Pan Tealight i Wielki Szus

„Można było go dać, wziąć, pożyczyć, wszelako spotkać, albo…

No wiecie…

Każdy czasem wpada… w mniej lub bardziej coś śmierdzącego.

Dlatego najlepiej kroki robić wielkie. Szerokie i w wygodnych butach łazić. Naprawdę. Nie baczyć na jakieś durnowate wzory i desenie, po prostu brać to w czym gira czy kopytko nie zasmrodzi się, żadnych plastików, albo na bosego… wiecie, jak komuś nie zależy na onych pazurach w kolorach idealnych…

To czemu nie?

Wielki Szus miał to do siebie, że i rozmiar miał i szus miał i pęd jeszcze… jakoś tak się dobrze ułożył, że kroczył przez świat czasem zbyt szybko. Nazbyt prędko podejmował decyzję i juz go nie było, a potem był i jeszcze i znowu i tak dalej. A przecież, czasem chciał przystanąć, czasem naprawdę chciał się zatrzymać i może… jakoś tak, po prostu nigdzie się nie ruszać? Wzrosnąć, zarosnąć i ukorzenić się?

Może?

Ale jednak to nie był on, nie było to jego, więc…

Dlaczego nie?

Dlaczego tak? Po co w ogóle to całe łażenie, ten pęd, ta wielka moc kroku, poruszania się, robienia wiatrów? No po co mu to? Po co mu to było, jest czy też będzie? Naprawdę, no po co i dlaczego… może by się z kimś tym podzielił? Może była jakaś możliwość? Albo może by tak szkołę założył i uczył innych onej szusowatości?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień w lesie.

Tak naprawdę to nie cały dzień, nie oszukujmy się… słońce nim się rozkręci, to już właściwie południe, a zachód planowany za kilka godzin, więc… taki leśny dzień, dzień specjalny, liściowy, gałęziowy, ze ścieżką skręcającą… taki, z jednej strony zaplanowany, ale z drugiej, całkowicie nie.

Bo przecież mogę wybrać…

Chociaż padało, więc jednak może drogi i to te bardziej ubite.

Nie oszukujmy się, pewno, że można się wybrać tak na pałę w las, można spokojnie leźć, ale też można pogrążyć się w dziurze po pas i już tak zostać i ptaszki se uwiją we włosach, czy tam szkielecie myszki nrki, no wiecie, w lesie nic się nie zmarnuje, a i wciąż bleblają o tym, że chcą zostawić i to i to, żeby nie wycinać, ale prawda jest taka, że od frontu to może i nic nie poszło, ale wystarczy zzatrzymać się na obrzeżach Almindingen, tuż przy stwie, gdzie drzewa się pochyliły, gdzie ścieżkę rybacy wydeptali, gdzie jeszcze jakaś zapomniana, odważna lilia wodna się kołysze…

Rąbany nenufar no!

I jest facet ze spławikiem, ino co wyławia… może jakieś stawowo-jeziorne szuwarkowe damy? Może i one tam mieszkają i właśnie bezczelnie są mordowane w imię czyichś wymagań dietetycznych?

Marchewki też mają mózgi!!!

Nie mówiąc o kalafiorach. LOL

Ale… jest takie miejsce, które jeszcze wciąż żyje…

Jeszcze nie wycięli, więc mijamy mężczyznę ze spławikiem i dom, który jest tylko i wyłącznie budynkiem tęskniącym i po prostu idziemy w las. W oną zieleń na obrzeżach i rdzwą i czerwoną i żółtą, i oczywiście podmokłą. No przecież woda telepie się od lekkiego wiatru, od mglistości jakiejś, więc…

Tak, jest i mgła.

A za zakrętem ona cisza lesistości iglastej.

Cudownie głębokiej, ciemnozielonej, msznaej dołem, gdzie widać one maciupkie choineczki, które człek chciałby zabrać do domu, posadzić, mieć, opiekować się nimi, by nikt ich… nie da się, za krótko żyjesz człowieku, by ochronić las… możesz zasadzić, ale i tak przyjdzie ktoś, kto to zniszczy, więc…

… cieszyć się należy tymi miejscami, które wciąż są i oddychać. Bardzo oddychać, do końca oddychać, naprawdę. Bo przecież to wszystko może zniknąć w każdej chwili. Mogę przyjść tutaj za kilka dni i już ich nie będzie. Onych prostych sosen, pięknych, powalających oną dostojnością i tych bulw ziemno/pniowych… wyglądających hjak owłosione trolle czy domki skrzacie, skryte przed wzrokiem niepowołanych…

Bajecznie.

Zielono.

Z tym światłem, późnym już, znikającym, to się pojawiającym… to wszystko wydaje się być jakąś magią, która jest tak ulotna, niepewna, ale też spragniona uwagi, kogoś, kto ją przyuważy i nie uwierzy, ale będzie wiedział… poczuje ją. Zrozumie. Uzna za część siebie samego… po prostu…

Takie miejsce.

Niewielkie… dziwnie zagubione…

Tak bardzo chcę, by nikt go nie zniszczył.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Szus została wyłączona

Pan Tealight i Zniknięty…

„No wiecie, był Zniknięty.

Nie, że niewidoczny, czy coś, ale właśnie taki zniknięty…

… taki nagły i powodujący poruszenie onych skrzydeł motyla, mitycznego, legendarnego, a ten motyl to serio i szczerze skurczybyk był i wredota wszelaka. Może i śliczny, barwny taki, ale jednak skurwy… no chamówa i tyle. Kompletne niewychowanie, pierdolnik chciwy i mocno roszceniowy…

Naprawdę.

A może, może jednak lepiej w to nie wierzyć?

Wiecie, w niego… może lepiej wierzyć, że skrzydło motyla nie powoduje onego POCZĄTKU wszelakiego i mocnego, który zaczynał cały tok zdarzeń, na końcu którego akurat wy obrywacie i tyle… i on był też tym, wiecie, zarazem i początkiem i końcem wszystkiego, dlatego taki był…

Zniknięty.

Nie, że całkiem go nie było widać, ale jakoś tak nie widziało się go, bo coś tam odpychało wzrok od jego postaci, a może i… nie było też po nim śladu żadnego. Ni papierów ni w mediach, ni we wszelakich tam mediach elektronicznych i tak dalej, no wiecie jak to jest. Po prostu był i go nie było.

Choć…

Nie no, był też trochę jakby niewidzialny, ale Niewidzialni nie chcieli go przyjąć do swojego grona, bo… bo jakoś im nie pasował. Wiecie, to jednak dziwna elita, mają swoje zasady i okay, mają w końcu do tego prawo, czyż nie? By czuć się bezpiecznymi w swoim dziwnym, zamkniętym kręgu, którego widział nikt…

A Nikt…

Tia.

Z nim to dopiero było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mgły Avalonu” – … tak. To była jedna z pierwszych książek, które zwyczajnie musiałam odzyskać. Po prostu… tak wiem, cała ta sprawa z autorką, ale ja raczej lubuję się w oddzielaniu autorów od ich dzieł. Serio, można zwyczajnie lepiej żyć nie znając ludzi, bo każdy ma coś za kołnierzem…

W sprawę rodziny autorki wdawać się nie będę.

W sprawę książki… no cóż, miałam pierwsze wydanie, tego nie odzyskam… było mniejsze i sczytane mocno, bo jakoś wracam do tej książki ciągle i ciągle i wraz chyba z wiekiem rozumiem więcej lub mniej, widzę więcej lub mniej, łatwiej mi wchodzi lub gorzej… no wiecie, czas zmienia i nas i to, co czytamy… a może to książki dorastają wraz z nami? A może nie… niektóre tak mają.

„Mgły Avalonu” – w rzeczywistości książka, która zwykle pojawia się wszędzie jako pojedynczy tom, a naprawdę jest taką pseudotrylogią… zaskoczeni? Ha! No więc tak, istnieją jeszcze dwie o wiele szczuplejsze opowieści z tego świata, z tymi bohaterami, nie wszystkimi, po które warto sięgnąć jeśli, no właśnie, jeśli je znajdziecie. Ja już nie znajdę, bo raczej ich nie wznowią, a sama nie zaryzykuję książek używanych… oj nie. Mam teraz taki uraz i PTSD po tym napadzie żółtej febry na moją biblioteczkę… jak ktoś nie pamięta, 5000 książek zbieranych przez życie, wyznaczejących moje najważniejsze momenty poszło się… no tak…

To wciąż boli…

A ta powieść.

Cóż, została odzyskana. Ale nie jest taka sama… jest dziwnie inna, choć to wciąż ona, miecz i on i jeszcze… no właśnie, tu trójkąt, tam trójkąt… wiecie… to opowieść tak bogata i pokrętna, tak wchodząca w mitlogie i z nich wypływająca, że… Morgan, Morrigan, Pani Jeziora, Artur… tak… wszyscy tu są.

I więcej…

Bo tej książki nie da się ot tak opisać. Ale tu jest i fantastyka i historia i jeszcze domysł, pomysł i marzenie, miłość i magia…

Wszystko.

Poranek…

Po raz pierwszy od chyba dwóch lat mi się udało wyjść z domu rano.

Wyjść z domu samej.

W ogóle ostatnio, od jakichś 3, 4 lat nie wychodzę sama. Depresja jest zwyczajnością, więc lepiej się z nią nie obnosić. Samotnie. Ale tym razem, no wiecie, pewno i łatwiej jak jest tak ciemno i zimno i nie ma nikogo i wszelako, jakoś tak, jestem sama i morze i kilka mew i jeszcze gromada kaczek i jeszcze…

Jeszcze jakiś samochód w oddali.

Wiecie.

Ona posezonowość cudowna.

Pustka jest czymś, czego tutaj należy doświadczyć. Onego bycia sam na sam ze sobą, z naturą, może z muzyką, można przejść przez cały soundtrack z Romea i Julii… ktoś pamięta ten film z Di Caprio? Pewno nie, kiedy to było, kurna, jaki to jest majstersztyk. Zwyczajnie, piękny… obejrzyjcie sobie.

Ale…

Pustka, wschód słońca… piękno.

To było raczej jak starożytne, egipskie powitanie słońca. Oczekiwanie na barkę, wszelako przejście na drugą stronę… nic spektakularnego, ale było tylko moje. Tylko wtedy, tylko w tamtej chwili. I już. Wszelako zaskakująco w końcu mój. Ona szarość najpierw i kilka kolorów, no i morze, które nagle bursztynowieje, potem wchodzi w pomarańcz, a miejscami wciąż jest dziwnie nocne, uśpione mocno, jakieś takie leniwe i na pewno z nieumytymi zębami…

No co?

Bo morze ma swoje tajemnice.

I wcale nie chce ich zdradzać, oj nie.

Ale wschód to nie tylko morze i kaczki, które szaleją sobie w wodzie, by nagle utworzyć procesję powitalną. Żeby nie było, mam zdjęcia, może kiedyś je zobaczycie, może nie, ale wyglądały majestatycznie unosząc się na horyzoncie… witając pojawiającą się czerwoną kulę… a raczej czerwono białą, taką w paseczki…

Taką dziwną.

Lecz najpierw… najpierw była cisza i kolory i oczekiwanie. Niebo bez chmur, ale z oną nikłą ferią barw, która pluskała w wodzie, pełgała po wodorostach, nagle wszystko ogrzewała, jakoś tak, nagle zrobiło się strasznie ciepło… nagle, na chwilę. A może i na dłużej, nie wiem, bo czas nagle jakoś tak zwolnił… nie wiedziałam nawet, że łaziłam przez ponad 3 godziny.

Dziwne.

I kolory zaczęły się ładować i kaczki ożywiać i nagle ta kula wzeszła i wszelaka spokojność morza nabrała jeszcze bardziej ognistych barw i nagle… nagle wszystko się skończyło. Jakoś tak. Wschodziło, wschodziło i nagle opadła na to liniasta chmura… liniowa? No taka zaskakująca, nagła, specjalna.

A potem…

A potem wszystko spowił havgus i zrobiło się zimno, słońce znowu wyszło, ale już dziwne, mroźne i ostre, już pozbawione onego jesiennego, miękkiego blasku i wrażenia. Ale havgus woli widać takie klimaty.

Widać jakoś tak…

I siedząc na nabrzeżu, na zimnym betonie – nic śmiesznego, nie polecam – patrzyłam w słońce i w mglistości tej dziwności morskiej, prawie słonej… i w oną rdzawość wodorostów i jeszcze… łódki kołyszące się w malutkim porcie w Melsted. I wszelaką zmienność i jeszcze, oczywiście… nicość.

Nicość wszystkiego.

Nicość we mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zniknięty… została wyłączona

Pan Tealight i Kazalnik…

„No stał sobie taki, na poboczu.

Niby to wygódka, niby Budka Spowiednika, tak, one też tutaj bywały, wszelko mocniej skryte, ale jednak, bywały… rzadko dawały się odkryć, bo wiecie, przejmowanie cudzych grzechów było nader męczące i nadwyrężało deski, ale czasami w lesie, tuż przy drodze, czy przy kałuży z dziwnie nieruchomym lustrem wody leżały listki, na których spisane nader eleganckim i drobniutkim niczym gówienka mrówcze pismem, spisane zostały wytyczne… jak dojść, co przynieść, co się dostanie, jak i za ile, po co i na co… no i oczywiście, miejsce do zaznaczania, że nie jest się robotem.

Nie, nie był to wcale a wcale jakaś rasistowska uwaga, zwyczajnie…

… rdza.

Budki Spowiednika czasem jednak przyjmowały ludzi w takich ilościach, że z lasów wychodzi odmienieni, rzucali swe dotychczasowe istnienie i na przykład zostawali malarzami, czy parali się innym artyzmem, wiecie, albo przebierali gacie, wracali z kanapkami i termosem herbaty i siedzieli na pniu póki nie wrośli w niego… jakoś tak, tak jakoś… stawali się jednością.

Jakoś.

A Kazalnik… oj, ten to miał tupet.

Więcej, miał go w sobie tak wiele, że wylewał się z niego, krzyczał, wrzeszczał, machał flagami neonowymi i jeszcze obiecywał wszystko. Za nic. Tylko za słuchanie, tylko kto w dzisiejszych czasach umiał słuchać?

No kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co do Halloween, to wiecie, nie ma.

Nie oszukujmy się, bez urazy, dynie i pewno jakieś imprezki może se dzieciaci robią czasami, ale cukierków raczej nie kupuje. Tym bardziej, że ci, co byli dziećmi jak tu się wprowadzaliśmy, teraz już są za starzy na takie zabawy, a cała reszta albo już na dzieci za stara, albo jak sąsiedzi, gdzieś wyjechali…

Tudzież sąsiadka… ta od tego remontu, wiecie.

Na zewnątrz ciemności wszelakie… pojedyncze lampy dają tak mało światła, że właściwie wyglądają jakby cyklopi nas mieli najechać, ale co tam, w oddali ciemność, po prawej, na morzu też cisza. Nagle wiatr trochę się uspokoił. Wszystko tak jakoś dziwnieje, spowalnia jeszcze mocniej…

Tak, już po lecie, ale czy po sezonie?

Wciąż jeszcze jakaś Turyścizna się plącze pod nogami zaskoczona, że jakoś tutaj to nie ma w sklepach wszystkiego. No wiecie, człowiek się przyzwyczaił do jednego rodzaju masła i braku zbytków, ale jednak… niektórych wciąż to szokuje. Mnie na przykład zaskoczyły cudeńka w Normalu.

Wykupiłam dwa, jeszcze jeden został!

No co?

Powstrzymałam się. A takie słodkie kubki z gorącą czekoladą, wiecie, jak to pokazują te wszekaie Influensery!!!

Nosz marzenie takie miałam i voila!

A i przecenione okrywki na doniczki w Netto, metalowe!!! Deal miesiąca!!! Pięć koron mniej. Ale na dwóch to już 10. Widzicie jakie człowiek może mieć rozrywki jak biedny i niedopieszczony galeriami jandlowymi?

Ha!!!

Ale…

Wróćmy do ciemności.

Bo ciemność piękną jest.

Nie wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że ktoś brzydki jak noc, tudzież nawet noc listopadowa? Serio? Noc jest piękna, niesamowita i kreatywna szalenie!!! Aż szalenie!!! Naprawdę!!!

Noc, ciemność sprawia, że tak wiele widać. Nagle czuć więcej na dłoniach, twarzy, nawet włosy coś szarpie. Wiatr, poszarpane prześcieradła niewidzialnych duszków… kto to tam wie, nie do końca przecież widać, ale z drugiej strony widać… widać coraz więcej jak tylko pozostaniecie w onej ciemności. Pokochacie ją… pozwolicie sobie tylko na blask świecy, na jakąś poświatę z lampionu i nic więcej…

Nic, kompletnie nic.

Ale najlepiej po prostu poczekać.

Wiecie.

W onym, jeśli będzie wam taki czas dany, momencie zapadania ciemności, zamknąć oczy i choć spod powiek wciąż widać poświatę, to jakoś tak, już jesteście przygotowani, ale na co? Na prawdę? Może? Może właśnie w ciemności kryje się prawda, szczególnie tutaj? Bo tutaj ciemność jest prawdziwa. Czasem zakłóca je słońce, czasem gwiazdy czy księżyc, albo na przykład światełka, one choineczki kręcące się na morzu, które skrywają się tutaj, po tej stronie Wyspy, by uciec przed wiatrem…

I nic więcej.

Prawda.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kazalnik… została wyłączona

Pan Tealight i Załamanie Anerwowe…

„Po drodze toczył się pierścionek zaręczynowy…

… kamień chyba słabo był w nim osadzony, albo wiecie, jakość jak zza budki z piwem, gdzie sprzedadzą i dobre i to niby całkiem złe, byle ino jakoś tak, prześwięcei przekonujący są jednak, więc…

… plastik fantastik… może wypadł, może się słukł, a może nigdy go tam nie było, między onymi malutkimi ząbkami…

Pokrzywionymi, porysowanymi.

Nie utrzymały, a może też i nie chciały trzymać, takie wiecie zrezygnowane, całkowicie poddane onej depresji wiążacej się z niewypełnieniem przeznaczenia, bo przecież miało być szczęście, miała być radosność, może i filmik na TikToka, wszelako lajkowany po niebiosa, co to boomnie się i przedostanie do mediów wyższych… a może i jeszcze dalej, kto to wie, tyle w dzisiejszych czasach można z niczego… a przeież miłość się sprzedaje. Tylko, czy to była miłość, czy ino jakieś interes. Może nie do końca przemyślany, może nie do końca pewny, wszelako się trzęsący, upuszczający najpier pudełko, chiwla śmiechu, potem to kółeczko złote z kamyczkiem…

… potem bez kamyczka.

Wiecie…

Tak to bywa, czasem wszystko to w głowie wygląda całkiem inaczej niż wtedy gdy dzieje się naprawdę i nie ma nawet muzycki, a to co wcześniej se nucicie pod wąsem, cóż, nagle brzmi prawdziwie… fałszywie…

A, Załamanie Anerwowe też się toczyło.

Lubiło błyskotki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr znowu wieje…

Oczywiście sąsiadka musi robić remont… pierun wie, co tam jej w środku wymieniają, znaczy nie mówię, że w niej, w sąsiadce, architektonicznie, no weźcie, wiem,  że to jesień i niektórym się marzą jakieś zajęcia pratkyczne, ale to. Może i to głośna sąsiadka, no i dziwaczka, kurde, JA to mówię… LOL ale jednak, babka chyba całkiem mocna, sprawna i zaradna. Czyli…

Taki facet.

Znaczy wiem, że w dzisiejszyh czasach nie wolno uogulniać, czy jakoś tak, no i wszelako, ale to Dania, to Wyspa, tu kobiety są inne. Twardsze, a mężczyźni są słabi i naprawdę, jak ino znajdą taką kobietę, wiecie, bardziej wrażliwą, to strasznie po niej potrafią pojechać… tyż oberwałam.

Mocno…

Od obcych.

Ale spoko, oberwałam od płci obydwu, więc niby po równo. Ale wiecie, remont. A remont w domkach jednorodzinnych, co to stoją może nie przy sobie, ale blisko i echo jest i w ogóle śpicie od strony remontu… no po prostu kuźwa mać. W nocy spać nie można, w dzień próbujecie i macie przejebane, bo się nie da…

Chyba wymienia okna.

Chociaż…

Może i jakieś ciemne wrota otwiera? Może rzucili je przecenione w Kvickly czy Sparze? I ja o tym nie wiem? ZUO! LOL

Bo wiecie, może i u nas ono halloween to takie pic na wodę fotomontaż, ale jednak… są jakieś członki do kupienia w Dagli…

Nie takie członki!

Rany!

Takie, to chyba ino przez sieć? No wiecie, przyznam się, że nie kupowałam, kiedyś pamiętam jakieś coś było, ale to ino pyłek i błagam, ohydne to było, ale może w dzisiejszych czasach to wiecie, poszli dalej? Na pewno poszli, ale ja telefonu nie mam, więc wiecie, se aplikacji nie założę…

Zapiszę?

Zaloguję?

Ale, wróćmy do sąsiadki.

Otóż chodzi o to, że ona lubi trzaskać. Nie, nie wiem czy trzaskać po ryjach przypadkowych przechodniów, ino lubi drzwiami i innymi furtkami, bramami walić i napierdalać mocno, wszelako dźwięcznie, wygrywając melodie wkurwiające i przerażające, jak tak człowieka z nienacka dorwie… na przykład wraca mocno wieczorową porą, ty już w medytacji przed snem, a tu JEB!

No i po spokojności.

W kiwimago poszło wsio!

A teraz ono rycie i walenie do trzeciej… i jeszcze ten wiatr, co znowu wieje i deszcz i wszelakie szaleństwo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Załamanie Anerwowe… została wyłączona

Pan Tealight i Skrzacińce…

„Nie chciały iść spać.

Mówią, że imprezują cały czas poletni, bo wiecie, one nie rozróżniają, one tylko mają czas zimnawy i zabawowy, więc… no dobra, zabawa to też praca, ale jednak… co się uchichrają to ich. Zaginione gacie, skarpety, dziwne koraliki, co to potem się okazały, że grały i nim się cudeńko wyczerpało, to jakoś takoś, no po prostu amba im odwalała. Ale jaką miały zabawę, no po prostu mega.

Albo jak znaleźli te dziwne wibrujące cudeńka, a jakei one miały kształty, no jak te rakiety, co to kiedyś zapierdzieliły wkurniczającemu je maluchowi z sypialni. I tak z nich wyrósł, ale to potem wyszło, że chyba one drogie były, czy coś, no i trochę się sprawa rypła, ale przecież… kto by uwierzył, że to one?

Kto by w ogóle uwierzył, że istnieją?

No kto?

Ale to było lato.

One podkradzione lody i frytki, podwędzone ryby z wędzarni, postraszone mewy, ale i te, na których latały, albo ta spółka z wronami… Nie do końca mądra wiedźma wynajmie Skrzacińca bez ograniczeń i bez odpowiedzialności. No wiecie, takie to było lato, a Wiedźma Wrona… ona je kochała.

Ale nie hałas.

I nie bałagan.

Ale jakby, te wiatry, te podwiewy i zwiewy… nie, nie sprzyjały snom jakimkowleik, więc się Skrzacińce zbunkrowały i Kunstshedzie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i zwyczajnie coś pędziły. I to nie kozy na zagony, oj nie, coś we flachach, butlach brzuchatych… bulgoczące i bańkujące na tęczowo… i coś co padlinką jechało oraz landrynkami migdałowymi…

Ech, każdy ma problemy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zielarnia” – … tak. Szukałam książki, którą będę mogła uzupełniać. Wiecie, wsadzać własne zapiski, karteluszki, dodać z tyłu kopertę i wsadzić tam zasuszone liście.

I znalazłam.

Bo to kapitalna książka. Właśnie o ziołach i o tym jak z nimi żyć. Ale nie przepełniona dziwnościami, niosąca w sobie raczej wiedzę podstawową, zbiór ziół, drzew, naleweczek… znaczy. Od początku. Książkę złożyli razem naukowcy i pasjonaci, więc jest grubo. Mamy wstęp, obszerny, 170 poduktów opisanych, schorzenia, które się nam najczęściej przytrafiają i co na nie, wraz z genialnymi odnośnikami… i jeszcze ziołowy salon piękności. Szczerze, to opowieść o ziołach, oczywiście ilustrowana, jest i zakończenie, gdzie nie zapomniano o skorowidzu, budowie roślin, co pozyskiwać… ale najbardziej oszałamia mnie właśnie ten kapitalny podział. Odnośniki, dodatki, uwagi, ciekawostki, wszelakie smaczki… bo wiecie…

Niby człek wie, krwawnik, brzoza, sosna, mięta, majeranek, kocanki… możnaby wymieniać, ale ja na przykład często mieszam nazwy, czasem czegoś czy o czymś zapomnę, więc warto… warto mieć tę książkę przy sobie.

Szczególnie teraz.

Niektórych może przerazić naukowość pozycji, innych znowu zdenerwować, że niby zaśmiecają, po co tu układ trawienny człowieka… a no potrzebny. Bo przecież warto se przypomnieć to, co niby się wie. Warto. Warto ją mieć, przejrzeć, poczytać, odłożyć, a potem zwyczajnie wracać, zadawać pytania, szukać, dodawać swoje notatki… chociaż kilku kartek pustych tu mi brakuje, ale to kredowy papier, więc raczej się nie dziwię. Dodać do książki notatnik lub własny zielnik…

I mamy ideał!!!

… rzeźba.

No więc tak, jakby to ująć… w stolicy Wyspy naszej mamy pewnej rodzaju ozdoby. Pewnego rodzaju ozdoby się znaczy… tak naprawdę to mamy ich wiele, bo są i upamiętnienia II wojny światowej, są i jakieś tam malowania, są brzydkie są ładne, rzezania czy inne rzeźby, jest i twarz w płocie, murku się znaczy… są architektoniczne perełki, ale ogrody, którym trudno się oprzeć…

No i oczywista muzea czy galerie…

Nawet pod nogi warto spojrzeć.

Szczerze, przy rynku szczególnie, się możecie poczuć jak ten chłopiec co lubił ptactwo wodne latające… no wiecie, z bajki Selmy… Nie wiecie? Ojejku, to kupa, szwedzka bajka taka, ale u nas jakoś tak, przez polityczne pomieszania i inne szaleństwa to ptactwo wodne jest zauważlne i w rzeźbie i bruku.

I na talerzu pewno też.

Co u niektórych.

Ale… o czym to ja? Już wiem, po pierwsze paznokcie muszę spiłować, bo za długie o oksymorom milimetra, ale czasu brak, nie rozumiem jak ludzie z takimi szponami używają klawiatur. Szczerze…

Nie kumkam…

Co ja chciałam?

Ano rzeźby na rondach.

I to w ekologicznym Eldorado… tak kiedyś u nas było, że wsio zieone i w ogóle. Tacy jesteśmy awesome i po prostu cmok w zadka tłok, ale… jak przychodzi co do czego, to tnie się, wyrywa, usuwa i stawia mur.

Albo kopię kościoła chyba z Nyker?

A może Nylars?

Nie pamiętam, bo staram się nie patrzeć, wolno mi, bo nie prowadzę, ci co prowadzą niestety wjeżdżają albo wyjeżdżając z miasta na ogromny szrot ze złotym czubkiem, który rdzewieje i ogólnie wygląda jak marzenie zbieracza złomu. Aż mnię samą korci, wam się przyznaję… No korci mnie to wziąć i zawieźć gdzieś… i niech mi płacą, bo posprzątałam… ale wiecie, artyst to postawił i umarł, więc pewno wartość wzrosła, albo się pojawiła, czy coś… no straszne to.

Drugie to wspomniany kościół zwany smerfowym domkiem.

Jest… dziwny.

Nie wiem jak to opisać, ale postawienie tego w kopenhadze miałoby sens, ale u nas? Przeca my mamy takie 4, a i piąty podobno gdzieś legendarny… no i… wiecie, bo cały problem w tym, że obstawić postanowili w ciągu kilku lat ronda trzy, więc… na trzecim jest taki beton wylany, uformowany… ktoś przyrównał do resztek muru berlińskiego. Wciąż nie wiem co to dokładnie i kto to…

Ale, tam wcześniej była zieleń.

Teraz jest sztuka.

Czasem sztuka zabija. Szczególnie jak dostaniecie z takiego zabytkowego obiektu broniowego, czy też spadnie na was zbroja… albo wam siada poczucie estetyki, gdy piękna lipa cichaczem nocą zostaje wyrwana by stanął domek dla Smerfów… czy innego dziwnego luda, bo nasze underjordiski tam nie wlezą.

Oj nie, mają swoją dumę.

… a o co chodziło? No wiecie, o prezent, którego odmówić nie można, a teraz trza dbać… a przecież nikt tego nie chciał.

Choć wróć… pamiętam rozmowę, a dokładniej wyzwiska kierowane ku mieszkańcom, że niby na sztuce się nie znają… ekhm, wyspy mają to do siebie, że artystów kumulują, więc widać coś nie tak… niczego już nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skrzacińce… została wyłączona

Pan Tealight i Poplątaniec…

„Wiatr go przywiał.

Chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, wiecie, tak jakoś coś mu się przykleiło i po prostu, no nie chciało się odczepić, aż w końcu… tutaj, w tym miejscu odpadło, nie swędziało więcej, więc sprawa z głowy.

Wiecie…

Znaczy wiatrowi, czy też wiatrom, tak szczerze, to czasem się czuje, że jeden jest na górze, drugi dołem pomyka, ale częściej nie wiadomo czy to jeden tkający materię wszelakości, łańcuchy i warkocze czasu, czy też wiele z nich łączących się i dzielących według ino sobie znanych planów tudzież, może i jakichś pomysłowości… albo też czegoś jeszcze innego… systematycznie powtarzanego od początków świata?

Może.

Ale tak, czy inaczej… Poplątaniec wylądował na Wyspie i od razu ruszył w drogę, bo wiecie, oni z tego rodzaju, to jak rekiny, jak nie łażą, to zasypiają i zanikają, a przecież on był młody i świeży i miał wizje i pomysły i jeszcze… pragnienia, więc od razu zaczął biegać dookoła Wyspy w tych swoich gaciach obcisłych i kamizelce podobnie ujawniającej każde zakrzywienie czy wypukłość…

Czy coś.

No co?

Było widać!!!

No i te jego stukające dziwnie buty, rany mołzesy, jak to tak można być tak cichym i głośnym jednocześnie? Bo przecież biegał w rytmy najszybszych z witrów, więc dźwiek ino efektem był tego tam, jak mu tam… Dopplera?

Też podobno tutaj mieszkał…

Choć nie żył? Ten Christian Andres…

Dziwy panie… dziwy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr i campery…

No dobra, najpierw one, do 3,5 tony.

Otóż, pewno, to wszystko nagle stało się jakoś tak bardziej popularne. Kont na YouTube o vanliferach cała masa. Jedni w autobusach, inni mniejszych vanach, jeszcze inni w karetkach sprzed wieku, wiecie, co kto umie wyremontoać, zrobić z tego w środku prawie dom, niektórzy mają i łazienki…

Ale…

No właśnie, chcą się w tym przespać, chcą… mieć najlepszy widok, więc parkują zaraz nad brzegiem morza i walcz teraz człowieku o samotność, swobodę i tak dalej, o chwilę ciszy i spokoju. Głośni i śmierdzący, serio, nie wiem jak to jest, ale właśnie to czuję… inaczej jest na campingu, gdzie, wiadomo, wsio podłączone gdzie ma być, woda jest, kibelek, prysznic, można namiot dostawić, widoki zejście do plaży też jest…

… więc czemu pod Hammershusem wolą sterczeć.

No czemu?

I to jeszcze są cholernie agresywni… znaczy Turyścizna, nie że same maszyny. Chociaż, kto je wie… serio, to wszystko oczywiście zamyka się w onym: nobody cares. Bo przecież to nie ich miejscówka na zawsze, nie ich świat, to tylko chwila, a dla nas rozpierodlone życia, kolejne próby… leki, kolejne…

Zwątpienia.

Bo ludzie, którzy pojawili się tutaj naście lat temu, dla onej zieloności, artyzmu i spokojności wszelakiej… teraz padają albo uciekają, jeśli mogą… bo można kochać tę Wyspę i jej nienawidzieć.

Można.

A wiatr…

… no tak, trzy dni, prawie cztery wyjęte właściwie z życiorysu.

Naprawdę.

Ten pierun był tak długi i tak mentalny, a jednak nie pozrywał wszystkich liści, na szczęście, może jednak będą jakieś zdjęcia, może jednak się uda? Może… no wiecie, przecież kurcze już tak dawno onej barwnej jesieni nie było, bo wciąż wiatry i wiatry i liście znikające… już nawet wysnułam teorię o pożeraczu onych cudowności. Wiecie, liściowych cudowności… pięknusich.

Ale ten wiatr…

… tym razem przyniósł tylko strach, wszelakie obawy i dziwne tkliwienia gdzieś tak w środku, gdzieś w onych głębiach siebie, o których istnieniu nawet się nie myślało. A może starało się o nich zapomnieć?

Nie wiem.

Nie pamiętam.

Wiem, że to był koszmar. Nawet leki nie pomagały, a to już oznacza rekordowy zjeb wietrzny. Ale wiecie, wyspa, co nie? I to jeszcze byliśmy po zawietrznej, na dodatek ona popełniowa dziwność w atmosferze, a jednak… można się było przejechać na dynie na marken. Kurde, ale mają czadowe cudowności tam. Seler i inne takie zamrożone na zimę. Ale sałatkę zrobi się, mam nadzieję, wcześniej.

… wsio się zobaczy.

Wiatr ucichł i jakby coś z człowieka opadło…

Lżej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poplątaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Pomieszaniec…

„Obwieszony łyżeczkami, przyczepionymi do szerokiego, skórzanego płaszcza jakimiś drucikami, czy czymś… sznureczkami, metalowymi zaszywkami, klamerkami, no serio, sznurków tam może nie było kolorowych, raczej wsio utrzymane w naturalnych mocno, ziemistych barwaach, ale jednak… kurde, jakby taki żółty czy czerwony i niebiesi nie były naturalne… serio?

O czym tu się gada?

O czym w ogóle pisze? O jakimś osobniku zakochanym we własnym odbiciu, czy spożywaniu rzeczy wszelakich ino jednym sztućcem, ale za to w wielu odcieniach sebra, złota, wszelakich metali znanych i nieznanych oraz kamieni czy drewienek… ojojoj, niektóre to takie rzezane były, jedna nawet w gołe baby. No co? Przecież tam mu wisi, no tam niżej no, pod paskiem!!!

… ale za to jakie łyżeczki…

… łyżki, chochle i kopyście.

No naprawdę, nawetmiał takie odłączone od tych zestawów wszelako podróżniczych, które spięte z widelcem i nożem krojącym kompletnie nic… zawadzały na biwakach i robiły za zawsze się wyginające śledzie.

No i miał też jedną na szyi.

Tylko jedną.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie cisza i spokój.

Ludzi raczej mniej, ale z racji mijającego sezonu dyniowego, wiecie, u nas to inaczej mija… LOL kartofle ważniejsze… więc las pusty, czasem ktoś przemknie, ale jak się zna miejsca, to można się zaszyć, tylko, że wiatr pizga, pełnia, nie no, co się dzieje?

Najgorsze, że to ten wiatr, który bardzo boli…

Za to w mieście na one ferie ziemniaczane przeceny były, że ho ho, sklepy się zamykają, niektóre na zawsze, więc wiecie, w końcu niektórych na coś stać… bolesna prawda, ale nie oszukujmy się, taka ona prawda i tyle. Jedni tworzą, wytrzymują sezon i znikają, najpierw oblani laurami, litrami laurów… znaczy pewno taka woda po ogórkach, LOL no serio, artykulik w gazecie nawet mi proponowali, więc…

Czasem jest nudno.

Ale… dziwnie boleśnie odczuwa się, gdy zamykają te miejsca, których może człek nie użytkował, ale jednak…

… były…

Stanowiły taki pit stop, takie maybe kiedyś, może się zdarzy… no wiecie, się zdarzyło, ale dlaczego tylko teraz, dlaczego już nie będzie onej kolorowości, inności, może i jeszcze zmienności, może… a te galerie, które porodziły się, nie wiem… jedne mnie przerażają, inne fascynują, a jeszcze inne przerażają i fascynują, ale wiecie, jednak… no dobra, wleźć i pooglądać można, można i je opisać…

Czy kupić?

Ale ja se sama maluję.

A jak kupuję, ekhm, wolę raczej nie oryginały.

I tak jakoś ciepło było przez ten początek października i jakoś nawet często słonecznie i zdjęcia można było robić i spacery uskuteczniać i w ogóle… szczerze pięknie, a teraz, co będzie… czy rzeczywiście możliwe jest tutaj…

Całorocznie?

Co roku pojawiają się ludzie, zwykle przyjezdni, głoszący zmiany, ich chęć i tak dalej – przyznaję, że sama miałam takie plany, wiecie, zrobić stronę, żeby w końcu było w kupie to co artystyczne, ale… tia, nie wyszło. I co roku pojawiają się tacy jak my, co to chcą, ale… he he he, po pierwsze, tutaj wszyscy by chcieli za darmo, spróbujcie być influenserem w Danii. Ubaw roku… oni jeszcze…

Chyba nie do końca…

Wierzą, że to działa?

Tutaj brak wiary, jak i w innych rejonach. No wiecie, takie typy i tyle. Pokazujesz im, że działa, powinnam sfotografować ich miny jak widzą ile mój własny pluszak ma onych „znajomych”. No szczerze… kopary lecą, aż można zbierać ząbki, ale wiecie, niezłote, więc po co. Ino one amalgamaty.

Ech.

Ale… całoroczność.

Temat, który pojawia się sezonowo, czasem już wkurza. Nie oszukujmy się, już szczególnie w tych czasach, gdy u nas nie ma pandemii, możliwe że ino czasowo, ale jednak… no nie ma, więc wiecie… ludzie tutaj pracują pół roku i potem pół chcą odpoczywać, tudzież tworzyć, wiadomo…

Niektórzy planują, inni się wyprowadzają…

Normale.

Dlaczego?

Bo przetrwanie tutaj później jesieni, zimy i wczesnej wiosny dla wielu jest po prostu nazbytnio depresyjne. Wykańcza nawet. Ja tam lubię, ale rozumiem, te wiatry, szarości, brak konsumpjconizmu, bo sklepy pozamykane, no jak się człowiek, wychowany w świecie kontynentalnym ma ogarnąć?

Nie pójdzie na spacer do supermarketu…

Znaczy… wiecie, to Wyspa.

I można się tutaj zabawić poza latem, oj można, ale tutaj potrzeba wyobraźni. Naprawdę. Wielkiej czasem. Często i zawsze nawet. Własnych pasji i umiejętności. Ale czemu nie? Czemu nei spróbować raz?

Bo mogą wyłączyć prom do Sassnitz i kupa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomieszaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Sekwoja…

„Rosła na brzegu wszelakiej parkowatości… dziwnie spoglądając na drzewa, których tutaj kiedyś nie było, na oną rzeczkę, strumyczek leśny właściwie, taki, który to sie pojawiał i jeszcze potem znikał i znowu pojawiał… i na one grzyby nagle się pojawiające, i jeszcze te trawy dziwne…

I drogę.

I ścieżkę…

I dziwne, poruszające się gule pod omszeniami, pod iglakami wysokimi, prostymi, ino górą zielonymi… kryjące w sobie byty, o których wielo wolało nie rozmawiać, inni znowu udawali, że nic o nich nie wiedzą, jednocześnie dokarmiając je i podsyłając prezenty na wszelakie święta, które wyznaczał ich kalendarz i innych kalendarz… wiecie, lepiej się zabezpieczyć ze wszystkich stron.

Naprawdę…

A Sekwoja tylko rosła, obserwowała i uczyła się… od lat.

Uczyła się i ich i innych i ludzi i przejściowych i tych, którzy czasem spływali z nieba i tych, którzy czasem wyłazili spod ziemi i jeszcze tego, jak mówili, jak się poruszali, jak się też bawili… czasem nie do końca dla niej zrozumiale, ale traktowali ją zawsze z jakimś takim dziwnym szacunkiem więc…

No dobrze, może to niemowlę to było aż nadto i wrzaskliwe było, ale jednak ziemia wapienna się zrobiła i jakaś taka… nasycona, więc nie narzekała. Po prostu dziękowała, wiedząc, że wszystko nagle może się zmienić. Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane…

… Ta, Która Teraz Nosi Nicość.

Która karmi Nienazwanych i Śniącym śpiewa kołysanki…

Zapomniana przez Wyspę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ale za mostkiem… magia.

Taka dziwnie znajoma. I choć kilka powalonych drzew zmieniło krajobraz, to jednak to odbicie w wodzie, ta lustrzaność, to wszystko wygląda tak bardzo niesamowicie. Nie tylko pięknie, jakby to było zwyczajnie logiczne, ale naprawdę łamiące głos i odbierające oddech. Naprawdę.

Ta cała odblaskowość sprawia, że nagle człek zapomina gdzie góra i dół, tudzież jakoś zwyczajnie decyduje się, że może tak będzie mu lepiej? Może jednak taka odmiana, woda w góze, niebo w dole, jako ona ziemia… nie no, po prostu chociaż raz, po raz pierwszy może jednak, więc kładziesz się na ziemi, na mchu lekko wilgotnym, tu po prawej kamień znowu, po lewej jakieś dziwne, cuchnące trupem grzyby… może w rzeczywistości ona miejscówka nie jest taka idealna…

Może…

No cóż, można się przesunąć, ale tam inne grzyby, więc czy w ogóle ma to jakieś znaczenie, może by tak wskoczyć w oną toń, dziwnie się niemącącą podmuchami wiatru, dziwnie oszołomioną, jakby wszystko się zatrzymało by udowodnić wątpiącym, że jednak potrafią być… perfekcyjnymi złudzeniami…

A jak wpadniecie w wodę, oto w końcu ten prawdziwy świat.

Może nawet nazwać go można niebem?

Ścieżka nie jest długa, ale dobrze patrzeć pod nogi.

Można z niej zboczyć i poczuć się naprawdę jednością z lasem, szczególnie, jak wiecie, siku czy coś… albo kanapka, chociaż nie, kanapkę to lepiej na tym kamieniu, nad wodą, by podzielić się z duchami.

Z onymi wodnymi bytami, które może tym razem zostawią nas w spokoju, bo przecież, bo przecież przed nami kolejny mostek. I nie wiemy czy będzie bardziej czy mniej spróchniały, czy w ogóle będzie, może już zniknął, a może tylko poziom wody ją zakrył? Nie wiesz tego, więc się skradasz ku niej, przechodząc obok ukrytej ścieżki, kolejnego bajorka, onej lesistości nagle innej…

I w końcu jest to zarośnięte skrzypem miejsce.

Ono prawie uroczysko z pląśnięciami i wszelakimi pluskami.

Z dziwnym trelem gdzieś tam nagle do ciebie dochodzącym, gdy szczęśliwie mniej lub bardziej dotarłeś człowieku w końcu do połowy mostu. Obślinionego przez potwory, których romantyczne wariacje na pewno tu odchodzą… yyy, kiepsko to zabrzmiało, naprawdę, ale co tam.

Licentia poetica!

No co… poszlaejmy.

I te mchy, poduszeczki małe… i nagle, pośrodku oej wodnistości, bagnistości, zieloności i niebiańskich odblasków, jakoś tak na chwilę człek przestaje się bać tej całej przestrzeni, mostów, zegarów, wody, upadku, tonięcia, niebycia, przyszłych i przeszłych problemów, niepewności jutra… i nagle, zwyczajnie tak jakoś… odpływa się… choć i wciąż stoi na moście, ot jedna , wąska linia drewna, trochę oparcia, które wilgotno wbija się pod paznokcie. Która…

Jest, a potem…

Budzisz się po drugiej stronie i nie pamiętasz co się stało.

Potem, w domu już znajdziesz zielony skrzyp pod skarpetką, ale jak tam się dostał… w jaki sposób? Nie wiesz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sekwoja… została wyłączona

Pan Tealight i Mutancik…

„No wiecie, był kim był…

Znaczy jest właściwie, wciąż… bo przecież któż z nas nie jest zmutowany? Któż z nas jest onym sterylnym układem genów… i czy w ogóle takowy istnieje? No wiecie, dziwny palec, oczy w nie takich kolorach i tym podobne, włosy, brak włosów, kształt nosa, oka, wszelakiej żuchwy…

Zresztą, co to znacy sterylny, może tylko nieznany?

One wszelkie odchylenia oznaczają li ino, iż ktoś kiedyś stworzył, wydumał sobie oną normę jakowąś, więc, może i czas normę zmienić? Bo czemu nie? A może jednak, zwyczajnie zaakceptować i normę i odstępstwa od niej? Magiczne, inne, ubarwiające codzienność wszelaką…

No bo inność…

Czym jest naprawdę inność?

Czy tylko kolorem skóry w świecie jednokolorowych, że jeden ma ciapki, inny znowu kropki, czy coś w ten deseń… albo jednak, na przykład woli ubierać czarne ciuchy w mieście pełnym biało odzianych…

Albo jest Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane… i jakoś tak, zwyczajnie, kmpletnie nie pojmuje tego świata? Może to też przejaw mutacji, ino że jakiejś takiej, no wewnętrznej?

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niespokojni zmarli” – … jak na razie… chyba przedostatni tom serii? Dokładnie piąty, nie licząc oczywiście opowiadań… czy jak to jest? Nie, czekajcie, kurcze, człek się pogubił. No ale, najważniejsze, iż jest to tom, w którym nasz bohater coś czuje…

Wiecie, w rytmie serduszka i czaczy.

Jednak przede wszystkim jest w nim nad podziw mokro, aż człek musiał wygooglać te tereny. Ja nie mogę!!! Co za część świata, w której wilgoć nie jest tylko momentem, ale stałą… oto oczywiście opowieść o zwłokach. I to takich, na których ta część świata czekała. Ale wynik sekcji może zaskoczyć wszystkich, tylko że nasz bohater jakoś nie może do niej , czy raczej na jej miejsce, dotrzeć…

A poza tym, tutaj kryje się jeszcze inna tajemnica, związana z rodziną, która wydaje się być aż nazbyt pokręcona oraz… inne tajemnice, przez które zbyt wiele łez przelano, więc… jak zwykle mamy powieść głęboką, mocną i szokującą, a już zakończenie, powolne rozwiązywanie, a potem…

Szok…

I ciąg dalszy, bo ta część to początek… innego końca.

Uwielbiam tego autora.

Idziemy dalej… liściami merdając.

Nie ma ich jeszcze wiele, ale jednak są, choć zaraz, nie będzie ich. Za chwilę, gdy przejdziemy w iglastości, obok sekwoi, która tak bardzo urosła od czasu… przez te wszystkie lata.

Tak bardzo.

Bardzo bardzo, że aż oszałamia…

I te iglaki, ta droga, po której można iść i iść i wydaje się przejść świat dookoła, nagle się zapomina, że to wyspa, że jednak jeszcze gdzieś morze i tak dalej, to wszystko, co jest tak mocno znajome, ale jednak… jednak droga, brzozy i świerki, purchawki i grzyby wszelako nieznane, albo wiecie, znajome ino raz. Niby nic nie tracisz, twój wybór, chcesz to wciągasz, nie chcesz, to się douczasz i tyle.

Krok za krokiem, znowu las, jeszcze inny, jeszcze bardziej gęsty, mocniejszy, trochę starszy, iglasty prawie tylko… dołem właściwie pusta ino umszone pniaki i drzewa powalone, dwa muchomory, też wywrócone… dlaczego ktoś to zrobił… ale przynajmniej były… choć, może uda się jeszcze je znaleźć, bo przecież tutaj one wcale nie są takie częste. W znaczeniu w ich sezonie…

Trawa wciąż zielona, mchy i porosty…

I wilgotność w powietrzu, nagle inna…

Byłam na nią przygotowana, bo przecież wiem, gdzie idę, ale jednak, jakoś mnie zaskoczyła. Mocno… a może zapatrzyłam się nazbyt na one porosty wyglądające jak Hatifnatty? Nie wiem…

Może wszystko razem?

W końcu z jednej strony wiesz gdzie idziesz i mniej więcej wiesz czego się spodziewać, ale jednak, no właśnie, ono ALE JEDNAK… w rzeczywistości tutaj wszystko może się zmienić ot tak, nagle, z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Bez twojego udziału, a może jednak… efekt motyla?

Może…

Nie wiem.

Jednak dotarliśmy do jeziora… nie, to na zdjęciu poniżej to morze… do jeziora, które uwielbiam odwiedzać, kocham srać po nogach gdy decyduję się przejść przez ten mostek na oną niby wysepkę, niby drugą stronę, spoglądać na powalone drzewa tworzące niesamowite odbicia i jeszcze…

Ta skała…

Biała taka…

Ale mostek. Kurna fakt, no nie dość, że mokry i obślizgły, czego człek się mógł spodziewać, to jednak przede wszystkim jakoś tak zbutwiał od ostatniego czasu. I to mocno zbutwiał. Jak już kawałki odpadają jak się po nim idzie, to wiecie, ona toń, możliwe, że całkiem niegłęboka i tak dalej, ale jednak dziwnie pełna wszelakich odnóży… no mówiłam, że wyobraźnia działa…

Przeraża.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mutancik… została wyłączona

Pan Tealight i Zdrowa Bogini…

„Była nią przecież… zdrową wszelako, rześką, ale nie nadmiernie energetyczną, nie… raczej tchnącą spokojem… ale też, nie dającą onej spokojności innym, bo dlaczego by miała? Tak mogliby ją zmusić?

Jak?

Przecież była oną siłą odgórną, wszelako sprawczą? Była sobą, była wielkością, była niesamowitą pięknością, która tak naprawdę miała wszystko i wszystkich gdzieś. Ale to tak głęboko, że naprawdę. Po prostu nawet byście nie wyobrażali sobie, jak głębokie można mieć studnie i piwnice. I jak ich wiele! No zwyczajnie… i nadzwyczajnie obsiana była nimi jej wszechświatowość…

Bo przecież czemu nie.

Jest Boginią, będzie nią zawsze i była nią…

Bóstwem idealnym i wszelako… nie no, wcale nie była zadufana w sobie. Oczywiście, że nie, no czemu by miała być. Była Boginią, więc jakby pewne uczucia i wrażenia wpisane były w jej akta, DNA czy jak to zwał. No wiecie, one wyższe byty też miały takie oznaczenia. Dziwnie ludzkie…

… dlatego nie rozumiała, dlaczego nagle się do niej zaczęli zwracać z prośbami o zdrowie i pomyślność ku flakom i wszelakiej indukcji wewnętrznej i gruchotaniu kiszek i jeszcze wypróżnieniom dziennym i regularnym. Szczególnie to ostatnie jakoś tak ją mocno raziło, przecież była kobietą, więc wiecie… miała prawo myśleć tak, jak chciała. Bo kobietom wolno i tyle. I tak, ona kobiecość tak pojmowała.

Bo czemu nie…

A reszta… ech, niech się odwalą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie…

Jest mokro i mrocznie czasem, deszczowo, wietrznie, ale zdarzają się one dni, gdy złotość w powietrzu roznosi się niczym mgła, gdy wszystko jakoś tak połyskuje, gdy jakoś tak silnie, wyraziście się zmienia… pokazuje więcej i więcej skrywa i wtedy, warto pójść w las, ten niby głębszy, ten bardziej zagmatwany, las, w którym są i grzyby i wszelakie niespodzianki, gdzie są powalone drzewa i miejsca, których człowiek nie dotyka, nie zmienia, ot czasem deskę położy…

A częściej ostatnio zwyczajnie… nie ma nawet na to funduszy.

Miejsca łączone mostkami… miejsca, które są odwiedzane rzadko i tylko przez tych, którzy wiedzą, którzy znają trzy kamienie, niestare, pamiętają mostek, którego już nie ma, po prostu wiedzą, albo czują, że można pójść tędy, tamtędy i jeszcze skręcić i nagle jesteście w Arboretet. Zachwycają was drzewa z innych krain, ale też niekoniecznie z tego kontynentu. Jakby z innych światów… park w środku lesistości Almindingen, który już zaczyna się żółcić i czerwienić, ale wciąż jeszcze…

Jest zielono.

Za to jakie mamy grzyby.

Kurna, jak ufoki jakieś!!!

Trawa wciąż zielona, z drugiej strony, tutaj ona jakoś rzadko kolor zmienia, jakby chciała zaprotestować przeciwko jesiennej różnorodności, przeciwko zimowej, rzadko bo rzadko, ale jednak… no wiecie, sporadycznie, takiej białej jakoś. Białej i śnieżnej, innej, sprawiającej, że ona magiczność wybucha…

… ckni mi się ku niej.

No dobra, ale najpierw parking, bo wiecie, czemu nie… gdzieś trzeba zacząć, zresztą, na nim jakieś te listki takie pięknie oświetlone onym światłem prawie popołudniowym… zresztą, jak skończymy, już słonko będzie się chowało, już będzie gdzieś znikać, okrywać się puchową pierzynką…

Ale na razie…

Na razie…

Idziemy.

Oczywiście najpierw moje ukochane kamienie… może względnie nowe, ale jednak, to uczucie, w połączeniu z onymi… eee jodłami? Metasekwojami, kurde, ktoś zabrał tabliczkę… no ale wiecie, płaskie, nie kłuje, pachnie i ma piękną korę… czerwonawą taką. Się sprawdzi kiedyś, na razie niech będą drzewami, gdzie można się schować, popatrzeć w górę i widzieć jeszcze zielone…

A w dole już żółtawe i rdzwe i piękne…

Uwielbiam to miejsce. Czasem myślę, że mogłabym tam zostać tak na noc, ale ta droga zaraz obok, zbyt szybko się o niej zapomina i nagle coś przejżdża i człek wybudza się ze snu, idzie więc ku rzeczce, szerokiej dość, której przejść się nie da, no bez woderów, czy czegoś takiego, więc trza lądem, przejść w tę stronę, całe ono magiczne miejsce pełne wszelakich drzewności i krzewinek, onych miejsce medytacji godnych i wodności, niby to staw, a jednak…

Coś więcej.

Może nawet jakaś studnia magiczna… z wyspą…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zdrowa Bogini… została wyłączona