość tak nas łączy, więc i u nich trochę chłodniej, ludzie jacyś lekko umęczeni, ale to wciąż jeszcze okres żarcia tych wszelakich morskich robali, więc wiecie, raczki, robaczki, wszelakie muszelki i te duże no… różowe takie, kurde, przerażają mnie, czarne oczy wpatrzone w nas…

Nic z tego, że mrożone.

Oj… oczywiście, że w szczególności tuż przy wybrzeżu morskie żarcie jest dostępne w każdym spożywczo-wszelakim markecie w specjalnej, woniejącej części… z drobiazgami, które umilą wam spotkania z przyjaciółmi.

Albo wrogami, no co… też można ich na posiłek zaprosić.

Ostatni. LOL

Malmo i Ystad są dziwnie odturyściźnione.

Naprawdę.

Dziwne to trochę, bo przecież wiele się zmieniło, można już, więc o co chodzi? Bardziej się opyla ryzykować wyjazd w one tak zwane ciepłe kraje, czy co? Nie wiem… w Kivik za to masa turystów, ale ino takich, wiecie… miejscowych. Znaczy Szwedów ino… i wszędzie one ryby i inne robaki. Naprawdę warto, miasteczko jest przepiękne, nie chodzi ino o grób, więc wiecie… można, jak się jest zwykłym człekiem, co to przyroby i jabłek chce, choć teraz jabłka dopiero te pierwsze, zielone, ale śliwki za to były i jeszcze… jakoś tak morsko było, bo zawsze zapominam, że przecież to nie tylko miasteczko, ale i port, port otoczony cudownymi dolinami…

Niesamowitymi.

Jak w powieści Auel wypełnionej końmi.

Bo tak, tym razem na łąkach masa koni i krów wszelakich. Naprawdę, po prostu takich kolorów to człek nie widział. I białawe i prawie szare i wszelkie odcieni kawy mlekiem maczanej i tak dalej… i znalazłam nowe kamienie i znowu zwiedziliśmy ten dolmen nad morzem, dopiero teraz człek zauważył, że tak naprawdę cały powstał z prawie kryształowych skał…

Kurcze…

Ciekawe co jeszcze morze odkryje i kiedy?

I w ogóle?

Ale w Szwecji najlepsze zawsze jest wlezienie w las. Może to i dziwne, ale jakoś tak, ona lesistość, wielka taka, potężna, stara i cudownie skomplikowana, jakoś tak sama w sobie jest czymś, dla czego warto tam pojechać. Nie tylko dla łosiów i sztuki i morskiego żarcia, ale dla drzew…

I skał.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Garnki… została wyłączona

Pan Tealight i Ślimak…

„Niby nic.

Niby kompletnie nic niezwykłego przecież.

No ślimak się zdarza, wiadomo, co nie? Każdemu… znaczy, nie no, pewno w lesie można było by znaleźć jakieś dziwne w rozmiarze, szczególnie tam, gdzie wilgotno, gdzieś przy jeziorze, jeszczegłębiej… mogły być większe, mogły, ale jednak… kurde, jednak też nie… nosz bo przecież…

Dobra, można się przewrócić i na przykład załapać się na ślimaka w uchu czy oku czy nawet gdzieś w miejscach intymnych, bo wiecie, malutki ślimaczek to wlezie wszędzie, świat jest okrutny!!!

Albo można znaleźć na drodze jego wielkie, gigantyczne, rozjechane na papierek truchełko i zastanowić się kto i czemu, posypać z rękawów czy zza uszu teoriami, porobić zdjęć trochę, bo akurat zachodzące słońce tak ślicznie się odbija i naprawdę fascynujące na onej opalizującej powierzchni wzorki powstają, no i niektórzy muszą tak z aparatem, inaczej nie oddychają, ale jednak, no dobra, jeszcze z tej strony…

… a potem zwyczajnie, najprościej w świecie, kurząco się, ale z planem wszelakim, spierniczyć z tego miejsca, bo tam to się muszą odbywać niezłe popijawy i zadymy, a przecież nie każdy musi być imprezowy, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane na przykład nie była imprezowa w żadnym calu, centymetrze, łokciu czy kilogramie.

Nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I co?

I się ochłodziło.

Niby kurde wciąż lato, ale jednak, jednak zboże prawie już zebrane, bo susza wciąż. Sierpień niby dopiero się zaczął, ale brzozy zaczęły już żółknąć… jakoś tak wszystko się zmienia i jesieni, ale też nie do końca jesieni, to jest jakiś dziwny, kolejny czas przejścia, tylko do czego?

Dokąd?

Gdzie?

A może… w co? Bo ten chłód, dziś to podobno maks 19C miało być, choć nie mam na to dowodów, ale jednak, kocham ten zimny wiatr. Pewno, że jak lampa zapali, to człek się topi i w ogóle… ale jednak w nocy w okolicach 15C, więc można przysnąć. Można, jak się komuś uda.. wiecie, jednak księżyc też napiernicza. I nie daje spać. I nie daje myśleć normalnie, tudzież jakoś tak…

… wiecie, znajomo.

Ale… nadal mamy sezon, nadal mamy Turyściznę i nadal człek nie wychodzi z domu, zresztą, po co? Niby nie mamy maseczek, ale wsio zlewane oną wszelaką sanitizerską powłoką, okryte jej opryskiem i dodające animuszu wszystkim i wszystkiemu… wiecie, wiadomo, procenty.

Wciąż przecież wszyscy robimy se kuku tym alkoholem.

Ale, co tam alkohole…

Jak ktoś planuje zakupy, takie procentowe się znaczy, to wiecie, niektórzy planują na promie je uczynić. Co jak co, ale tak się było znowu na promie, na szczęście nie wiało, a żeby nie było, dzień wcześniej pizgało nieźle, więc wdzięcznam wszlekim przodkom i bogom i duchom…

I w ogóle…

Ale…

Na promach żarło i pićku kupują prawie wszyscy. A może jednak to zależy od ludzi i czasu? Hmmm… nie wiem, ale często widzę dorosłych z naręczami słodyczy, bo wiecie, u nas te ceny słodkości to po bandzie… ale wódeczki, to nie wiem. Piwo tak, ale cała reszta… kurde, przyznam, że miałam się przyjrzeć te kilka dni temu, ale mi nie wyszło bo były dwie baby z masą dzieci i chyba jednym chłopem…

Wiecie…

Niektórym wolno.

Ale… poza tym, znaczy rozgardiaszem i nieprzestrzeganiem onych wszelakich praw dystansu społecznego tych onych toksyków rąbanych… bo wiadomo, przecież oni roznoszą, ci najmniejsi… ech, no ale, dla nich wyznaczone jest miejsce specjalne, więc nie mam pojęcia dlaczego usadowili się w miejscu onej względnej ciszy, gdzie buja najbardziej i pierdyka ta podobno odkażająca klima.

Tiaaaa…

Zawsze mi potem coś w zatokach, no gluty takie jak kosmiczne kupy!

Zielone.

No ale… maski nadal na promach trzeba mieć, ale… tylko w momencie ruchu. Nie wtedy jak siedzicie na krześle czy przy stoliku, nie wtedy na kiblu, czy coś, tam w końcu nikt was nie sprawdzi, ale jak wstajecie, to szmata na ryj. Ja naprawdę wciąż tego nie rozumuję. Serio nie kumam.

W ogóle…

Ale… w Szwecji byłam. Chcę znowu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ślimak… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Jelitko…

„No cóż…

… nie dogadywali się, więc co tu w ogóle mówić o związku?

Może gdyby bardziej ze sobą rozmawiali, wiecie, tak bardziej dogłębnie i tak dalej… gdyby na przykład wiedzieli, iż to w ogóle jest możliwe, że jest możliwe by po prostu się porozumieć, że to i tamto, to jednak nie. Wiecie, no naprawdę nie… nie jest dla nich. Bo przecież są jednością. Jakoś tak on nie może sobie wyleźć z niej i nie wiem, upić se porsche czy inny bil tam i jeździć gdzie chce…

I na przykład nawet na wakacje sobie pojechać, może właśnie ten odpoczynek od siebie byłby dla nich wyjściem jakimś? Może… ale jak to zrobić? Jak? No nie da się. To jest coś takiego, że zwyczajnie nic z tego. Nic z tego nie będzie i tyle. Nic i w ogóle, nie ma nawet o czym pomarzyć, choć on przez chwilę myślał o tym, ale wiecie, jednak jest do niej przywiązany i to nie tylko fizycznie, nie…

Nie o to chodziło.

Pan Jelitko ją kochał.

Szcerze, ale jednak działał kiepsko.

W niej… wiecie, no w środku, w wiedźmie no tak, w onym wnętrzu jej pokręconym, popierniczonym całkowicie, wiadomo… i byli ze sobą od zawsze przecież. A przyzwyczajenia, wiadomo, kiepsko się znosi. No niektórzy potrafią, ale inni, kurde, inni znowu mają na to sposoby, ale on…

Nie, on nie chciał odejść…

… więc co zrobić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Światło i lustra” – … ech… Mantel. Nie oszukujmy się, jak ktoś umie pisać, to zwyczajnie umie pisać i niezależnie od tego, iż moja dusza wciąż ku Tudorom się skłania…

Jest genialna!!!

I tak samo genialna jest ona trylogia Cromwellowska.

Thomas Cromwell. Cicha eminencja Henryka VIII, wiecie, tego od żon? Wielu żon, które kończyły kiepsko? No więc by królestwo trzymało się w ryzach najpierw było Wolsey a potem on. Cromwell. Dziwny osobnik, intrygujący, powalający… i naprawdę, możecie powiedzieć, że przecież to kurde kolejna powieść historyczna, przecież znacie zakończenie… ale zapewniam was…

Nie znacie tak naprawdę tego, co się wydarzyło i jak barwną osobą był właśnie on. Urodzony ubogo żołnierz, filantrop, księgowy, mędrzec, geniusz językowy, lingwista nadzwyczajny… w rzeczywistości, nie oszukujmy się, wiemy jak jego kariera się zaczęła, wiemy jak skończy, ale…

Tę trylogię czyta się dla tego, co było pomiędzy. Dla onych smaczków i BOSKIEGO języka!!! Hilary Mantel tworzy dzieła. Jakby siedziała wtedy, tam, z nimi, obserwowała, opisywała dokładnie co widzi, podsłuchiwała bezczelnie… PLUS… niesamowite tłumaczenie!!! Naprawdę. Oprawa graficzna… tutaj nie ma się do czego przyczepić. I to jeszcze rozbite na 3 książki!!!

I zawsze można do nich wrócić…

I zapomnieć się w cudzym życiu pełnym tak wielu sprzeczności, życiu niepewnym, a jednak jakże pasjonującym… życiu… dla kogoś, czegoś, siebie samego, życiu i świecie, onym świecie Tudorów, który nie zamykał się li ino na królu i żonach. Tak bardzo… był fascynującym…

Jeżeli nie lubicie powieści historycznych, zapomnijcie, że to prawda i czytajcie jak fantasy!!! Szczerze polecam!!! Na odzyskaniu tych książek zależało mi najbardziej i się udało, przy okazji znalazłam i te inne.

Chcę je!!!

Wszystkie.

Oooo… sąsiadka wróciła.

Się właśnie pytała kiedy przytniemy żywopłot, bo przecież się może zawalić…

I teraz, niech mnie ktoś oświeci, w jaki sosób przewraca się żywopłot, który obcina się regularnie, który leciutko zwyczajnie, jak co roku coś tam wypuścił… którego jest kawałek między jej posesją, a naszym podjazdem… szczerze, w życiu nie widziałam obalonego żywopłotu, nawet nasz różany płotek najwyżej wygląda na nieuczesany… na pewno się nie obala no!!!

Co to za nowa moda…

Ale, się nie łam kobieto, już przycinamy. Już weekend, a to oznacza roboty domowe, wiadomo, przecież człowiek kurna odpocząć nie powienien. Jeszcze się kurna do nieróbstwa przyzwyczai. Ekhm, co? Wieniec na drzwi zrobiłam, z ziół własnych, ręcyma tymi!!! No patrzcie!

Piękny!!!

A skąd wiedziałam, że przyjechała? No przecież ta kobieta tak trzaska drzwiami, że zmarli wrzeszczą, by dała im spokój! Naprawdę. Wysyłają jej nawet znaki dymne, ale jakoś chyba nie widzi, albo zwyczajnie je olewa. Nie do końca rozumiem dlaczego informowała nas o tym, że w przyszłym roku chyba już sama nie będzie obcinać swojej strony, ino kogoś wynajmie, czy coś…

Szczerze dziunia, czy chciałaś coby mój Chowaniec ci coś obcinał?

Over my witchy body!!! Bitch!

Wy to byście wszystkie ino nas wykorzystywały!!! Nie ma takiej… no chyba, że kurde, czekaj, a płacisz… LOL żarcik, no przecież w życiu, firmie to tak, ale nie bidakom zza drugiej strony płota. Chociaż… nasz domek ładniejszy. I większy. I w ogóle zajebistosć plus milion!!! LOL

Ale… mamy ten sierpień i przyznaję, że widoków na jakiekolwiek wakacje żadnych. Wiecie, sponsorzy nie dopisali, a i jakoś sama ja chcę tylko w jedno miejsce… znaczy wróć, nie do końca jedno, ale jednak…

Jedno.

Tam na górę, gdzie wyspy rozrzucone, skały na wodzie się kołyszą, gdzie łosie chodzą niekoniecznie parami i tak dalej. Pewno, że na kieszeń zwykłego człowieka to nie jest jakiś tam wyjazd, ale na moją pustą kieszeń niestety jest. I jeszcze raz usłyszę, że przecież mieszkam na wyspie, więc…

Po co mi w ogóle wakacje?

No właśnie, bo to nie są wakacje, a raczej poszukiwanie kolejnych rytów, wymacanie nowych monolitów, to jest praca naukowa, ale w końcu namacalna, a nie ino te pierniczone zdjęcia i papiery dostępne na stronach uniwerów i podobnych im instytucji naukowych mniej lub bardziej.

Ja chcę na północ.

Na tydzień do Fjällbacki.

No weźcie no, to nie jest jakieś dziwaczne wymaganie, naprawdę… może i powtarzalne, ale za każdym razem odkrywa człek tam, lub w okolicach i całym rejonie Bohuslän coś… coś nowego, pięknego, niesamowitego.

Coś…

Zwyczajnie, tak łatwo się zakochać w onej pustce, nikłości ludzkości, w onych drzewach, skałach, no i wszelako nieuczęszczanej gęstwinie… pewno, że miejscami bardzo podmokła, ale jednak, wiecie, trza uważać. Albo nie, może i lepiej by było, bo jakoś tak, nie wiem już, nie znam już… jakoś tak… może chcę tam zostać. Na dłużej. Na bardzo dłużej… jakoś tak, mocniej…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Jelitko… została wyłączona

Pan Tealight i Bezpośredniak…

„No bo wiecie, nie każdy jest taki jakiś…

No średni.

… więc powstała takowa instytucja zwana Bezpośredniakiem. Dla niebezpośrednich i jeszcze średnich i jeszcze… tych bez… wiecie, jebane lilaki… No co? Tacy też istnieją, a coście myśleli? No więc musiało się narodzić i miejsce dla nich, by, jeśli chcieli mogli się jednoczyć, czy pobić zwyczajnie, by mogli być sobą, albo siebie udawać albo wiecie, no jakoś tak… jakoś tak nadzwyczajnie nie przerażać się byciem z innymi, oczywiście, jeśli chcieli być z kimś…

Nie, że chodziło o spiknięcie jednych i drugich.

Znaczy, jeśli chcieli, bez urazy, mieli i swoje odmiany Twitterów i innych tam Tinderów, no wiecie, jak co komu i tak dalej… przecież niektórzy mogli być i inni i szczęśliwi, a nie tylko nieszczęśliwi i zagubieni, niespaujący, wolący drzewa i zamkięte drzwi oraz okna… choć drzewa, no tak… z drzewami było inaczej, one były często bardziej ludzkie niż ludzie,a może takie, jak ludzie winni być?

Może?

Kto to wie?

Ale… Bezpośredniak istniał. Miał co prawda dziwne, jakby lekko okupkowane ściany? Podobno to taki modny kolor teraz, ech, kto by pomyślał, że świat na takie odcienie zejdzie. Ech, kto by pomyślał? No ale… do tego dorzucili biel, no przecież bardziej sterylnie już nie mogło być, ale… podobno ktoś tam przychodził. I choć miejsce zajmowało wyłącznie małą szopę i trzy dziuple w pobliskich sosnach, to podobno jednak działało… całkiem i w ogóle sprawnie… serio.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay…

Dobra, to dziwne.

Oczywiście mam na myśli ten sławetny paszport koronny. Bo… wieść gminna niosła, że zniosą po wakacjach, że coś się tam podzieje, a wczoraj w internecie pojawiła się wieść – i to na stronie muzeum – że już można, że proszę, że właściwie nic się nie dzieje i już nie ma boja, jeśli chodzi o muzea i…

Teatry.

Myślicie, że to małe zainteresowanie, czy co?

No ale… chodziło o to, że choroba chorobą, ale jednak, paszportu nie trzeba jeśli macie parcie na one wyższe, bardziej artystyczne się zadowolenia… le jeśli chodzi o żarcie, to nie, wciąż paszporcik ma być…

Podobno to tylko jeszcze przez miesiąc czy dwa, ale, jak to będzie, wiecie, pewno czas to zweryfikuje i tyle. Wciąż tyle się zmienia, że człek nie nadąża, a zresztą, czy ktoś w ogóle jeszcze nadąża? A może, jednak po prostu lepiej nie wiedzieć? Znaczy, jak coś trzeba, to człek się doinformowywuje, ale jednak… ten nadmiar wszelakiej stresującej treści doprawdy miesza we łbie.

I już jest dość.

Szczerze, sama codzienność wystarczająco kopie.

A kopie mocno…

Ale…

Z milszych rzeczy, to było trochę deszczu.

Niestety ino trochę, plus wiatr, więc wiecie, migrena zatokowa, prawie klasterowy ból głowy, nie, to były straszne dni, ale jednak chłodniejsze i ciemność zaczyna się już pojawiać po 21szej. Ech, jak miło…

No przecież to słońce, to jest koszmar!!!

Dodatkowo, ten wiatr i deszcz popalił roślinki jakby, kurde jakby serio kwasem jakimś lali, czy coś? I meduzy… podobno już są i to wcale niefajne są. Wiadomo, cieplejsze wody i tak dalej, więc w morzu kręci się to, czego co roku koniecznie nie ma… przeraża to. Bardzo mocno. Bardzo…

Wiatr oczywiście jak zwykle namodził, między innymi ktoś dostał w głowę… znaczy, kapitan nakazał nieopuszczanie siedzeń, ale jednak nie posłuchała i mamy ballade. Wiecie, kapitan rację miał, na wodzie bujało w trzy dupy, ale przecież, niektórzy wiedzą lepiej. Jak to się skończyło nie wie nikt poza tamtą panią, ale… gazety tego już nie ujawniają, bo najważniejsze jest przypomnienie w mediach czegoś, co wydaje się być logiczne i karne, czyli, że na morzu kapitan to król. To sędzia, kapłan i jeszcze ostatni na dno ma iść, czy jakoś tak…

Nie wiem, dlaczego wciąż ludzie morze traktują tak lekko?

Wiadomo, że statki mamy bardziej wymyślne, szybsze, z wszelkimi udogodnieniami, no dobra, jeśli to chodzi o Molslinjen… erm, Bor… no wiecie, to z tymi udogodnieniami możnaby podyskutować, ale jednak… jednak niewygodne siedzenie to ino półtorej godziny, więc… no chyba, że płyniecie do Danii, to kurde już jest, jak dla mnie, wielce koszmar, naprawdę. Wielce!!!

Ech…

Uważajcie i na ziemi i na wodzie.

I na latające ufoki! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezpośredniak… została wyłączona

Pan Tealight i Tęczowe Uniesienia…

„To była tajemnica.

To była tak wielka tajemnica, że nienawidziła tęcz.

Znaczy, nie że tego czegoś na niebie, co to pokazywało się bezczelnie zawsze na przeciwko jej okien, jakby wiecie, kpiło z onych baśni o workach czy kotłach złota pełnych, o onych krasnalach, które trza było złapać, by ono złoto dorwać… no nienawidziła ich… gdy tylko były nasrane i tu i tam. Wiecie, koszulki, buty, ciuchy… Nie no, pewno, że niektórzy wiązali to z jej porąbanym umysłem, ale jednak…

Hmmm…

Może zwyczajnie te kolory jej nie grały ze sobą, bo nie grały…

Kompletnie.

I tak, wiedziała, że pryzmat, natura i fizyka… blah blah blah… nie obchodziło jej to w ogóle! Kompletnie!!! Po prostu nie znosiła tęcz, a wiecie, w obecnym świecie pierdzącym tęczowością… no nie, nie miała łatwego życia. Zresztą, wróć, nie miała go w ogóle, znaczy onego życia, ale to co jeszcze jej kolory źle dobrane dowalały, oj nie… tosz już beznzynka rozlana… nie, nawet to już nie pachniało i nie kolorowało się jak kiedyś. Bo wiecie, kiedyś to były benzynki…

I spacery… i nawet tęcze.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

I to tak, że kurcze, no całą chata lata. Dziwne… w znaczeniu dziwne w tym okresie, porze roku i tak dalej, miało padać i wiecie co, podobno gdzieś tam coś spadło, ale jakoś tak, raczej nic z tego. A u nas to chyba ino ktoś mgiełką psiknął na szybkę i to tylko jedną. No ale… z tym człowiek raczej nic nie zrobi.

Taniec deszczu?

Można próbować, ale…

Ale…

Wszystko jest takie dziwne… niby wieje, a jednak jakoś tak przygnębia, niby chłodniej, a wciąż za ciepło, tęcza jebnęła na nieboskłonie i to wiecie, ta podwójna taka, co to jako odbicie lustrzane, ale jeśli chodzi o deszcz, to chyba gdzieś w górze sobie latał, no ale… wiecie… tak jest.

Było…

Może?

Wieje… wiatr zdaje się nie tylko przebierać w śliwkach i jabłkach, ale i w moich kurna figach. Pierwsza już poszła, więc… polecam zamrozić na kamień, potem wyjąć, odczekać chwilę i zwyczajnie obrać ze skórki. Ale wiecie, działa ino przy wyspiarskich figach, jak tam z tymi innymi, to nie wiem…

Taie lody!

Można przełamać…

A poza tym rano latał dookoła wariat z ogniem.

Ja po prostu nie wiem co ci ludzie mają we łbach, ale wypalanie przy suszy onych lichych trawek w chodniku taką płomienną racą, jak z I wojny światowej… no co, na filmie widziałam, technika się nie zmieniła, a jednak… uczucie ma się jakieś taki, przecież gdyby tak człowieka…

No nie wiem.

Boję się pożaru i tyle.

Sąsiad nie ciął trawy dwa tygodnie. Nie wiem kurna, czy chory, czy co, ale jednak fakt faktem, że trawa nie przycięta, oczywiście na tej sąsiadowej działce, wiecie, tej od helikoptera… może coś?

Może jeden drugiego wyzwał, czy coś?

Z tym, to wiecie, nigdy nie wiadomo… a w ogóle kilka dni temu była nasza druga rocznica przeprowadzki! Hej! Jakby ktoś się pytał, to 2019 mimo wszystko był koszmarem i jakoś 2021 też wali po dupie, ale próbujemy oddychać. Znaczy ja próbuję… może jeszcze chwilę. Jak na razie człek tylko odkrywa, że coś, co chował, bo miał nadzieję, że może jednak klątwa pleśniowej chaty, co to ciągnęła się za nami przez chyba 3 domy tutaj… wynajmowane oczywiście – wciąż miejscami jeszcze daje o sobie znać. Niestety… i zabiera… ktoś powie, że przecież to ino rzeczy…

Tia, zatoki i płucka też rzeczy?

Nigdy się człowiek nie wyleczy z lęku przed pleśnią.

Nigdy.

To dziwne, ale chyba ciągnie się za mną od małego, tracenie tego, co się kocha… rzeczy, ale jednak… cóż, rzeczy też są ważne. Nie dajcie sobie wmówić, że nie. Sorry, ale pierdolić tak mogą ino ci, co mają, wiecie, z seri głodny sytego…

Taka mądrość człowiecza.

I zwierzęca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tęczowe Uniesienia… została wyłączona

Pan Tealight i Czas w Międzyczasie…

„Chodziło o to, że jakoś tak umiała z niego korzystać.

Nie, nie była wcale zaskoczona jego istnieniem, kompletnie i w ogóle nie potrzebowała dowodu na jego istnienie, czy kolejnej dyssertacji dotyczącej czasu w ogólności, ale w swojej własnej czarnej dziurze, rozpaczy oczywiście, jakoś tak, postanowiła się wypełnić do końca, czyli…

Zajechać na amen i tyle.

Zrobić jeszcze to i tamto, przemyśleć kilka spraw, kilkanaście, potem umyć okno, pomalować ścianę i wciąż nie skończyć, wciąż jeszcze mieć tyle do zrobienia, wciąż jeszcze być tak zajętą, a przecież i tak niczego z tego nie miała, poza onym uczuciem zajechania, wykończeniem siebie, brakiem energii, wszelaką niepodatnością na cokolwiek, bo przecież jeżeli wypełniała sobą swój świat to jeszcze mogłaby i dodatkowe, ale raczej wcisnąć się w jej czas…

Właśnie, jej czas.

W międzyczasie…

Po prawdzie, zapewne jak inne wiedźmy, żyła w czymś, co naciągało się i zciągało i wszelako nie podlegało prawom fizycznym, znaczy tym zwyczajowych ludzi, wiecie, nie że wiedźma fizyka była bzdurną bzdurą, bo przecież nie była, ale jednak, kurcze, głupio tak wyjaśniać, starsza była od ludzkiej… bardziej rozwinięta, pełna skrętów, dziur wszelako często niepastelowych i jeszcze…

Zamyślenia.

Zakładek pełna była i skuwek zasuwek i jeszcze…

Kłódeczek. Bez kluczyków… bo ktoś zgubił dawno temu, a nikogo nie było coby dorobił, a tak na chamana to drucikiem, no wiecie, jakoś tak niegrzecznie, więc raczej… kłódeczek takich niedootworzenia.

I już…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zaginieni” – … dawno nie jebnęłam książką. Naprawdę dawno, a przecież wciąż nie do końca wiem, dlaczego…

Bo i tematyka wydawała się być intrygująca, na czasie nawet, może i okładka jedzie innymi mocno, no ale, sporadycznie komuś tam się udaje coś nie odstockować, czy zabrzmieć lekko bardziej nowatorsko, ale…

No właśnie.

I nie, nie jestem wierząca. Szczerze, w nic już nie wierzę, kompletnie w nic… więc jako pogańska dusza, która wie, że dziwy istnieją, powiem wam, że zwyczajnie, tego się kurna… i chcę tu napisać kurwa, ale jak to brzmi, z drugiej strony to moja opinia, więc jeżeli nie mogę kasy odzyskać za książkę, to niech kurwa sobie zostanie, w końcu, nawet i trochę pasuje… mocno…

Dobra, cała sprawa, kryminał, zbronide kościoła, jeszcze w styczności z wiadomościami, które znowu docierają do nas i z Irlandii i z Kanady… ech, nie wiem czy wiecie, ale jako dzieciak walczyłam z idiotami wmawiającymi mi, że nie, Ameryka złego nic Nativom nie robiła, nie… a przecież wiedziałam lepiej… no więc większość z nich już teraz nie żyje, tych co się ze mną kłócili, a książka, cóż…

JEJ SIĘ NIE DA CZYTAĆ!!!

Spowodowała u mnie takiego wkurwa, że nie macie pojęcia, poleciała lekkim łukiem po kilku próbach, tak, kilku próbach… nie mogłam się z tym pogodzić, że to, na co czekałam okazało się takim bublem!!! I może sama historia była/jest intrygująca, i może… nie no, kogo ja oszukuję. Ten temat jest ważny i należy o nim pisać, ale nie tak, jakby ktoś przeżywał orgazm z powodu cudzego bólu. Nie takim językiem, nie wsadzając w to tak durne osobowości i nazywać ich stróżami prawa.

Nie!

Po prostu nie.

I nie mówcie, że to wina tłumaczenia, sorry, ale to jest zwyczajnie źle napisana powieść po kilku dniach jakiegoś pisarskiego kursu.

Gorąco…

Ja pierdziu, człowiek się powtarza i w rzeczywistości już sam jest na siebie wkurzony, za to, że wariaci z koparkami pracują teraz od szóstej do południa, znaczy głośno, a potem już nie… więc jak macie robotę taką bardziej nocną, albo zarwaliście nockę, lub, co najgorsze chyba, nie stać was na wakacje, chcecie się wyspać, mieszkacie w dzielnicy, kurna no na wyspie no… w dzielnicy cichej, mieszkalnej i tak dalej… dobra, wiem, że sąsiadka uwielbia swoje uwertuty na drzwi samochodowe i bagażnik plus drzwi od garażu i jakaś furteczka, to wiecie…

Człek nie sypia.

Człek zamieszkał tutaj w poszukiwaniu zimna…

Tak, wiem, ocieplenie… ale ja się nie pisałam na żadne ocieplenia, kurde no. Pewno, że można powiedzie, oj ciesz się, że nie powódź, widziałam jedną we Wrocławiu, dzięki, przetrwałam, ciesz się, że nie pożary, a podpalili coś w Norresandzie ostatnio, ogólnie mówiąc koronaparty takie odchodzą, że głowa mała, mimo ciągłego gadania, że szczepionka nie znaczy, iż już nie ma zarazy, to oni uważają inaczej no i super… super świadomość w narodzie.

Sarkazm.

No piszę, że sarkazm, bo to wie, kto to czyta?

Nikt?

Ale…

Gorąco.

Tak, wiem, są większe problemy niż gorąco, ale jednak, cóż, varmepumpe nie wydala w zimności, wiatrak rąbie mnie po nerkach i szczerze, na pytanie: gdzie idziemy na spacer… rzucam takim spojrzeniem, że już i tak gotujacy się pytający, spopiela się na moich oczach, więc nawóz do ogródka jest.

No co?

Ekologia!!!

I szczerze się przyznaję, że poza mniejszymi zawirowaniami, takimi samymi jak co roku plus pandemia, no i że ktoś ci nakichał na kark, tudzież inny nie przestrzega odstępu, inni jeszcze imprezują ciężko zapominając, że przecież tutaj żyją też ludzie, którzy… a tam, po kiego o tym pisać…

Kogo to obchodzi, że my zostaniemy z tym całym syfem?

No cóż…

Sierpień… hmmmm, przyznam, że myślałam, że już mieliśmy ten sierpień, ale widać jeszcze nie, więc sierpień. I cóż to zmienia? No jak zwykle, dzieci do szkoły, starsze roczniki na plaże, znowu będzie walka autobusów i takie tam. Ktoś zgubił gimbala, wprost wstydząc się powiedzieć, ża mu go zajebali, czy czarną torebkę… wiecie, tutaj kiedyś nie kradli, kiedyś… rzeczy były, zostawały tam, gdzieście je posiali i mogliście poprosić, popytać, czy ktoś nie widział…

Nie wie…

Ale to kiedyś.

Kiedyś zdaje się być bardzo odległą epoką. Nie wiem, czy ją jeszcze dobrze pamiętam. Chyba mieli więcej drzew wtedy i cienia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas w Międzyczasie… została wyłączona