Pan Tealight i Meteoryt Rozpaczy…

„… bo płakała…

Ostatnio właściwie ciągle…

Zaczynała rano, pozwalała sobie na trzy i pół wiaderka łez, a potem na chwilę, dla pozorów, udawała, potem w południe, po południu, przed herbatą jedną i drugą, przerywała by udawać, a potem nocą znowu… już nie zważać na ilość, jakoś tak… po prostu być tylko i wyłącznie łzami.

Czasem w onym czasie pomiędzy czasem mierzonym coś tam jeszcze jej poleciało, ale już nawet nie zwracała uwagi, już nawet nie myślała o tym, nie zauważała, pozwalała soli wyżreć linie w jej skórze, tworzy wadi, które wypełniały się jednak zbyt często… zbyt często niż ich piaszczyści kuzyni…

Wiatr próbował coś z tym zrobić, ale jednak…

Nie podołał.

Próbowała jakoś tak nawet przekonać samą siebie, bo przecież ile można pić, w końcu co wylezie, to musi uzupełnić, była w końcu wiedźmą z onej dziwnej strony, co to i ogień i wodę tolerowała. Ogień paranoicznie może i kochała, ale i wodę, chociaż może… nie, nie ugaszała się jakaś…

Nie…

… i wciąż, płakała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ten temat powraca co roku…

Co robić na Wyspie.

Jakoś… wiecie, gdy człek się tutaj sprowadzał, szukał miejsca artystycznego, spokojnego, oczywiście, że poprzez sesony zmiennego, ale jednak, jakiegoś takiego swojskiego. W sklepie znało się każdego po sezonie, jakoś może i niektóre domy pustką waliły, ale teraz… nie poznaję tego miejsca.

No dobra, pytanie o to: co tutaj robić, powraca jak boomerang jebany, który to zapomniał, że nie płacą mu za one latanie, powracanie i tak dalej, rok w rok, niezależnie od pandemicznych wyskoków. Sorry. Powinieneś już wiedzieć kolesiu pytanie, żeby odpowiedź zapamiętać, że tutaj najważniejsza jest natura i spokój, ino że ostatnio go nie ma i wszędzie wsio próbują zrobić…

Głośno.

W szczególności oszołomy ze stolycy… wiecie, z wizją…

Ech… a człek chciał spokoju, duńskiej bornholmskości, no i tak dalej… zawsze chciał tego właśnie, onego życia trochę inaczej, a może i właściwie tak, jak zawsze myślał, że żyć trzeba, bo przecież, przeniósł się tutaj nie dla kasy, nie dla perspektyw, ale z powodu Wyspy… tylko, że teraz…

Ona nie jest sobą.

Nie poznaję jej.

Człek myślał, że ludzie serio przyjeżdżają tutaj z powodu onych ścieżek rowerowych, spacerów, lasów, plaż i skał, no łażenia. Obecnie też powstało tyle centrów wszelakiej jogi czy mindfullnesu, że głowa mała. Pewno, niektóre sprawy się zawalają, inne znowu kompletnie zamykają, bo ci, którzy je stworzyli zwyczajnie chcą iść na emeryturę i tyle, mają dość pracy…

No, takiej pracy, bo jak się ma dom i wsio dookoła, to codziennie jest coś do pracy. Nie oszukujmy się.

Codziennie.

Ale… zamyka się między innymi Munkholm, który, jak dobrze pamiętam, tak bardzo rozkwitł zaraz po naszym przyjeździe. Te ciuchy, kremy, cała kosmetyka z mleka koziego, ej, nie tam karmiłam kozę butelką? Chyba tam, potem załapałam, że mam uczulenie na wszlekie mleczne i dodatkowo na filc, więc… wełnie musiałam powiedzieć papa i zrobiło się dziwnie… no ale…

W końcu u nas tyle owiec!!!

No ale, jest problem, więc trzeba unikać pewnych spraw i się unika, ale jednak… głupio tak powiedzieć pasjonatom, że nie, ja nie mogę i zacząć kichać, szczególnie w dzisiejszych czasach, naprawdę. Jakby co, to oczywiście u nas maseczki ino w niektórych miejscach, ale wiecie, testy, paszporty i tak dalej, nadal w knajpach i podobnych im placówkach… po prawdzie nie mam pojęcia gdzie, bo…

Mnie nie stać.

… więc po kiego mnie takie wieści.

Mogę wam za to powiedzieć, że przez suszę jak nic już są dostępne borówki hamerykańskie, znaczy te nasze borholmskie jagódki, he he he, a i na pewno żniwa będą wcześniej, bo ciągle gorąco i nic nie pada, nawet aniołki nie sikają, czy nie podlewają sobie kwiatków, no nie wiem…

Dziwnie jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meteoryt Rozpaczy… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmiczny Dostawca…

„Niby zwalali na pandemię, no bo to wszystko było takie wygodne, że poczta nie dowiozła, czy też raczej nie doeciał, dopłynęła, bo wciąż przecież nie potrafili po tej wodzie chodzić, a co dopiero jeździć…

Chociaż taki ślizgacz, tak to by można jakoś rozkminić? Na przykład do rozwożnienia paczek może i mniejszych, ale jednak obarczonych oną pilnością wszelaką, znaczy, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się nie mogła jej doczekać. Znaczy, iż potrzebna była na gwałtu rety i jeszcze z przytupem i oczywiście 100 pompek, 200 przysiadów i co najmniej pół godziny planka, a co… nie ma litości dla tych, co paczki opóźniają, nie ma!!!

A jeszcze do tych, co mieli wysłać, a nie wysyłają!!!

Toż to energia kosmiczna zwana zwyczajowo Elką, była przygotowana, by im przypierdolić z jakiegoś rozbłysku, czy flary rozpierdzielającej ich wszelakie zabawki elektroniczne mniej lub bardziej, a najlepiej w czasie użytkowania, wiecie, ekhm… docielesnego użytkowania, bo co? Bo biała magia, czarna magia?

Obudźcie się!

Magia nie jest rasistką.

Ha ha ha… a co, prawda jest taka, że magia to siła, a naginanie jej ku sobie i przymuszanie, by wydarzyło się coś… niestety marnie działa na paczki i finanse jak się jest wiedźmą. Wprost przeciwnie, nawet lepiej nie próbować, ino się chronić, ino zapobiegać i takie tam, ale nie więcej…

Dlatego była chyba taka zdziwiona, gdy go zobaczyła przed drzwiami.

No i ta srebrzysta rakietka… z budą dla kosmicznego psa.

Z trzema łbami, które się uśmiechały symultanicznie, choć nie do końca sympatycznie, a przecież, listonosz i pies… czy to nie miało być…

Inaczej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

A przecież termometr pokazuje 21 stopni?

Jednak… jest gorąco, wrząco i duszno, nie można oddychać, chociaż słońce zakryły chmury. Gdy znajdziecie się w cieniu, w znaczeniu drugiej strony domu, nie za chmurami, jakoś tak wszystko się zmienia. Nagle nic już nie dusi, nagle wszystko staje się jakieś takie… znośne…

Ale jednak gorąco.

Gorąco od tak dawna, że człek nie pamieta innego uczucia, jak tylko to, by nie mieć na sobie nic, stać pod prysznicem i łkać, bo właściwie, co innego zostało? Czy do tego można się przyzwyczaić? Do onej suszy, czy tygodnia takiej wilgotności, że rzeczy w domu zaczęły pokrywać się pleśnią…

Nie wiem… ostatnim razem coś takiego wydarzyło się, gdy było bardzo deszczowe lato. Wiecie, lało cały czas, serio, dwa miesiące deszczu, wtedy zauważyłam, że dziwne rzeczy pokryły się białym puszkiem… teraz było inaczej, drewniany dom jednak chowa suchość w sobie, ale… dopadło i nas…

… więc…

Wracamy obecnie do suszy.

Choć obiecują deszcz właściwie co tydzień, że w przyszłym tygodniu, może za kilka dni, może nawet już jutro, rano, może…

Sucho.

Karetka jeździ właściwie codziennie.

Do tego cholerni bikerzy, którzy… serio, cholera jasna, przecież tutaj jest ograniczenie prędkości, gdzie wy się kurna rozpędzicie, popierdoliło was? No i co z normami dźwiękowymi? Przekraczają je, ale są nietykalni, czyż nie? Podobnie jak stare samochody i ich wyziewy dobijajace każdego… serio, lepsi i lepsiejsi… ale podatek dojebią biednym, co z życia mają tylko pracę…

No bo przecież…

Są sprawy, których nie ruszy nikt?

Są sprawy, które tylko się psują.

Nowy… kurde, jak to nazwać? Pomost? Wiecie, takie drewniane coś wychodzące w morze, z którego się schodzi, czy skacze do wody – tego drugiego nie polecam w Melsted, bo czasem jest tak płytko, że można skończyć na wózku lub w M1 – zbudowali nam na plaży, więc fajno, co nie? Eeee… a raczej powinno być fajno? Nie wiem, ludzie tam są, więc wybaczcie, ale widziałam tylko na zdjęciach.

Pomost składa się z cementowych grzybków, na których mamy drewniany mostek bez barierek. No właśnie, wcześniej yła ta barierka, jakoś mogłeś się chwycić z jednej strony, a wiadomo jak jest z wodą, czasem po wyjściu człowiek się zakręci, no i o wypadek, szczególnie na płyciźnie pełnej skał, raczej nietrudno, więc… po co to? A bo wcześniej co jesień składali, ale ostatnio zapomnieli, no i się ZNOWU rozpadło – sprawa nagminna w Sandvig. Co roku się im rozwala…

… więc z jednej storny super, że jest pomost.

To świetne miejsce na pływanie poza sezonem lęgowym i poza kwitnącymi algami, no i hotel zaraz obok, piaseczek… ale jednak, jakoś nie widzę by ten pomost wytrzymał pierwszy sztorm. Sorry. Pewno, że beton zostanie, ale cała reszta… a może o to imchodzi… nie wiem…

Zwątpiłam we wszystko już…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmiczny Dostawca… została wyłączona

Pan Tealight i Ciałka Laleczek…

„Wysychające…

Rozsypujące się… niektóre jednak na nowo zpuszczające korzenie…

Śniły się jej.

Wołały ją. Gdzieś tam z onej przeszłości, pośród której jej życie wypełniał las, ścieżka, droga, autobus i szkoła, która siedziała gdzieś z daleka w tym wszystkim, jezioro i piasek, wszechobecny i jeszcze małe choineczki i maślaki między nimi… i jeszcze, te dziwne budynki, a raczej ich brak…

A raczej pustka wszelaka, która zdawała się wypełniać one nieistniejące właściwie w niej, wiecie, one szczeliny między książkami, bo przecież już wtedy była nimi, a one nią i jeszcze bardziej, ale lepiej się w to nie wtapiać za mocno, naprawdę lepiej nie, bo to brzmi głupkowato i czasem, z czasem, obrzydliwie nawet, czy jakoś tak… no naprawdę lepiej nie i tyle… lepiej…

Ale laleczki…

Bo wszystko to wydarzyło się po czasie, gdy to zabrano jej pluszowych przyjaciół, gdy miała mniej niż nic i nikogo to nie obchodziło, że potrzebowała czegoś więcej, niż wody i powietrza i na dodatek, wszystko się zmieniało, książki w niej były niespokojne i toczyły ze sobą bitwy krwawe i jeszcze…

Wszystko się zmieniało.

I miało być jeszcze inaczej, więc nie dziwota, że je powoływała do życia, one trawiaste laleczki, zazdrosna o ich korzeniowe, długie włosy, o oną wolnosć postrzegania siebie, a gdy tylko już był czas, by znowu udawać coś na kształ wciąż jeszcze dziecięcego człowieka, oddawała je ziemi, ale one nie chciały do niej wracać… nie z tymi warkoczykami, nie z nóżkami i rączkami, które im ofiarowało, z oczami i uszami, z imionami, które pobrzmiewały tak szeleszcząco w onych zapiaszczonych trawach… w onych lekko się rozpadających ciałkach…

Ale ona ich nie zauważała, onej potrzeby bycia w nich nie wyczuwała, a może nie chciała, za młoda, za bardzo zraniona…

I tworzyła je nowe.

I tworzyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiara, miłość, śmierć” – … ech. Nie wiem… po prostu to wszystko było takie dziwnie przewidywalne i jakoś tak… ten ksiądz, ech… nie wiem, po prostu znowu ksiądz?

Jakoś tak, przy tych poprzednich wypada słabo.

Naprawdę.

No i te jego problemy domowe, jakoś tak, nie wiem, czy chodziło o pokazanie bardziej człowieka, pracy duchownego jako pewnej normalności, czy też… zwyczajnie ponownie wariata, który nosi koloratkę, czy co tam oni noszą. Wiecie, taki jestem niepokorny, ale bozia wszystkich kocha… to już było. Było za często. A scena początkowa, no błagam, kto nie myślał, że tak się to wszystko skończy? Naprawdę ktoś… ale, sama treść, ponownie ten koflikt ja reszta komendy, przyjaciel w żeńskiej postaci, no banał lekki, do tego cała reszta, ech… nie, nie mówię, że to nie może wciągnąć, może, ale dla mnie to wszystko jakie takie było za płytkie. Na pewno nie jestem zainteresowana kolejnymi opowieściami tego bohatera. Kolejnych śledztw i tak dalej.

Nie, on nie jest dla mnie.

Na pewno.

Jednak jeśli szukacie czegoś niegłupiego, ale lekko sztampowego, może i odmiennego, bo jednak wychowannym w jednej tradycji religijnej taka „duchowość” może się wydać aż nazbyt otwarta… I dlatego warto przejrzeć tego cienkusza, bo powieść jest naprawdę niewielka, ale może wciągnąć.

Loppemarked…

No właśnie…

Tak szczerze, jak nazwa wskazuje, zwykły pchli targ, ale w rzeczywistości, natykając się na taki znaczek po drodze, możecie trafić na skarby… nowe rzeczy, kogoś, kto się wyprowadza, zwykłą sprzedaż garażową…

Albo koszmarek.

Pierwsza wersja, no wiadomo, nigdy nie wiecie co będzie co, chyba że podpytacie miejscowych, to wam powiedzą może, że ci czy tamci, to napis ów mają od zawsze i śmieci tam są, a nie kurde coś użytkowego, no i że lepiej nie iść, bo zapach, a i właścicielka odstrasza… no chyba, że zatrzymacie się przy takim, gdzie wsio na stolikach wystawione zaraz przy ulicy.

Oj, pamiętajcie, by parkować bezpiecznie, bo w sezonie ludzi wariatów więcej. No bo wiadomo, w ogóle ludzi więcej…

Ale… natykacie się na one stoliki i co teraz, co jeśli nie odstraszą was, a jednak czegoś będziecie chcieli? Oj, no cóż, jeśli nie macie duńskiego numeru, to często możecie się posiłkować wyłącznie gotóweczką. Nie ma innej opcji, choć w niektórych miejscach widziałam, że nie chcą gotówki, wyłącznie ten dziwny numer, na który należy przetransportować kasę. Takie samo cudo FYI znajdziecie też w Szwecji i nie, nie da się tego połączyć…

Taka ta Skandynawia wspólnotowa, że ech…

Ale… numer, o którym mówię, to mobilpay, czyli zwykła płatność mobilna, eee masło maślane, no wiecie, jak paypal ino duńskie, cudne, lepsze i tak dalej… nie, nie żartuję, serio tak się tutaj myśli.

Co… dziwne? LOL

No ale…

Są też antiki…

He he he.

Ukochane miejsca niemieckich turystów. Tak się dowiedziałam. Szczerze… podobno przyjeżdżają tutaj nawet z przyczepkami, ale wiecie, teraz to trochę się zmieniło, no ale… zbyt wiele ale, jednakowosz, nie każdemu antyk antyk. Wiecie jak to jest. Najczęściej staroć to staroć, a tak właściwie, to jaka jest definicja antyku? Znaczy, oczywiście poza antykiem antykiem…

Kurde no!

„…potoczne określenie zabytkowego przedmiotu sztuki dawnej, mającego wartość zabytkową, historyczną, estetyczną lub materialną.” za Wikipedią. Hmmm, czyli tak naprawdę, to wiecie, jakoś tak wsio podchodzi, bo kto komu zabroni estetyczność, czy materialność w szczególności, dla własnych gaci z zeszłego tygodnia przypisać? Co nie? Kurde, mogłabym, czemu się tak źle wychowałam…

No i właściwie, to tutaj w ten sposób działa.

Ale, podejrzewam, że wprawne oko skrzynię z końca XVIII wieku wypatrzy. Ja kiedyś wypatrzyłam. Z duchem była…

Nie polecam.

To jak?

Lubicie używane, czy nie? I nie, nie mówię o gaciach, raczej o szafkach po czyjejś prababci, czy też… oooo… już wiem, kiedyś oglądaliśmy tutaj mieszkanie, a dokładniej domek i w środku na ścianie była wielka, czerwona plama. Tia, w tym odcieniu czerwieni i pokazywał nam to koleś od czyszczenia…

… więc… ekhm…

Wolę IKEAę. Ale jesli wy chcecie czegoś, to pamiętajcie, jak flaga dumnie powiewa na wietrze, albo nie powiewa, bo wiatr diabły wzięły dla siebie, cholernieki egoistyczne, to można włazić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciałka Laleczek… została wyłączona

Pan Tealight i Miecio Bóg…

„Miecio Bóg miał się super.

Siedział pod Sosną Zabujaną, oczywiście w nim, wiecie, jak się zabuja taka sosna, świerki to już mniej, jednak coś jest w tych długich igłach…

… wieciem na pewno, znacie oną prawdę przedwieczną, azaliż wżdy, każdy rozmiar ma znaczenie.

Ale…

Długie igły, wielkie szyszki, pień prosty z idealnie spękaną korą, w coś na kształt klejnotów, oprawionych w nicość, jakby niczego nie potrzebowały by je trzymało w tym miejscu, jakby czuły potrzebę, bursztynowe od zaklętej w sobie żywicy, ciemne, jaśniejsze, burgundowe, winne, żółtawe miejscami nawet, jaśniejsze, w miejscach, gdzie słońce je zmieniło, czy też doceniło… białe…

Lepkie, jakby nage postanowiły zmienić stan skupienia.

Do tego ta korona, wysoko, taka niedostępna, a jednak dająca cień, a jednak potrzebna, jednak wpływająca na życie maluczkich pod nią, a i tych lotnistych, którzy siadali na jej pochylonych gałązkach, na onych chropowatych kształtnościach, które przydawały jej onych artystycznych rysów, które dodawały, ale też i łatwo łamały się, gdy tylko sztorm nadchodził… zrzucały i igły i szyszki, jakby szkowały się na coś nowego, jakby wiedziały, widziały więcej…

Ale z wysoka przecież patrzyły, więc…

Nie dziwota.

A sam Miecia Bóg, wiecie, ten od stanu posiadania wszelakiego, od chęci miecia i tego i tamtego, choć czy to przydatne nie wie nikt, ale ładne, niech se stoi, przetrze się szmatką kilka razy i już… może kiedyś się wyrzuci, może, no przecież ile można nagromadzić… tego to od Boga Gromadzenia się dowiecie, że wiele można… znali się, oczywiście, że się znali, bliźnięta jednojajowe z jednej matki i zbyt wielu ojców, wiecie, niby tacy sami, ale jednak, nie do końca, bo mięcy pragnieniem miecia, a zbytkiem wielkim, śmieceniem wszelakim, naprawdę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hotelarze…

W moim jezyku to ludzie, którzy chcą hoteli i onej sztampowej, typish amerykanish „cywilizacji” wszędzie. Jakby dzikość plaży była zła. Kamienie złe, brak knajp zła, gdzie obejrzeć mecz? Ja się tu sprowadziłem z Kopenhagi, ja tu mieszkam, dlaczego nie mam tego i tamtego…

Bo to nie Kopehaga tumanie!!!

Ale to zawsze my będziemy ci obcy.

Ona roszczeniowość ludzi ostatnio stała się jeszcze bardziej namacalna, wprost bolesna! Nie trzeba szukać daleko, wystarczy wleźć na grupy, na przykład Gudhjem na Facebooku i znajdziecie od razu coś, czego nie było. Czy ktoś mógłby, czy ktoś ma, czy dacie mi, kto wynajmie, bo chcę, bo tak ma być…

Ja, ja, ja…

Rozumiem, że grupa ma może lekko niesprecyzowaną tematyczność i czasem są tam takie kwiatki, że szok, ale serio, pytania, które zadają… czasem ktoś się spyta uczynnie, czy googla może nie mają, bo to naprawdę przydatne i można sobie samemu znaleźć odpowiedź, ale…

Jaki hejt wtedy!!!

Blech… ludzie…

Ale… hotelarze.

No właśnie, jak jedziecie na wakacje, sorry, kompletnie się na tym nie znam, ale… wybieracie hotel i siedzicie tydzień czy dwa nad basenem, czy jednak chcecie coś zobaczyć? Sorry… czasem mi się wydaje, że nigdy nie byłam na wakacjach, znaczy, coby tak nic kompletnie nie robić?

Albo nad basenem ino czytać i te tam drinki z palemką… a właśnie, wiecie, że myślałam, że chodzi o jakieś palmy w tych drinkach. Szczerze jestem niekumata jeśli chodzi o tak zwane czasy współczesne. O one hotele, w życiu bym nie potrafiła… wróć, byliśmy kiedyś w hotelu, malutkim, rodzinnym, więc żadnych basenów, ale… ekhm, było ono sprzątanie, no i… wywiesiliśmy by się bzykali, znaczy uprzejmie się uprasza o niedesperowanie… no co, na Ibizie to było…

I tak baba wlazła.

Otworzyła sobie.

Tak czasem człek wyjeżdża. Może raz na ileś tam lat… ostatnio rzeczywiście udało się częściej, nie raz na 20 lat, ino na kilka, ale jednak… nie do hotelu. Lepszy domek. Namiot nawet. Szczególnie w Skandynawii…

Ale jednak… czy zwiedzacie?

Czy leżycie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miecio Bóg… została wyłączona

Pan Tealight i Poborca Nie do końca Podatkowy…

„Oni to już w ogóle wstydu nie mają.

Naprawdę.

Po prostu gdzieś go zgubili, nie zakupili nowego, może i z jakiegoś Alibaby do nich ten wstyd idzie, czy coś? Albo na cle go zatrzymali, wiecie, jako zakaźny? Ale przecież od kiedy to wstyd taki zakaźny ma być? Nie no, to nie może być to, na pewno nie chcieli zapłacić cła i tyle, wiecie, zbyt wiele, a toto prawie za darmoszkę było, jak zwykle, cokolwiek się kupuje z tych dziwnych chińskich przybytków… no i tak pozostali z niczym? A może jednak było inaczej? Może…

Wiecie, wszelako różniste można wymyślać scenariusze efekt tego był jeden, że wstydu nie mieli ni za grosz, ni za miliony, ni z metką, czy też co gorsza, przez jakiegoś popierniczonego twórcę szaleńca, masowo produkowany… taki Szanel Wstyd… wiecie, to na pewno było coś bardziej niszowego… Bo przecież każdy jakiś tam wstyd posiada. Ci nie powiedzą tego, czy tamtego słowa, tamci znowu nie pokażą ni kawałka dupki, nie żeby ktos ją chciał oglądać, no ale…

Nie mieli wstydu, więc mieli…

Wszystko inne.

Bo tak to dziwnie jest z tym wstydem. Masz go, to coś cię nagle hamuje, ciągnie w inną stronę, no i chamuje też, wiecie, ponieważ nie możesz tego, czy tamtego, nawet do końca nie wiesz z jakiego powodu, to jednak… od razu lecisz w inną stronę i cham z ciebie i prostak nagle się robi…

Ale tak naprawdę nim nie jesteś… to ino ten wstyd.

Z nimi było inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I niby nie jest aż tak gorąco, ale jednak, gdy słońce wylezie zza chmur…

No właśnie, one chmury, wiszą nad człowiekiem i aż duszą.

Niby nie jest przerażająco gorąco, ale w domu nie można oddychać… co jest pokręcone, bo przeciąg jest, przewiew, cug czy jak to zwał, ale jednak… coś hamuje dotarcie pożywienia dla płucek. Męcząco… i nie daje się wyytrzymać. Chyba tak już od miesiąca. Oczywiście, wiem że to lato…

Ale chyba wszyscy zapominają, że to Skandynawia.

Zresztą, co ja mówię, jak chcesz chłodu, to obecnie dostępny jest na Owczych Wyspach, łącznie z Królową, która chyba odwiedza wciąż tamtych, nie do końca, poddanych oraz Grenlandia, wiecie… wiadomo…Tam naście niskich stopni i wieje… czasem pewno i duje, a tutaj, no właśnie.

Podłam pewnie, bo przecież zwalam to na wycięte drzewa, nie nawet globalne ocieplenie, takich mieliśmy już wiele, ale bardziej na tą… wielość wszystkiego. Ja pierdziu, też ciągle kupujecie gacie?

Tylko ja zaszywam dziury w spodniach?

Oglądam właśnie opowieść o oczywistości, przemądrą babkę z Globstory – YT – mówiącą o sprawach, które wiezm, ale jak sie okazuje, wiem ja, ale jednak, nie reszta świata. Uwielbiam ten kanał. Jest bardzo wyciszający, szokujący zapewne wielu, różnorodny, ale też i…

No właśnie…

Podróżniczy…

I tak sobie myślę, że w ogóle, to jak to jest z tym podróżowaniem? Jesteście klub – ej, jak możesz tu mieszkać, przecież nie ma McDonalda, czy też – chcę się tutaj przeprowadzić, jak to często dzieje się w Gudhjem. Ludzie przyjeżdżają, zakochują się, no i większość stać by po prostu tutaj coś wynająć, szczególnie teraz, my nim dotarliśmy do celu, do domu własnego tutaj, minęło wiele lat… nawet samego mieszkania na Wyspie… czekania, męczenia się…

Cierpienia.

Strat.

Ale… podróżowanie dopada nas co roku. Tutaj się przecież żyje sezonami. I teraz słucha popierdolonych – nie przeproszę za język, bo sorry, gorąco, susza, i tak dalej – bikerów, którzy z głównej ulicy robią sobie jebanego motocrossa. Ściganki, jeżdżanki, wskakiwanie na one tereny mieszkalne. Nie, to koszmar. Tutaj ten dźwięk jest straszny. Nie przenoszą się tutaj ludzie, którzy chcą hałasu miasta, smrodu miasta i tłoku… nie, a nawet jeżeli, to wiecie, po roku uciekają…

Ciekawe kiedy się wyprowadzą…

Zwykle to tylko rok.

Pewno, łapia cię ludzie i mówią, że tu jest cudownie, że dobrze, e jesteś turystą, przyznajesz się czasem, że tu mieszkasz i kurwa stoisz w tej samej kolejce po tych 8 godzinach roboty i szczerze jesteś zmęczony.. albo już nic nie mówisz, kiwasz głową, nie zauważasz, że znowu mówią do ciebie w sklepie po niemiecku, bo bez przypadek odezwałeś się do kogoś po polsku, a oni…

… nie odróżniają…

Zresztą, kto ci uwierzy, że tu mieszkasz.

Tak po prawdzie, to jakoś tak wydaje się, że Turyścizna żyje w przekonainiu, że tutaj nikt nie mieszka… wiecie, tak naprawdę. Jestem tym zmęczona. Mocno. Bardzo. I tymi pytaniami, gdzie najlepszy hotel, spa, czemu nie macie Burger Kinga i pierun wie co… i pierun wie co jeszcze…

Nie wiem.

Nie znam się… ja tu tylko mieszkam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poborca Nie do końca Podatkowy… została wyłączona

Pan Tealight i Bogi Jelitkowe…

„O ja pierdziu, jak one się na nią wkurwiły.

Ale to tak na maksa, z przytupem, twisterem, chorobami wenerycznymi, potrójnym Axlem, szpagatem, piruetem i dwiema parami nożyczek, belą materiału bardzo gryzącego, no i pchły, pchły zawsze temu towarzyszyły… oraz wiadrem pomyj i jeszcze kanką paliwa rakietowego…

Aż tak.

A potem wyszło, że się pomylili.

Bo wiecie, jakoś tak, no zwyczajnie nie ten twór, nie te dziurki, wszelakie moce przerobowe i tak dalej, plany mieli, ale no jakoś tak, nie te GPSy czy coś. Podobno teraz Jabłczane Fantasy porobiło mapy, może to ich wina, może to jednak jakieś tam ich coś… nie wiadomo było, znaczy nie, no pewno że się tłumaczyli, ale jednak, jakoś tak, jakoś tak się to tutaj wszystko popiętroliło, zwindowało i jeszcze, jeszcze jakoś tak pokrętnie machało wstążkami kolorowymi…

No co, w tym świecie wsio takie opisowe.

Ale jednak… Bogi Jelitkowe się jakoś zbuntowały, wkurwiły na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane i zrobiły jej kuku. Mega kuku na stałe… i cierpiała ona… i jakoś tak, przy tym wszystkim nagle zrozumiała, że straciła nawet to, co myślała, że może jednak uda się ocalić, ale Bogi Pleśniowe były po jej stronie. Kochały ją i wielbiły jako swoją, więc…

Przegrała znowu.

A ci ją jeszcze dobili, skurw…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia triumfuje” – … oj. Ale jak to? Nie fair… ale, ja chcę więcej i więcej i… nie, nie znudziło mi się i nie, nie uważam, że temat wyczerpany, czy inna jakaś głupota!!!

Chcę więcej…

Ale nie ma.

Za to pamiętam, jak trzeba było walczyć o kolejne części… pamiętam te pisaniny, pamiętam i wdzięcznam, że jednak Wydawnictwo się zdecydowało. Naprawdę wielkie dzięki. Wydacie więcej? No przecież oni piszą… piszą i piszą, no weźcie no, są fajni, pewno, że to taka pocieszaczka książka, ale jednak, świat teraz taki, jakby zaraz miało nastąpić Przesunięcie, więc…

No?

Ale… co w ostatnim tomie, oj domyślacie się, więc po co mówić. Ale ostatnie strony, nom nom nom… jakoś tak nasza główna bohaterka dziwnie niknie w tej opowieści, wiadomo, wszyscy odeszli, przecież, to już całkiem inny świat, pozmieniało się cholernie… czy wolałabym by niektórzy znów byli samotni, a nie szczęśliwymi matkami, w tej opowieści, no tak… chciałabym jeszcze opowieści z czasów sprzed dzieci, mężów i tak dalej. Onych kryminalnych story… ale, to już koniec. Ostatnia bitwa. I tak naprawdę, cóż, nie oszukujmy się, wiemy, że ktoś musi zginąć…

Wiemy…

Cała seria to majstersztyk. Właśnie taki, fantastyczny, lekko fantasy lekko urban fantasy, lekko wszystko, niesamowity, z jajem, poczuciem humoru, czymś tam buzującym między bohaterami, no wiecie… i dodatkowo dobrze napisany… taki cykl to coś, do czego się wraca. Chyba powinnam sobie kupić drugi zestaw, bo stare tomy tyle zniosły, że… hmmm, niegłupi pomysł… pamiętam pierwsze wydanie…

Ech… pamiętam tak wiele.

Wrócę do Atlanty, może tego lata?

A wy jak nie znacie, a takie klimaty was kręcą, cóż, zajrzyjcie… bo tutaj balans damsko-męski jest perfekcyjny. Mity, opowieści, legendy… ech, z każdego zakątka, bo czemu nie. Niespodzianki?

Na każdym kroku!

Keramik…

No właśnie, podobno ten napis najbardziej ludzi przyciąga. Znaczy, no rozumiem, właśnie wyczyściłam swoją szopę i chyba też se trzasnę taki… sama wymyśliłam… KUNSHED. Eee! Dobrze brzmi, co nie? W końcu galleri to mają wszyscy, a szopkę mam ja. Niewielką, ale się zmieści wszystko, a malowanie, wiadomo, gdzie się da, podobnie ze zdjęciami. To w końcu taki dziwny świat…

Ale, co do ceramiki, to tutaj jest jej masa.

Mamy formy takie bardziej względnie użytkowe oraz szalone, mamy zdobione mnaturalnie, albo bardziej pojechane. Zwykły kubek, coś niby z IKEA ale i też takie, która po prostu, jakoś tak do was pasują, no i… kubek łatwiej przywieźć z walacji niż obraz, więc… może powinnam…

Ale to nie moja bajka.

Jak już, to marzy mi się srebro!

Ale… człowieka nie stać, więc niech se ino marzy, na to go stać, znaczy, wiadomo, marzenie jest za darmo i tyle. Nudna jestem. Najważniejsze, że jedna ze spraw załatwiona. Moje marzenia odeszły w przeszłość. Niszczenie własnej sztuki jest oczyszczające, ale też i boli… niczym niechciane dzieci…

Jak ja…

Ale miało być o ceramice…

I będzie, nie ma boja, to co oglądaliśmy mieści się w Allinge, znaleźć łatwo, bo malutkie studio, skryte pod rusztowaniem mieści się na przeciwko onych kolorowych domków… wiecie, tam, gdzie każdy se fotki strzela.

No idziecie od portu w stronę wschodzącego słońca… po lewej.

I tutaj, w Allinge znajdziecie właśnie taką ceramikę użytkową.

Piękne szkliwo, cudowna w dotyku, widać przez okna trochę szaleństwa i chciałby człek o nie zapytać, ale głupio tak zajętego człowieka męczyć, co nie? Paudal’s Keramik Værksted mieści się przy Havnegade 37. I warto wejść… ceny są zwyczajowe, jak na taką ceramikę, czyli… po prawdzie, to jak patrzę na ceny w Polsce, jak ktoś mi o czymś blebla, to mnie to szokuje, że właściwie, tak szczerze, śliczna rzecz, możesz mieć one and only, a i tak ludzie wolą masówkę…

Hmmm…

Nie no, pewno że bardziej boli zbicie 150 DKK niż 10 DKK, choć nie, mnie chyba tak samo, bo te moje talerze są mega. I były ma wyprzedaży w Netto, a wyglądają, jak takie za kilka stówek… kto to widział płacić w sklepie, nie że sztuka, za talerz kilkaset złotych? No szczerze? Przez ponad 20 lat mieliśmy 4 białe talerze, wymieniliśmy dopiero teraz, szczerze, takie to tłukące się?

Przy tylu przeprowadzkach?

Za to w Sandkaas… gdzie trudniej dotrzeć, bo warsztacik domowy schowany jest w cudownym ogroddzie z niesamowitymi niebieskimi hortensjami, są już te cuda kompletnie one and only… zdobione odciskiem lawendy i oczywiście helleristningerami, no przecież… i to szkliwo lekko ino rozlane…

Mniam!

Bardziej mój klimat.

Facebook, strona i Instagram dostępne, a tam wiadomości o nowościach i oczywiście kiedy można wpaść i gdzie kupić.

To tak z moich ostatnich i pewno jedynych zabaw w turystę w tym roku… serio, nie daje się oddychać… i zresztą, nie oszukujmy się, nie ma za co… w końcu też jestę artystą!!! No weźcie, dokarmiajcie. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogi Jelitkowe… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg od miecia, posiadania…

„O żesz kurde, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane chciała go poznać. No jak się chciała przyjaźnić z nim, tak naprawdę, może nawet wiecie, nie że jakieś fejstajmy, ino eye to eye nawet, desperatka… Oj jak się chciała, wiecie, w jakiś barter może wejść, czy coś… ale nie…

… nic z tego.

Niby był, istniał, czasem jego cień ją omiotnał, coś się szakalsko zaśmiało w krzakach, a potem i dźwięk nie istniał i krzaku nie było, zamiast niego był jakiś tam dziwny cień, który potem był dymem, potem mgłą, a potem, coś się w niej dziwnie krzywiło, jakieś dreszcze, jakieś myśli…

I tyle.

Kurde… nic nie pomagało, ni ofiary, ni pisane listy do Mikołajów, wszyscy rozkładali ręce, inni chcieli rozkładać namioty czy coś, wiecie, cyrk zajechał… pchli, ale poza tym znikąd pomocy, wysyłała one światełka do nieba i do piekła bo w końcu u niej balans w tym rejonie być musiał.

Zawsze.

Ale nic z tego.

Nie pomagały nawet jakieś tam, wiecie, sprawy takie dorosłe. Zawołania. Ogniska, dymne znaki, wieńce z kwiatów rzucane w powietrze, czasem źle wycelowane, ale sąsiedzi już chyba przywykli, albo woleli udawać, że nic się nie dzieje, a może jednak prawdą było, że jej nie zauważali…

Nie żeby się domagała zauważania.

Po prostu, tak jakoś, lepiej by nie widzieli gdy krwią obelisk oblewasz, nic to, że ona lekko rozwodniona i soku z buraka dodane, wiecie, to ino dla smaku i wrażenia zewnętrznego, no jakoś tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A na zewnątrz…

Chyba havgus?

Bo zwykle havgus oznacza jednak jakiś chłód, a to mleko, które zdaje się być możliwym kroić nożem, czy nawet ostrzejszymi słowami, to coś… dziwnego, jakby otworzyły się bramy innego świata i wiecie, coś się zmienia, coś zostaje naruszone, coś… się zmienia, jakby… ale tylko na chwilę…

Już po kilku minutach chłód wkracza i powinieneś się nabrać, że to ten sam znajomy havgus, ale jednak…

No właśnie…

To wciąż coś dziwnego.

Coś bardzo przerażającego, ale i fascynującego zarazem, coś takiego bardzo przytłaczającego, ale jednak i coś, w co chcesz wleźć i olać to wszystko, dostać różków, ogonka, może i skrzydełek, choć to wiecie, będzie fizycznie jak u bączka, ekhm, w moim przypadku, ale jednak…

Coś…

A wczoraj było dosć ciepło, choć wiało.

Ciepło, ale wiecie, tak nie do końca, w końcu pojechaliśmy do Allinge i, no wiadomo, turyści i tak dalej, tłok szum… no właśnie… eee, jakby to powiedzieć, nie no, wszystkie miejsca pod Netto zajęte a dzieciaki kowidowe dookoła latają, ale jakoś tak… nie ma wypełnionego portu, co więcej, na powierzchni wody unosi się zakaz kąpieli. Sprawa, która załatwiła mnie jakieś dwa lata temu…

Boleśnie.

Tak, algi zakwitły.

Kurde no…

Niby człowiek raczej mógł to przewidzieć, bo te jebane upały naprawdę dobijały i były obecne nie tylko tu, ale dookoła tego, jednak w końcu dość wewnętrznego morza. No i wsio zakwitło. A co się będzie opierniczać. Przecież może. Pewno na wybrzeżu Szwecji pojawią się one rzadkie potwory…

Ech…

Ale, jeśli chodzi o Allinge, to mimo poniedziałku ludzi niezbyt wiele. Jedna mała sesja zdjęciowa, wiadomo, coś trzeba zrobić, zakupy, człowiek jednak nazbyt dobrze wie, że u nas ceny są jeszcze wyższe, więc… no oczywiście, że wyprawa na Marken też… czyli przejazd przez miejsca, które są gotową sceną dla kolejnej części „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” czy czegoś podobnie zabawnego… naprawdę, kurna, jakie zadupie. Kościół w Olsker stąd widać, ale tak szczerze ino pola, jakieś cudowne nieużytki, gdzieś zabłąknaa krowa w dziwnym, szarawym kolorze, no wiecie, jak mięso się gotuje i takie coś pływa, no w takim…

Pewno upał…

Ale, Marken ma warzywa. To coś, co powstało kilka lat temu i chyba dzięki internetowi mogą sobie pozwolić na sprzedaż w większości z onego zadupia. Ziemniaczki pycha, mają i marchew i wszelakie zieleniny i jeszcze oczywiście są i cuda jak koper włoski, czy buraki, ale… ilość tego i cena…

Ech!

Ale i tak wciąż lepiej wziąć tutaj niż w sklepie, gdzie żarcie jest z Hiszpanii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg od miecia, posiadania… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewica Rdzewiała…

„No wiecie…

… mówi się, że jak nieużywane, to rdzewieje, mówi się, że nawet i zanika, więc… nie było w tym nic dziwnego.

Nic, kompletnie.

W końcu mówili… znaczy, żeby nie było, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie do końca była za każdym razem pewna, kto i co dokładnie mówił. Ilu ich było, kto im płacił, czy naiwnie sprzedawali się za darmoszkę, trochę jak ona, głupia taka… no wiecie, pocieszenie by znalazła może w tym, że i inni odwalają taką manianę nie zarabiając na tym, choć wkładając w to swoje doświadczenie, pracę, pomysły, słowa, kolory i takie tam…

No bo szczerze, tych rzeczy, co to „ale mówili”, było tak wiele. Wielkie i mniejsze prawdy codzienne, wielkie i mniejsze zwątpienia,  rady dobre, rady chwiejne i jeszcze, te takie okruszki, po których winieneś dojsć do siebie, do siebie samego, ale jakoś tak, no jakoś tak ci nie wychodzi, bo przecież kompletnie się do tego nie nadają, mają za zadanie tylko stworzyć z ciebie kosnpekt…

Konspekt jakinności.

Wiesz.

Byś był jak inni, bo tak jednak łatwiej ludźmi kierować, jak się nie wychylają i tyle… lepiej. Lepiej tak rzucać truizmami i jeszcze… nie no, tak, Dziewica też podchodziła pod oną kategorię.

Była potrzebna.

Ino rdzewiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciemno, ciemno dziwnie, może i strasznie, a może to apokalipsa…

Hmmm?

Prawda taka, że przez kilka dni było mroczno, przez jakieś dwa nawet padało, nie żeby cały czas, czy coś, ale jednak, nie trzeba podlewać ogródka, choć kurna chwasty rosną jak szalone, więc nie wiem…

Dżwięk deszczu cudownie mamił zmysły, ale niestety codzienność jakoś zjebała mi psyche, problemy ze snem? Oj tak, może i człek zaśnie, ale na krótko. No weźcie no, ja jestem człowiek śpiący, homo spanikus! Wciąż sapiens!!! Żeby nie było pomyłek, bo to wiecie, jakoś trzeba teraz mówić wsio dokładnie, nawet i z opisem, jakby co… więc ja chcę być traktowana po królewsku i naprawdę tak jakoś, no naprawdę, więc wiecie, zwracajcie się do mnie wasza mość.

Nie, nie nabijam się z nikogo, zwyczajnie mam taki problem z tymi, no, ona, kobieta i tak dalej. A teraz już wolno, więc… Nie do końca męskie zaimki, ale też nie kobiece, jakoś tak, w większości języków ich używających, no problem jest, co nie? Nie oszukujmy się… i skąd to wiedzieć, jeśli spotykacie kogoś po raz pierwszy? Czy pierwsze słowa winny być: z jaką płcią sypiasz, jak się opisujesz i w ogóle, czy to blizny po operacji… nie? Jesteś pewien, pewna, pewno?

Na pewno ja jestem pewna, że czasy, w jakich żyjemy skupiają się na dziwnych sprawach. Szczerze… głupich często. I nie chodzi o miłość, udawanie, że dopiero ten wiek wymyślił homoseksualizm już nawet mnie nie rozśmiesza…

Nudzi.

Co jak tak rozpamiętuję ten czas…

I dlaczego teraz?

No…

No przez oną ciemność. Wiecie, dziwny był to dzień… naprawdę. Taka ciemność nie zdarza się tutaj… częst? W ogóle właściwie? Naprawdę. Po prostu jest słońce, czasem pada, czasem nie, ale tak ciemno?

Aż tak?

Nie… może dlatego człowiek taki jakiś mocno rozjechany, bo jakoś ostatnio nie daje się oddychać. Naprawdę, a w mojej szałwi zamieszkały ćmy, które nie wychodzą nocą, a za dnia i obrabiają lawendę. Szczerze? Nie no, pewno się okaże, że to taki dziwny zwykły motylek, ale jednak… wiecie, dziwnie to wygląda. No cóż, najważniejsze, że szałwia żyje, a dokładniej, to co najmniej się…

Podwoiła?

Potroiła?

Nie wiem, ale szaleje. Jak się okazuje, jakoś tak, po prostu, no wiecie, szałwia żyje, nie podcięta, jakoś tak sama, zwyczajnie odbiła. Ciekawe, czy kiedyś front naszego domu, to będzie ino ona… tak teraz się zastanawiam.

Szczerze.

A co na Wyspie?

Skąd mam wiedzieć, nie wychodzę przecież, podobno ludzi masa, zwyczajnie jest ciasno, aż nie do oddychania!!! Nie mam na to siły. One dziewne interrakcje, ludzi wpadających na ciebie, a potem keep distance w sklepie, szczerze. Naprawdę… ja pierdzielę no!!! Weźcie coś z tym zróbcie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewica Rdzewiała… została wyłączona

Pan Tealight i Mrówki Torturówki…

„Mrówki miały się dobrze.

Więcej, nawet świetnie. Zupdateowały sobie dom na taki gigantyczny, naprawdę luksusowy, nawet z basenem, sauną i milionem garaży, chociaż nie do końca było wiadomo, czym jeździły…

… lub i na czym?

No wiecie, dziwnie zapytać.

Tak się kurde człowiek czy ino człowiekowaty, to raczej bali wprost zadać jakieś pytanie, jakby to była jakaś wielka tajemnica, czy coś… no wiecie, skąd one to biorą, jak im się powodzi i wszelako posuszy i jeszcze, czy naprawdę mają tak dobrego brookera i polityków przekupionych, no i oczywiście onych… wiecie, wielkich i złych prawników. Znaczy, nie że grubi, wiecie, po prostu wielcy w swej mocy i potędze przekonywania wszystkich, każdego i wszystkiego…

No wiadomo.

Wiecie, niby mrówka jaka jest, każdy widzi, te nie były jakieś ogromne, no spore, ale nie dziwacznie, nie że atomówki, czy coś, ale jednak, kurde, no jakoś tak… emanowały czymś, co odpychało nadmerne pakowanie nosa, kończyn, a czasem, to nawet i myśli… kurde jakby już coś po skórze sie pałętało, jakby wszelakie biliardy malutkich łapek postanowiło znaleźć najlepsze, najbardziej bolesne miejsce, skryte, może i lekko nazbyt osobste, ale przecież nie dla nich, co im tam, one miały tylko jedno zadanie…

… wykarmić, przynieść, pracować…

… gryźć!!!

No więc…

Zdziwiło wszystkich Centrum Mrówczej Konsultacje, które wybudowały pięć metrów i dwa cale, ciekawe dlaczego tak, od swojego mrowiska. Pan Tealight był mocno podejrzliwy, a nawet i więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrajca” – … chyba… Tak, to jedna z moich ulubionych części tej serii, jak na razie?

Chyba tak.

No bo jak inczej nazwać opowieść, w której pewna sprawa się zamyka, pewna znajomość się rozwiązuje, pewien konflikt pojawia się znowu i jeszcze… no właśnie jeszcze ten ból głowy, kurcze, jak długo będzie go jeszcze bolał ten łeb. I co to oznacza? Niby oczywiście, zna kogoś o lekko, czy mocniej, lekarskiej profesji, ale jednak… no jednak zbyt wiele się dzieje. Trzeba przecież stanąć ponownie po czyjejś stronie, a na dodatek pojawiło się nowe zło w mieście.

Ech, zawsze tak jakoś się życie mu toczy, czyż nie?

Dresden ma dar, a może i przeznaczenie, by wpadać w każde gówno, co to się mu w mieście zalęgnie, ale też jest wciąż Strażnikiem, więc gdy przybywa on, musi się tym zająć. Jakkolwiek jest to dziwaczne i pokręcone, może i ma przyjaciół, ale jednak, czy nie ciągnie za sobą jakiegoś pecha?

No cóż, wiadomo jedno, zlo znowu jest zbyt blisko, a Mag musi sprostać i zwykłemu laniu po mordzie i konfliktowi buzującemu we włsnej duszy. Szczerze, chyba wolałabym tę mordę. Poboli, ale wiecie…

Naprawdę przełomowa część serii.

A tutaj nowe smaczki, a raczej nowe stare, wiecie, wciąż opłakuję moją biblioteczkę, wciąż staram się coś przywrócić, co miałam i przyznaję, że bardzo to trudne. Ale też uświadomiłam sobie, że są książki, których może nie chcę przywracać? Może chcę o nich zapomnieć?

I pada…

Nie myślałam, że można zapomnieć, ja brzmi deszcz. Jakie cudowne pieśni wygrywa, jakie wiersz potrafi wyszeptać, jak bardzo kocha uderzać, ale i muskać, ile ma stron, postaci, natężeń, naprawdę… jak wiele w nim jest. Jak wiele niesamowitości, którą tak łatwo zapomnieć, gdy wpada się w ramiona suszy. Strasznej, bolesnej, miażdżącej mózg suszy, która ostatnio właściwie…

Przytrafia się nam co roku.

Niestety.

Ale przy tylu wyciętych drzewach, tak wiem, upierdliwa jestem z tymi drzewami, straszliwie, ale gdybyście widzieli wybrzeże przed i teraz, a planują jeszcze większą wycinkę, usuwanie krzewów, szczerze, głupota goni za dumą człowieczą i zadufaniem, oraz dziwnymi stopniami wykształcenia, w które przestaję wierzyć… i wiem, że świat się zmienia, że przecież nauka wie teraz więcej, ale ja jestem zdania, że jednak nie tyle wiemy więcej, co większość nabrała w sobie onego zadufania pełnego i pewnego, że wiedzą już wszystko, nie ma co odkrywać i tak dalej, a ci, co wątpią, to wiecie, głupki i spiskowcy terytorialni…

Za długo żyję, teorie spiskowe ostatnimi czasy tylko zyskują potwierdzenie, za jedne przepraszają, inne ukrywają…

Dziwny ten świat.

Na szczęście wciąż mamy deszcz… i wiecie, dzięki niemu można posłuchać coś mądrzejszego, niż utyskiwania, że ci czy tamci to głupki, a my są z Kopenhagi, więc całujcie nas w pięty i dywany na glebę!!!

Ale ten deszcz…

Pada i nagle przestaje, potem znowu, zaczyna mocno, albo słabo, jakby się zastanawiał, aż w końcu leje, ale tylko przez chwilę, jakby nagle zawstydzony przestaje tak z nienacka, by potem, nagle znowu zacząć, albo nie… i pozostaje ino ona niesamowita, cudowna, lekko ciężka mgła… wilgotność w powietrzu wszelako odczuwalna, no i ten chłód cudowny, zapomniany…

Naturalny nie z AC.

Wiecie, dziwne rzeczy się z człowiekiem dzieją, gdy tak mu się wszystko przegrzeje i tak dalej. Zapoci się tu i ówdzie, no i potem tak jest, nagle od nowa musi się uczy tego, że ten potliwy koszmar, to nie jedyna rozrywka tego świata, wiecie, że jest coś więcej, coś, czego już doświadczał przecież…

Ale jednak…

Zapomniał.

A teraz gapi się na te krople stukające w drewniany taras, na one pojawiające się odbicia, w tych płyciutkich wilgotnościach, które otwierają portale do innych światów, w których może pada częściej, mgła jest częściej, może i chłodniej jest, wiecie… może i jakoś tak, są te rzeczy, których potrzebujesz…

Wszystkie.

Naprawdę.

I ten deszcz, ta muzyka, świeżość, jakby świat chciał ci coś wynagrodzić, oną normalnością przecież ino…

Oną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrówki Torturówki… została wyłączona

Pan Tealight i Zawoalowanie…

„Zawoalowanie wszelakie się jakoś zogniskowało w którymś ze światów, no i oczywiście namacalnie pojawiło na Wyspie.

Nie żeby spraszali, oj co to to nie, jakoś woleli ino we własnym grajdołku, ino z tymi, którzy jakkolwiek choć z widoku, przymrużnych oczu, wady wzroku, widoczni, no wiecie… znajomi z ruchów, twarzy pomroczenia, ciuchów może, no ino z nimi znajomymi tak czy inaczej się, jak już trzeba było, jak nie można się było wykręcić, czy coś takiego, jak kłamstwo już nie działało…

No tylko z takimi się spotykać…

Jakoś tak bezpieczniej, co nie?

A już Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, po prostu nie mogła inaczej niż raczej sama, albo z tymi mało widocznymi, tymi dawno po best before, tudzież, wiecie, tymi jeszcze bardziej…

Niesitniejącymi.

Z drugiej strony, to kto tam może być czego pewnym? Jeżeli o nią chodzi, to raczej kompletnie i w ogóle, naprawdę…

A już szczególnie ostatnio.

Gdy tak się w codzienności swej czołgała, garbiła, klęczała ciągle, jakby się bała, że w końcu ziemia spod stóp jej ucieknie jakby naprawdę nie wiedziała o co chodzi, jakby chcą czegoś innego, a może li i ino więcej, jakoś tak, powoli, ale widocznie już, się rozpadała na kawałeczki… na kawałeczki, które gdy tylko się od niej odrywały, nie dawały się przyczepić z powortem… zwyczajnie, nagle nie pasowały już do innego kawałka one wypustki i zagłębienia, a nawet kolor…

Jakby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem, jak słyszę, że po co ci wakacje, jak mieszkasz na Wyspie, to… nie, nie wkurzam się, rozumiem to, tak samo myślałam, jak się tutaj przenosiliśmy, problem w tym, że ja w ogóle nie lubię ludzi. Nie czuję się dobrze w ich towarzystwie, mówiąc szczerze, chorobliwie wolę być sama ino z Chowańcem, no wiecie, a nawet i on bidulek, czasem m przesrane…

Ale…

Właśnie, ono ALE.

Sławetne właściwie, bo spora część ludzi się z nią zderza, że życie jednak nie jest jednostajne, przyśpieszone, znaczy nie tylko jest takie… w rzeczywistości jest bardziej takie, a potem nagle całkiem inne i człowiek zaczyna chcieć…

… więcej.

Albo inaczej.

Wiecie, przecież co… ogród człek ma, dom jest, dach nad głową, morze jest, z lasem gorzej, bo zwalają tyle drewna ostatnio, że naprawdę ryczę zbyt często, więc sobie chyba odpuszczę natknięcie się na kolejną wycinkę, naprawdę. To boli. Fizycznie. Od dzieciaka drzewa były dla mnie ważne, kochane i takie jakies normalne i tulisiowalne. Szczerze… ale, jednak wszystko dookoła jakoś tak chce coś innego. Coś bardziej łosiowego może, coż nieznajomego całkowicie…

I pewno, że człek nie ma jeszcze wszystkich miejscówek zwiedzonych, bo jednak to to to tamto, teraz takie multum ludzi, że chcę uciekać od razu… ciasno jakoś, dziwnie, a tam na północy są pustki i drzew więcej i nie, raju nie ma nigdzie, ale jednak, jakoś tak, tam przynajmniej jest ino człowiek i masa piasku, i muszelek i jakoś tam w nieznanym można się…

Zatrzymać.

Ale…

No właśnie, ono ale.

Człowiek wiedział, że to miejsce będzie miało i pory roku i sezony. I jeżeli chodzi o mnie, to urodziłam się właśnie w porach roku i sezonach. Co prawda to bardziej turnusy były, ale ona ciągła zmiana ludzi, te przyjazdy, odjazdy i tak dalej… przecież, nie oszukujmy się, to, że mam ładny widok z okna nie spłaca mojej hipoteki.

Świetna woda w kranie, którą można dudlić, to też nie wszystko, choć… bardzo wiele.

Bajer w tym, że tak zwane wakacje w domu, to jednak sprawa bardzo… męcząca. Zawsze w domu znajdzie się coś do robty, albo co gorsza, znajdziecie se robotę dodatkową, ale jednak… może jeszcze to i tamto… to nie są wakacje. To tylko chwila snu dłuższa, chodzenie w gaciach i tyle.

Nie wypoczywa się, nie odłącza od codzienności.

No weźcie, przecież większość ludzi mieszka w naprawdę cudownych, pięknych miejscach, czy to za sprawą natury czy architektury, a może i kulinarnie pięknych, a może cudownie cichych, wiadomo… oni też czasem chcą w coś innego, może głośnego, moze tylko zimniejszego, cieplejszego…

… po prostu COŚ.

A może jednak nie.

Może ludzie już nie mają siły, by jakoś tak walczyć o coś więcej niż ona dziwaczna, pojebana, smutna codzienność?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawoalowanie… została wyłączona