Pan Tealight i Dziewictwo Porobione…

„Wiadomo, Grudzień, czas… ekhm, dawania.

Wszyscy o tym wiedzieli, ale też świadomili byli swoich wielkich finansowych braków, więc wiecie, próbowali co roku, co sezon, co miesiąc, co… no dobra, co tydzień pojawiał się jakiś pomysł, pokręcony i czasem wprost chory, ale nie oceniajmy tak wiecie, szybko, od razu, no zawczasu.

Przecież…

W każdym momencie coś się mogło zmienić, coś zawalić, coś zwalić, coś jeszcze pomieszać, pogmerać, wszelako zawieruszyć, odnaleźć, zapomnieć i przypomnieć i jeszcze… no właśnie, te wszelakie listy zakupowe. A co, jeśli nagle się okaże, że w całym tym zamieszaniu wziąłeś cudzą i właśnie nieświadomie całkiem, myślami zagoniony pod choinkę i czy nie zrzuciła igieł, bo odkurzanie tego to koszmar wszelaki i tak dalej… no wiecie, szukasz szezlonga, a to niezgodne z twoimi poglądami religijnymi dotyczącymi wystroju mieszkania…

No co?

To dziwny czas, więc i pomysły dziwne. Ale dawanie to wiecie, każdy by chciał, tak, dasz coś i czujesz się lepiej, ale co, jak dałeś, a chcesz to odzyskać? Wiecie, niektózy mogą żałować, albo też dali przez pomyłkę, nieszczęśliwą, może i szczęśliwą, ale obecnie wszelako wstydliwą, albo…

No różnie jest, więc Królewny i Księżniczki Po Best Before, tia, one to się dopiero na tym znały, ci koniuszowie, stajenni, pomoce kuchenne i chłopcy na posyłki, ech, to były takie czasy, że szok… ale, oczywiście z przeżytych spraw biorą się rozwiązania, więc czemu nie wydusić z nich finansowej korzyści?

… ale to?

… więc tak, też można było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, powtarzam się może…

Ale wieje.

I jest zimno.

Znaczy… zawsze pamiętajmy, że zimno w onej wyspowej skali, czyli jak już spadnie poniżej zera, to oznacza, że koniec świata i apokalipsy i takie tam. Ta cała specyficzna geograficzność tutaj oferuje ów mityczny wprost klimat, który ostatnio szczerze szaleje. Po prostu nie wiesz co będzie, jak, czy znowu śliwki szlag trafi, a może teraz czas na jabłka, no i znowu łeb mnie boli, co oznacza, że kolejny sztorm wieczorem i jakoś tak… z jednej strony super, że człek nigdzie płynąć nie musi, a z drugiej, one niezobaczone światełka, ta cała komercja świąta i tak dalej…

No sorry, ale przez kompa to tak się nie odczuwa.

I tak znowu się zatanawiam, nad onymi wszystkimi jęczącymi, że tyle tego, co byście zrobili, gdybyście tego nie mieli. Długo, coraz dłużej, a nwet tego niewiele co byście mieli, by ubywało… jak byście się czuli? Bo tak wiele się gada o pierniczonym minimaliźmie i takich tam, ale jednak…

Bo…

Bez urazy, rozumiem nie topienie się w onym komercjaliźmie, nie stawianie drzewek, niestrojenie domów i tym podobne, ale jednak, jakoś tak, na chwilę, wstąpienie w ten świat… którego tutaj nie ma, potrzebuję tego, a w tym roku się nie udało. I spoglądając pandemicznym okiem na wszystko…

I na Wyspie nie będzie gromadnie świątecznie.

Podobno śnieg ma padać…

Biorąc pod uwagę, że już padało, to jakoś tak, wierzę w to.

Chociaż wciąż ze mnie taki niewiernus… no ale… świat pędzi do przodu, kolejny miesiąc, rok za progiem, kolejne obietnice, a ja jak zwykle olewam one postanowienia, mam gdzieś wsio… po prostu pcham się do przodu. I ten przód mam wymarzony, opisany, zwizuwalizowany… no właśnie, jeśli chodzi o one wizualizacje, to wiecie co… robiłam je nim były modne. LOL

Jak wiele rzeczy.

Ale wracajmy tutaj, gdzie fale już rosną, wiatr się wzmaga, ptaki ucichły, choć jakoś ostatnio dziwacznie wpierdzielały wszystko na siłę prawie, ćwierkały jak szalone, jakby… jakby chciały coś powiedzieć głupim człowiekom i może i chciały, ale na razie kolejny sztorm, kolejne szaleństwo, szarość…

Ciemność.

Gloominessowatość.

Nasz minister zdrowia złapał Sami Wiecie Kogo, znaczy dosłownie go wchłonął i wiadomo co teraz będzie… wszystkim się oberwie. Ale to chyba dość kiepska reklama dla kraju, co nie? Ekhm… i służby zdrowia. Znaczy, bez urazy, u nas naprawdę to wszystko wygląda dziwnie, wiadomo, Wyspa i tak dalej… ale jednak, chorujemy jak inni, choć może wymiana zarazków mniejsza, szczególnie w przypadku takich jak ja, unikających przyjezdnych, a drzewa mi się mało ruszają, więc sami rozumiecie. Jak szyszka mnie nie zarazi, to…

Ekhm.

To jak… God Jul już prawie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewictwo Porobione… została wyłączona

Pan Tealight i Wprowadziny…

„No jakoś tak wyszło…

Niby wiedzieli, że przecież to miało być dzisiaj, niby byli przygotowani i tak dalej, tam gdzieś w Podziemiach wsio było już ustrojone, bo wiadomo, ten cały Spirit OfKristmas miał odjebane na maksa w przyśpieszeniu i jeszcze na dopalaczach… w tym okresie, co do reszty, to wiecie…

Bipolar.

Jak toto się cieszyło, że śniegu napasało, od razu zlecił zakup wszystkich zamrażarek dostępnych na Wyspie i w okolicy, czyli za wodą, ale wiecie, dostępnych od ręki, no i wyzbierał śnieg… ale ten leżący dalej, nie dookoła Domku Wiedźmy. No wiecie… dopiero by mu dała, Spirit nie Spirit, nie ma, może se nosić one rajtuzy i botki z dzwoneczkami, krótkie gatki w serduszka na to i jeszcze kamizelkę w cukrowe laski, na dodatek laskami obrębioną i jeszcze… ta z frontu jakaś większa była i chyba się mu odpruła, czy coś…

Dziwnie dyndała…

No mniejsza, zapakował śnieg, wiedząc dobrze, że co jak co, to jest to towar mocno deficytowy do Podziemi, w najzimniejsze miejsce, gdzie Jaskinia Lodziarniana się mieściła, gdzie byty prześwitujące i płyskująe żyły, z którymi nie wolno było rozmawiać ni ich dotykać, bo wiecie, albo się topiły, albo rozbijały, nie wiadomo co gorsze, mop czy zmiotka i ta cała robota…

Przecież to niebezpieczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, nie wieje…

Pada, nie pada.

Ciemno… szaro, wszelako gloomy i mrocznie. Wszystko trochę zaspane, niektórzy obchodzą jakieś rocznice, inni się rodzą, inni umierają i tak dalej. Wiecie, zwyczajnie życie. Tak wielu o tym zapomnia, że wciąż, tak wieleu z nas, o prostu tu żyje… i ma takie problemy jak reszta świata. Zwyczajowe. Te rachunki, głupi szef, niezrozumienie, urodziny sąsiadku, głośne imprezy, dziwni przybysze… rozpadające się domy, wszelako załamanie lekkie rynku nieruchomości, ale… wraz z wzrastającymi problemami pandemicznymi, jakoś tak może to jednak się utrzyma?

Wiecie…

Coś bardziej ludzkiego.

Jeszcze nie nawet połowa grudnia, a w sklepach już właściwie mało świątecznie… jakoś tak jak zwykle, wiecie… niby są julemarkety, ale nie wiem, może i ludzie jakoś tak się w tym odnajdują, ja już chyba nie…

Bo przecież to mamy na co dzień, więc co to za market?

Znajomym pomachać.

A wróć, ja nie mam znajomych. Chociaż, kto to tam wie kto kogo zna? Ale jak się chodzi w oddaleniu i jeszcze na dodatek z zamkniętymi oczami, to wiecie… a może to sprawa pustego portfela? Co to za zabawa takie czarne piątki, czy coś tam, jak człowieka i tak na nie nie stać. Oj pewno, można wziąć kredyt. Ale jaki to ma sens? No bez przesady, jaki to ma sens?

Może… jakiś ma?

Nie wiem, ale w tym roku to wszystko jest jakieś takie…

Wiadomo, rok temu wszyscy się chowali, teraz, niby każą im się chować, ale jednak, ale jednak kurde ile można? No weźcie! Najpierw im mówią, że będzie szczepionka, uodpornienie i po zabawie. A teraz, szczepcie się, ale i tak wszyscy macie przesrane, więc… więc ludzie mają to gdzieś i ogólnie to ujmując… jakoś tak wykazują temperamentne nieposłuszeństwo narodowe.

Czy jak to zwał.

Tak naprawdę, to imprezy są, najwyżej wleci mandacik, wleci wirusik, przecież będzie wolne, ale oczywiście nie dla każdego, bo i święta jakoś tak wypadają w tym roku mocno porąbanie jeśli chodzi o dni tygodnia, więc… no kto miał urlop to ma urlop, a kto nie, to pewno będzie pracował z domu.

Ja nie mam urlopu.

Wróć… nie umiem robić nic.

Próbowałam. Wymarzyłam sobie w deszczowy dzień siedzieć w łóżku i tylko czytać, wytrzymałam do 13tej… potem wzięłam się za większe sprzątanie i zabawy w robienie wieńców. Nie no, jak durna jakaś, przecież i po co mi to w ogóle? Przecież bez tego żyć można, ale jednak…

Jednak…

Jakoś tak ciszej się robi dookoła, wiatr ucichł, fale się uspokoiły. Może i wyrzuciły na świat coś dziwnego, może i ono coś, pod osłoną wszelkiej wietrzności i ciemności, to jakoś tak, no wiecie, trzeba sobie wymyślać jakieś dziwaczne historie, bo świat jest aż nazbyt bolesny, więc… no czemu nie…

Coś wypełzło i zeżre nas wszystkich.

Albo już zeżarło i żyjemy w brzuchu jakiejś tam bestii, która na pewno ma problemy gastryczne. He he he!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wprowadziny… została wyłączona

Pan Tealight i Święcownik…

„No wiadomo, taki czas, więc no… musiał się spojawić.

Podobno nie po raz pierwszy, ale, kto go tam wie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiażki Pomordowane całkowicie nie mogła go sobie umiejscowić ni w myśli ni pamięci ni… innych miejscach.

Choć, może to i lepiej, wiecie, ekhm…

No co? Czasem składanie pewnych myśli z osobą Wiedźmy Wrony raczej nie wychodziło nikomu na zdrowie… wiecie, psychiczne. I te wizualizacje. Kurde no, przecież to można naprawdę się skrzywdzić. I to na zawsze. Co się zobaczy, to się nie odzobaczy i tyle… zuo i demony. Albo i coś milszego. W końcu różowe, ćwierkające aniołki mogą doprowadzić do sraczki permanentnej.

Naprawdę…

… więc się spojawił on, bo i Grudzień i te tam choinki, świecidełka, prezenty, a tutaj ona… wiecie, w tych czarnych ciuchach z permanentnymi rogami i wszelaką olewalnością dat. Kompletnie niereformowalna, niechcąca sprzątać, piec pierniczków, wszelako zdobić… choć nie, przecież porąbała te gałązki, przywiązała i piknie było, wszelako zimowo, ale jeśli chodzi o krochmalenie i inne sprawy, to nie. Ona nie będzie się spotykać i piać w chórkach. Nie. I nie będzie się uśmiechać…

Nawet myślał przez pewien czas, czy może nie ma zębów, albo coś…

Ale miała.

Znaczy ma.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc…

Znowu wieje.

Wieje, pizga i wszelako przegina powietrznie, ale co tam… był śnieg, trochę, ale fajno było, znowu ma sę ochłodzić, potem ocieplić, zaćmienie, nów, kurna chata się dzieje. Wam powiem, że spać się nie da, szaleństwo. Coś puka, coś stuka, a ty człowieku co robisz, no jedziesz do miasta…

Znaczy do Szwecji…

Znaczy nie jedziesz… no ekhm, jedziesz, potem płyniesz, jedziesz, znowu jedziesz, a potem kurde znowu płyniesz, jedziesz… no i ono płyniesz to zwyczajne szaleństwo. W tym okresie raczej nadzieję mieć możesz na bezfalowość, ale ona nadzieją płonną, ulotną, wszelako mocno często nieosiągalną… nie oszukujmy się, czas sztormowy i tyle. Już. Tak po prostu jest.. a ono bujanie…

Ale chcesz światełek, chcesz świątezności…

No pewno, że tu u nas to tego mało, niewiele i w ogóle o różnorodności pomarzyć można, ale jednak… dlatego się męczysz, plyniesz do Szwecji… czyli tak jakbyś wsiadał w tramwaj i po półtorej godziny był w wielkim świecie. Albo tym tam, no wiecie, onym świecie większym… lekko… mocno…

Okay.

No i zaplanowaliśmy to na drugiego, coby było tak akurat.

I chyba po raz pierwszy taka kupa!!!?

Wyobraźcie sobie, że włazicie do IKEA w Malmo, a tam po świętach…

No ale, dopiero was wybujało na promie, więc kurde, nie ma co, już człek przeczuwał, że raczej cudnie nie będzie, ale… na szczęście jest ICA i info o tym, że będzie bujać jeszcze bardziej za kilka godzin, więc człek już wie, że serio tę granicę przekroczył ino na kilka godzin, a wymęczy się za epoki. Jak najszybciej przebookowujesz bilet powrotny z 20stej na 16:30 i… teraz zaczyna się wyścig z czasem. Na pewno nie załatwimy wszystkiego, więc co najważneijsze…

Uszka w polskim sklepie.

Kurna, słońce, a potem pada i wieje, cudnie, dobrze że ten bilet się dało booknąć, bo już po chwili info, że rejs jest full i nie przyjmują innych, ale ci co lubią być bujani wszelako i tak dalej niech się trzymają, znaczy, promy będą pływać, ale… ech… no nie zazdraszczam. Naprawdę… już w tę stronę mi mózg pod kopułką latał. Koszmarne uczucie. Jakby coś było nie tak… bo jest.

Dobra, to teraz IKEA.

Durny człek myślał, że wielka taka, więc może i przeceny, czy coś… a tam kurna nic. Już miesiąc temu jak tylko wprowadzili rzeczy, to większość była opisana jako ostatnie sztuki, ale teraz, tes pustki…

Serio?

I braki w asortymencie świeczkowym?

ZUO!!!

Oczywiście jest jeszcze względnie jasno, więc światełek nie ma… nie no, porażka na całego, Christmas is cancelled na pewno. No weźcie… i potem, w Ystad człek znajduje żeliwnego julebuka i już jest…

… inaczej…

I krasnal co ma z pół metra… przecież kurna w drugą stronę też pobuja… i wiecie co, nagle cud, w drugą stronę ino na początku telepie, a potem… cisza… znaczy względna, no wiecie… czuje człek, że pogoda się zmienia, wszystko szaleje, wszystko zaczyna się burzyć i narastać, prom pełen ludzi, no po prostu szaleństwo!!! Co tam pandemie, znowu przecież mamy czas pieluch na ryj…

Bleee…

… więc, IKEA ssie i to tak mocno!!!

Światelek nie było… wszelako ten rok to bleeeeeeeeeeeee… a może szczęściem jest to, że w całości człek do domu wrócił? Może to czasem ino o to chodzi? Bo jak piszę, że do Szwecji jadę, to dla mnie taka codzienność… a może powinnam znowu uzmysłowić sobie, że to takie niesamowite?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Święcownik… została wyłączona

Pan Tealight i Samiotam…

„Rany no, wcale nie chodziło o to, że on wszystko sam, czy coś… po prostu matka wredną babą była i tyle. Serio. Na zawsze pozostawiła mu nie tylko ten cholerny, w dziwny kształt wygięty i wywalony na zewnątrz pępek, one równie dziwnie kręcone włosy, jakby na odwrytkę… wiecie, niby świderki, a jednak czujecie pewien niepokój, że zaraz zejdą mu z łba i wgryzą się wam w wątrobę…

O którą mało dbacie i tak.

… no i wiecie, z tym cholerny imieniem…

W ogóle się z nim nie utożsamiał, okay, miał własną firmę, prowadził ją sam i opierał wyłącznie na sile myśli własnej i ramion oraz księgowej, która istniała wyłącznie w czekach, które opłacał zawsze przedwcześnie. No i biznes był dość samotnościowy, wiecie, wyłącznie dla wszystkich samotnych, kochających samotnośći pragnących ją wyprowadzić na wyższy lewel…

Sztuka samotności.

Tak się nazwał.

A co… w końcu musiał jakoś zrobić wszystko, by wykorzystać oną swoją specyficzną fizjonomię oraz oczywiście imię. Bo przecież każdy powinien tak żyć, czyż nie… tak uważał… masz, to korzystaj. Masz, to pokazuj… no dobra, to drugie, to akurat nie do końca implikuje się do wszystkiego, ale jednak… wiecie, może i należy przełamywać pewne schematy? Może…

Może byłoby lepiej na świecie wtedy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia łączy” – … oj wiem… wiem, że już koniec, ale jednak… jakoś tak… wiecie, już święta, no jakoś tak mam, że u mnie od pierwszego grudnia, a potem od 21go koniec i tyle.

Po pogańsku i tyle.

A co do książki, no wiecie, jeżeli kochacie serię, to już przeczytaliście całość, ale jednak jak może nigdy nie mieliście jakiejś takiej serii, którą można czytać i czytać, więc… polecam serię o onej damie. Ekhm, o magii, włochatym facecie, innych włochatych gościach, wiedźmach, wampirach…

… przesunięciu…

Ot wiecie urban fantasy!

Ale takie one and only.

Wiem… powtarzają się elementy takie i takie i przecież, i to i tamto już było, ale jednak… no widzicie, wszelako macie rację. We wszystkim, ale… no właśnie, tutaj jest ten kop, jest tajemnica, jest niespodzianka, świństwa, komizm, jęzor cięty i wolny, ech te wschodnie klimaty, mitologie…

Kocham.

Nawet ze świadomością, że to już koniec, bo seria cała dostępna jest… nie wiem, w różnych miejscach? Mieszkacie w Polsce, to macie możliwości. LOL

Tia…

Chcecie pogadanki o zdrowiu psychicznym na Wyspie, czyli w Danii… no więc jak najbardziej wiadomo, są lekarze, czekaj wróć, jeden jest osobiście, inny ino przez neta, ale… jeśli naprawdę macie problem możecie zostać sami, albo iść zwyczajnie do lekarza pierwszego kontaktu.

I już…

Dostęp do leków jest, jak was stać.

Czyli pewno jak wszędzie i tyle.

Ale… czasem z człowiekiem dzieje się gorzej i wtedy może próbować starać się o pewnego rodzaju rentę. Nie jest to łatwe, jak najbardziej jest to proces bolesny dla chorego, ale czasem nie ma innego wyjścia. Jak już nic nie działa, nie potraficie zarobić sami na siebie… macie problem, prawdziwy i namacalny, wtedy, wiecie, trzeba zgłosić się do regionskomune i zawalczyć.

Problem jest taki, iż w Danii panuje często dziwny optymizm. Ot powiedzą wam od razu, a że to może nie będzie problem, może jednak będzie dobrze, może jednak od razu się uda, się pan nie martwi. Otóż, jedna jest prawda, nie wierzcie w ten optymizm. Naprawdę. Dla własnej zdrowotności. Pamiętajcie o tym, że wsio to biurokracja, więc nawet jak kulejecie, to jednak, doczołgać się trzeba…

Wszędzie.

Ale… przejdźmy do weselszych tematów!!!

Wieje!!!

I śnieg był!!!

Znaczy, to zależy od Wyspy, na przykład kilka dni temu był u nad, a potem po drugiej stronie, no wiecie, taki klimat. Za to na pewno jest zimno. Zimniej niż w zeszłym roku, większość Wyspy świetli się, migoci światłkami, lekko porwanymi, wiadomo, kolejny sztorm… jak zwykle mijacie domy obwieszone u szczytów lampeczkami, ale część z nich dynda, część nie działa, wiadomo…

Trza przeczekać wiatr.

Sprawdzić kubły na śmieci.

Wieje wciąż… i pewno ono wianie już zostanie i jeszcze szaro i gloomiście jest i wiecie co, to jest szalonie cudowne. No co? Tak wiem, tylko mi się to podoba, że fairy lights mogą walić 24 na dobę… no dobra, nie mogą, w końcu ceny prądu poszły tak w górę, że człek nawet oną przyjemność sobie musi dozować.

Mocno.

Jakoś strasznie stresujące te święta będą…

Chyba?

Jak człek nie obchodzi, nie boi się już wielkiego stołu, niewygodnych ciuchów, uśmiechania się gdy każą i tak dalej, sam kupił sobie prezenty i zapakował miesiące temu i zapomniał co tam jest…

… więc…

Tak szczerze to wszystko może być w końcu takie odpoczywalne.

Gdyby tylko nie ten stres!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samiotam… została wyłączona

Pan Tealight i Mroczna Strona Światła…

„Bo właściwie… było ciemno.

Nie no, nie żeby narzekali, ale jednak… było ciemniej niż kiedyś, ciemniej niż pamiętali, częściej, mocniej, dłużej, bardziej…

Jakby ciemność była na sterydach czy innych dopalaczach.

Albo co więcej, wynalazła sama jakiś niesamowity wpływacz na nastrój, moc i wszelaką zajebistość, no i nadmiernie tego używała i jeszcze, oczywiście nie miała co do tego żadnych, ale to szczerze żadnych wyrzutów sumienia. Naprawdę żadnych. Bo dlaczego miała je mieć? Dlaczego i po co jej takie obciażenie sumienia, czy wątroby? Kto tam wie? Co ona miała i na czym jej leżało?

No co?

Przecież nie zrobili jej jakiejś dajsekcji, czy czegoś.

Szczerze… nie no, oczywiście, że mieli ochotę, ale wiecie, ciemno było, ona ciemna, się tak wszystko jakoś zlewało nawet tym bytom wyposażonym w cudowne wzroki i spojrzenia… a może tylko kłamali? Wiecie, przecież mogli kłamać. O to w tym wszystkim chodziło. Żeby naprawdę poszaleć. Myślą, mową, uczynkiem, wszelakim o nic niedbaniem i jeszcze na dodatek… nie no, żadnej religijności w tym nie było. Chociaż, z ciemnością, to kto to wie? No wiecie, kto…

Tylko że…

Właściwie nie do końca byli pewni tego, że była to li ino cieność. A nie coś, co światło pokazywało, jak miało focha. Mocnego focha, takiego, który bardzo estetycznie mógł komuś przypierdolić. Ale estetycznie, ładnie, artystycznie nawet, z rozbryzgiem krwi, który mógł robić na kanwach za najnowszą abstrakcję za wiele simoleonów. Albo i ich więcej, dlatego tylko ją obserwowali.

Tylko…

Na razie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w młynie…

No właśnie… bo widzicie, przy Slusegaardzie jest coś na kształt gaardu i plantacja choinek. Oczywiście młyn i cał zabudowania z nim związane są otwarte przez cały czas, znaczy nie do końca otwarte, no możecie sobie zajrzeć do środka, przemyśleć jak to było, a jak akurat jest sucho to i nawet przejść się nad morze… bo jak lało od wielu dni, to raczej droga może być nazbyt…

… wtapiająca.

Ale… w okresie świąteznym rok temu, się okazało, że w stodole zabudowań jest genialnie urządzony sklepik z tym, co świąteczne i tak dalej… niestety dusza, która to prowadziła się rozchorowała i zamiast sklepiku i słodkiej knajpki mamy teraz resztki i niby knajpkę, którą prowadzą ludzie od czekolady.

No co…

Nie, nie rośnie u nas, pewno, że mamy i figi i winogrona, ale bez przesady. Czekoladę robią w Afryce, znaczy ziarna, a resztą tutaj. Problem w tym, że… zrobili z knajpki dziwny rainforest, może i pod imię onę firmy, w końcu to Rainfoest Chocolate… ale jednak, nie wiem, uczucie… smak cudowny ale ceny…

Nie przekonuje mnie.

Smuci.

Ale choinki nadal można kupić… i w stodole resztki z onych sklepowych cudów, więc wiecie, mam krasnali… więcej.

Wiecie…

Ostatnimi czasy widać jak bardzo wszystko się tutaj sypie. Nawet ludzie z genialnymi pomysłami, a może raczej oni w szczególności, jakoś tak znikają, chorują, odchodzą, a może uciekają… coś się dzieje i to nic dobrego. Całe to morze, skały, drzewa, coraz mniej drzew… a nawet i plaża, tak… przy Slusegaardzie macie punkt geograficzny i obecnie gigantycznego, wyższego niż dom Mikołaja.

Dmuchany.

Za to z plażą, no tak, gorzej.

Wodu chyba wezbrały, wszelako zeżarły ziemi cały połać i mamy piaszczysty niski klif i plaży z pół metra, na szerokość, bo wiadomo, zawsze można leźć dookoła Wyspy, można się pomoczyć, można, wiecie, ale jednak… ale jednak jakoś tak suchą nogą się nie da. Znaczy być blisko morza i ziemi, jednocześnie. Jakoś tak raczej nie można. Okay, zgadzam się, pada deszcz…

Ale…

Te ciemności i wiatry inne są niż rok temu.

Te elektryczne auta niebieskie poczty wkurzają…

Naprawdę ten kawałek świata strasznie się zmienił, zdziadział, tak w ciągu kilkunastu lat upadek jest bardziej widoczny na tak małym skrawku lądu niż zapewne w jakimś kraju, ale… przeraża. Bo… nie można już się czuć bezpiecznym. Kiedyś otwarte drzwi teraz dostają kraty, nożem pod żeberko, bojówki młodzieżowe… po prostu kurna raj na ziemi, a znajomi oznajmiają, że przyjeżdżają, bo czytali w gazetach, że to raj. Bo przecież czart coś tam upuścił…

Bo…

Boję się.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mroczna Strona Światła… została wyłączona

Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru…

„Mała kuleczka… pod mikroskopem robaczki.

Wszystko w niej zdaje się buzować, ale z daleka, ino mała kuleczka, może w ciekawym kolorze, ale tylko kuleczka. Tylko…

Pojawiła się, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powiedziała NIE. Jakby nagle wyprysnęła wraz z onym dźwiękiem i już nie chciała wrócić do miejsca, z którego wylazła. Jakoś tak poczuła się jak u siebie, w domu, choć i sama stanowiła dom dla wielu i jeszcze bardziej i wiecie, jak lustro odbijające lustro, światy w światach… tak wiele…

… właściwie, to jakoś tak im się spodobała.

Wiecie, taka odważna i olewająca wszystko, spoglądająca na nich czymś na kształt oka, lekko wypryskującego się czasem z krągłej, śliskiej dziwnie, takiej… całości… na niteczce z onej krągłęj całości, niebieska tęczówka, gieździsty, czarny środek, tak czarny, że pożerał inne kolory tych, którzy na niego patrzyli…

Krągłej całości…

Czy raczej w nie patrzyli?

No to jak patrzyli, to co, sami sobie winni, co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Julemarket…

Wiecie, w ostatni weekend bezmaseczkowy poszedł se człowiek… a tak, oficjalnie pandemia jest znowu tutaj, wsio trza wyciągać znowu, maseczki i tak dalej, chociaż ci, co jak Chowaniec uzależnieni są od rękawiczek i spirytusku w sztyfcie czy flaszce, to wiecie, żyją jak zwykle… może ino leją więcej. Ostatnio zapomniałam, że obcinałam róże… i jak se polałam… to nagle w Tigerze, tym latającym…

… było naprawdę słychać ryk dzikiego zwierza.

Ha!!! A co!!!

No ale, Julemarket i to na nabrzeżu w Nexoe.

Po raz pierwszy zgromadzono takie te tam drewniane budy, wiecie typowe, ale takie oddalone od siebie, no bo wiadomo, te wszelkie obostrzenia nagle się lejące na nasz północny świat i jeszcze maseczki już będące w obrocie znowu w sklepach i tyle… jest pięknie kurna…

Tak, to sarkazm.

Ale już nie mam siły na nic innego.

Do tego poustawiali wszędzie takie niby brzozy, białe drzewka za światełkami, co jak co chcę jedno, albo dwadzieścia… lasek se rąbnę obok domu, a co, lans będzie na dzielni, ha!!! A co, mi nie wolno, przecież jestem wariat, kto inny by wciąż tutaj siedział spoglądając na exodus innych?

A julemarket…

No cóż… wciąż jest, przyznaję, że nie wiem do kiedy…

Ale…

Wszystko pewno byłoby super, jest i łódka świateczna i światła i braki w zabudowaniach, jakoś tak wsio inne było kiedyś, no ale… nie czepiam, się, więc są one budki, a w nich… bez urazy, ale to, co jest wszędzie. Nie, że sprowadzili coś nowego, po prostu ludzie wykupili sobie albo na wyłączność, albo się podzielili na połowy i macie biżuterię i napitki… jest i to i tamto… i niezabezpieczone nabreże, toń zimna, ciemna, morska, napierdalająca muzyczka, ludzie…

Niby te drzewka dają światło, ale…

Produktów oczywiście nie widać.

No bo światło w środku nikłe, ciepłe, ono osikane, jak ja to mawiam, wiecie, a lampki na drzewkach rąbiące bielą, więc trigger level hard. I tyle…dookoła jakieś te ogniska w metalowych tubach i smrodek i jakoś tak… smutno… w oddali jest i cube szklany, w którym mamy wystawę szkła i ceramiki… wiecie… dla tych bogatszych. No wiadomo, dla każdego coś… akurat to jest ciekawe, ale…

Cała reszta, to raczej…

To raczej to, co mamy w sklepach.

… więc jaki sens?

Mnie to przeraziło, ale przy okazji w Lidlu zdobyłam choinkę z 5 bombkami, oczywiście do późniejszego wysadzenia i tyle. W tym roku będzie mała i już… wolę mieć drzewka na zewnątrz, a cięte mnie dołują.

Nazbyt…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo…

„Wiało.

Mocno.

I jeszcze była pełnia!!!

Co jak co, ale to naprawdę dopełniało czary wszelakiej goryczy i wszelakiej upierdliwości… Czara sama twierdziła, że się jej ulewa i ma dość i naprawdę chce żeby w końcu dali jej spokój i przestali nalewać. No bo przecież oni tak w cholerę bez pytania i dopierdalali jej cokolwiek było pod ręką… czy za słone czy za słodkie, z uśmiechem i miodem, z solą i preclami, coś kisielowate, nosz obrzydlistwo, rąbany galat pieruński, ale taki nazbyt podgrzany… i w ogóle…

Ale wiatr…

Nie, to nie było tylko wiatr.

To było Wietrzne Szaleństwo. To był pure madness. Miał się za wszystko i wszystkim się miał, każdą emanacją powietrznej siły, miał w sobie i huragany i wszelkie myśli niepotrzebne, choć może i te potrzebne też… i jeszcze oczywiście te twistery i sztormy i burze i pewno, że pożyczał do wystroju czasem kilka błyskawic i gwiazd i tęczy, ale jednak przede wszystkim był oną niewidocznością unoszącą wszystko… miotającą koszami na śmieci i oczywiście tymi lampkami, które ludzie narozwieszali… oj jak kochał te sznureczki, kabelki, doniczki z ustrojonymi drzewkami…

Kochał…

To był jego świat… no i te morskie potwory.

Z ludźmi w środku…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Antropologia kultury” – … miałam tę książkę skserowaną. Kiedyś to było nie do kupienia, a jakoś tak… no wiecie, muszę ją mieć. To w końcu podstaw, a i jak ino chcecie liznąć tematu, to i tak warto. Niezależnie od wykształcenia.

Zależne od zainteresowania światem i człowiekiem.

A raczej człowiekiem w świecie.

To niewielka pozycja, ale warta tej dłuższej chwili by uświadomoć sobie jak istotne są pojęcia kultury w naszej codzienności… symbolizmu. Dobra książka dla tych, ktorzy zastanawiają się nad studiami w tym kierunku, ale i antropologów czy archeologów, etnologów i socjologów. W rzeczywistości wszystkich tych zafascynowanych symbolizmem, a że jakoś tak symbole w naszym świecie są powszechne, to jednak… no wiecie, lepiej być trochę mądrzejszym, niż…

Zdurnieć do końca.

Czasem warto sięgnąć po coć, co może przywróci nam zdolność samodzielnego myślenia… czasem? Zawsze!!!

Spacerowanie nabrzeżem, skalistym…

Szczególnie tak od Melsted do Saltuny, to szaleństwo. Trzeba patrzeć pod nogi, szczerze. Skały są ostre, mogą zranić, albo oszołomić onymi kształtami, szczególnie gdy wybierzecie ten czas pustki. Ten czas, gdy zwyczajnie nie ma nikogo, gdy jeszcze szaro, a może i w ogóle ona szarość się nie zmieni w nic jaśniejszego…

Może…

Ale idę, bo po pierwsze dawno mnie tu nie było, a po drugiej, po gniazdowaniu można zajrzeć w takie miejsca, gdzie właściwie chodzicie po wodzie… można się zmoczyć, no jak kto chce… albo po prostu połazić. Krok za krokiem, trawa, wszelaka niepewność mokrej ścieżki, błoto… no zwyczajnie szaleństwo.

Ale te skały…

Są niesamowite.

Wyglądają jak ruiny świata, który o nas zapomniał, ale wciąż istnieje. Zwyczajnie przemienili się w jakieś inne byty i po prostu są… ale nie chcą być z nami. Czasem ich widzę, słyszę… czasem…

Tym razem ten wschód slońca, niebieskość skał, bo tutaj one mają nie tylko kształty fascynujące, ale i barwy onych porostów… ale jednak i ona ciemność. Naprawdę, oszałamiały. I to uczucie posiadania świata tylko dla siebie. Stoicie ponad wodą, skały, gdzieś w oddali trawa, kilka karłowatych drzew…

Fale niewielkie…

Wszystko to moje!!!

Jak to jest, że można by tutaj zostać.

Poza zdjęciami i pisaniem nie robić nic więcej… pewno, że bym zmarzła, musiałabym też się ruszać, więc pewno łażenie w kółko byłoby wskazane, ale jednak… to miejsce, te kształty, ona magia, to wszystko powala. Ale trzeba temu pozwolić żyć. Beze mnie. Bez mojej obecności.

Jakoś.

… więc idę dalej… idę do plaż, które są dziwnie nowe, w szczególności ta przy campingu i ona oficjalna przy rzece Kobbe. Jakieś takie bardziej puste, jakby skały zmalały, bo przecież ja nie urosłam, więc to muszą być one. Albo ktoś im pomógł, albo jakoś tak nagle zaczęły odchodzić stąd.

Co się dzieje?

Co?

Czy skały mogą uciekać stąd, bo jakoś tak zbyt wiele się zmieniło? Może tak? Może w rzeczywistości skalne trolle się przebudziły i idą teraz morskim dnem. Może… przecież tak wiele dziwnego i niewyobrażalnego stało się codziennością, więc czemu nie to… ale idziemy dalej… i nagle wychodzi słońce i przez chwilę jest dzień, tak przez pół godziy, by potem znowu pojawiły się chmury, ale już jestem przy rzece, która rozała się tak szeroko, że nie da się jej przejść, nie da się pójść dalej, a raczej da się, ale potrzeba gumowych spodenek, a tych nie mam, więc…

Wrócę do domu.

I tak już nie ma mnie tam od kilku godzin.

Może sama siebie tam szukam? Bo jakoś tutaj siebie nie odnalazłam. Tak właściwie, pewno, natura piękną jest, ale ja… ja już jej nie czuję.

A to boli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo… została wyłączona

Pan Tealight i Król Niczego…

„Z Grudniem to zawsze był problem.

Przybywał, na pozątku taki radosny połyskujący glitterem i jeszcze klejem trochę pachnący, no wiecie freshly made, prosto z jakiejś farmy, co to i choinki pewno sprzedaje… taki mocno dźwięczący i jeszcze… rany, czy on ma lampki w uszach… a potem, potem była jazda w dół, a po Wigilii, której nie uznawał, bo jakoś go przyciemniała, wiecie… depresja i tak w kółko roku…

No cóż, Grudzień nie miał dzieci, choć plotki głosiły inaczej, był raczej bipolar, niezdecydowany czy sypać śniegiem, wiatrem lać, grad lepić, czy nie iść w kulki ino zwyczajnie… olać wsio…

Oj tam…

Chodziło o to, że wszyscy mieli takie pierniczone i wielkie oczekiwania w stosunku do niego. No naprawdę. Pierniczone, bo wiadomo, okres taki, więc pierniki, ale przede wszystkim wkurwione ludzie, co to chciały świętować, nie chciały świętować, kompletnie nie potrafili się zdecydować i ogólnie mówiąc, no wkurwiali go. Chciałby ich usunąć ze swojej teraźniejszości, ale wiecie… czy miesiąc może? Poza okresem… no niewiele może. Oni chcą, a ty…

Im nie dajesz…

Tia.

Zgadza się z okresem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wschód słońca…

Był kijowy.

Ale spacer… bo wiecie, człowiek ostatnio ma nerwowe miesiące, jakoś tak ten rok jest naprawdę męczący, wykańczający, dobijający, ale też doprowadził mnie do pewnych wniosków i wiem czego chcę.

Znowu.

To straszne tak wiedzieć czego się chce a czego nie.

No serio… doprowadzam innych tym do placzu. Wewnętrznego głównie, bo wiadomo, obecnie wydzielanie płynów tak wiecie, publicznie, to nie jest dobra i powszechna rzecz. No ale… Turyścizny nie ma, szczególnie jak wychodzi się przed świtem, to wiadomo… ludzie jadą do pracy, ale na plaży, szczególnie tej naszej, czy na ścieżkach przymorskich wiadomo, nie ma nikogo. Nawet ci z psami lekko stchórzyli pewnie, bo padało, więc wiecie, mokro i niepewnie, ale… w rzekach jakoś tak mało wody nagle, morze może się dziwnie rozlało, ale jednak, wciąż jest dalej…

… więc poszłam.

No co, zwykle spędziłabym kilka godzin w mniej więcej obszarze półkilometra i robiła zdjęcia, a tak, poszłam w długą… najpierw drogą, potem między domkami, a potem, no wiecie, woda i piasek, piasek i woda…

Normalność.

I nagle piasek się skończył i zaczęły się skały.

Pierun jednak jak zwykle tkwi w szczegółach, a szczegół był taki, że zamiast wschodu słońca ino był taki paseczek jasności, a reszta wyglądała, jakby nage snestorm miał się zacząć czy inna Apokalipsa tam. No wiecie… lanie, gradowanie, czy co tam teraz ziemia daje wariatom, którzy chcieli zrobić zdjęcia i pobyć z naturą w samotności. I okay, samotność się zdała, ale dopiero jak wracałam pojawiło się słońce, więc… zdjęcia są takie sobie… może i można je podkręcić, ale cytujac klasyka i parafrazując go… ja nie robię w fotoszkopie!!! He he he!!!

Mniejsza… skały, nabrzeże, hotel w Melsted, któy niedawno zmienił właściciela i ma teraz dwie babeczki na dowodzeniu… ciekawe jak im pójdzie… krzaki, wystające kawałki korzeni, mój własny strach… ech, kurna chatka no. Mostek, a raczej pochylona kładka, która wymaga akronatycznych umiejętności, by po niej przejść, więc może to to, a nie pochmurność i jeszcze wczesna pora wygnała wszystkich z tej części Wyspy? Znaczy wiecie, tej Małej Szkocji…

No tak to zwali.

I tak to wygląda… wiecie, Highlander themes!

Skały takie spiczaste, niczym ruiny pradawnych cywilizacji, one pozostałości po cywilizacjach bardziej znajomych, ona zieloność ściółki pod stopami, często niebezpieczna, bo rośnie toto na skałach i wiecie, kurde, można się wyłożyć… i znowu mam uczucie, że te skały stoją tutaj inaczej…

Tutaj, za Melsted Å. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Król Niczego… została wyłączona

Pan Tealight i Anastazija…

„No dobra, z tym imieniem to już przesadziła.

Dali jej książki, dali do wyboru ich tyle, z każdej kultury, wszelakie definicje i tak dalej, ale jednak, ale jednak… wybrała to. I to jeszcze w tak dziwacznym brzmieniu. Tak bardzo wieśniackim… nie żeby mieli coś do wsi, w końcu mieszkali na niej, ale jednak… ija… no kurna no, jak to brzmi!

Chociaż podobno się inspirowała jakąś tam koronowaną prawie głową.

A może prostytutką, znaczy damą, która lubiła zwyczajnie się zabawić, ale lubiła też zwyczajnie nadzwyczajnie potem sobie coś kupić i opłacić rachunki, więc wiecie, legitnie i normalnie, wszelako, żyć z przyjemności… czyż nie jest to wspaniały pomysł na życie, przyjemne z pożytecznym?

Czyż nie tak mawiają?

Przecież nie nazwała się Katarzyną z Wielkim. To dopiero byłby lekki niesmak, absmak i wszelaka niestrawnosć. Nigdy nie wiadomo w dzisiejszych, poprawnych jakże czasach, jak na to odpowiedzieć i czy pytać, czy nie… dociekać czy nie? Czy jednak lepiej mieć wsio na tacy, czy…

Ekhm.

No więc wprowadiła się, miała imię, i nadprogramowo długie włosy, z których nie tylko plotła sobie codziennie nowe suknie, ale też i siennik do łóżka wypychala… naprawdę, jak wychodziła, wszystko stawało się dziwnie mniej wypchane, bardziej szczupłe, mniej jakoś tak, no wiecie… puszyste…

Ale łupieżu nie miała.

Spokojnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mamy Zegarynkę…

Kto by pomyślał?

I nazywa się Frøken Klokken i… no tak, o takich się pisze jak się pojawiają lub odchodzą… ona właśnie odchodzi na emeryturę, znaczy 30tego. Czyli zaraz, to już jutro… Nie no, oczywiście, że rozumiem, iż możliwym jest, że nikt na nią nie dzwoni, choć głupio tak znając jej imię mówić o niej, że na NIĄ nie dzwonią… no wiecie, jakoś tak się ona uczłowiecza, nie tylko dlatego, że…

Cóż, kolejna, dość legenadarna czynność znika z tego świata.

Smutne to…

Jak z szewcem, chociaż… z tego, co słyszałam, zarazem szewc i zegarmistrz wrócili do łask. Niektórzy poprawiają buty, inni je szyją, są i ubrania szyte na miarę, w końcu idealne, akie na co dzień, takie ideolo. No chyba, że wiecie, nagle przytyjecie, no i się wszelkie wąskie kiecki na nic nadają, ale krawcowa dobra w posiadaniu to skarb jak się ma dobre ciuchy, które nie znikają nagle z tyłka, bo w jakieś krzaki żeście wleźli, znaczy ja wlazłam. No co… dziurki mam. Niby człek sam umie zaszyć, nie jest jakiś niekumaty, ale jednak, taka szewcowa, ech…

Kiedyś to był skarb.

Więcej, każda pani domu miała maszynę do szycia, te wykroje krążące między rękami… ech, takie to czasy były.

No więc Zegarynki nie będzie.

Wiecie… przynajmniej rozkłady jazdy autobusów wjechały z powrotem na patyczki przy przystankach autobusowych, a nie te cholerne kody. Jaki to był problem. Nie no, to już zwyczajnie kanał był. Ale był… teraz tylko coby to się utrzymało, bo wiecie, wszędzie wsio się tak zmienia, że nie wiadomo co będzie jutro…

Czego nie będzie pojutrze?

Cóż… możliwe, że znowu będą maseczki i przymusowe szczepienia.

Wiecie, jak wszędzie.

Wszystko wraca, a już tak było pięknie. Ech, nie wiem, a może nigdy nie było pięknie, tylko większość uwierzyła, że po prostu strzykawka i już nie będzie choroby, chociaż od początku mówili, że to nie tak, ale jakoś… do nich się nie da dotrzeć. Do onych zaprogramowanych przez media… i onych nauczonych nienawiści przez social media… i całej reszty, tych, co już nie mają siły.

To ja.

Nie mam siły.

Kompletnie.

Nawet na to, by po prostu mieć to w dupie, iść za tłumem, robić, co państwo każe, nie nie umiem tak. Za dużo myślę, za dużo wiem i jednocześnie, za mało wiem i to mnie strasznie wkurza, ale to po prostu STRASZNIE…

I tak… będą julemarkety… ale jakie?

I jak?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anastazija… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowy tan…

„Najpierw to było tylko kołysanie… tylko i wyłącznie kołysanie, a potem, potem to już było po prostu nie tyle dziwne, co zawstydzające!!!

Dla wszystkich.

Poza nią.

Bo przecież ona naprawdę i w szczególności miała ostatnio wszystko kompletnie gdzieś. I to Gdzieś mieściło się głęboko, w świecie poza światami, poza tymi równoległymi, poza onymi wszelako współegzystenciującymi i jeszcze… dalej, w onych równoległych nawet o nim nie słyszeli, choć może w jakichś mitach, może jakichś legendach, snach i proroctwa, no kto to tam wie…

Tyle tego.

Ale właśnie tam miała ono wszystko.

A tego wszystkiego było coraz więcej. Odmówiła pracy, odmówiła zainteresowania, nie żeby Wyspa wciąż nie wzbudziała w niej zachwytów i tak dalej, ale jednak, to już nie było to, była… bezpańska, bezziemska i wcale się z tym dobrze nie czuła, a na dodatek mieli ją sklasyfikować jako jakąś z wariatek, więc…

Czekała.

I w cholerę miała dość onego czekania.

Psuł jej ten czas wszelako ciemny i wietrzny i jeszcze prawie zimowy… i grudzień tuż tuż, nie no, jak to wszystko mogło ją tak poniewierać znowu… ją, która oddała siebie zapomnianym i śniącym… więc tańczyła. Najpierw słuchała onej muzyki, a jak już załapała, to wiecie, tańczyła i tyle…

Bo co miała zrobić?

Nic jej już nie zostało… a nadziei nigdy nie rozumiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kubuś Puchatek. Chatka Puchatka” – … to jak Muminiki. Przyjemność. Powroty… te teksty błąkające się po social mediach i tak dalej… ona postać. Miś i Krzyś… i jeszcze, no właśnie, cała historia osnuta wokół nich. Ona prawda, która jest tą, której nie chcecie znać.

Wiecie… bo to Puchatek, coś tak skrajnie niewinnego…

Nazwany w każdym kraju inaczej. A jednak zawsze ten sam, no chyba że zrobią z niego dziewczynkę, bo wiecie… tamten niedźwiedź był żeński, więc, Zoo i tak dalej. To wszystko jakoś psuje ten świat… a może, może można o nim zapomnieć? Może można? Bo przecież warto. Dla tego dziecięcego świata…

Prostoty.

I tych ilustracji.

Z dawnego dzieciństwa.

To wydanie jest piękne. Twarda prawa, ilustracje, słowa, tłumaczenie, wszystko… to świat sprzed Disneya i innych spraw. Sprzed tego całego gnania za sławą i kasą, a może tylko w to chcę wierzyć? Mam prawo… mam prawo do onego dzieciństwa. Oddychania w tych porąbanych czasach.

To światło… kocyk i kubek kakao.

I bezpieczny kąt.

Czasem wypełza słońce i jest dziwnie.

Słońce to w końcu coś bardzo dziwnego, coś niewyraźnego, coś nie do końca, coś… o czym człek zapomniał już właściwie, bo przecież, przecież… wcale za nim tak jakoś nie tęsknił. Wcale a wcale. Wprost przeciwnie, one szare dnie i wczesne wieczory sprawiają, że przynajmniej w moim przypadku, no wiecie, jest mi tak lepiej. Z onym zachmurzeniem, z oną szarością…

Tak, taka jestem i zdaniem większości, jakoś tylko w ten sposób jestem w stanie wytrzymać na Wyspie. No wiecie… ona szarość zgadza się z moją wrodzoną ciemnością i tak dalej, więc… Pamiętam, że gdy szukaliśmy miejsca do życia tutaj od razu wiedzieliśmy gdzie chcemy mieszkać. Inne miejsca, choć braliśmy je pod uwagę, bo przecież, człowiek może się mylić, to jednak zawsze wracało Gudhjem.

Inne miejsca nie były TYM miejscem.

I co usłyszeliśmy od sprzedawcy nieruchomości? Że jak to tak można, jak to kurcze jest najabrdziej dołujące miejsce na Wyspie! Serio? Tak szczerze to znalazłabym inne jak Klemensker czy Nyker, ale wiecie, co komu pasuje… tak naprawdę. Każdy może sobie wybrać co lubi, ale serio…

Gudhjem dołujące?

Bullshit.

A zresztą, jak się wam wydaje, podoba, czy jakkolwiek. Kocham je… w odmianie brata bliźniaka syjamskiego czyli Melsted też.

Wiecie…

Każdy, kto tutaj przyjeżdża, jakoś tak ląduje albo na rowerze, albo tylko na Dueodde i w okolicach. Są tacy, których przygania tutaj coś innego, ale są i tacy, którzy trafili na ono jedyne lato deszczowe, no i wiecie, są do dziś wkurzeni. Znałam ich kiedyś… ubawiły mnie ich komentarze. Wtedy już mieszkaliśmy od kilku lat tutaj, a oni stwierdzili, że i tak się nie znamy i tak dalej…

Lepsze to, niż info na FB, że zmyślam i wcale, ale to wcale nie wiem co tutaj się dzieje – z czym mogłabym żyć, szczerze, czasem nie wiem, szczególnie w polityce, macie Tidende – no i co lepsze, w ogóle tutaj nie mieszkam.

Piękne to.

LOL

Tak czasem się zastanawiam, czy mnie jeszcze to w ogóle interesuje co kto o mnie myśli? Wróć, powiedzmy sobie szczerze, może mnie coś zaboleć, ale szczerze, dawno przestałam rozmawiać z ludźmi… rozmawiam ze sobą. Wiecie, wariaci tak mogą, dla nas to jest normalne. Bardzo i wybitnie… w końcu to gadanie to ino one internety i tak, jak najbardziej można poznać fajnych ludzi, ale w większości to będą tylko lajki, więc… można odpuścić. Można odpuścić i media społeczne i telewizję i radio… i mieć ino książki, ziemię, las, szyszki…

Może spróbujemy znowu z szyszek wyprokurować choinki?

Choinki są ważne.

Szczególnie tutaj… naprawdę. Bo to, choć piękne miejsce, to jednak to okrutny świat jeśli chodzi o ludzi… wiecie, jak w każdym innym miejscu. Jak w każdej innej części świata. Zmęczeni, przerażeni ludzie, Turyścizna mająca w dupie ograniczenia i Covidowe odstępy… bo przecież… czym my jesteśmy, mieszkańcy, zwierzątka w zoologu wyspowym, dostępni 24 na 7…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowy tan… została wyłączona