Pan Tealight i Mały Czerwony…

„Bo ona to zawsze jakoś tak przyciąga do siebie dziwa wszelakie.

Szczególnie teraz, gdy jakoś takoś, no wsio wyszło na jaw… i nawet Pan Tealight był racej zaskoczony. Znaczy, nie, że nie brał tego pod uwagę, ale jednak, no kurcze, czy się spodziewał, zwyczajnie… wiedział, że jeżeli to się stanie, wszystko się zmieni i nic tak naprawdę. Bo to, czego był pewnym, to to, że ich zmieniła, wszystkich w tym miejscu, no i na pewno jakoś tak…

Zostaną z nią.

Cokolwiek.

Kiedykolwiek.

Otóż chodzi, że Wiedźma Wyspy, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wyrzuciła Wyspie, że ofiarowała jej wyłącznie ból i cierpienie, więc się zwalnia. I to ze skutkiem natychmiastowym… nawet ognisty anioł, który pojawił się na niebie, jak tylko wypowiedziała wszystko trzy razy, nie zrobił na niej wrażenia. Odważnie i nadzwyczaj dorośle pokazała mu język.

Chciała się wypiąć, ale to akurat ten czas w miesiącu, więc wiecie…

Pan Tealight obwiniał Małego Czerwonego.

Dziwnego byta o aparycji zdechłego człekokształtnego w krwi zanurzonego, który przywiązał się do niej w Szwecji i nie dał się odczepić i jakoś tak, zamieszkał z nią i całą jej gromadą i odsuwał ją od nich.

Jakoś tak…

Już się nie spotykali tak często.

Co więcej, jak już Wiedźma Wrona wychodziła na spacer, to stawiała dookoła takie bariery, że jak już, to śledzili ją ino z powietrza… a w tym dobre były wrony, a wrony były tylko jej, więc wiecie… chciał z nią porozmawiać o tym, co się stało, albo chociaż posiedzieć obok i pomilczeć, ale była zajęta podobno. Potem się źle czuła, potem zwyczajnie odmówiła zeznać, a potem…

Nawet Ojebik – mała, ucięta główka…

Nawet ona nie została wpuszczona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Full Moon i shopping…

No dobra, ino window shopping, bo przecież mi nikt nie płaci za te blogi i tak dalej. Wiecie, jestem najgłupszym z influenserów i tyle. Porażka życiowa, nie oszukujmy się… ale za to, jak zwykle i w Nexoe i Roenne – tia, nie chce mi się literek kopiować, bo moja klawiatura wariuje po takich rzeczach jak przestawianie języka – jest na co popatrzeć. Oczywiście wyłącznie w tak zwanych centrach ogrodniczych…

Tak to się mówi?

Chyba…

No ale, to co tam znalazłam, jest cudowne i przesłodkie i drogie, nie oszukujmy się. Można iść do Tigera, ale wiecie, to może każdy, a ja chcę onej skandynawskości. Jakoś tak. Takiej prostszej, naturalnej i w ogóle.

Ale są i światełka… no i widmo pandemicznych świąt.

Kolejnych.

Wiecie… świat jest koszmarny. Nie ma znaczenia kim jesteście, jeśli nie należycie do elity. Mimo onej wszelakiej równości narzucanej przez ono sławetne prawo, to jakoś tak, zwyczajnie wcale jej nie ma. Są lepsi i lepsiejsi i tak dalej. Są tacy, których stać by oddychać i tacy, którzy się boją, że nagle nie będzie…

Ich.

Człowiek podnosi głowę i nagle widzi, że za oknem zjawiła się ciemność.

Nie ta szara…

Ciemność.

Ona nocna. Która w końcu jest taka, jaką być powinna. Cudowna. I nagle człek zaczyna coś robić i nie zauważa, że już nie ma dnia, ale jest noc. Ona dłuższa, cudowna i miękka… nawet jeżeli jest się pośród onych światełek, a może właśnie przez nie? Może… wiecie, człek zagłębia się w oną cudowność roślinno wystrojną i jakoś tak, jest mu lepiej. Może i chodzi o tlen, może jego brak, a może…

Papugi?

No co, mają je w stolicy.

W sklepie.

Dobra… nie marudzę, albo może i marudzę? Jakoś tak, zwyczajnie nie rozumiem ludzi. Jak szybko zapomnieli, ci z Europy Środkowej, jakto było, gdy nic nie było. I nie pierdolcie mi o tym, że jednak ludzi się wtedy bardziej widziało, bo tak było, ale też i nie było. Zmuszeni do pewnych zachowań tak naprawdę… łatwiej jest nam być sobą, gdy zrozumiemy to, czego nie lubimy. Bez czego możemy żyć.

Tutaj się wydaje, że żyją, tak naprawdę, ludzie, którzy to wiedzą…

A może ci, którzy łkają w kącie, bo jednak odwołano julemarket. Ten wielki, na który tak wielu się szykowało. Bo przecież się szykowali. One markety mniejsze i większe, to taka cudowna wyspowość… której nie ma. Bo wiadomo, paszporty wszelako szczepionkowe, ludzie, nagle ma znowu wrócić strach, a ludzie nie chcą, mają dość… tak bardzo mają dość. Po prostu.

Strach… tak, zapominam o nim w tej ciemności.

I nie myślę, gdy nie wychodzę z domu…

Inne wyjście. Inne życie… przecież to wszystko jest tak bardzo pokręcone, że już mam dość. Naprawdę dość. Ale jest ciemność i światełka i nawet jeżeli nie stać mnie na życie, nawet na ono oddychanie… to jakoś, przynajmniej jest to. Ciemność i światełka, karteczki, tekturki na choince i świeczki…

Świeczki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Materia…

„Pojawiła się.

Materia.

Nie, że jakieś kosmiczne coś, ale jednak…

… kurde no, może i wyglądała jak bela jedwabiu, mocno zwinięta na takim, wiecie, jak od papieru taoletowego, ale jednak mocniejszym rolku, ale jednak no bela w barwach nocnego, rozgwieżdżonego nieba podświetlonego stroboskopami, czy jak inaczej te jebiące po gałach światełka zwą… ale nie była tą materią.

Nie była onym tworem i tak dalej, nie…

Nie chcieli do niej podejść, choć jak byk pisało, że przeznaczone dla najmiękciejszych zadków i tak dalej. Było napisane, że naturalne i cudowne, upragnione, wymarzone i jeszcze nigdy się nie czuliście tak swieżo, jak po dotknięciu onej jedwabistośi… chyba? Potem były jakieś szlaczki i nikt nie był pewien języka, a podobno gadali tutaj we wszystkich, więc coś śmierdziało.

I nie…

Tym razem to nie była Wygódka.

No wiecie… szczerze, chodziło o sam wymiar zajebistości onej rolki, a jednak nie mogli, jakoś coś ich powstrzymywało… i tak, to podobno była materia na niebiańskie gacie, nigdy nie pijące, znaczy kompletne abstynenty… i jeszcze absorbujące, nie zaciągające się, pasujące na zadek każdy, nawet jak żeście nage żeżarli trzy pieczenie i piętnaście Marabou w podstawowym, ogromnym wymiarze, lekko strechy… znaczy rozciągliwe i jeszcze w kolorze jaki sobie zamarzyłeś.

Tak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: cykl „Materia Prima” – … no więc… nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego to jedna z tych serii, bo jest już secunda, więc to więcej niż ino te trzy tomy, może nie to samo, ale jednak już wiem…

Że to kolejny zestaw moich książek bezpieczeństwa.

Książek, które są na one wszelkie momenty, kiedy czuję się źle, nie umiem czasem czytać, wydaje mi się, że znowu zgubiłam gdzieś oną umiejętność… coś, co mnie wciąga, miesza mi pod deklem, co czytam chyba po raz trzeci i odnajduję nowe, wciąż nowe i coś, co po prostu mnie bawi.

Nie tylko zresztą,bo bogactwo językowe mile łechcze moje wszystko.

Gilgoczą mnie w odpowiednich miejscach.

A przecież… tak na pierwszy rzut oka, to wiecie, kiedyś powiedziano by, że to ino książki dla chłopców. Choć wróć, wieki temu czytałam i słyszałam takie teksty… że przecież to dla facetów, gdzie moje różowe, świecące…

Ech… no cóż.

Właśnie załapałam, iż spora część z moich takich książek pochodzi właśnie z Fabryki Słów. Co się ze mną dzieje. Przecież to nie tak, że kocham wsio co wydają i niegdyś ukradli mi tekst. Tak wiem, inne czasy to były, ale jednak… wiem też o pewnych przekrętach, ale… o czym jest ten cykl? O magii, alchemii, człowieczeństwie i okupowanej Polsce, ale trochę innej. Pełnej dziwów, potomków pamiętających Boga. Krwi demonów, przyjaźni… też tej między narodowej. Zabór pruski, zabór carowiczowy… no co, tyle zmian w ZSRR obserwował człowiek… CCCP? Ech, miesza mi się, ale to przeszłosć i gazowe lampy, homunkulusy i Olaf i Samarin i jeszcze te kobiety…

Niesamowite.

Cudowne i genialne postaci.

Wiem, że niegdyś o nich pisałam… ech, trza opanować te hasztagi. LOL

Od dwóch tygodni jest ciemno.

Niby to ona zwyczajna listopadowa szarość, ale jakoś tak, mówimy o słonecznej wyspie. O miejscu, w którym wiecej słońca niż w innych miejscach w tej szerokości geograficznej. Nie ma też wiatru, człek obciął co było, sprzątnął w ogrodzie i zapatrzył się na to wszystko… to wszystko, co tak dziwnie rośnie.

A już te chwasty!

Nosz przejęły donice!!!

Co się dzieje?

Nie wiem… ale wybory jakby co wygrał gliniarz, więc pierun wie co będzie. Kapitan na pewno nie jest z tego zadowolony, znaczy kapitan promu, też był do wyboru, jakby co. Był i komunista, wiecie, ten od braku własności osobistej. Pełna komuna, dzieci kwiaty, ja pierdziele, człowiek, ja to pamiętam.

Skończyło się źle…

Ale, mamy nowego szefa Wyspy i tyle.

Czy to coś zmienia? Pierun wie? Z jednej strony nic, z drugiej, zawsze mnie przeraża, bo wiecie, nowi lubią udowadniać jacy to są potężni i tak dalej, ale… to zawsze jest takie przerażające i w ogóle, więc… chyba czas się bać, tym bardziej, że pomysłowość państw europejskich w wymiarze naganiania ludzi na siebie wzrasta i się kotłuje. powtarzane schematy znane nawet z najprostszych podręczników historii… by udowodnić co? Tak naprawdę? No co?

Ale ta szarość.

Taka dziwna w końcu się staje, gdy nie mija. Gdy nawet zapowiadane słońce jest tylko jakąś poświatą za chmurami, za onym welonem szarości. I nagle wszystko jest szarością… i choć to dziwne, choć to może nie coroczne nawet, to jednak… wiecie co, fajna ta pogoda. Tak pasuje do mojej depresji.

Kolorystycznie też.

No i wiecie, jest to ono przyzwolenie na jakieś lenistwo, nawet jeśli musicie podciąć w ogrodzie to czy tamto, wyrwać, bo u nas dziwnie nawet trawa forever green… może jednak, no jakoś tak to nie przeszkadza. To tak, jakbyśmy się nagle stali się morzem. Jakoś tak… wiecie, mokrość ona, lekko słonawa…

Cudowna.

Chociaż te podtopy, miejsca, w które lepiej się nie wybierać…

Cóż, dziwnie jest.

Ale taka jest ta jesień, jeśli wcześnie liście znikną, odejdą z wiatrami, jeśli nagle wszystko nie będzie kolorowe, barwne wszelako, wiecie, wesołe, szleszczące… gdy nagle zmienia się tylko w błoto i te chwasty, które chyba lubią te 5 stopni nocą… i jeszcze… wiecie, tęsknię za oną jesienią, przewidywalną bardziej tak. Połyskującą, pełną listowia, kasztanów i żołędzi i jeszcze… oczekiwania.

Oczekiwania na zimę.

A teraz…

Co to jest?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Materia… została wyłączona

Pan Tealight i Gdybytam Dam…

„O rany, no bo on to miał szczęście do bab. No naprawdę gigantyczne szczęście i oczywiście, że jest to sarkazm, ale jednak, jak inaczej to ująć… facet właściwie normalny, no każdy ma jakieś uchyłki tam… ale poza tym całkiem starodawny i chcący rodziny i tak dalej. No wiecie…

Rodzinny.

Taki, co to umie i guzik przyszyć i gwoździa przybić, i jakoś tak sprawia, że kobieta czuje się kobietą, naprawdę, piękną i bezpieczną… tyko że, ten współczesny świat jakoś tak nawet nie chciał tolerować onych defwiacji… wiecie, czegoś, co kiedyś oznaczano jako normalność, bo normalność jest dobra, jakieś tam wzorce. Wtedy wie się dokładnie od czego uczekać, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, kompletnie do niczego nieprzystosowana…

Kompletnie oddalająca się, nie mówiąc, iż unikająca, raczej spierdalająca od wzorców i ram. Szufladkowania i tego, co tam dama, kobieta, wiedźma winna robić, wiecie, wolność, przed którą większość ucieka, a już na pewno wszyscy się boją, bo przecież o wiele łatwiej jest zwyczajnie być koło tego, co jakoś przewidywalna, a ona taka nie była. Wiecie, napawdę i do końca…

I on też nie.

Tylko, że ona też nie była damą, więc może dlatego tak łatwiej się z nią mu rozmawiało? Może? No wiecie…

… więc rozmawiali ze sobą. Od dawna. Gdziekolwiek wyszła, on mówił, a ona słuchała i naprawdę go rozumiała. Naprawdę, bo sama jakoś była z onych pożółkłych stron, meloników i jeszcze… otwierania drzwi, szlafroka, znaczy się tam płaszcza rzuconego przed nią na błocko, wiecie… nie żeby tego potrzebowała, ale jednak, jakoś tak, zwyczajnie, koronek i diamentów też nie potrzebowała, ale jednak, tych ruchów, skłonów, onych wszelakich małych uprzejmości.

Uznania, że jest słabszą, choć nie była.

Choć czasem…

Potrzebowała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do lasu…

Tam, gdzie spory, płaskawy kamień leży… pogrążając się w onej ściółce z każdym rokiem coraz bardziej i bardziej. Gdzie się idzie i z każdymi odwiedzinami człeowiek sobie uświadamia, że ona ścieżka jest znowu miękciejsza i jeszcze bardziej puszysta. Te mchy i liście i igiełki… same iglaki dookoła poza kilkoma tańcatymi brzoami, wciąż żółtymi, wciąż oliścionymi, jakby się buntowały.

Jakby wiedziały, że tak bardzo błyszczą na tle onych prawie niebieskawych od omszenia pni. I to światło, które czasem się trafia, a czasem jest tylko ciemność… i wszelaka szarość. I jeszcze… jeszcze coś więcej. Bo tutaj jest prawdziwa magia. Bardzo prawdziwa. Pierwotna też… mimo tego pola zbyt blisko i drogi, to to wciąż jest tak bardzo… no takie specyficzne miejsce… tak bardzo specyficzne, że poddusza, mocno zniewala… i gdy tylko sobie uświadomisz, że to wszystko jest tutaj, jest naprawdę, jest dla ciebie i na ciebie czeka, wiesz, że jesteś na miejscu.

Zwyczajnie.

Po prostu.

Ale najpierw ta droga, parking, kilka aut, drzewa niektóre wciąż oszałamiające kolorowami, te buki wiedzą jak to robić. Naprawdę wiedzą. I te kilka znajomych iglaków i te liście pod nogami, pod podeszwami, chociaż chciałoby się naprawdę je zdjąć i skarpetki, i zanurzyć palce w nich.

Zimnych i wilgotnych…

Ale jednak prawdziwych.

W końcu coś prawdziwego.

Szyszki tym razem nie robią zbytniego namieszania.

Jakoś tak… ich mniej? Może ktoś przyszedł i je wyzbierał, zaraz, ale jak to, ktoś tutaj jest? Na rowerze… i zbiera, co ta baba robi, czy dzisiaj będzie kolejka do kamienia? A może kurde o czymś nie wiem?

Może?

Albo raczej nie…

… ona przecież skręciła tutaj zaraz, za dwoma pierwszymi liniami drzew i coś tam zbiera. Chyba nie końskie boby? A może jednak… hmmm, kto to wie? Może jednak serio ludzie to robią, przecież to doskonały nawóz. Ino pamiętajcie, trzeba mocno rozwodnić!!! Bardzo mocno bo wam spali roślinki.

Ale warto.

Grzyby super rosną.

A już owcze bobki, rany jakie pieczarki na takiej łączce i skałach. Szczerze, ale są gigantyczne. Mega wielkie!!! Naprawdę kosmiczne. Ale nic to i wszystko zarazem. I jeszcze więcej tego wszystkiego. A już szczególnie jak człek w końcu dorwie się do kamienia, tego, co pachnie chlebem pieczonym. Niesamowitego miejsca, gdzie prosisz i jest ci dane. Gdzie zwyczajnie przychodzisz, gdy już nie ma innego wyjścia, a czasem szybciej. Zwyczajnie szybciej… bo czasem dobrze nie zwlekać.

I oddać się drzewom, skale i onej ściółce…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gdybytam Dam… została wyłączona

Pan Tealight i Pannica…

„O Matko Wyspo!!!

Nosz z niej to była taka dziunia, że zwyczajnie nie dawało się jej strzymać. Nie, nawet schowanym w podziemiach i dudlącym podejrzane napitki… a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie miała sporego spustu. Wprost przeciwnie, kompletnie nie umiała pić, nawet jeśli ktoś jej wmówił już, że to naleweczka uzdrawiająca, a ją właśnie łamało tu i tam…

No i piła…

Piła dużo, ale chyba z sikaniem wsio się z niej wylewało, więc jakoś tak i tak na nią wpadła, wiecie, między Wygódką i Białym Domostwem, na schodach, które nagle stały się dziwnie długie, szare i strome… i całkowicie bezporęczowe i śliskie i jeszcze, jeszcze kompletnie nie do przejścia… ona tam stała… a na wpół ślepa Wiedźma Wrona nie zdążyła uciec. No myślała, że to wiecie, jakieś załamanie światła, czy coś… wiecie, czasem, czy raczej częściej niż czasem, po prostu, zwyczajnie widziała więcej niż inni. A czasem i mniej, a czasem…

Widzicie, to wszystkoe było takie ostatnio dziwne, a jeszcze ona…

Nie, to już było za wiele, więc zaczęła śpiewać.

No tak… Pannica sprawiła, że Wiedźma Wrona Pożarta zaczęła śpiewać bez swoich nieodłącznych słuchawek New York, łącznie z choreografią… i wiecie co? Nie spadła z tych schodów, ale nim doszła do góry, do drzwi, które nagle ciężko się otwierały, i ta klamka była taka nazbyt gorąca… nagle…

I jeszcze…

Oczywiście, że to wsio była wina tej gówniary długonogiej w kusej spódniczce, żującej gumę, czy inne ustrojstwo, która twierdziła, że jest wiedźmą… w tych szpilkach na pewno naście centymetrowych.

Zwariowała?

Która z nich?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko!!! Ha, udało mi się dzięki pomocy, dosadnej i finansowej, czyli sponsoring jak nic… Cudownej Dobrej Duszy <3 zdobyć z powrotem „Materię Primę” i ostatniego Butchera.

Po prostu: dziękuję stasznie!

Ciemność… szalona ciemność nadchodzi.

Czyli wiadomo, coraz zimniej, coraz bardziej inaczej. Znaczy, wiadomo, zima idzie. Cudowny czas, chociaż, ech, nie bądźmy aż tak bardzo oblani nadzieją, że będzie zima… pewno nie będzie, ale jednak, kurde no, może jednak będzie jakiś śnieg? Zawsze jest w okolicach listopada ona niepewność… czy będzie zima, czy tylko deszcze, czy jednak coś się zimowego zakręci, śniegi i wiatry, ona prawdziwa zimowość z mrozem, wiecie, oną srebrzystością na trawach, pierwsze zamarznięte kałuże… no będzie to, co będzie, chociaż… możeby tak odtańczyć jakiś…

Pląs śniegów?

No wiecie, na wszelki wypadek.

Bo czemu nie… świat potrzebuje zimy ku odpoczynkowi wszelkiego jestestwa. Wszelkiego jestestwa i jeszcze czegoś więcej. By pobudzić wyobraźnię, uciszaną przez wielkie czy mniejsze słoneczności, ciepło, ktore goni ku działaniu, nie pozwala jakoś tak się rozmarzyć i pójść… głebiej…

Świat zapomniał, że potrzebuje zimy.

Już dawno temu.

Strasznie smutne jest takie egzystowanie bez zimy. Bez onej bieli i jeszcze więcej. Bez tej całej cudownej samotności, zapatrzenia się w siebie samego, ale tak inaczej. Tak jakoś mocniej, prawdziwej.

Po prostu.

Zima na Wyspie…

Ech, moja pierwsza zima tutaj była czymś niesamowitym. Pierwszym spotkaniem ze snestormem i jeszcze… ciszą. Całą masą śniegu, co to się tutaj trafia raz na wiele lat. Jakieś 10, z moich wyliczeń tak wychodzi, że jakoś się trafia w takim odstępie jakaś zima, a w czasach, latach w onym pomiędzy…

Wiecie…

Czasem trochę śniegu, czasem wiatr… wróć, zawsze był wiatr.

Tak, wiatr to pewnego rodzaju nieodłączność w tym miejscu. A raczej, jak nie wieje, to człek się dziwnie zaczyna czuć. Naprawdę. Trochę to pokręcone. A może po prostu po pewnym czasie mieszkania tutaj człek nabiera dziwnych nawyków? A może jak się tu rodzi nawet tego nie zauważa… może dlatego niektórzy stąd nie wyjeżdżają? Wiecie, przecież nie było chyba badań w tym kierunku?

A może?

Może wartałoby przebadać rdzennych i tych bardzo rdzennych mieszkańców? Nie tych burżujów, co to się tu sprowadzili i wiecie, nagle chcą zmieniać wszystko i niczego nie rozumieją i jeszcze…

Wszystko im się mało podoba…

A potem znikają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pannica… została wyłączona

Pan Tealight i Pederasta…

„Ale wcale nie, nie że zboczeniec jakiś.

To już na gołego nie można w zimne fale… a że to wsio zmniejsza, ojejku no, taka to już biologia człekokształtnych. A on jednak człekokształtny był. No szczerze. Wsio było na miejscu, głowa, kadłubek i cztery kończyny. I jeszcze te dziwne, kręcone, czarne włoski wyglądające, jakby dopiero je żelował…

A to były tylko fale.

Tylko i wyłącznie.

Bo w końcu on kochał morze, a morze nie potrafiło żyć bez niego. Nie, nie potrafiło żyć bez niego. W ogóle i całkowicie… tylko, że on tego nie wiedział. A może raczej unikał tematu… choć czasem zdarzało mu się, może i z zimna zapatrzyć na one fale, wiecie, wsio mu zamarzło, wsio skostniało… no i tak jakoś się zapominał, tak jakoś zapatrywał i morze, one zdradzieckie fale wkraczały coraz dalej na plażę i dalej, jakby pragnęły go porwać, zabrać dla siebie tylko, mieć go na wyłączność…

Na zawsze.

Ale…

Zawsze nadchodził ten moment, kiedy wszystko się zmieniało. Wszystko jakoś tak przekręcało, jakby nagle się włączał i odskakiwał, uciekał, brał ten przeklęty, brunatny kocyk z dziurkami, niby gruby, ale jednak… jednak jakiś taki dziwnie aż nazbyt znoszony. Nazbyt wytarty… jakby to nie on wycierał, ale jego wycierano. I morze tego naprawdę nieznosiło. Bardzo…

Może i przeczuwał, że morze go chce, może i zauważył ten mało dyskretny transparencik i żetony porozkładane po kieszeniach, zrobione z muszli z głębin nieodkrytych… może, ale czasem wiedzieć i jakoś tak nie do końca wiedzieć, jest lepiej. Zwyczajnie. Wiedzieć, ale nie do końca… zdawać sobie z tego sprawę.

Nie do końca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio wpadłam na vloga, w którym ludzie opowiadają o tym, że wracają do Polski z Anglii, czy innej tam Szwecji. Wiecie, niektórzy po prostu wyjeżdżają rzeczywiście tylko na chwilę. Nie zakochują się w innym świecie, onej jego inności, odmienności, a może i odnajdują właśnie siebie tam…

Gdzieś, gdzie się nie urodzili.

Ale przecież pojęcie ojczyzny jest… w szczególności dla mnie, no bardzo płynne. Nie znam swojego ojca, więc mnie wszędzie może ta ojczyzna przypasować. Znaczy nie no, nie wszędzie… jednak to zawsze musiała być północ i kawałek starego Egiptu. Bardzo, bardzo starego. I to tylko na chwilę, bo za ciepło, za sucho, nie no, gdzie są drzewa, nie te drzewa, o krokodyl!!!

No więc…

No więc jakoś tak zaczęłam myśleć o tym, czy bym mogła?

I uświadomiłam sobie, od razu, dość raptownie, że nie… przecież nawet do Polski pojechać na chwilę nie chcę. Więcej, mam koszmary, że mi każą i tak dalej, wiecie jakie to szaleństwo… po prostu nie mogę, nie, to nie dla mnie… nawet jedzenie z polskiego sklepu jest… jakieś dziwne. Nietakie. Od razu po zjedzeniu człowiek dostaje i wzdjęcie i sraczkę i pierun wie co jeszcze…

Unikam.

Pewno, że wciąż tęsknię za ciastami Babci, ale wiecie, to se ne vrati…

Może to właśnie o to chodzi, że ja przestałam być elementem tamtego kraju już dawno temu. Nawet jak jeszcze mieszkaliśmy we Wrocławiu. Mocno mnie odrzuciło od rzeczywistości i państwowość… nie, to nie dla mnie. Zwyczajnie, jakoś tak. Po prostu. Sorry misie!!!

Ale…

Po pierwsze nie mamy telewizji, to nie kieruje naszym życiem. Nie mamy telewizora, nie mamy i innych rzeczy, które dla ludzi zdają się być wszystkim. A już w szczególności szczególnej tam. Tam, w tej części, której nie rozumiem. Kompletnie. Ostatnio nawet mam problemy z mówieniem po polsku czy nawet pisaniem i czytaniem… a to ostatnie jest już najgorsze.

Zabija mnie.

Wcale nie powoli.

Okazuje się, że można mieć traumę po stracie książek. Książek, które były moją rodziną, wspomnieniami, nauką, po którą zawszę mogę sięgnąć… pomocą, wytchnieniem, rozmarzeniem… i tyle… można cierpieć i nagle nabyć dziwnego, jednocześnie pragnienia posiadania, ale też i strachu przed nimi…

Ale książki oczywiście w większości chcę po polsku… w większości… okazało się, że niektóre tłumaczenia są dla mnie dziwaczne i wolę je po duńsku lub szwedzku. No tak. Dla mnie to też zaskakujące.

… więc czy mogłabym wrócić?

Ale do czego?

Bo to nigdy nie był mój świat, może na samym początku, ale tamtych miejsc już nie ma i ludzi i drzew i ziemi pustej, zarośniętej brzózzkami i trawami tak różnorodnymi, zgubionej łopatki i wiaderka… i misia czarnego, którego chciałam, a potem przeraźliwie się bałam… ale innych nie było… nie…

Nie mogłabym bez morza i mew.

Tego morza i tych mew.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pederasta… została wyłączona

Pan Tealight i Zaniwelowany…

„Zwykła torba na śmieci, oczywiście w tym wielkim rozmiarze, ale czy największym? Może i są większe, może… no wiecie, w końcu na świecie tyle onych rzeczy, które są dla niej nieznane, niewidoczne, dziwnie zaskakujące, szczególnie, gdy je gdzieś tam w innym świecie spotyka…

Otwarta, wystające z niej patyczki lekko poruszają się na wietrze…

… a wraz z nimi, liście, które lekko się poruszając bardzo chcą, bardzo gdzieś pójść, potańczyć, zabawić się… i dlatego nagle, powoli, lekko może i opieszale, a raczej, wiecie, by sprawić ono wrażenie, że przecież nic się nie dzieje, one nic nie robią, one niczego nie… to nie one, ten wir, ona formująca się osobowość, postać cielesna, szeleszcząca, miejscami wilgotna pełna zapachu fig i dymu.

Pełna siebie.

I Zaniwelowany siedzący w tym swoim wdzianku robionym na szydełku na brzegu worka i łamiący patyczki na najmniejsze cząstki. Tak po prostu. Pewno, że łatwiej tak przeżyć, ale jednak no bez przesady, znowu kilka liście uciekło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła je gonić… wiedząc i tak aż nazbyt dobrze, że będą czekały na nią przed drzwiami wejściowymi, głównymi, jakoś tak zawsze na nią czekałay… ale…

Ale lubiła słuchać jak stepują szeleszcząco, więc czy się naprawę wkurzała? Chyba nie… raczej… nie do końca rozumiała gdzie się podziała Liściowa Sprzątaczka i Zasyczacz Liściejów… obijali się.

Jak mogli?!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Silmarillion” – … właściwie. Tak naprawdę i szczerze, to nie mam słów i tyle. Pewno, że mój pierwszy „Silmarillion” był niewielki, bardzo zczytany i jeszcze… pierwsze wydanie. No staroć… a to… to po prostu powala. I to powala bardzo mocno. Bardzo, bardzo…

Tak, wydanie jest piękne. Książka może i duża i już widzę marudzących, że jakoś tak źle się czyta, no wiecie… niektórych zadowolić się nie da. Ale może i rzeczywiście… bo to jest dzieło sztuki, więc jeśli chcecie wziąć oną historyczną opowieść z Tolkienowego świata, wiecie, gdzieś na drogę, to polecam jakąś miękką okładkę. I mniejszy format, nie to cudo. No szkoda by było…

Bo piękne to…

Ilustrowane.

Tłumaczenie boskie, wiadomo… ale to, że sam autor uważał iż to wszystko jest nazbyt nudne, więc ono wydanie mityczne nigdy nie nastąpiło, poprawione i tak dalej. Wiecie… co jak co, ale Tolkien miał w sobie aż nazbyt perfekcyjności.

Nazbyt.

Kocham „Silmarillion”, ale wiem, że ten zbiór opowieści nie jest dla każdego. Jest jak cegły historyczne, które przeklinaliście w czasach szkolnych. Albo wciąż przeklinacie. To trzeba kochać… by przeczytać. A nawet do tego wracać, zrozumieć, jakoś tak… po prostu może tylko przejrzeć…

Tak, do przejrzenia ten tom nadaje się najbardziej!

Co ja gadam, czytajcie!!! LOL

No i cisza i wiatry i ciemność…

Oczywiście wszyscy w ogrodach, coś tam grzebią, jak tylko choć trochę słońca wyjdzie, to do razu słychać kosiarki. No szczerze ludzie, czy z wami wszystko w porządku? Ja pojmuję importantność przycięcia figi i jabłonki, ale jednak trawa, szczerze? Przecież ona dopiero co zdołała się odrodzić po okresie suszy.

Bo wiecie, susza się u nas skończyła.

Teraz mamy potop, ale nieszwedzki i niepewność co do wszelakich imprez świątecznych i takie tam ogólne ludzkie wurwienie. No bo przecież mimo iż to malutki skrawek lądu na morzu prawie wewnętrznym, to jednak i my mamy problemy, szalonych tak zwanych przywódców, a raczej wybory, czy coś… wiecie, jak wszędzie, polityka boli i naprawdę często gryzie w tyłek.

Ale co do potopu.

To jest.

Nadmiar wody z niebios sprawia, że nie tylko trawa rośnie, nie tylko w ogródku chwastów zatrzęsienie, a że przymrozkówu nas nie było, to wiecie, raczej i wsio zaczyna kwitnąć od nowa i już… szaleństwo czyste. Tutaj w końcu traktory rok cały szaleją na polach, więc… no tak, w sprawach pól też są prawa…

Dziwne, ale wytłumaczalnie logiczne.

Choć szalone to, iż właśnie takie rzeczy trza rolnikom mówić?

Ech, well.

Jabłonkę koniecznie trza przyciąć.

Za bardzo dołem się rozgałęziła, prawie przy ziemi grube ramiona ma i wiecie, jak się objabłkowuje, no to aż widać, ze cierpi, że jakoś tak nie może tego wszystkiego unieść. No trza przyciąć. Co do figi, to łatwiej, choć jak figę się przycina, to ona białymi, kleistymi łzami łka i czepia się ona kleistość wszystkiego. A usunąć to ze skóry, szczerze problematyczne, a już z ciuchów to nawet nie mówię.

Serio.

Wiecie… lepiej o tym myśleć niż włazić w jakieś światowe polityczności, czy problemy. I u nas piszą o Polsce. Pochlebnie, żeby nie było. Jakoś widać ino Polacy nie widzą problemu w najazdach Hunów i Anatolów na Europę, która i tak ma już dość i możliwe, że zaraz się rozpuknie… czy coś…

Nieczytanie wiadomości naprawdę dobrze robi na zdrowotność. Sprawia, że zauważasz te chwasty i tamte, że trzeba pomalować to lub tamto… na przykład moje wiedźmińskie widły, które kupiliśmy razem z domem… no tak, ta wiedźma lata na widłach. A co się będę ograniczać, no weźcie.

LOL

I to jakie poranki są i zachody słońca, mgły i zachmurzenia… ona miękka szarość w powietrzu, no wiecie… jesienność już późniejsza, mokrzejsza, mniej kolorów, ale te, które się znajduje aż drapią w gałki oczne. Wiecie, skaczą na was jak pająk nagle znaleziony w bukiecie od ukochanego.

Czemu nie… listopad pełną mordą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaniwelowany… została wyłączona

Pan Tealight i Zaślubiny…

„Chcieli się pobrać, w lesie, nad potokiem…

Pośród kamieni i liści jesiennych, pośród wiatrów i onych kropel wody…

Tego chcieli.

Spokoju i ciszy, onej wszelkiej naturalności jesiennej niezieleni, onej pełni wszystkiego, co może się zdarzyć, trafić, wszelako znaleźć… kolorowych liści. Onych gałęzi już ogołoconych, lekko wciąż wstydliwych kształtów… tego chcieli. Onego przepełnienia wodnistością, onej wilgotności wszędzie, onej… wszystkiego. Kolorów i kształtów, dźwięków tak słodkich jak miód.  W szczególności ten bławatkowy i lipowy i jeszce, oczywiście ten leśny, ten nieopisany do końca. Ten niepewny. Jakby stworzony i z pierdów wszelakich magicznych latajków.

No wiecie…

Miododajnych.

Oni tylko chcieli sobie przysiąc wszystko, pragnęli po prostu w końcu to z siebie wyrzucić, powiedzieć, wyśpiewać, jakoś tak… ubrać w słowa, jakoś tak, po prostu to zrobić. Nawet nie do końca dbali o stroje, chociaż ona miała na sobie piękny wianek z brzozowych witek z malutkimi, żółtymi listkami i bukiecik ostatnich białych stokrotek o lekko różowatych płatkach, i żółciutkich środkach…

Tak.

On też się przebrał. I umył… a nawet przyciął te loki, które co nocy mu rosły, jakby przez jakieś zaklęcie i może i było to jakieś zaklęcie, ale jednak, jakie i kto je na niego nałożył? I za co? A może raczej dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cisza…

Tia… ktoś zapomniał, że większość z nas jej chce i pragnie.

Że ci, którzy się tutaj przeprowadzili i zdecydowali, że będą mieszkać, że to na zawsze, tak naprawdę chcieli się odciąć. Uciec od świata, szybkiego, pędzącego, z tego całego kieratu rzeczy kompletnie niepotrzebnych, wiecie… artyści, rodziny, wszelako freelancersko pracujący ludzie, czy też tacy, co to chcą tylko ogrodu, zwierzątek i wiecie, mogą poprowadzić hotel, czy coś…

Ale… tia, ponownie ten mały światek decyduje się na całoroczność.

Ciekawe jak to wyjdzie.

Pewnie nie wyjdzie.

Bo tu jednak mieszkają ludzie. Ludzie zwyczajni i nadzwyczajni wszelako. Wiecie, ludzie, którzy chcą spacerów, małego kontaktu międzyludzkiego, tudzież tylko kontaktu z tymi znajomymi duszami… właśnie dostaliśmy zaproszenie na 90 urodziny kobiety z naszej ulicy, której kompletnie nie znamy, więc… no tak to jest… od godziny tej i tamtej dama przyjmuje, w zamian picie i żarcie.

Hmmm…

W obliczu powracającego wirusa na duńską ziemię… czy to good idea?

Nie.

Ale, wracamy do ciszy.

Ciszy nie chcą zachowywać ci, co się sprowadzili rok temu i uwielbiają narzekać. Czasem się pośmiać można na grupie Gudhjemowej…

Albo i nie ma się z czego śmiać?

Oczywiście polityka może i tutaj ciszę oną zagłuszyć… wiecie, co świat, to te same problemy. Tu tym razem chodzi o powrót choroby, o na nowo przeobrócenie się w stronę pademiczną, wyzywanie nieszczepionych, których, z tego, co podają media jest naprawdę niewiele, oraz… no tak, punkt zapalny, zmuszanie pielęgnairek do gigantycznych wyżeczeń za smutną płacę.

Tak, tu też były protesty.

Tak… tu też rząd je uciszył, bo to w końcu ino baby. I nie, nie będzie podwyżek i mają siedzieć cicho i pracować. Oczywiście, że łyżka na to NIEMOŻLIWE, ale jednak… no możliwe. Tak, w Danii. Co gorsza ostatnia przemowa do narodu między innymi skierowana była co nich i nakazano im zapierdalać…

… więc ino czekać na dalszy rozwój sprawy.

Bo Duńczycy wychodzą na ulice… ale nie tutaj. No weźcie, może i czasem coś w stolycy kilka osób potupta, ale jednak, ech… no weźcie. My tu żyjemy i chcemy ryb, chleba i co tam jeszcze, soli… bo morze ostatnio dziwnie nazbyt słodkie. Aż nazbyt nazbyt, seryjnie. Wszystko się zmienia. Nawet znajome fale są jakieś takie, no wiecie, jakieś obce i jeszcze mocno dziwnie… nietutejsze.

Ech… dziwny świat.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaślubiny… została wyłączona

Pan Tealight i Killer…

„Ojejku no…

Przecież znajomych się ma różnych, a nie zawsze człowiek zaczyna pytanie na początku znajomości od… A co robisz i czemu masz pokoik w folii i ten odplamiacz? Oja, ale kolekcja zapachowych odświeżaczy i jeszcze te płyny do prania i mycia, kurde, coś ty kolekcjoner, nie no, bardzo szanuję, czy mogę powąchać… a, że zamrażarka, nie no, jakoś bardzo rozumiem, te czasy pandemii…

… najlepsza największa.

Oczywiście.

I te wieszaki, skórki, ekologia pełną mordą. No wiecie, znajomość to znajomość, a jak czujecie, że to może być przyjaciel, to wiadomo, przecież nie będziecie zwracać uwagi na pewne sprawy, raz pogadacie o nich i… od razu stajecie się pomocną ręką, zachęcaczem, zanęcaczem i tak dalej.

Przyjaźń to rzecz wielka.

Potężna.

Ale jednak…

… nie no, jeszcze na samym początku to już w ogóle, jakoś tak wszelako i mocno należy czasem po prostu odrzucić. No przecież każdy ma jakieś wady. Każdy czasem puszcza bąka i ma problem ze wzdęciami. Albo co więcej, no jakoś tak, zwyczajnie zaakceptować i wady… dla przyjaźni czy nawet i miłości może. W końcu pewne rzeczy się rozwijają. Życie pustką nie zalatuje, a nawet jeśli, to zwyczajnie… widać oną pustkę potrzebowało, czy coś, jakoś tak. To jak z łąką… musi być…

Nie ino lasy i lasy i Killer w nich.

Wielki i ciężki i pot z niego spływał… niczym dla dzieci oliwka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nocne mgły…

Teraz to się zdarza, wiecie… takie podróże. Nocne prawie, chociaż wieczorne ino… a, no i Covid wraca. Tia… milusio, co nie? Sorry, za przerywnik w tym, co miało być mgliste i tak dalej, ale nas właśnie trochę jebnęło, wiecie, orędzie do narodu… Czy się wypowiem w temacie? A po co? Przecież i tak nikt nie używa mózgu do myślenia, ino nim w piłkę grają, czy coś tam…

Wiecie…

Tutaj ludzie zaszczepieni olewają info o tym, że mogą być chorzy i roznosić wsio, dzieci puszczają jak leci i trza się od tego robactwa odganiać, najlepiej ogniem… no co? Sorry, ale jeżeli wasz dzieciak jest dla mnie zagrożeniem, to już nie będę leżeć i poddawać się bólowi. Już nie. Wprost przeciwnie, ale jestem licencjonowaną wariatką, więc wiecie, spokojnie mogę komuś przypierdolić. Takie ostrzeżenie. Trzymać bachory, bo roznoszą wirusa. Trzymać, bo wkurzają nie tylko mnie, to miejsce nosi na sobie typy wszelako ciszy pragnące i spokojności… a cała reszta… też lepiej się trzymać z daleka. Po prostu i zwyczajnie zachowywać odstęp.

I już, będzie lepiej.

I łatwiej, w końcu ja wyłażę z domu raz na miesiąc.

Maks!!!

Ale nie no, oczywiście, zaszczepieni uświęceni, nie muszą myśleć i tak dalej, to że kolejnych dawek nie biorą, nie doczytali do końca o co chodzi w tej akurat szczepionce, że znajomy się nie odzywa po pierwszej dawce, a źle ją zniósł… Nagle świat nie tylko się zmienił, ale jeszcze dokładnie podrapał po dupie i myśli, że to głowa.

Wiecie, taka jakaś odmienność.

Ale…

… mgła…

Gdy się czasem wraca nocą, a wiadomo, noc to teraz szybko się spojawia, to jakoś tak się i mgły spojawiają, a na tej Wyspie mgły są niesamowite, fascynujące i wszelako uczłowieczone. Wiecie, bardzo myślące… ej, zaraz, ludzie nie myślą, a mgły myślą… cóż, widać te mgły przejęły mózgi.

I nagle, w onej światłości świateł przeciwmgielnych, czy jak to się nazywa, no co? Ja pasażer!!! Ja nie kierować, za bardzo ciekawska jestem i tyle. Muszę sobie popatrzeć przez okno na one mgły też. One mgły przyjmujące kształty człowiecze, one kształty zwierzęce, wszelako… zaskakujące cię, nagle pojawiające się przed maską auta by rozwiać się, a może nie? Może nie rozwiać?

A może… wchłaniają się w auto, wchodzą w nas?

Tych w środku?

Może w rzeczywistości od onych mgieł uciec nie można? Może też nie trzeba? A może jednak należy się zatrzymać gdzieś na bocznej drodze, zostawić zapalone światła i wejść w ich blask i pozwolić mgle robić swoje? Może to jakiś rodzaj chrztu, innego tam uświęcenia, może li ino sakramentu…

Wyspowego?

Nie uzdrowi, ale może mózgi jednak jakoś uaktywni?

A jak nie, to choć se mgły mózgi wezmą, może one je bardziej wykorzystają? Może… na pewno, no weźcie, na pewno!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Killer… została wyłączona

Pan Tealight i Zaćmienie…

„Nadeszło nagle.

Znikąd.

Z onego mitycznego miejsca, w które tak niewielu wierzyło, a jeszcze mniej wiedziało, które sprawiało i nastawało, z miejsca, gdzie się wydarzało i mieszało. Z czegoś bardziej niż numerycznego pomiaru wszechziemi… z czegoś zapomnianego, a niegodyś codziennego dla ludzi, którzy może i mieli inne zabawki, ale wciąż jednak byli tylko i wyłącznie onymi… no ludźmi…

… więc stamtąd, miejsca onego, wielce i wszelako bogatego, ale też skrywającego wszystkie tajemnice, wszystkie sekrety, przepisy na mikstury, które sprawiały, że można było nie tylko sięgnąć gwiazd, ale stać się jedną z nich… nie żeby akurat było po co, bo co jak co, ale gwiazdy ostatnio skarżyły się na bardzo nudne i przewidywalne życie. Co gorsza, ono życie po życiu też było dla nich cholernie czarne…

Wiecie, w dupie były.

Znaczy, niby w dziurze, ale, kto by tam dociekał…

No więc właśne stamtąd, a może i nie, w końcu kto mógł tak wiedzieć naprawdę w tych czasach oczeń niepewnych i bardzo i wszelako nie haraszojich, wielce sumasaszlinowych. No sami wiecie jak to jest, codzienność już nią nie jest… słońce wstaje, a może nie, słońce zachodzi, a może nie.

Wiadomo.

Po prostu…

No ale, co jak co one wiedziały… Gwiazdy… wiedziały o Zaćmieniu wszystko, tylko, jakoś tak nikt ich nie pytał.

Nikt.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sługa krwi” – … kolejna trylogia. I, no chyba trzeba to powiedzieć, jeden z moich ulubionych pisarzy. Polskich autorów. Współczesnych. Fantasta, ale też niesamowity opowiadacz…

Czyli „Materia Secunda” od Przechrzty.

„Materia Prima”, trylogia sprzed kilku lat mnie oszołomiła. Męska, ale ze wspaniałaymi kobiecymi postaciami. Twarda, ale ludzka, dziwnie rodzinna, niesamowicie miejscami komiczna, z jajcem, pełna wspaniałych scen walki, ale nienazbytnich… więc oczywiście, że rzuciłam się na pierwszy tom nowej, kontynuacji oczywistej poprzednich tomów… opowieści o właściwie dwóch mężczyznach, ale tym razem nie dwóch, czy też trzech światach, raczej… no właśnie…

Oto znany nam bohater, Polak, alchemik, mag, wszelaki mistrz sztuk umysłowych i innych, czyli Olaf Rudnicki. Ten, dzięki któremu zawarto układ z onym światem przepełnionym Przeklętymi, Szepczącymi, wszelakimi istotami, pośród których on odnalazł… rodzinę, przyjaciół… tylko że teraz. Teraz jest sam. W zamian za ochronę jego świata przeniesiony zostaje w inny, tchnący lekko egzotyką Japonii i Chin. Może teraz nazbyt modną, ale wiecie, co się komu… na szczęście autorowi udaje się zachować fascynującą proporcję pomiędzy Olafem, a drugim z bohaterów, czyli Rosjaninem. Jego… bratem. Balansując na granicach właściwie trzech światów Przechrzta prowadzi swoją opowieść pełną tajemnic, zwrotów akcji, inności… pełną wpadek, zarumienionych policzków, zdrad, strzał wymierzonych w pierś i tęsknoty…

Bo Olaf pragnie tylko wrócić do domu, ale na razie niczym mityczny wykonawca spraw dwunastu musi zachować ostrożność i cierpliwość. Właściwie nie wiadomo na co zwracać bardziej uwagę… trucizna czy potwory? Nowe moce, nauki, sztuki, czy też… przyjaźnie, może i miłości…

Intrygująca.

Podróż…

Tak naprawdę to były ciężkie miesiące. Nie wiem dlaczego, ale tak wyszło i tyle. Ciągły napad Turyścizny, ciągłe tłumy, ciągłe coś… po prostu, zbyt wiele ludzi. Ale w końcu jakoś wszystko trochę ucichło, znowu wybudziło się w październiku… wiadomo, jak zwykle. Jak co roku. I tyle…

Ale to, co było przede mną, to wyprawa do Szwecji, wiecie, kilka razy w roku człek musi opuścić Wyspę, żeby… nie wiem, poczuć się Turyścizną, tudzież nacieszyć oko onym zbytkiem, o którym wszyscy mówią. Wiecie, kilka rodzajów mleka czy kalafiorów. A nie ino Sydafrica… jakieś inności, coś, co normalne dla reszty świata, dla nas wszelaka nowość, zaskoczenie…

To oni to mają?

Ale jak to?

… więc nauczyliśmy się wyjeżdżać. Poza tym, nie oszukujmy się, tam zwyczajnie jest taniej. Zwyczajnie. Na tamto człowieka stać, przy tańszym bilecie na prom, wytrzymaniu telepania jeśli się stało, przytrafiło… wiadomo, jeśli chce się taniej, to nie wiecie jaka będzie pogoda, ryzykujecie…

Ale ruszacie.

Tak, to jest straszne.

Bardzo…

Ale… okay, pakujesz gacie na zapas, na wszelki wypadek, w termosie herbata, w butelkach woda, bo jakoś tak ten plastik, nie… a jeśli macie samochód, to wiadomo, pakujece flaszki z wodą do auta i nie ma problemu… i już… paszporty, maseczki, wszelkie te rzeczy na wszelki wyapdek chociaż… przecież tam nigdy nie było aż tak, wiecie, strasznie, epidemicznie… przerażająco.

No dobra, więc najpierw wstać, umyć się, spakować, auto, prom, płynięcie, potem znowu jechanie i chodzenie, chodzenie i jechanie…

Tyle tego.

Ten świat oszałamia. Oną innością, bogactwem rzeczy wszelakich, kształtów innych, jakiegoś tego morza, które niby to samo, ale jednak jakoś takie inne. I jeszcze ta parki i lesistości wszelakie i jeszcze…

No dobra, padało.

Naprawdę.

Nie oszukujmy się, ale to trochę zepsuło ten cały wyjazd, bo do lasu nie dało się już pójść, zresztą, jakoś tak szybko wszystko zleciało. I tak, byliśmy w IKEA i znowu zapomnieliśmy wziąć soku w ICA… i tyle z tej naszej rozrywki. A czekajcie, jeszcze ciastko było, znaczy… nie dla mnie, wiadomo, prochy na rzyganie muszą być, ale jednak… ciastko na potem czemu nie.

Zamrożę sę.

A co!!!

Na szczęście nie bujało.

Jeśli chodzi o wszystko, to wszelaka świateczność w miastach i miasteczkach raczej nikła, więc wiecie. Ale za to mają jedzenie, które jakoś lepiej wchodzi i warzywka i owocki. Nosz ziemia obiecana, ale… to wszystko mija zawsze tak szybko, nawet jeśli coś się dzieje, wciąż szybko… czy za szybko? Nie wiem… powrót na szczęście, no wiecie, płaskie morze, bujnęło ino raz, więc znowu jechanie, pływanie, jechanie…

I dom.

A potem kolejny dom składania tego wszystkiego. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaćmienie… została wyłączona

Pan Tealight i Spowiednik…

„Był tam, jeśli tylko ktoś był gotowy.

Pomiędzy najwyższymi drzewami, skryty w dziwnie zmieniającej formie ni to chatce ni namiocie, czymś mieszkalnym z gałęzi i mchów, traw i jeszcze obierków z jabłek i pomarańczy, bo uwielbiał cytrusy i pięknie mu pachniały susząc się w onych miejscach, gdzie słońce wciąż docierało…

Był tam.

Problem w tym, że nie dość, iż nie tolerował mówiących, to na dodatek też nie umiał czytać, ale jednak Spowiednikiem był, więc żeby nie było miał taką ściankę z ławeczkami i okienkiem, wiecie, dwie strony, my nimi podzieleni, w końcu ino miał zapukać, jak ktoś tam już przestał wydawać z siebie dźwięki…

W końcu tylko tyle, podobno ludziom to wystarczało.

Wciąż przecież przynosili mu owoce.

I muffinki.

No i dowiedział się, jakoś tak od wiatru pomiędzy gałązkami, że przynosi ludziom i zwierzętom dziwne ukojenie, oraz obmywa im ich dusze. Co do dusz też nie wiedział o co chodzi, ale jak im obmywał bez dotykania, to okay… bo wiecie, nie lubił też dotykać. Ogólnie kontakt to lubił mieć ino z drzewami i powietrzem, no i onymi cytrusami krojonymi w cienkie paseczki albo talarki… oj, talarki to lubiał se w gacie nawet wsadzać… taki był aromatyczny.

No był jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… taki, nieludzki kompletnie, ale się nie znali, więc… ona nie chciała się zwierzać, on nie słuchał, więc po co mieli, dla czego? Dla jakiegoś poczucia, że mieszkają niedaleko, więc jakoś by tak wypadało? Ale jemu nic nie wypadało… raczej miał wsio dobrze omotane i ugniecione, a ona, ona była jakoś tak…

… gdzieś indziej.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ścieżką dalej, jak już człek wyrwie się spomiędzy onej pniowości, iglastości, zieloności… bo przecież, przecież więcej jest tego, więcej… i nagle natyka się na plamę pustki… tylko trawy, wyschnięte pnie, jedne drzewo zmierzające ku drewnowatości, jakaś dziwna polana i kilka krów, które wyglądają dość…

Inaczej.

Niczym z jakiegoś filmu.

Zbyt przerażającego.

No ale, nie da się ustrzeć lasu. Nie da się, szczególnie takiego, który jest tutaj tylko, by kiedyś stać się drewnem. To nie stary las, może tam w średnim wieku ludzkim, ale nie wiekowy. Jak na las to to smarkacze one sosny i brzozy, lipy i owocowe rozsiane gdzie niegdzie drzewinki i krzewinki, no i oczywiście wszelakie one klony i dęby, jesiony… rzadsze miejscami…

One buki o gładkiej korze z oczami…

Modrzewie, młodziutkie tutaj, zaskakujące kolorami, olchy, graby, kasztanowce tu i tam, pojedyncze bardzo… raczej w osadach lub przy lasach, nie gdzieś w środku… topola, jarzębina już się nie czerwieniąca…

Jest tych drzew trochę.

A już te czereśnie się plączące gdzieś one pojabłoniowe ogryzki, orzechy to wrony wyżarły, zresztą, tu z leszczynami jest raczej jak już, spotkanie kompletnie magiczne, nagłe i zaskakujące… serio. No ale, to przecież zasadzony las. Wyżarty z sumień innych i chciwości… by był dla przyszłych pokoleń.

I jest go trochę wciąż.

Oczywiście wieje, więc wiadomo, że onej jesieni wiele nie będzie…

Znaczy będzie, ale mokra, bezliściowa, no chyba, że, no wiecie, będziemy ino ziemię fotografować, choć wciąż podejrzewam, że ktoś one liście nam z Wyspy podbiera. Szczerze… naprawdę!!!

No ale idziemy, po prawej znowu wody więcej, znwou coś wycięli, ale jest i dziwne coś, nie wnikam, jakiś akumulator, jakiś pastuch, kurna, znaczy co, oni kogoś przed nami chronią, czy jednak, no wiecie, wszelako nie chcą kogś dopuścić do nas… a może jednak, może wciąż tam jest coś, co nie powinno być odkryte.

Nie jeszcze.

Nie nigdy?

Nie wiem.

Ale… idziemy, droga błotnista, światło, niebo, wszystko już powoli się wyłącza, światło się zmienia, drzewinki znowu coraz młodsze, ale dzielne, chcą rosnąć, chcą jakoś tak poszlaeć jeszcze… chcą nas?

Nie chce się wyjść z onej lesistości, a przecież to nawet nie las. Nie jakaś tam wielka puszcza, ot liści garście, drzew, gałęzi, wszelakich skał i pagórków, jeszcze odbić w onych kałużach i jeszcze zbiorników nagłych, wszelako przejściowych może, a może jednak i stałych, może? Kto to tam wie… tutaj przecież wiele się może zmienić. W chwilę. Moment to tutaj wszystko.

Kurcze, a może wrócić w las?

Nie no, muszę widzieć morze.

Codziennie.

I nagle jest po wszystkiemu. Mgły zasłaniają słońce, ono gdzieś tam zachodzi, czy nie, wszystko się zmienia, może i zacznie zaraz padać, może i znowu coś się zmieni, ale przynajmniej człek był na onym spacerze jesiennym, który zawierał jakieś słońce. I było ono cudem jakimś…

Bo cuda ostatnimi czasy, to normalność, na którą człek się natyka…

I znowu oddycha.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spowiednik… została wyłączona