Pan Tealight i Bóg Gromaczenia…

„No tak, oczywiście że no nikt, łącznie z nim boskim samym, nie miał pojęcia od czego tak naprawdę jest. Się znaczy, szatki miał wiecie, wersja cienki szlafroczek ale z lametką w puchate koteczki… wiedział, że lubi kostury i kłębki wełny, ale miał na nią uczulenie, więc ino bawełna czy len go ratowały…

… plastików nie lubił, za to druty i szydełko…

Mógłby majtać nimi godzinami.

Serio, sweterki, płaszczyki, skarpetki, rękawiczki, spodnie nawet robił… no wsio z włóczki niewełnianej i włókien wszelakich, raz nawet majtnął suknię ślubną z nici pajęczej, ale to dla nudystów było, więc wiecie, nie dla każdego, na pewno… nie oszukujmy się, moda może i przychodzi i odchodzi, ale jednak…

… jednak lepiej gacie mieć na sobie.

A już szczególnie w świątyni jakiejkolwiek.

A on w końcu bogiem był, więc wiecie, pewnych rzeczy nie chciał, chociaż, kto go tam wiedział, w końcu z tym jego nazwaniem… znaczy co od gromadzenia, wszelakich hauli i tak dalej, a może jednak od ludzkich zgormadzeń, nie że znowu kupiłem sobie lampkę w kształcie dinozaura, bo choć mam takich samych piętnaście, to ta taka się wydawała inna, zresztą Chiny to kraj się rozwijający…

Czy coś?

Wcale a wcale nie wiedział o co mu chodzi, więc ino majtał te ręczne robótki. Nawet makramy potrafił wyplatać!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Piranesi” – … to… to nie jest książka. To nie jest zwykła opowieść z początkiem i końcem, środkiem, tymi wymaganymi stanami napięcia i zaskoczeniem i jeszcze oczywiście śmiercią w odpowiednim momencie…

… nie…

To jest otwarte okno, do innego świata.

Możecie przez nie zajrzeć do miejsca, które niezależnie jak patrzycie, zawsze zobaczycie więcej. Niezależnie jak pójdziecie, jeśli zdecydujecie się wkroczyć, odnajdziecie inne miejsce. Ale nie ma boja, dostajemy przecież przewodnika. Tylko… tylko, że on jest trochę jak my, więc… oczywiście, żyje tutaj dłużej i może nam opowiedzieć o tym i innym, o tych, których nazwał, odszukał, zapamiętał, i może nawet… zapomniał… bo przecież, jest jednym z nas…

Albo był?

To dzieło sztuki.

Mózgu poszukująceego, pragnącego wydalić na świat coś innego.

Piękno… ale też i wciąż opowieść. Tylko, że jakoś tak, no nie opowieść, nie prostota, a raczej, wszystko, caała masa dźwięków, słów, liter, wersów, miejsc pustych i zapełnionych…

To jest coś, na co trzeba sobie dać czas, historia szczupła może w ilości słów, kartek, ale pięknie wydana, przetłumaczona i będąca czymś więcej, onym niesamowitym czymś więcej, co ten cykl chyba zawsze nam oferuje, czyż nie?

No dobra… to jedziemy!!!

Szosa jak szosa, ale widać, że kurcze wszystko się wali, dziur coraz więcej, miejscami łaty,miejscami komuś się ładniej ulało, zjeżdżasz jednak z autostrady, a tam już trzymaj zęby, uszy odpadają a oczy dawno wypadły. Nosz kurde, moje bebechy. Ale chciało się na wybrzeże, więc cierp człowieku. Przejechałeś przez Göterborg, to jakoś się uda. Tia… wciąż tam remontują.

Przyznaję, że strasznie to wygląda.

Wszędzie wywalone skały, drzew nie ma, a minął rok…

Świat oszalał?

Czy tylko tutaj ludzie uwielbiają mieszkać jakoś tak albo w kompletnej dziczy ino domek jeden, szopa i drzewa, pola, skały, albo na skale dach przy dachu… nie jedziemy prosto, bo chiałam zobaczyć Tjörn. No co? Fajnie się nazywa, most mają, ale jakoś tak, wyszło, że poza mostem, dwa razy objechanym, to nic nie widzieliśmy.

Można zwalać na deszcz, ale ja zwalę na Uddevallę.

Sorry, ale u nas nie ma supermarketów i centr handlowych!!!

A niektórzy pewne rzeczy muszą przymierzyć, no weźcie no!!! Raz w roku kupić se gacie, portki i dwie bluzy to nie grzech, stare już się rozpadają, a żeby nie było, łatam!!! I ceruję i w ogóle, dziury dziś modne przecież, więc póki się nie rozpadnie, jest okay.

Ale czasem… trzeba.

Na szczęście, po wszystkim, po tych tłumach ludzi, czekała na mnie Plaża Grubych Dam.

Moja chyba ukochana… zmieniła się.

Nie ma muszelek, nie ma… wiele nie ma, wiele domów dziwnych za to jest, wiele skał zniknęło, ktoś jakoś tak chyba zaplanował wyrówna Hamburgsö. Dlaczego? Czy nie powinien być to teren chroniony? Czyż magiczna reklama mostu nie informuje nas, iż po kulturę do Danii jechać mamy a po naturę do Szwecji? Tylko… jaką naturę… przejazd przez Fjallbackę ujawnia nie tylko wielką wyciętą połać lasu, betonową drogę, wyrwane skały, niski poziom wód, zapaszek jak się patrzy…

Do tego i nabrzeże rozryte, aż do restauracji, aż do…

Nie da się dojechać.

Nie ma miejsca… ale może będzie za rok? Może skończą? Przecież niektóre rzeczy kończą, niektóre się udaje postawić, załatać, ale inne w tym czasie popadają w degradację. Ale za to człek zobaczył ośnieżone ogródki. Tak, to sól… widać nowa moda? Czy stara, tylko jakoś nie przyuważyłam? No nie wiem… trza będzie podpytać, ale na razie plaża, deszcz nagle ustaje i wiecie co… odważnie wspinając się na grube damy widzimy kreskę niebieskości, różów i fioletów…

Zachód słońca.

Łzy…

I te skały, ta woda, ta pustka… cudo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Gromaczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Kiszone Ćmy…

„I to w sosie własnym.

W dodatku pakowane w najsłodszych kształtów słoiczki, serio najsłodszych, w miodu plastry takie rzezane, z wstążeczką, chusteczką… do tego dorzucone takie robalowe wieszadełko złote z cekinkami, niby ćma, niby pszczoła, niby mutant jakiś tam popromienny… wiecie, jak to jest tak jest, na świecie dziwów wiele, jak kilka rodzajów Fanty, które zadziwiły Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, co to se wyjechała… znaczy Wiedźma wyjechana była, nie że te Fanty. Znaczy może te też, ale kto tam wie…

No tak, wyjechała, akurat wtedy jak Wiedźmy z Pieca te ćmy postanowiły robić, a że Misia – domku Wiedźmy należało przypilnować, to wiecie, jedno z drugim można było połączyć jakoś… co prawda on powiedział, że nic z tego, że kuchnia zamknięta, ale przecież im i tak chodziło o Szałwię, w której one wielkie, tłuste, dziwne szare, a jednak dzienne… no wiecie, ogromne i włochate…

Nic ino je kisić!

Przecież nie można tak dobra wszelakiego zmarnować?!

A może i można? Nie no, one postanowiły, że się nie zmarnuje, a przy okazji przypilnują i jeszcze z Babcią Śliwą pogadają i do Kunstsheda zagadają, czy coś tam… po prostu jakoś tak, będą dookoła żółtego domku, a nie że on sam, chociaż miał nadzieję, że będzie sam, nie narzekał na takie bycie…

Gadanie do doniczek z ziołami…

Jabłonek.

A no tak, Wiedźmy Wrony nie było… Wyspa ją puściła w końcu, chociaż, jakoś tak, zwyczajnie i niezwyczajnie obydwie wiedziały, że jak wrócą do siebie, to po prostu będzie dziwnie. Oj będzie…

Ale, na razie były ćmy…

A raczej już nie było ich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po pierwsze, to opuszcza się dom…

Po drugie, na pewien czas dom tworzy się gdzieś indziej.

Podróżowanie w ogóle jest dziwne. I nie, nie umiałaym w jakimś kamperze, czy coś… no wiecie, zabrać domu ze sobą. Spakować życia na malutkiej przestrzeni, nie, jakoś nie, ja potrzebuję tego pokoju, łazienki i czegoś tam, no przynajmniej… jeszcze lepiej jak wyprzedaż, przecena, czy jak to zwał i jest domek… niewielkie, ale piętrowy, na zadupiu, ale i nie do końca…

Oczywiście we Fjallbace, ale…

Nie do końca.

I gęsi nad nim śpiewają, kluczą, ćwiczą tak jakoś. Ciągle, możnaby tak naprawdę zegarek nimi nakręcać. Nosz krzyczą, kłucą się, jedna chyba woli inne kursy, albo lewostronna czy coś, bo się prawie zaczęły bić, ale tereny to podmokłe i skały i jarzębina jeszcze i oczywiście…

Jesienność…

Już.

Tutaj, chociaż to ona północ, wciąż jednak wrząca, a już szczególnie na wybrzeżu, gdzie wody… jakieś takie dziwne. Coraz ich jakby mnie, coraz mniej, z każdym dniem zdają się wysychać… poziom się obniża, coraz bardziej widać dno, coraz bardziej wszystko się tutaj zmienia… dziwne…

Ale najpierw… podróż.

Jak każda podróż z Wyspy na kontynent, no musi się zaczynać na wodzie.

Oj pewno, mamy samoloty, ale weź się tu spakuj do jednej walizki, no kurde, nie da rady, a książka, a miejsce na suweniry?

Ech…

Te wybory.

Ale… oczywiście jak już, to najlepiej autem, czyli prom. Bilet lepiej zamówić wcześniej, wiadomo – promocje, ważna sprawa, a bilety to wciąż tutaj temat nerwowy. Nawet jak już niby pandemiczni nie jesteśmy… kurde, czary mary i przeszło? Ja po prostu nie wiem, to pewno te pielgrzymki czy coś…

Wiecie…

Ale, jak już macie bilet, gacie spakowane i coś tam jeszcze, no jak kto co lubi, leki najlepiej wziąć swoje, nie szukać tutaj pomocy, pamiętać o alergiach, uzależnieniach i co tu tańsze niż u nas – czyli większość, bo korona szwedzka tańsza… kurde, dziwnie to brzmi, no ale tak jest, widzicie ponad tyciąc na metce, a po chwili ino 800 DKK. SEK i DKK to odwieczne królowe walut.

Podróż też zawsze, jeśli tu lub do Danii, to wiadomo, zaczynamy w Ystad.

Padało.

Było chłodno, ale i fajno było… lepiej się jedzie, jak kurde ni człeka w oczy nie razi słońce, ni się nie poci ni klimy nie wdycha… na statku nie bujało, bogi wód łaskawe, nikt pawia nie puścił, żyjemy… potem ino autostrada i dziwne to… a może raczej wiecie, syndrom wyspiarski, czyli kurde wszędzie blisko i daleko w tej samej chwili. A może i bliżej? A może dalej, nie wiem, ale na północ jedziemy, jak już wiecie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kiszone Ćmy… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmaruś…

„Koszmaruś nie miał się dobrze.

Co więcej, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, iż tak naprawdę czuł się… może to nie winno być zaskakujące, ale jednak…

… koszmarnie.

No po prostu wybitnie i to z przytupem.

A przecież, jako wnuk onych wszelakich mocy koszmarowatości winien był być obeznany z tym, jak się to czuje i jak to się odbiera i w ogóle… a może to tak, że szewc bez butów, czy coś? Możliwe… że jako jeden z tych, co tworzą, no wiecie, w końcu było to wpisane w jego geny, więc…

Nie no, musiał wiedzieć.

A może to wyparcie?

Mniejsza… czuł się połamany, wszelako popierdniczony, jeszce przydepnięty i to butem z obcasikiem bardzo dużej damy w futrach i złotem obwieszonej z grantami… znaczy, że biżteria, wiecie, nie, że zaraz wybuchnie, czy coś, chociaż… może? Może jednak tak, kto to wie, przecież koszmarnie się czuje. Wszyscy mu mówili, że tak jest właściwe, w znaczeniu, że to tak można nazwać, że nikt mu nie broni i w ogóle… ale jednak, jakoś nie umiał tego zaakceptować, bo…

Dobra, czuł się źle, wybitnie, psychicznie i cieleśnie i na dodatek zrobił mu się nagniotek na zadku, co już wybitnie sprawiało, że życie jakoś tak odmawiało mu posłuszeństwa, czy jak to zwał tak zwał, no wiecie…

Tylko dlaczego?

I może jednak koszmarne czucie winno być jego stanem naturalnym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc tak, wsio u nas znoszą, wirus przestanie z 10tym uznawany za coś zagrażającego społeczeństwu w tych onych epidemiologicznych rejonach i tak dalej. Nawet dyskoteki pootwierają… i co człek ma myśleć, jak widzi ludzi wciąż w maskach, widzi onych dziwaków uskakujących na drugą stronę ulicy… czyli to będę ja, ale wiecie, robiłam to przed pandemią, więc…

Nie wiem, nie umiem wrócić do jakiejkolwiek teraźniejszości.

Nie wiem czy warto w ogóle.

Ale popełniłam pewne szaleństwo i… cóż, nie ma mnie w Danii, jestem w Szwecji, w miejscu, w którym chciałam, marzyłam by być. Skąpana w wodzie tak słonej, że oczy piełky, wysuszona na skałach tak obłych, że pył się z nich osuwa, a sól w niewielkich zagłębieniach krystalizuje się i zmienia w skarby… nie tak słone jak to, c znacie ze sklepu… w oną sól tak mocną, a jednocześnie, dziwnie prawdziwą i… tak, to znowu Bohuslan, ale… cóż, tu wiele jest do zobaczenia.

Bardzo wiele.

Dla każdego zapewne, jednak… no właśnie, ono jednak. W sobotę, tak naprawdę w weekend, ludzie tutaj byli jak osy. Ino rządlić i patrzeć na twe schnące truchło… a potem, od poniedziałku nagle miód i orzeszki.

Jakby nic się nie stało, no ale…

Wiecie, ma być od początku, więc…

Oto i początek.

Ja… w głębinach otchłaniach… sami wiecie.

Depresja ma wzloty i upadki, a czasem… tak wiem, zaraz będzie, że przecież mieszkasz na tak pięknej wyspie, że przecież jak można mieć depresję, albo moje ulubione: idź do ludzi. Eeee… nie. Szczerze, dlaczego ludzie, w większości, nie rozumieją, że można czuć się źle w dużych skupiskach ludzkich. Że są tacy, co wolą naturę i tworzenie, pracę, dużo pracy, ciągłe zajęcie… i jeszcze nowe, wciąż i wciąż nowe i jeszcze poszukiwania, odkrywania i jeszcze…

Więcej…

Ten świat jest tak naprawdę pełen takich ludzi jak ja, ale wolą udawać. Byłam tam, robiłam to, się skończyło takim upadkiem, że depresja miała depresję, która miała depresję i kopała pod sobą doły oraz tworzyła czarne dziury…

I już.

Wtedy uciekłam na Wyspę, ale ona się zmieniła. Też i przez pandemię. Ta zmiana jest bolesna, ale możliwe, że w końcu się jakoś to wsio ustabilizuje i durne miastowi nie będą łapać dzikich kotów i ich potem wciskać każdemu, bo oni oswoili, ale nie chcą. No mówię wam, ludzie to taborety. Szczerze. Jakoś no rozumiem, że można być walnietym, ale aż tak?

No ale, na Wyspie pogoda chłodniejsza, jesienna…

Mocno już inna, ale mnie tam nie ma.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmaruś… została wyłączona

Pan Tealight i Zawilec Zapomniany…

„Zapomniany, czy tylko pominięty?

Dziwnie wychylił się spośród ogórkowych liści i zamyślony wystrzelił w górę płatkami w gustownych odcieniach lekkiego pudrowego różu i oczywiście bieli, tylko lekko zmielonej kremem… złamanej kremem, prosto od krowy, znaczy tej no, śmietanki z dodatkiem wanilii i kruchym ciaste…

Ekhm.

Nie wiedział, ale chciał wybrzmieć intrygująco…

A to, czego nie wiedział mogłoby zająć tomy, ale jednak nie zajmie, bo jakoś ostatnimi czasy słowo pisane nie jest pożądanym tworem ludzkości, więc… nie no, pewno, że jeśli chodzi o memy, czy pisanie: jesteś gupia, koham Jole, no i takie tam perełeczki, to wiecie, wciąż…

No chyba…

Chyba iż jest na to już emotikona.

Ale… Zawilec się nad tym nie zastanawiał. Na razie ino się wychylał i zastanawiał nad tym aromatem ogórkowym. Bo przecież nie powinien tak pachnąć. Kurcze, zawsze mu się wydawało, że co jak co, ale arbuzowo-ogórkowy aromat nie jest w jego stylu, ale jednak… chyba był? Może jednak trzeba było się w końcu do tego przyzwyczaić? Może jednak zaakceptować? Czy walczyć…

Wciąż, ciągle, często…

Po co?

Schował się więc.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada.

Ale fale się uspokoiły…

Wszystko lekko się wyciszyło. Wrzesień… no cóż, jakby nie patrzeć koniec lata, chociaż ostatni miesiąc – dla mnie szczęśliwie – do typowo letnich nie należał. Podobno będzie najzimniejszych sierpniem od… no i tutaj musimy poczekać, bo jak kilka dni temu rano było 9C, to wiecie, wciąż liczą, czy to od wielu lat czy jednak aż od czasu, gdy w ogóle zauważać temperatury i zapisywać je zaczęli…

Wiadomo, świat się zmienia.

Pogoda też…

Od zawsze tak było, czy był człowiek, czy dinusie. One waliły kupy a człowiek głupotę ludzką odwala i tak dalej.

Czyli zwyczajność zaczyna wprowadzać się z powortem na Wyspę. Wiecie, spierdoliła na czas sezonu turystycznego, a teraz, jak już ino najmocniejsi w gębie i swetrze zostają, to się wprowadza i dobrze się chyba czuje z tym wszystkim… chyba… jeszcze w końcu nie wie jak to będzie i czy w ogóle i naprawdę.

No bo szczerze, czy to powrót do normalności?

Naprawdę?

Ale w takim razie, jak ma to wyglądać? Bo już nie wiem. Zagubiłam się, nie mam pojęcia. Nie wiem, czy można kogoś przywitać „na miśka”, czy nie? A jeśli nie, to jak tego odmówić, by nie urazić?

Jak?

Morze zaczyna się zmieniać.

Zieloność przemija, by znowu wybić się w koloroystyce. Ale brunatnice już stają się kwintesencją obrazowatości. Malarze wszelkich maści winni się uczyć jak można stworzyć kolory i kompozycje, jak je łączyć, jak nagle wszystko tak jakoś pasuje, jak nagle… wszystko jakoś tak współgra…

Ale może wciąż jakiś dzień będzie wrzący?

Może?

W końcu z oną dzisiejszością, to jakoś trudno dojść do ładu nawet jeśli mieszkasz na wyspie. A może właśnie dlatego, iż mieszkasz na Wyspie? Bo wiecie, ona ma swoje humory, mściwa jest czasem aż ponad to wszystko i jeszcze, jak każda kobieta, zmienna mocno, wszelako i dziwnie… nieokreślono, nieprzewidywalna, ale nawet i niewyliczalna, jakoś tak… inna… niż kiedyś.

Niż… niegdyś.

Ale na razie, wrzesień. Czas na dynie, cudowne zbiory z pola, które, mam nadzieję znowu mnie wydmą i tak dalej, wiecie, dieta polna to zło dla bebszków, ale mówią, że zdrowiej… LOL oj pewno, że zdrowo, pachnie wszystko morzem i dzwonami… a tak, bo pola tutaj często widoki mają takie… jak krowy i owce… wiecie, najlepsze widoki na zbocza, skały i morza i w oddali, architekturę…

Dzwoniącą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawilec Zapomniany… została wyłączona

Pan Tealight i Zbytnik…

„Znaczy, no dobra, nie przelewało się im, ale też… one potrzeby, nie, to nie były potrzeby zwykłych człowieków. Nie… na pewno nie, chociaż, przecież nie wszyscy wszystko pokazują w tych internetach, nie wszyscy wszystko obnażają, czasem na przykład skrywają we wnętrzu własnym…

Głęboko.

I mają to zamknięte na zamek błyskawiczny, srebrny, próby poprawnej, pewno ze złotą domieszką, ale nikt jeszcze nie sprawdzał, bo przecież nie wiedzieli… znaczy, ona wiedziała, oczywiście, że wiedziała, przecież kurcze ta koszulka się mu rozchyliła, a wiatr dziwny zawiał nagle, spod kąta takiego, który naprawdę zadziwiłby i fizjonomów i fizjologów, filozofów i fizyków i atmosferycznych maniaków… no wiecie, wszelakich takich, co za bardzo myślą…

Za wiele zwyczajnie.

No zajęcia innego też brak.

Ale ona… ona coś podejrzewała, bo gdy chodził, choć szczupły, to coś mu się tam czasem wybrzuszło i nie tam, gdzie zwykle się to mężczyznom przydarza, no wiecie, tamto miejsce, duże telefony, wielkie portfele, albo co gorsza scyzoryki, jak to się otworzy, to kurna amen z przyszłością… chociaż, właściwie, to przecież wszelako to wszystko się nie musi w tamtą stronę, może w inną, ale też i każdy pewno postrzega to, co najważniejsze jest, dla niego może być raczej…

No czymś innym.

Ale…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmiertelne maski” – … eeerm… piąty tom cyklu, Całun Turyński, Lasciel i pewien wampir. Przyjaźnie zawiązane na przyszłość, a może i nie do końca przyjaźnie. Znowu mag dostaje po mordzie, ale… oczywiście oddaje. Znaczy, no nie wszystkim, wiecie…

To stare wychowanie, ech Dresden no!!!

Kobiety cię biją?

No ale… jak zwykle nie można się oderwać, chociaż miejscami, to aż mi go było szkoda, jak tak obrywał. Niby człek się do tego przzwyczaja, no i do tego, że magia często działa też przez pięść, ale jednak… a potem on wyciąga coś z rękawa i już po prostu nie można, zwyczajnie człek nie wie… przecież był z nim przez cały czas, więc dlaczego, jak, skąd kurcze to wszystko…

I czaszka prawdę ci powie…

I…

Chodzi o to, że ten tom jest pełen przygód. Niby się zaczyna niewinnie, a jednak, przecież jest o tak wielu bohaterach, o tak wielu sprawach, kierunkach, rodzinach, organizacjach i w ogóle, nieskromnie mówiąc, zniewalających wprost osobowościach… i jeszcze, no tak, on… ech, te pojedynki, ci faceci…

Pierwsze tomy serii są dla mnie tera tak bardzo nostalgiczne, bo przecież wiem jak to wszystko się rozwinie, wiem co się stanie z nimi, z nim… a jednak, wciąż bawią, wciąż wciągają, wciąż…

Wraca się do nich.

Ciemność zapada już po 20stej…

Jesień smakować można w powietrzu i jeżyny wpierniczać z krzaczka, bo czemu nie, przecież i tak nikt inny ich nie żre. Na Bokulu znowu zaowocowała dzika grusza, przesmaczna, choć malutkie ma owocki, to po prostu powala. Złociste takie, może właśnie dzięki kupom owcowym taka specyficzna?

Nie wiem dlaczego, ale flaga nie powiewa, ale jednak, wieczorem Gudhjem już pustoszeje. No i super, można iść i widzieć ino pojedynczych turystów, kilka osób z łodziami czekającymi, nie wiem, może na to, aż wiatr lekko obsiądzie, bo pizga milusio i nawet padało w środę…

Fajno…

Ale potrzeba nam więcej wody niż to.

Figi dookoła rosną jak szalone, podobnie jabłka i wszelaka dzikość. Woda oczywiście w temperaturze krzyczącej, znaczy próbujesz, albo skaczesz, wrzeszczysz i uciekasz, albo się starasz, wiecie, trzymasz minę i gacie pod kurczacymi się elementami, bo w końcu zimna woda zdrowia… i tak dalej…

Ino dla odważnych!!!

Albo tych po saunie.

Ale…

Popadało, pogoda oczywiście skacze od ciepłego do zimnego, od mokrego nagle w ono słoneczne, jasne i przecierające wszelakie horyzonty. Śliwki tuż tuż… co prawda może malwy w tym roku nie poszalały, ale wiecie, ludzie wszelako wykorzeniają z tej Wyspy wyspy wszystko. Niszczą co się da, bo widok, bo przecież potem liście, bo podlać trzeba, bo podwiązać…

Bo.

No nic.

Wiadomo jednak, iż boom, ona hossa wszelaka na nieruchomości się skończyła, więc szalone ceny będą musiały opaść… już wszelako ludzie nauczyli się żyć z lockdownami, czy też zwyczajnie je olewają. Wiecie, who cares, nie oszukujmy się, oni chcą na plażę, chcą imprezek, chcą knajp, więc…

Je mają.

Za wszelką cenę.

A raczej… tutaj oczywiście przez cały czas u podstaw leżała ona duńska wolność. Wiecie, wszelaka wolność… której nie pozwolą sobie odebrać. Za nic… znaczy, no nie do końca, bo przecież wypłacili coś w 2020, więc ludzie jakoś kiwali głowami. Oczywiście, że były protesty, coraz więcej ich i więcej, ale jednak… jednak jakoś tak, po prostu, niczym zwyczajni ludzie, zaczęli się wkurwiać.

Po prostu.

Tylko… że u nich to trochę słomiany zapał i teraz mało kto pamięta…

Ten, co stracił wszystko cierpi, ale karawana idzie dalej. Napojona i tak dalej. Ma to gdzieś gdzie ten jeden mały wielbłąd o krótkich nóżkach… i już, taki świat, nie oszukujmy się. Możecie uczucia przerzucić na inne kraje niezauważając, że dookoła własnego ogródka źle się dzieje… ale co tam…

W końcu gdzieś indziej lepiej wygląda w mediach społecznościowych.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbytnik… została wyłączona

Pan Tealight i Bajkopisarz…

„Kurcze, ale była wkurzona.

No po prostu aż iskry jej szły wszelakimi otworami… kto by pomyślał, że zwykła wiedźma może ich mieć aż tyle… a może już dawno przestała być zwykła? Nie wiadomo tak do końca, można przecież ją analizować, ale nie weźmiesz i nie potniesz, bo są wątpliwości, czy się zrośnie…

Ale ino wątpliwosći.

Nie pewność.

Tu już nie chodziło o to, że należało złazić jej z drogi, lepiej nie pytać o nic, rzucać w nią herbatą, ale uważnie, w końcu a nóż widelec nie ten kubek, a ona na kolejności kubków naprawdę zawsze była skupiona, no szczerze, w ciągu dnia każdy z trzech podstawowych wjeżdżać musiał o określonej porze…

Taka była, ale teraz, naprawdę wciąż nie było wiadomo, co dokładnie się stało, ale nad głową tworzyły się jej wiry i pogoowe zmiany, niekoniecznie takie wishful thinking, ale raczej coś więcej, coś mocniej… niby mogliby ją jakoś może związać, ale po co? No i jak… w końcu można oberwać… już się nie kotrolowała, chciała dać upust swojemu smutkowi, który skumał się z wkurwem…

Chciała tak bardzo…

A Bajkopisarz się nawinął.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień…

No nie ma co tgo roztrząsać, jest jesień, jabłka są, może mało, ale są… Niemcy wciąż też, a podobno jak strzelają, to tutaj od razu, że Ruskie… ech, ja komplementnie rozumiem powiązania histerycznie historyczne i cyrki z rurociągiem, ale weźcie… teraz są armatki na mewy. Nie wiem dlaczego. Nosz zgorza, tosz już ptaszek idioty pogonić nie może? A tak, ma się pamiętny filmik, się ma!!!

Ale… jesień.

Jabłka mało, ale są, śliwki piękne, ale jeszcze dni kilka za to figi, o kurcze, na naszym drzewku poszalały i teraz nie wiadomo, mocno znowu je przyciąć, czy nie. Nosz kurcze, co za życie teraz się ma?

Krzaki do ziemi, to już wiemy, ale jabłonkę też trza wyrównać…

Ech ta praca…

A jednocześnie wciąż mamy masę miejsca do obsadzenia, kurcze, że też człek nie ma tych simoleonów, by se kupić, wsadzić i jęczeć, że kurde, nie wiadomo czy urośnie, a co jak nie, a co jak tak, kurde, nosz ciagły lęk… zdycha, nie zdycha, ja pierdziele zdechło sto koron. Nie no, to nie na mój łeb, ale i tak to robię.

No robię.

Sadzę…

Bo przecież jak tak bez roślin. Wiem, że beton i ino krótka trawa to łatwiejsza sprawa, ale te cuda, kolory, motyle, pszczółki… inne robale… no co, kocha się zioła, się ma przerąbane, zresztą, brzózki moje i choineczki…

Ale jesień…

Niemieccy turyści najazd zrobili i wszelako nie wiesz już gdzie jesteś. Ale wieczorem ludzi mniej i coraz mniej i chłodniej i jakoś tak normalniej… pewno, ale za to ciemność zapada wcześniej, no i wiadomo, czasu mniej na jakiekolwiek zewnętrzne rozrywki. Wiecie… z drugiej strony, człek wychodzi po 17tej a tutaj wsio pozamykane, kilka sklepów dopiero zaiwera drzwi…

Coś zjeść… pewno można, no ale…

Po tym jak aż nazbyt często człek widzi jak z knajp kelnerzy idą na zakupy do Spara, to wiecie, he he he. No sorry, ale świat chyba tak nie działa? A może obecnie działa… ale… najgorszy ból, poza tym, że brzeg w Gudhjem znowu się obalił lekko, to zniknęły te dziwne drzwi, no dziura w czerwonej ścianie…

I nie wiem jak bez niej żyć.

Niby przez te wszystkie lata człek zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, że zdjęcia, które robił, to po chwili zaczną być archiwalne. Ale, kurna chata, że aż tak szybko? Szczerze? Naprawdę? Jak to?

Taki niesamowity feature!

Chyba jeszcze bardziej mnie to rozjebało.

Nie wiem… ale kurde no, co się dzieje z oną malowniczością i tak dalej? Sprowadzają się nowi i wsio im wolno?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bajkopisarz… została wyłączona

Pan Tealight i Zbyt Zadowolona Wiedźma…

„Oj, to było krytycznie dziwne w niej.

Bardzo niepokojące.

Przerażające nawet…

Była zadowolona. Wszelako i dziwnie, jak na nią, niesmutna, niewpatrzona w jeden punkt, jakoś tak pełna wszystkiego i wsio wypełniająca… naprawdę, wszelako zadowolona. Ale nie, że w jakiś popieprzony, wiecie, ten dziwny sposób, co to zwiastuje wszelakie kiepskie przyszłości dla otoczenia, co to nagle skumałeś jak otruć niewiernego małżonka, albo sąsiadkę, co zbyt głośno pierdzi na amen zagazować… albo lepiej, puścić ich z dymem, a samej zostać z lasem…

Chyba…

Chyba, że to o to chodziło?

Pan Tealight wolał się nie dopytywać. Po prostu jak na razie lekko schodził jej z drogi, ale nie do końca. W końcu trzeba było jej pilnować, życie nie mogło się toczyć ot tak, z nią puszczoną wolną, wiecie, samopas…

Nie mogło!!!

Ją trzeba było pilnować. A może raczej odstraszać takich, co to chcieli się do niej jakoś tak przypinkolić. Bo niby mimo braku wychodzenia z domu, to raz na kilka tygodni się zdarzało i wtedy… właśnie, do końca nikt i nic nie rozumiało w jaki sposób i dlaczego to wsio się tak dzieje?

Czego od niej chcieli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ludzi masa!!!

A lody… już nie takie.

Ni u nas w Gudhjem ni w Sandvig, ale od początku… po pierwsze wiadomo ona nowa, cudowna sytuacja na świecie, która niby już minęła, a jednak, nie wiem, ale ja uciekam jak ktoś kaszle. Szczerze, to w ogóle uciekam od ludzi, ale jeszcze jak wykazują kropelkowość, to już w ogóle…

No ale… W Gudhjem lodzirnia została sprzedana i na początku nawet było fajno, ale jakoś tak, powoli, wiadomo, potem pozmykali, wytyczyli linię, smaków mniej, klimat się zjebał, nie wiem, jakoś tak, to już nie jest to. Podobnie w Kalas-Kalas… nadal smaki cudowne, kulki ogromniaste, ale…

Jakoś tak klimat siadł?

Oczywiście, że warto, tu nie chodzi o same lody, one wciąż są mega, ale jednak, uczucie, czucie, wszelakie oplevelse… nie istnieje. I może to przez te tłumy i Niemców, którzy wszelako jakoś tak mają gdzieś te znaczki by zachować odstęp, a które na drodze lekko powycierane straszą, niebieski ten kurde to po prostu wygląda jak jakaś pokręcona czarna dziura, omal nie wyryłam papugi…

Ale…

Czy to tylko ona pokowidowość straszy?

Ale Chowaniec mnie zmusił…

… żałuję. Mój żołądek skapcaniały strachem też żałuje, więc ogólnie mówiąc weekend był …ujowy… Wiecie, człek czasem chyba chce na siłę zrobić coś, by przełamać ten smutek, ogarniającą go nicość, a może więcej i? Nie wiem, jakieś takie coś, co po prostu przypierdala i już…

Nie ma nic…

Może to tylko ja?

A może chodzi o to, że ten nadmiar ludzi, którzy nagle uważają, że tutaj nikt nie mieszka, że wszystko i wszyscy są dla ich pleasure? No tak to wygląda. Naprawdę. Wygląda i się czuje. Po prostu. Ruch na drodze, te kroki, golizna dziwna… tak, stałam się Tubylcem, nie wychodzę z domu latem, no chyba że nocą ciemną w tylko mi znane miejsca, choć nie, już nawet to nie…

Chowam się.

Boję.

I tak, jako człek, który wychował się w sytuacjach i miejscach sezonowych, znam się na tym. Czuję to od zawsze. Podejrzewałam, że ludzie, mieszkańcy zwyczajni, się chowają… ale problem teraz narasta, bo wykupione domy – przez bogatych, co to i tak pojadą na Jajorki… domy straszą późną jesienią i zimą. Więcej, ludzie straszą, że tu strasznie w tym pozasezonowym okresie…

I dziwne to… dla mnie jesień i zima są najlepsze.

Nawet deszczowe, gołe i szare!!!

A może… w szczególności takie. Bezczłowiecze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbyt Zadowolona Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Kazanie…

„Głosił je… codziennie nawet, a czasem i o świtaniu i ze zmrokiem zapadającym, jakby naprawdę chciał udowodnić Słońcu, że on tutaj o wszystkim decyduje, a nie ono… bo przecież może…

… a w tym czasie…

… ono się ucieleśniało i niezadowolone ze swojego twórcy, zwyczajnie zrzucało go ze skały i…

I takie coś, niczym ten Prometeusz i inni, wiecie, kamienie, wątroby, z dobowym wyliczeniem się powtarzało. Tak, tutaj, na Wyspie. Bo wiecie, tutaj dziwne rzeczy zachodzą czasem, znaczy dziwniejsze niż gdzieś indziej… nie żeby się innymi mitologiami przejmowali, oj nie, Wyspa tworzyła własne opowieści, legendy i herosów, płodziła bogów wszelakich, mniejszych i większych, wiecie, czasem nawet tak maciupkich, że kichasz, bierzesz wdech i już jesteś ubogowiony…

A co…

Takie miejsce.

Ale co do Kazania… no cóż, jak już zostało wypowiedziane, to ten habit pod łapy, pod udka, w rozporek jeśli trzeba, znaczy ten no rowek, no wiecie, głupio tak tłumaczyć, ale jednak, no jakoś tak… więc jak już wypowiedziane, to po prostu umykało. Niektóre od razu ginęły, bo to i skały pod tą górą, z której były głoszone, i morskie fale chciwe i chłonne bardzo i jeszcze, no inne wypadki się trafiały, jakby kurde ktoś nie do końca chciał, albo nie potrafił się zdecydować…

Ale niektóre przeżywały.

I szły w Wyspę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmiertelna groźba” – … tak. Przyznam się, że brakuje mi już z serii tylko jednego tomu, więc jakby, no nie jest źle… kurcze, powiem też, że to jednak jedna z najbardziej niesamowicie się rozwijających serii, bo przecież Butcher pisze je już od czasów sprzed komórek…

He he he… co, były takie czasy!!!

Bogowie, jestem stegozaurem, bo je pamiętam?

Znaczy wróć, nie dinozaury, te czasy bez komórek. No weźcie no, niestety wciąż nie jestem skamieliną, ale archeolodzy tak lubią.

A może jestem, co mi tam, on jeździł na rexie chyba, więc jestem nie jedyna? W Polsce powieści te wychodziły z mniej więcej dziesięcioletnim poślizgiem, z czasem oczywiście, i ze zwiększeniem się zainteresowania książką i bohaterem, no cóż, poszło szybciej i wdzięczna jestem wydawnictwu MAG, że nie porzucili Dresdena.

Serial też mi się podobał!

A w tym tomie, trzecim z kolei, cóż, poczytać możemy o duchach… wiecie, wszelakich. Oczywiście jak zwykle nie ułatwiają one życia naszemu bohaterowi, a nawet, możliwe, że właściwie wsio to jego wina, no co… najczęściej przecież i tak tak jest. Że on coś, kiedyś, przeszłość i przyszłość się miesza…

Ech…

Wspaniała przygoda.

Nie wiem co się dzieje na świecie…

Nie chcę wiedzieć.

Może i mieszkanie na wyspie to jednak odcięcie się trochę od świata, ale jednak ten świat i tak cię dotyka. Ona wkurwiająca normalność też wciąż puka patykiem, ostro zakończonym, podatki tutaj, ubezpieczenie, to sprawdź, to wyczyść, bądź dorosły, nie bądź taki, nie bądź nijaki… inność przeraża, inność sprawia, że one znajome bezpieczeństwo znika i znowu trzeba wsio układać, a naprawdę tego nie potrzebujemy. Przecież i tak wciąż i wciąż Microsoft czy inne Windowsy nam aktualizuje i wsio się na kompie spierd…ala… i trza się go uczyć od nowa.

Szczerze, ciągłe aktualizacje w kompie wystarczą mi za rozrywkę.

Nie wiem jak inni sobie z tym wszystkim radzą, jeszcze przy takiej ilości wszelakich dodatków, jak: telefony i zegarki, i cuda wianki, o których nie mam kompletnie pojęcia, no wiecie, przecież nie mam nawet telefonu. W domu jest jakaś Nokia, taka w formie przypominająca te sprzed wieku, ale nic to, przecież to tylko coś, gdyby się COŚ działo, a poza tym… po co mi to?

Szczerze?

No dobra, do robienia zdjęć, w szczególności portretowych, czy makro, oj dobra, telefon Chowańca rzeczywiście robi je świetne!!!

Ale poza tym dzicz tu, więc nie wiem co się dzieje. Jeśli tylko przez przypadek gdzieś mnie reklama nie jebnie, co powinno być naprawdę zakazane i podpisałabym to receptą od lekarza, no ale… wszyscy mają wszytskich w dupie, co nie? Niby tacy współczujący, wiedzą co to stany lękowe, nerwice, a jednak zdziwieni, że jak to, ty nie możesz z domu wyjsć, głupiaś jakaś takaś?

Pewno tak.

Głupiam.

No ale…

Może porozmawiajmy o rodzicielstwie, bo właśnie dzieciaki stodołę spaliły… niby nic dziwnego, tosz przecież ludzie… tak, bawiłam się zapałkami i tak, wiedziałam, że to nieodpowiedzialne, bo przecież, a w ogóle, to do któregoś roku życia nie wolno mi było zapalać świeczek czy gazu…

Pewno teraz dlatego ze mnie taki piromaniak.

Ale, wracając do zapałek, dlaczego o rodzicielstwie, bo tutaj rodzice dzieci nie wychowują. Następuje produkcja, a potem przedszkole, szkoła i umycie rączek, pierniczone Piłaty. Jakoś tak nikt nikogo nie zmusza do odpowiedzialności za te bachory… jakby, kurde no, o co chodzi z tym światem. Przecież brak wychowania oznacza li ino zezwierzęcenie i oczywiście coś, co powinno rodziców przerażać, czyli indokrynację. W końcu jeśli wy nie wychowacie, to one chłonne główki wypełni ktoś inny, nie dajcie Bogi z internetów nawiedzeniec jakiś…

Urgh!

Ale, będzie na kogo zwalić winy, że moje dziecię takie, a nie inne.

Oj będzie…

No ale… sezon jak zwykle wszedł w fazę ludzi starszych na Wyspie. Oj tak. Winno być spokojniej, ale tak naprawdę, czy jest? Nie wiem… tak, jestem tutaj, w ogrodzie, w domu, na kryształowej górze.

A co…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kazanie… została wyłączona

Pan Tealight i Pusta Droga…

„No pusta była ona Pusta Droga.

Kompletnie pusta.

Nie tylko, że nikt nią nie łaził, czy coś, robal nawet jej nie przeleciał, nawet w poprzek, czy coś, nie przeszła mrówka, nie zagubiła się myśl, nawet wiatr ją omijał… aż w końcu, pojawiło się coś?

Ktoś?

Dziwność onego zdarzenia Pustą zaskoczyła… bo musicie wiedzieć, że była też nadzwyczajnie wiekowa, podobno w okolicy Rzymianie byli czy inni Celtowie a może i nawet wielbicielie kamieni, przecież widziała te menhiry, dolmen na wzgórze, a jednak… nią nie chodzili… ale coś ją wyznaczyło, narodziło, stworzyło, udeptało, a może ino wgłębiło… coś jakoś tak naznaczyło ziemię i dało ludziom i innym znak, że można tędy iść, w miarę bezpiecznie, znaczy mniej lub bardziej bezpiecznie, wiadomo jak to jest z drogami, te zbirowate gromady, one robale, te wyskakujące żaby z rowów przy ścieżkach, one wszelakiezwierzyny…

Albo komornik, co cię goni.

No różnie bywa, ale…

Ona była Pustą Drogą.

Pewno dlatego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane na nią wlazła i zrujnowała jej życie. Odebrała miano, po prostu ją załamała, ale też… trochę zaciekawiła, po sekundzie szoku i paniki, jakoś tak, przemianowała się Pusta Droga na On Jednej Wiedźmy Trakt i już…

Bo co jak co, ale drogi nie przechowują długo uraz… no chyba… chyba, że zrobicie to, ale może nie zrobicie…

Dobrze, że się nie nazwała Tą, Przy Której Wiedźma Sikała, ale…

To już inna opowieść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada.

Zimno.

Cudownie.

Szaro jest i ciemność w końcu nie jest jakimś dziwacznym, niezaproszonym gościem, co to się z nienacka pojawia, a potem zaraz znika, bo wie, że jest niechciany, wszelako niemile widziany… w końcu, mimo wszystko, dziwnie wcześniej, nastała jesień. Nie oszukujmy się, tak naprawdę wytknęła nos z początkiem sierpnia i jakoś tak nie odpuszcza. I wiecie co, dobrze tak… lepiej. W końcu ten dziwaczny upał, który czaczął się jakieś półtora miesiąca temu, przeminął…

Nie no, pewno, że wciąż jest jeszcze ciepło i tak dalej, ale temperatura coraz częściej w okolicach 20 stopni, a nawet poniżej, a w nocy to już 15 jest normalnością. I przez ostatnie kilka dni mieliśmy deszcz. I znowu, od nowa człek uczy się onej pieśni kropel na szkle na drewnie, na trawie zaskoczonej, gotowej do ponownego wzrostu, umęczonej, słomianej takiej, ale wciąż pełnej nadziei…

Pomalowany tarasy, trzeba przyznać, wygląda mega szykownie. Nosz jakby tu ktoś kasiorski mieszkał, czy coś i sam po sobie chwastów nie wyrywał, ale nie, nic bardziej mylnego, samam te drewna szkrobała i nadgarstek se umęczała. Nic z tego… zresztą, nie oszukujmy się, po firmie, gdyby mnie było stać, pewno też bym poprawiła. Jestem dziwadłem, które trudno zacieszyć…

A ha ah ah ah ha ha ha!!!

Zespół taki był, ech, te wspomnienia…

No ale…

Jarzębiny już czerwone, ale głóg jeszcze chwilę. Śliwki jeszcze nie są gotowe, ale jabłka już lepiej, może nie ma ich tyle, może nie pachną jak rok temu, ale smakują jak zawsze, oną dzikością, wszelaką pierwotnością…

W ogrodzie czują się cuda wianki, tak naprawdę to, co miałam, usususzyłam, pewne sprawy się zamrozi i chyba tyle. I już, nic więcej, nic mniej, pewnych spraw się nie przeskoczy, a już w szczególności natury. No bo przecież jak, to jak przeskoczyć samego siebie. Też jesteśmy naturą…

I pomyśleć…

Człek popływał sobie tak naprawdę w morzu raz.

A tak… wsio dlatego, że morze szybko zakwitło i nie chciałam ryzykować, potem nadmiar ludzi, to po prostu nas przytłoczyło. Dodatkowo jeszcze wszystko tak, no wiecie, się wali… człek ma marzenia, ale one jakoś tak zasnęły, w odróżnieniu ode mnie, ja spać od ponad miesiąca nie mogę…

Chyba nie myślę już składnie.

Ale nic to… przecież kurna w końcu to wszystko albo w końcu się uspokoi, albo dziwnie jebnie i już. Będzie koniec i człek przestanie się wszystkim martwić. No bo w onej nicości chyba już nie ma innych problemów, co nie? No chyba… chyba, że pośmiertne kostuchy podatkowe też są czy coś…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pusta Droga… została wyłączona

Pan Tealight i Walizka…

„Nie miała nóżek, tylko u spodu swego, bukowego, biliardy bilionów maciupkich srebrnych, złotych i całkiem zardzewiałych, jakby to był jakiś specjalny minerał, kuleczek. Nie tyle kółek, co serio takich, wiecie, onych trybików, jak to kiedyś były… albo magnesiki takie, też były… jak się rozkręcało tyle żyć i nieżyć, to wiecie, wszelako człek i nieczłek dziwne mieć może…

Skojarzenia.

No wiecie, kulki, kółeczka nie do końca, jakieś takie, prawie no gąsienice związane w sobie, niechcące być motylami, kompletnie nie będące zainteresowane onymi kolorowymi cudami, skrzydłami, lataniem i tak dalej, no wiecie, jednakowoż może i były takie… więc może i czasem się przeciągały i wtedy walizka, taka wielka, potężna, skórzana, bokami drzewniana, z metalowymi okuciami wciąż jeszcze łyskającymi sreberkiem i jakimiś rytami floralowymi, i rączkami… aż trzema… czasem opadała na bok jeden lub drugi, bo jakby nie było wiadomo gdzie u niej przód a gdzie tył, więc i prawa i lewa jakoś się nie zgadzała ze sobą zawsze…

No wiecie…

Się pojawiła.

Nic dziwnego, nic niespotykanego, nic kompletnie nie intrygujacego, możnaby pomyśleć, bo przecież, to takie miejsce, dziwów pełne, taka część świata, gdzie one dziwy wszelako się czują chyba najlepiej…

No i ona…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… to musiała być ona i w niej zaklęta jakaś siła przyciągania dziwów wszelakich. Kompletnie ona siła pozbawiona jest oczywiście barier i granic, więc puchnie czasem i wysyła jakieś metafizyczne może i wibracje, wezwania wszelakie…

Może i…

No wiecie, Wyspa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki… nie znam, przyznaję się bez bicia, kompletnie tej serii, ale kocham miśki, kocham kryminały, więc może, czemu nie?

Co myślicie?

A tak w ogóle, to nic nowego, poza tym, że jednak maseczki won i ogólny freedom.

Tylko, czy naprawdę?

I jak długo?

Po prawdzie, to ludzie i tak od dawna olewali wsio jak się patrzy i niby, że wszyscy tacy nagle wolni i tak dalej, kombinowali takie imprezki, że aż za tak zwanej normalności człek nie pamiętał rozpusty takiej… może dlatego pogoda postanowiła w sierpniu, na moje szczęście te upały odpuścić.

Nie no, pewno, że jest ciepło, ale wiecie, nie aż tak.

Druga tura Turyścizny teraz kursuje po Wyspie, oczywiście pewno znowu Niemcy w wieku odpoczynkowym, wiecie, tak to już jest. Ono koło czasu tak działa. Pomarudziłabym, ale serio mi się nie chce. Szopę pomalowałam i ledwo mi nadgarstki działają, dodatkowo kolano mi wyskoczyło, wredne mam te części, pewno dzięki temu sama, wciąż trzymam się jakoś w rozpadającej się kupie…

Wiecie, wredność w życiu pomaga, ale narobić się trzeba.

Ale… szopa wygląda wielce niesamowicie, co wcale nie znaczy, że projekt skończony, ale mam miejsce, w końcu, w którym mogę rzucać w płótna farbą i nikt mi nic zrobić nie może, bo przecież co komu do tego. I sprzątać nie muszę, ino te pająki, im też się podoba mała szopa z okienkiem i suszącymi się ziołami…

Nosz wiecie co, nie płacą czynszu!!!

A przecież doliczyć należy obcowanie ze sztuką.

Ale… sztuka na Wyspie…

Jak w każdym takim miejscu właściwie każdy jest artystyczny. No wiecie, taka przypadłość, patyczki mają fajne kształty i w ogóle… chociaż naście lat temu jak bawiłam się w rzeźby z patyczków, to mnie wyśmiali, a teraz to takie wielce popularne, no ale… mamy obecnie wysta, gdzie nawet dwie zeschłe flądry są…

I dwa patyczki.

Cena dzieła powiela, ale jakby ktoś chciał, to przyznaję, że wystawa w Gudhjem, ale czy ryby i inne zdechliny wciąż do kupienia, nie wiem… za to pewnam, że coś na którejś z plaż znajdziecie. Serio… więc jeśli macie w sobie odrobinę sztukmistrzowej mocy, znaczy porąbało was na tyle, by suchy zezwłok mieć na ścianie czy półeczce, to ja nie oceniam, ale choć zlakierujcie!!!

LOL

Ogólnie… sztuka, jak wiadomo, wiele twarzy i dup ma, więc nie wszystko co się sztuką zwie może was ucieszyć, ale spodziewać się wyskakującej sztuki na Wyspie zza zakrętu, spośród drzew, czy zwyczajnie majtającej się na poboczu, tak, tego warto się spodziewać. No co… ostrzegam szczerze. Ostatnio chyba przoduje ceramika, ale to zawsze łatwiej kubek se kupić, niż obraz pewno… nie wiem, ja nie jestem w końcu turystą… wiecie, szewca nie stać na buty.

Obrazy, rzeźby, konstrukty myślowo-rysunkowe, wszelakie sklejanki, tudzież i robione cuda z rzeczy, które to już na świecie one miliony lat temu znane były, ale tutaj są nagle dopiero co odkrywane… no co? Realistycznie do tego podchodzę. Kopii też cała masa. Niestety… ale czasem coś urzecze.

No i jest fotografia…

Może coś kupicie? Ode mnie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Walizka… została wyłączona