Pan Tealight i Zaślubiny…

„Chcieli się pobrać, w lesie, nad potokiem…

Pośród kamieni i liści jesiennych, pośród wiatrów i onych kropel wody…

Tego chcieli.

Spokoju i ciszy, onej wszelkiej naturalności jesiennej niezieleni, onej pełni wszystkiego, co może się zdarzyć, trafić, wszelako znaleźć… kolorowych liści. Onych gałęzi już ogołoconych, lekko wciąż wstydliwych kształtów… tego chcieli. Onego przepełnienia wodnistością, onej wilgotności wszędzie, onej… wszystkiego. Kolorów i kształtów, dźwięków tak słodkich jak miód.  W szczególności ten bławatkowy i lipowy i jeszce, oczywiście ten leśny, ten nieopisany do końca. Ten niepewny. Jakby stworzony i z pierdów wszelakich magicznych latajków.

No wiecie…

Miododajnych.

Oni tylko chcieli sobie przysiąc wszystko, pragnęli po prostu w końcu to z siebie wyrzucić, powiedzieć, wyśpiewać, jakoś tak… ubrać w słowa, jakoś tak, po prostu to zrobić. Nawet nie do końca dbali o stroje, chociaż ona miała na sobie piękny wianek z brzozowych witek z malutkimi, żółtymi listkami i bukiecik ostatnich białych stokrotek o lekko różowatych płatkach, i żółciutkich środkach…

Tak.

On też się przebrał. I umył… a nawet przyciął te loki, które co nocy mu rosły, jakby przez jakieś zaklęcie i może i było to jakieś zaklęcie, ale jednak, jakie i kto je na niego nałożył? I za co? A może raczej dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cisza…

Tia… ktoś zapomniał, że większość z nas jej chce i pragnie.

Że ci, którzy się tutaj przeprowadzili i zdecydowali, że będą mieszkać, że to na zawsze, tak naprawdę chcieli się odciąć. Uciec od świata, szybkiego, pędzącego, z tego całego kieratu rzeczy kompletnie niepotrzebnych, wiecie… artyści, rodziny, wszelako freelancersko pracujący ludzie, czy też tacy, co to chcą tylko ogrodu, zwierzątek i wiecie, mogą poprowadzić hotel, czy coś…

Ale… tia, ponownie ten mały światek decyduje się na całoroczność.

Ciekawe jak to wyjdzie.

Pewnie nie wyjdzie.

Bo tu jednak mieszkają ludzie. Ludzie zwyczajni i nadzwyczajni wszelako. Wiecie, ludzie, którzy chcą spacerów, małego kontaktu międzyludzkiego, tudzież tylko kontaktu z tymi znajomymi duszami… właśnie dostaliśmy zaproszenie na 90 urodziny kobiety z naszej ulicy, której kompletnie nie znamy, więc… no tak to jest… od godziny tej i tamtej dama przyjmuje, w zamian picie i żarcie.

Hmmm…

W obliczu powracającego wirusa na duńską ziemię… czy to good idea?

Nie.

Ale, wracamy do ciszy.

Ciszy nie chcą zachowywać ci, co się sprowadzili rok temu i uwielbiają narzekać. Czasem się pośmiać można na grupie Gudhjemowej…

Albo i nie ma się z czego śmiać?

Oczywiście polityka może i tutaj ciszę oną zagłuszyć… wiecie, co świat, to te same problemy. Tu tym razem chodzi o powrót choroby, o na nowo przeobrócenie się w stronę pademiczną, wyzywanie nieszczepionych, których, z tego, co podają media jest naprawdę niewiele, oraz… no tak, punkt zapalny, zmuszanie pielęgnairek do gigantycznych wyżeczeń za smutną płacę.

Tak, tu też były protesty.

Tak… tu też rząd je uciszył, bo to w końcu ino baby. I nie, nie będzie podwyżek i mają siedzieć cicho i pracować. Oczywiście, że łyżka na to NIEMOŻLIWE, ale jednak… no możliwe. Tak, w Danii. Co gorsza ostatnia przemowa do narodu między innymi skierowana była co nich i nakazano im zapierdalać…

… więc ino czekać na dalszy rozwój sprawy.

Bo Duńczycy wychodzą na ulice… ale nie tutaj. No weźcie, może i czasem coś w stolycy kilka osób potupta, ale jednak, ech… no weźcie. My tu żyjemy i chcemy ryb, chleba i co tam jeszcze, soli… bo morze ostatnio dziwnie nazbyt słodkie. Aż nazbyt nazbyt, seryjnie. Wszystko się zmienia. Nawet znajome fale są jakieś takie, no wiecie, jakieś obce i jeszcze mocno dziwnie… nietutejsze.

Ech… dziwny świat.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.