Pan Tealight i Spowiednik…

„Był tam, jeśli tylko ktoś był gotowy.

Pomiędzy najwyższymi drzewami, skryty w dziwnie zmieniającej formie ni to chatce ni namiocie, czymś mieszkalnym z gałęzi i mchów, traw i jeszcze obierków z jabłek i pomarańczy, bo uwielbiał cytrusy i pięknie mu pachniały susząc się w onych miejscach, gdzie słońce wciąż docierało…

Był tam.

Problem w tym, że nie dość, iż nie tolerował mówiących, to na dodatek też nie umiał czytać, ale jednak Spowiednikiem był, więc żeby nie było miał taką ściankę z ławeczkami i okienkiem, wiecie, dwie strony, my nimi podzieleni, w końcu ino miał zapukać, jak ktoś tam już przestał wydawać z siebie dźwięki…

W końcu tylko tyle, podobno ludziom to wystarczało.

Wciąż przecież przynosili mu owoce.

I muffinki.

No i dowiedział się, jakoś tak od wiatru pomiędzy gałązkami, że przynosi ludziom i zwierzętom dziwne ukojenie, oraz obmywa im ich dusze. Co do dusz też nie wiedział o co chodzi, ale jak im obmywał bez dotykania, to okay… bo wiecie, nie lubił też dotykać. Ogólnie kontakt to lubił mieć ino z drzewami i powietrzem, no i onymi cytrusami krojonymi w cienkie paseczki albo talarki… oj, talarki to lubiał se w gacie nawet wsadzać… taki był aromatyczny.

No był jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… taki, nieludzki kompletnie, ale się nie znali, więc… ona nie chciała się zwierzać, on nie słuchał, więc po co mieli, dla czego? Dla jakiegoś poczucia, że mieszkają niedaleko, więc jakoś by tak wypadało? Ale jemu nic nie wypadało… raczej miał wsio dobrze omotane i ugniecione, a ona, ona była jakoś tak…

… gdzieś indziej.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ścieżką dalej, jak już człek wyrwie się spomiędzy onej pniowości, iglastości, zieloności… bo przecież, przecież więcej jest tego, więcej… i nagle natyka się na plamę pustki… tylko trawy, wyschnięte pnie, jedne drzewo zmierzające ku drewnowatości, jakaś dziwna polana i kilka krów, które wyglądają dość…

Inaczej.

Niczym z jakiegoś filmu.

Zbyt przerażającego.

No ale, nie da się ustrzeć lasu. Nie da się, szczególnie takiego, który jest tutaj tylko, by kiedyś stać się drewnem. To nie stary las, może tam w średnim wieku ludzkim, ale nie wiekowy. Jak na las to to smarkacze one sosny i brzozy, lipy i owocowe rozsiane gdzie niegdzie drzewinki i krzewinki, no i oczywiście wszelakie one klony i dęby, jesiony… rzadsze miejscami…

One buki o gładkiej korze z oczami…

Modrzewie, młodziutkie tutaj, zaskakujące kolorami, olchy, graby, kasztanowce tu i tam, pojedyncze bardzo… raczej w osadach lub przy lasach, nie gdzieś w środku… topola, jarzębina już się nie czerwieniąca…

Jest tych drzew trochę.

A już te czereśnie się plączące gdzieś one pojabłoniowe ogryzki, orzechy to wrony wyżarły, zresztą, tu z leszczynami jest raczej jak już, spotkanie kompletnie magiczne, nagłe i zaskakujące… serio. No ale, to przecież zasadzony las. Wyżarty z sumień innych i chciwości… by był dla przyszłych pokoleń.

I jest go trochę wciąż.

Oczywiście wieje, więc wiadomo, że onej jesieni wiele nie będzie…

Znaczy będzie, ale mokra, bezliściowa, no chyba, że, no wiecie, będziemy ino ziemię fotografować, choć wciąż podejrzewam, że ktoś one liście nam z Wyspy podbiera. Szczerze… naprawdę!!!

No ale idziemy, po prawej znowu wody więcej, znwou coś wycięli, ale jest i dziwne coś, nie wnikam, jakiś akumulator, jakiś pastuch, kurna, znaczy co, oni kogoś przed nami chronią, czy jednak, no wiecie, wszelako nie chcą kogś dopuścić do nas… a może jednak, może wciąż tam jest coś, co nie powinno być odkryte.

Nie jeszcze.

Nie nigdy?

Nie wiem.

Ale… idziemy, droga błotnista, światło, niebo, wszystko już powoli się wyłącza, światło się zmienia, drzewinki znowu coraz młodsze, ale dzielne, chcą rosnąć, chcą jakoś tak poszlaeć jeszcze… chcą nas?

Nie chce się wyjść z onej lesistości, a przecież to nawet nie las. Nie jakaś tam wielka puszcza, ot liści garście, drzew, gałęzi, wszelakich skał i pagórków, jeszcze odbić w onych kałużach i jeszcze zbiorników nagłych, wszelako przejściowych może, a może jednak i stałych, może? Kto to tam wie… tutaj przecież wiele się może zmienić. W chwilę. Moment to tutaj wszystko.

Kurcze, a może wrócić w las?

Nie no, muszę widzieć morze.

Codziennie.

I nagle jest po wszystkiemu. Mgły zasłaniają słońce, ono gdzieś tam zachodzi, czy nie, wszystko się zmienia, może i zacznie zaraz padać, może i znowu coś się zmieni, ale przynajmniej człek był na onym spacerze jesiennym, który zawierał jakieś słońce. I było ono cudem jakimś…

Bo cuda ostatnimi czasy, to normalność, na którą człek się natyka…

I znowu oddycha.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.