Pan Tealight i Bandaż Oczyszczenia…

„Ale no jak on piękny był…

… niczym najbardziej drogi szal, taki wiecie markowy mocno i z ceną taką, że człek się zastanawiał czy wątroba wystarczy, czy jednak i nerkę dorzucić, one wszelakie zdobienia na jego powierzchni zdawały się iskrzeć i skrzeć i jeszcze poruszać, wprost tańczyć, balet jakiś odprawiać… i pachniał tak niesamowicie, nie jak bandaż, nie, nie jakoś sterylnie, ale raczej jak las po deszczu, taki las, co to nie przesuszony, ale nie grzybowy jeszcze i oczywiście mszany mocno… wiecie, taki wczesnowiosenny, gdy deszcze nie poszalały, ale były, kwiaty nie wariowały, ale były…

I kolor taki miał niebandażowy.

Raczej jakoś tak jak szałwia zmieszana z tymiankiem i dorzuconymi kocankami… i jeszcze trochę chmur porannych, i trochę tych pogodow lekkich… i jeszcze coś, coś nieznane i jeszcze coś oszałamiające, więc wcale a wcale nie był kojarzony z czymś złym. Z czymś krwawiącym, bolącym, czymś…

Niebezpiecznym.

Zakaźnym i zaraźliwym.

… więc był tutaj, tak na wszelki wypadek. Trochę może i dekoracyjny z tymi zakładkami i obwijką w listki brzozowe…

… był.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I nagle ciepło…

I mgła.

Temperatura zaczęła lecieć w górę już po świętach, nagle zrobiło się jakoś tak dziwnie. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej i mocniej, nagle szarpał za ściany, za dach, by z równą nagłością się wyciszyć, wymruczeć, zniknąć na chwilę, dłuższą, krótszą… po prostu odejść, a potem znowu wrócić.

I tak to się toczył ten czas pomiędzy świętami…

I nagle w czwartek ludzie ruszyli do sklepu ten chleb kupić, a tam skurczybyka nie ma. Nosz kurcze wam powiem, że patrzenie na puste półki, a jednocześnie masę tak zwanego jedzenia, czegoś, czego człek nie ruszy, było dziwne. Plus masa dzieciarni zestoycy, wiecie, wynajmują sobie co można i piją… a co mają robić, no i oczywiście to drugie, i trzecie, w końcu jesteśmy przerzutówką narkotykową czy jakoś tak. Jakoś już nie wiem, ale wychodzi na to, że nie mam talentu do „widzenia” takowych rzeczy, spraw, ludzi… rozpoznywania sprzedawców… chyba…

Jak ktoś coś wie, to dajcie znać. LOL

Ale…

Wiadomo, że przyjeżdżają i odchodzą niezłe balety, więc lepiej schować się w domu, pomijając już subtelny mało fakt pandemii… no tak, wraz z końcem roku Dania stała się krajem tych zarażonych. Znowu nikt nas nie będzie lubił. Wiecie, teraz się obrywa w świecie za dziwne rzeczy.

Ale fakt taki, że z powodu dostępności do testów, wiecie, ludzie się testują i wychodzi to lub to i może tamto. Dwie kreski, krzyżyk, czy co tam…

A nie, to nie ten test. LOL

Nikt nie patrzy na to, że jeśli ludzie się testują wtedy, wiadomo, państwo dostaje info o zarazie i tak dalej, jak się nikt nie testuje, nie znaczy, że nie chorują. Tosz to takie proste a Duńczycy naprawdę chyba…

… to lubią?

Niektórzy się uzależnili!!!

Ale, to wszystko nie znaczy, że się nie bawią, no przecież… przecież pochorować można sobie potem, jakoś tak to wszystko stało się szybko elementem życia. Rok i już nagle bez wsadzania sobie patyka do nosa ludzie żyć nie umieją. A kurde do uszu to trza jakieś specjalistyczne… nie wiem, czy naprawdę ona stadność ma wciąż wartość taką jak wieki temu? Szczerze?

Nie wiem.

Nie czuję tego.

Ale ta mgła… gęstsza niczym mleko, bardziej splątane ciała czepiające się lusterek bocznych i kół, biała wilgotność, przerażająca, dziwnie znajoma i nieznajoma zarazem i jeszcze wszelako przerażająca, jak tak i ciemno i mglisto i tylko światła samochodów czasem dają znak, że coś się dzieje, że to coś wciąż tam jest, że wciąż ono coś jest znajome i jakoś tak… dobre…

Dziwne te ostatnie dni 2021.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bandaż Oczyszczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Rok…

„… ale on nawet nie chciał by go zwać nowym.

Więcej, nawet nie wyglądał na młodego, wprost przeciwnie, gość w średnim wieku, mocno zjechany, żanych botoksów czy coś, widać, że w ziemi lubi pracować, wiecie, dłonie poorane liniami, blizny białe i lekko bardziej świeże, wszędzie jakieś plasterki, ten w grzybki tamten z Supermanem…

… jakieś autka, psi patrol?

E…

Pan Tealight był lekko zasoczony, ale starał się tego po sobie nie pokazywać, bo i po co. Tyle już widział, to nie był pierwszy nowy nienowy, nie pierwszy, ale niepokoiło go to, że się pojawił akurat teraz.

W końcu i tak było już aż nazbyt ciekawie.

Tak naprawdę mieli onej ciekawości już powyżej cebuek włosowych na najwyższej części ciała… wiecie, nie u każdego jest to głowa. Nie. Może wydawało się wam, że dupę też możn tak zwać, ale jednak od razu oburzają się zroślaki, więc wiecie, poprawność polityczna rządzi i włada wszystkim, ale… prawda była taka, że on naprawdę był już jakiś takiś zużyty. Chociaż, może to znaczyło, iż bogaty był w doświadczenia, czy coś w tym stylu? Wiecie, wiek dodaje mądrości?

Chociaż nie wszystkim…

Taka Wiedźma Wrona Pożata Przez Książki Pomordowane się na przykład uwsteczniała i miała armię misiów. I łosiów… i w ogóle pluszaków, a szccerze, w ryj z pluszowej piąstki można dostać wyjątkowo boleśnie i na pewno jeszcze dodatkowo będzie papruch w oko, nieusuwalny taki, co wrośnie w oną gałkę z łatwością, bo i wilgoć i wiatery, no i sprawi…

Oj… wiecie sami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rozmowy pokojowe” – … kurcze… trzeba przyznać, jak się spojrzy od początku tej całej serii, ja pierniczę, patrzę na półkę, brakuje mi tylko jednej książki, chyba „Krwawych rytuałów”… ktoś coś? Bo ja potrzebuję nową, wiecie, niemacaną taką…

Ale… tutaj od razu na pierwszej stronie walą z grubej rury.

Niby człek powinien być przyzwyczajony, ale… takie nowości. Takie skomplikowania, no i że niby jak to wszystko się rozwiąże? I tak, jak najbardziej akcja wciąż trzyma i tempo i zaskoczenie jest i w ogóle, do tych książek się wraca, jak do dobrych miejsc w przeszłości, więc… wiecie, warto.

Hmmm, zaskakująco z Butcherem zawsze warto. A jeszcze z magiem, wampirem i całą masą onych osobowości, które aż iskrzą, czasem nawet dosłownie, nie, nie wampirzo… iskrzą emocjami naprawdę. Są tak prawdziwe, że aż chce się przejrzeć kogo tam autor zna i czasem nie żyją…

Naprawdę…

I mag i wampir i strażnik i wojownik i…

Kolejna część, wciąż wciąga i jak zawsze polecam od początku!!!

Śnieg…

I kto by się spodziewał?

Wiecie… prawda jest taka, że mówili, że jakoś tak o tym przebąkiwali, ale tak, jakby sami w to nie wirzyli, więc jak my byśmy mieli uwierzyć? No jak? Bez przesady, ale jak… nie zwątpić w ich zapewnienia i tak, pewno, że nawet koniec listopada lekko pośnieżył, pewno, ale grudzień… tosz o tym ino najstarsze dinozaury opowiadają, że śnieg zawsze mieli, że saniami prezenty…

Ale…

Tak, było biało.

Znaczy… powiedzmy sobie szczerze, poleźliśmy na spacer i w Almindingen było takie miejsce, gdzie śniegu było po kostki, wciąż na gałęziach one poduszeczki, jakby nikt i nic nie chciało naruszyć onej cudownej konstrukcji, jakby nikt i nic nie mogli, po prostu tabu nałożone i tyle… nie ruszać śniegu.

I te ślady tylko zajęcy i saren i nagle z lewej jedna wyskakuje… siup! Dlaczgo to tak jest, że akurat wtedy człek patrzy, a nie łapie za aparat, wróć, nie musi łapać przecież, ma go w łapie i mógłby, ale po co… na co? Czy chcę komuś udowodnić, że taka bajkowość wciąż istnieje? Nie, nie muszę…

Nic nie muszę.

Napatrzyć się na oną biel muszę…

Wsłuchać w oną ciszę, kompletną, cudowną, szałową.

Jakby ten śnieg naprawdę odbierał wszelakie grzechy, zmywał winy, wybaczał wszystko, nawet oną moją ludzkość, ono człowieczeństwo, które pozostawia na tej białości przepięknej ślady… aż mi głupio. Nietknięty śnieg, a człowiek jak jakieś bawoło wstrętne włazi i go depcze. Możnaby iść w śladach Chowańca, ale toto tak wyrosło, że zwyczajnie no te jego długie nogi, moje krótkie, no weźcie, tosz to więcej niż moja gimnastyka zwyczajowa.

I tyle tego śniegu…

A u nas nic.

Znaczy w Gudhjem… znaczy wróć, nie tak, że kompletnie, ale jednak, no prawie nic. Ino lekko popadało, zielone spod tego wyłazi, jakby chciało udowodnić, że ono ważniejsze, że żadna zima tu nic nie zrobi… ani nawet one traktory, które mocno orają… czy ktoś mnie może oświecić od kiedy orze się zimą?

I sieje.

I w ogóle robi inne rzeczy ziemię drące?

Ale nieważne to, bo przez dwie ponad godziny człowiek chodził po lesie. W końcu, dziwnie samotny, bez innych ludzi, na onej bieli, może i nie wszędzie, może i wszelako miejscami śniegu w ogóle, ale miło mrozi ryjek. Mniej miło, gdy po drodze trzeba zahaczyć o sklep i maseczka wjedzie i jeszcze ryj się spoci, potem się mrozi, no po prostu cholery dostaję z tym maskowaniem…

Ech!!!

Był hvid Jul!!!

YAY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Wzrost…

„… no to sobie spał…

No co? To był czas spania w końcu.

Przynajmniej dla niego.

Chociaż, przecież i innym nikt nie bronił, nie zakazywał, czy coś. Przecież też i czas był taki, odpoczywalny, więc dlaczego tego nie robili, czemu wciąż gdzieś pędzili, a nawet jeśli zlegali na jakichś łożach czy sofach, to i tak wciąż jednak, nie odpoczywali. Te maszyny w dłoniach, wzrok błądzący po ekranach…

Jakby nie mogli się zdecydować czy to, czy jednak tamto?

No bo przecież zima, pewno, że te czasy pogodowe to jakieś takie nie do końca jak znał sprzed wieków, ale jednak, jest w kalendarzu, więc czemu nie? Dlaczego ma narzucać wzrastanie, gdy to czas spokojności, wytchnienia, szarości i spania, skarpet ciepłych i napitków wszelakich i tycia… no tycio tycia może? W końcu ludzie tacy dziwnie fit i tak dalej, ale…

Nie mógł powiedzieć nic.

Się nagle okazało, że polityczna poprawność nie miała na niego miejsca.

W ogóle, bo nagle okazało się, że jest restrykcyjny, że przecież pogoda nie może narzucać nastroju i jeszcze, jeszcze, że wszyscy są wolni, wszyscy są wszelako nieskrępowani onymi prawami natury, więc niech się wali…

Wzrost czuł się dziwnie.

Nie na miejscu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc… pogadajmy o reklamach.

I nie, nie mam na myśli telewizji, ale czegoś, co pokazuje mi się gdy puszczam coś na YouTube. Wiecie, przymusowe czekanie na znaczek „pomiń reklamę”. Najbardziej dobijające są te, które opowiadają o tym, że przy stole boicie się tego, że wypalicie się w pracy, no cóż, jak ktoś pracuje jako świeczka czy lampion, rozumiem… znaczy, wróć, wiem, że to nie jest zabawne, ale jako osoba chora uważam, że nie będę się dobijać i tak wyskakujące reklamy i ta grobowa muzyka jeszcze…

… to szczerze mnie dobija, więc…

Okay, pierwsza jest reklama z wypaleniem, strachem, że pracę zabiorą i dalej nie wiem, bo klikam „pomiń reklamę”. Z nerwową trzęsawką. Oczywiście chodzi o ubezpieczenie, ale… no co zrobić? Nie da się zapisać do tych bezreklamowych, a raczej, no wiecie… raczej się da, ale mnie nie stać a i serio, za to płacić. Nie, YouTube nie zasługuje… chociaż zauważyłam, że niektóre moje filmy mają wyświetlenia!!! I to po 700 nawet!!! Nie rozumiem tego… serio.

Kolejna reklama to ona mikołajkowa…

Ekhm.

Odbywa się też przy pisuarach!!!

Otóż wiecie, to coś nagłowne pandemiczne wróciło. I tak, u nas odwołano potem znowu i teraz ludzie wrzą, bo się okazało, że te szczepionki to jakoś nic nie zrobiły i ten cały rok, który miał być cudownym odrodzeniem był do dupy. No co? Jak mam to określić?

Dosłownie najlepiej.

Ale Mikołaj.

I jego mężczyzna…

A co?

No chodzi se w reklamie nadmiernie eksponowanej, po mieście jakimś facet z dmuchanym, wielkim. wyrośniętym…

… Mikołajem.

I se chodzi, no i w kolejkach stoi, wszelako bodzie nim dmuchanym może i, ale jednak bodzie innych, a potem zostawia go na mrozie i idzie się z babcią ściskać… co widać przez okno. Tak, to trochę dwuznaczne, ale ma być taki wymiar tego, że odległość zachować należy, aby z Babcią się… no nie wiem, nie wnikam, jak kto kurna lubi, można i z dmuchanym Mikołajem, co nie?

W dzisiejszych czasach poprawności wszelakiej, nie tylko politycznej, no przecież nie będę Mikołajowi w wentyl zaglądać… chociaż, czy Mikołaj wyraził zgodę? No wiecie, koleś na reklamie jeszcze względnie młody, jakąś laskę w pewnym momencie, na ławce Mikołajem bodzie… znaczy dmucha go i wtedy rączka mu się… i w dziewczynę, więc może Mikołaj wołał o pomoc…

Czy to brzmi dwuznacznie?

Kurde…

Ale… no chodzi o to, że ministerstwo zdrowia oraz wszelkie ubezpieczycielskie twory przesadzają z reklamami, które w odbiorcy mogą wzbudzić depresję, stany lękowe i tak dalej. I to już na poważnie, bez wsadzania Mikołaja. Szczególnie w kraju, który już odrzucić pandemiczności i szykował się na jebany God Jul i wszelakie merry i HO HO HO… nagle z grubej rury, że nic wam nie wolno.

Niezależnie od szczepienia.

Cóż… jak zwykle chujowe te święta, chociaż… co złego w byciu samemu ze sobą, albo jak ja, samemu ze swoimi osobowościami?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wzrost… została wyłączona

Pan Tealight i Kanalarz…

„W Dalekich Otchłaniach Wszystkiego, w skrócie DOW… no co, spróbujcie być w robocie i kilkanaście, albo i kilkadziesiąt razy to wymówić i to nie koniecznie dziennie, ale i nawet nocnie, w końcu to robota życia, więc jakoś próbujecie to skrócić, no przecież język się plącze, dwunasta kawa, oczy na zapałkach, a jakiś idiota pomylił zapałki z tymi tam, no ostrymi, wykałaczkami…

Ale…

Macie życie, macie robotę i tyle.

Nic poza tym…

Jednak, tak patrząc z drugiej strony, macie też i ono wymarzone wszystko. Bo przecież w końcu wszystko jest wyrzucone, wszystko tak kończy, wsio w końcu chce się ukryć, zapomnieć, zmienić, zawstydza nagle… nagle już jest niemodne, nagle znowu macie naśie lat i dzwony w epoce ciasnych rurek i jakoś tak, wcale nie chcecie się wyróżniać i choć… mówią wam, że jednak moda wraca, że może warto pozostawić portki, ale ona złość, wściekłość, to wszystko…

Wyrzucasz, a oni się cieszą.

Znaczy, najpierw klną, bo roboty wiecej i nie do końca wiadomo jak zapisać, znaczy jakie akta dorzucić do dzwonów, czy zmartwienia nastoletnie, rozterki modowe, a może jednak przyda się kiedyś… tak… one mityczne, znane wszystkim Przydasie miały swój osobny dział w DOW.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Troszkę poprószyło…

Niesamowita biel zaczęła powoli spadać z nieba i zrobiło się cicho. Nagle, z onej światłości męczącej mnie przez dni kilka, tak, ja wciąż z tych, co niezbyt za słońcem przepadają… więc nagle światłość się wycofała i wróciła szarość i biel, i one zielone pola, bo przecież czemu nie, wciąż kwitnące róże – nie wiem kiedy przestaną… i jeszcze te drzewa takie nagie nagle puszyste i krzaki…

I pod lampą, żółtawą, w ogródku, gdzie nieścięte trawy stoją, teraz potworzyły się jakieś hatifnatty, czy coś innego, równie magicznego, zapewne mnie elektryzującego, ale wiecie, nie każdy musi elektryzować.

Nie każdy.

… spadające płatki, żadnego wiatru, minus dwa, może i trzy, ale wiadomo było, że wszystko zaraz minie, że się roztopi, że zniknie i dźwięki wrócą i wszelakie szaleństwo, którego tutaj, no weźcie, nie ma, nie oszukujmy się. Tutaj marudna jestem jak sąsiad wyciąga to coś, wiecie motorynkę, czy coś, strasznie to głośne, ale popularne na Wyspie. Podobno można tym jeździć bez prawka? Serio? I to po ścieżkach rowerowych, które często też są chodnikami, więc moja nerwica lękowa się cieszy za każdym razem, jak jakiś, z tłumikiem się nagle wymsknie mi zza ramienia…

Ja pierdziu…

Albo wielkie ciężarówki, które jeżdżą drogą… głośne, bo każdy sobie popuszcza pasa, znaczy gdzieś ma ograniczenia… ale nie teraz, nie gdy tak pada. Nagle wszyscy oni zniknęli. Ptaki nawet ucichły…

Cisza… biała.

Śnieg powoli pokrywa wszystko. I dachy i rośliny i drogi i chodnik, którego tu kawałek mamy i jeszcze one drzewa, przydając wszystkim tych poduszeczek, onej świątecznej miękkości, onej…

… szalonej dziecinności.

Prostej i logicznej w wieku, w którym się jest, gdy ona jeszcze istnieje.

Wielkie płatki śniegu, nie takiego styropianu jak rok temu padały przez prawie kilka godzin, aż do popołudnia, gdy wszystko nagle zaczęło znikać i została ino woda, miękkość, ciapanie i pojawiły się dźwięki. Trzaskanie, rąbanie, coś upadło, coś się zbiło, coś zaczęło skrzeczeć z prawej, pies sąsiada znowu się ucieszył, że poszłam do łazienki… nie, nie mamy jej na zewnątrz, nie wiem jak skurczybyk wie, że włażę do łazienki, no dobra, może jak światło się włącza to okay, rozumiem, ale jednak jak jest jeszcze względnie jasno? Jak on wie, że siadam na kiblu, bo właśnie wtedy zaczyna szczekać… i jeszcze jak ładuję się pod prysznic. Dziwnie, bo nie jak otwieram okno by przewietrzyć dom. Wiecie, te drewniane domy i wietrzenie…

Osobna historia.

To tyle, opowieść o śniegu, co zaczął się nocą, a zakończył… no dobra, gdzie niegdzie coś jeszcze leży, ale wiecie, przy onej zieleni pól to raczej ino dziwnie wygląda, chociaż dobra to inspiracja na wystroj domu. Wiecie, tak elfio, choć o czerwony się prosi. Jakoś tak… nie wiem dlaczego.

Tak mi pasuje…

Topnienie śniegu mi nie pasuje, kurde, smutne to… smutne, że ta cała zima nie jest zimowa, jesień niejesienna, za to lato zawsze lato. No weźcie no, tosz to jakiś rasizm jest pogodowy czy też pororokowy?

Jest takie słowo? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kanalarz… została wyłączona

Pan Tealight i Wazon spełnienia…

„A co… że tylko są lampki a Alladynami?

Że zwykły słoik nie może? W końcu zdrapali z niego naklejkę, że smalec z majonezem długodojrzewającym, specjał vegański i wszelako bez cukru, sztucznych barwników, no ale wiecie, może zawierać… dookoła za to, no serio, dookoła rantu wstążeczka, na pokrywkę można nałożyć kapturek…

… więc jest fancy!

I stajlisz jak nie wiadomo co!!!

I nazywa się teraz Wazon, bo wsadzili w niego róże z przecyny. Białe takie, wciąż się trzymające, jakby miały jakieś dziwne siły w sobie, które sprawiały, że choć zima i zmarzły pięć razy, to jednak, jednak jakoś żyją, bo chcą… bo chcą trwać i wzrastać… albo chociaż się rozwinąć, choć niektórym się nagle zaczęło wydawać, że korzenie wypuszczą i wiecie… nagle się okazało, że to jego pragnienie by być czymś innym niż słoik, choć przecież bycie słoikiem to funkcja ważna i całkiem niebezpieczna. No i jeszcze stłuc się można i pokłócić z pokrywką, czy coś w ten deseń…

Albo ktoś do ciebie nasika…

Jakoś w wazon już głupio to zrobić?

Co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Bestiariusz słowiański” tom 1 i 2 – … okay, no dobra… To jest po prostu piękne. Cudowne i szalone. Z jednej strony kopa roboty, bo i zebrać to, znaleźć, oprawę zrobić, te rysunki, treść… a z drugiej, kurna chatka no, wciąż to jest bajka. Okay, miejscami przerażające, ale jednak…

… po prostu cudo!!!

Moje wydanie to to dwutomowe, ale oczywiście dostępne jest też nowsze, jednoksiążkowe cudo i… przyznam się, że początkowo myślałam, że kupuję właśnie je, ale jednak nie, dlatego od razu załatwiłam sobie drugi tom, bo pierwszy bez drugiego nie istnieje. Nie może. I te okładki, te ryciny, rysuneczki, to…

… właściwie wszystko!

Szczegolnie teraz. No po prostu idealna lektura. Dla dużych i trochę mniejszych, ale może nie tych najmniejszych, bo pamiętajmy, że mitologia tego rodzaju jest zwyczajowo nadmiernie aż prawdziwa, czyli może przerażać. Dla tych obeznanych już ze słowiańskością cudowny przypominacz, choć może i coś, co zaskoczy nawet znawców tematyki…

… serio…

Duet autorski znany z innych opowieści/mitologii/zbiorów podań tym razem wychodzi na przód zapotrzebowaniu gromadności pogańskiej oraz tych, którzy dobrze wiedzą, a może nie wiedzą, może się zaskoczą, że słowiańskość taką fantastyką stoi. Taką fantazją, przewrotną myślą i opowieścią…

… więc co macie pod łóżkiem?

Poza kotami… LOL Serdecznie polecam.

Słońce, najkrótszy dzień, najdłuższa noc… to już za nami.

Teraz ma nadejść zimno, ale podobno tylko na chwilę. Co naprawdę będzie, kto to wie… choinki u wielu już wywalone za próg, tutaj jakoś nie zbytnio się czeka. Czy to sztuczna czy prawdziwa, posprzątane i gotowe na… no właśnie na co? Kto to wie? Czy ktoś jeszcze ma nadzieję na jakąś stabilność onej planety?

Ludzie pewno nie… a co do zwierząt, to znowu nikt ich nie wysłuchał jak mówiły, nikt nie słucha jak milczą…

Ale na razie wciąż jakiś ten dziwny, mokry czas. Nie przepadam za nim, za onym czasem pomiędzy, nie przepadam za początkiem roku, ludźmi, którzy nagle mają jakieś dziwne siły pędzące ich gdzieś tam, a potem, po miesiącu, po dwóch, już jest po wszystkiemu. Już się wyczerpała i siła i wola zaniknęła.

I już…

Czy rozumiem ludzi? Nie… są dla mnie jak Przybysze z Matplanety, dziwnie znajomi, ale i skomplikowani w mowie, w posturach nie do końca wystarczająco zróżnicowani. Wiecie, no alieny i tyle. Ja dla nich jestem tym samym, więc jest okay. Jakoś się to wsio wymienia, dopełnia i ma się dobrze.

Ale ten okres, ona dziwna niezima… dobija mnie.

Ale no, wszyscy mają jakieś problemy.

To jak po świętach?

No sorry, niektórzy wrócili do roboty na oną przerwę między świętami a Nowym Rokiem. Bo i choć najczęściej jest to w firmach czas wolny tutaj, to jednak, ktoś musi robić, więc u nas normalność pracownicza i czasem… czasem się zastanawiam, czy to nie dobrze tak, znaczy czy dobrze, no wiecie, pozytywnie wpływa to na człek, bo jakoś cały czas coś robi, a nie gnuśnieje, gnije czy jakoś tak.

Chociaż ten deszcz… ech…

Na Wyspie obecnie panuje dziwna cisza. Jedni w ogóle się zamknęli, inni wyjechali, jeszcze inni przyjechali, ale jakoś nie garnie ich do ludzkości… niektórzy po mokrych lasach się tułają, inni znowu chowają, śpią… wiecie, starają się to wsio przetrwać, a przynajmniej tak się wydaje. Jedni się sprowadzają, inni wyprowadzają. Ci pierwsi szukają domów, ci drugi je zwalniają… których jest więcej?

Hmmm…

Czasem jadąc wieczorem człek patrzy w te puste, ciemne okna i jakoś go to mocno przygnębia, bo już nie remontuje się miejsc, nie odnawia, nie można ich też zburzyć, więc tak stoją póki stoją, a odporne są… a potem upadają i nadal stoją, bo to podobno spadek kogoś, a ten ktoś ma gdzieś to wszystko, może po kolejnym ataku pandemii zacznie prowadzić kanał na YouTube i remontować gaard, a może jednak wszystko pokryje dzikość mszano-pleśniowa?

A może…

No właśnie, może jednak te pola zapełnią się onymi nowymi inwestycjami, domami z tak zwanej przyszłości, wyglądającymi jak klocki bezduszne, z oknami bezczelnie wpatrzonymi w morską dal… bo co jak co, ale onych inwestycji na Wyspie masa cała. Nawet już nie wiesz, czy prawnie to w ogóle możliwe, ale… kto to teraz na to patrzy? Kogo to obchodzi… a Wyspa sama się sypie. Morze zjada ją po kawałku…

… krwawi…

Co to będzie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wazon spełnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Szopka na Robale…

„Wiecie, taka świąteczna, z takim no Jezuskiem nawet jeszcze i wszelkimi gwiazdkami i jeszcze mędrcami, czy królami takowymi, mitycznymi, legendarnymi nawet, czy też może i tymi tam kosmitami, no co? Przecież teorie były różne. Wiedźmy z Pieca były w nich najlepsze. Naprawdę… pracę doktorską obroniły w tym temacie, w znaczeniu onych trzech, a prawie czterech…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane podobno znała jednego z nich, ale wiecie, w dzisiejszych czasach to lepiej o tym nie wspominać, bo przecież, ten świat, te czasy… nie, lepiej nie…

Ale jednak, Szopka… tak…

Podobno ktoś tam sławny ją zaprojektował, ale nikt się tym nie interesował. Ważne, że wsio było, drewniane, słomiane i z dziurkami. I zwało się Szopką na Robale, czyli dosłownie tym, czym było. No co… podobno w dzisiejszych, nazbyt czystych czasach robalom brakuje tego eM coś? Podobno naprawdę sytuacja na rynku robalowych nieruchmości jest niezwykle napięta. Ktoś z pająkowatych coś tam naplutł, ktoś z tych plujących napluł i się posklejało, tamto znowu porwało, a potem przyszedł żuk i mu kulka upadła… a świeża względnie była…

I tak, gówniana sprawa.

… więc może w ramach prezentu, czy coś?

W końcu to taki czas prezentowy, chociaż Wiedźma Wrona znowu nie do końca dostała co chciała… co prawda śnieg był, ale książki nowe nie dotarły, może i nie głodowała, ale dziwnie łaknęła czegoś nieokreślonego… Strach i Smutek, które to ostatnio w niej się stopiły w jedno i nadal szukały dla siebie dobrego imienia. Nie mogli się zgodzić, czy ma być takie, na Be czy Ne… wiecie, czasem nie dogodzisz, a jak jedno się telepie i kiwa głową, a drugie pod stołem schowane, to rozgawor trudnym jest. No i jakoś taki mocno żałosny, więc… więc jeszcze nie zdecydowali.

Na razie…

Ale Szopka działała.

Choć podobno zima była…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro wszędzie…

Ciemno wszędzie, choć przez chwilę nie, słońce było… dziwne takie, ostre, za mocne, wszelako rażące i bolące, dodatkowo wieje i choć 5 stopni w C, to jednak jakoś takoś… no serio, się mi to nie zdarza, nie dało się iść na spacer. No okay, rozumiem, że nogi mi się rozjeżdżały i jeszcze buty stały się cięższe o kilka kilo, a to nie jest dobry znak. Wiecie, no nigdy. Nie… po prostu.

Ale człek chciał na spacer, więc wylazł.

Połaził tu, przewiało go, połaził tam, powdychał jodu, i jakoś tak poczuł się gorzej i chyba se coś z plecy zrobił człowiek, się znaczy ja, no i jakoś takoś wsio kijowo. Boli jak k… ch… d… pier… Biiiiiip!!!

Powiem wam, że święta nie święta, tak naprawdę robić przecież trzeba, więc o co chodzi? Na dodatek początek roku się szykuje mocny, ale jakoś tak, damy radę, kurna jasna i ciemna i jeszcze pomiędzy kurna, damy radę. Bo to trzeba załatwić. Zwyczajnie i już. Po prostu. I na skos i boki… ja nie mogę…

No ale…

Żebyście się nie zdziwili, w Gudhjem w tym roku nie ma choinki.

Znaczy, kilka jest, w porcie małe, znaczy w każdym porcie po małej choince, przy knajpkach, ludzie mają, ale wielka, tam przy tej wielkiej kotwicy! Wiecie, na rogu, tam, gdzie po drugiej stronie paliwo!

No nie ma…

Wszędzie są, u nas nie ma.

I teraz jestem w szoku.

Po pierwsze jakoś mi się wydawało, że te choinki miejskie, wiecie, nawet w Listed mają taką, to są jakieś takie państwowe. W końcu jak to se tak wielkie drzewo jebnąć na środku miasta? A po drugie, Gudhjem jest podobno takie świateczne, takie chce być całoroczne, nawet stronę rąbneli na FB.

I co?

I okazuje się, że na choinkę wielką ludzie się zrzucali, ci ze sklepów. Nie wiedziałam. Przyznaję… więc jeżeli i tak są otwarci, więc dlaczego się nie zrzucili w tym roku? Co się stało? Czy to karmelkowy spisek?

Czy diamentowy?

I jak bardzo obciachowe to jest, że wszędzie te choinki są, a u nas nie ma? A może jednak nie są wszędzie? Może to ostatni znak… dla mnie, żeby jednak przemyśleć swoją egzystencję… bo szczerze, tam przy kotwicy to drzewko fajne stoi, mogliby je ubrać, liściaste takie… mogliby ino światełka, wiadomo, wieje, więc mocno przymocować je i gra gitara. Za darmo prawie!!!

No więc… jej, kiedyś w Gudhjem to i girlandy na głównej ulicy były, nad drogą, od domu do domu… dlaczego to wszystko tak się wali? To nie sprawa pandemiczna, bo bez urazy, ale pierdolić się zaczęło o wiele wcześniej… i pastora baby nie chcieli, wywalili ją, dostali znowu, inną, ale bez penisa wciąż.

Co się dzieje?

Bo musi w tym być coś więcej?!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopka na Robale… została wyłączona

Pan Tealight i Człowiek z Dziwami…

„Przyszedł już z zapakowanym towarem i nikomu nie pozwolił ni podnieść wieczek ni rozwiązać kokardek, ni nawet, wiecie, tych w niby prześwitujących papierkach, no nie dał podejrzeć… ni nawet pomacać. Ni nawet powąchać, czy coś w ten deseń, jakoś tak poczuć… po prostu powiedział, że ma, co ma i jak chcą, to zwyczajnie tyle to kosztuje, a on sam wybiera, co się wam należy.

Trochę to wydawać winno było się dziwne wszystkim, ale… tutaj?

Nie.

Wcale.

Wprost przeciwnie, jakoś tak może i ofertę miał tam jakąś, ale wszyscy tacy zakutani, zamyśleni ostatnio, że zwyczajnie nie mieli na to wszystko czasu. Zwyczajnie i nadzwyczajnie zaintrygowani własną codziennością, po prostu spojrzeli na niego i tyle… i co? I poczuł się smutno…

I poczuł nagle, że całe to robienie wokół siebie kompletnego braku szumu, nie rzucanie próbek i wszelakie olewanie klienteli, no po prostu, nie mógł tak dalej prząść, wiązać i ciagnąć tego interesu.

Musiał się zmienić…

Ale czy był na to gotowy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce.

Tak, mieliśmy dzień czy dwa słońca, nie wiem, aż tak to mną wstrząsnęło, że nie wiem dokładnie… po prostu ta wielka kula i te cienie na ścianie, no weźcie no, co to było? Skąd to się wzięło… Nie no, pewno, mieszkamy na Wyspie Słońca, ale od ponad miesiąca słońca, ba nawet lepszego światła człek nie uświadczył, więc wiecie, po prostu zaskoczony. Zdziwiony. Może i nawet wpadł w lekką panikę, wybiegł na taras, te tam, no ręczniki i sanki, nie, nie sanki… no leżaki szykować, a potem się skapnął, że ono słońce dziwne takie, zza chmury, jakieś niby jasno, ale nie do końca…

Jednak było.

I to przez kilka godzin!!!

Temperatura poszybowała w górę, podobno ma spaść, ale kto to tam wie jak z nią będzie? No szczerze? Macie pewność, że rzeczywiście nadejdą one mityczne białe święta? Bo mi się zaczynają 21go, więc jak to? Załapię się czy nie? Ech, te religijne niesprawiedliwości!!! No weźcie no.

Tosz to już ten no, ograniczanie moich swobód obywatelskich i tak dalej!!!

No ale…

Z przygód psychicznego na Wyspie, powiem tak, możecie mieć miłych ludzi za sobą, możecie się zgiąć w pół i pożygać prawie, znaczy nie no, dosłownie, ze strachu, ale i tak wsio trza załatwiać długo. Dlatego od prawie czterech miesięcy jestem w nerwach i szykuje się, że styczeń też będzie podobny.

Już się cieszę, no po prostu ekstaza!!!

A tu kolejny słoneczny dzień.

No jak ja mam z tym żyć?

… szczerze… na szczęście temperaturka spadła trochę, dwa stopnie, da się oddychać. Wyłączone ogrzewanie, bo przecież ono słońce, moje rośliny znowu pierdolca dostaną, nie wiedzą, czy to już wiosna, czy jednak nie…

Kurde no.

Ale spoko roko.

Tydzień i koniec roku. Jak większość ludzkości posiadam w sobie ono uczucie, że nie mam pojęcia gdzie ten rok tak polazł. Znaczy pędził na złamanie karku i może go jednak złamał… ale też, jak mówiłam, wiecie, taka ze mnie radosna dusza, że nie widziała w roku 2021 zbawienia, wprost przeciwnie… no i co? Się sprawdziło, ludzie marudne, podzielone, wściekłe… ech…

Nie myślę o przyszłości.

I tak trudno przetrwać każdy dzień, a święta… ja już po. Znaczy, właściwie, bez uraz, ale co to są święta? Tak naprawdę? Coś, co macie w sobie, na zewnątrz, co budujecie przez lata, czy wyskakuje jak diabeł z pudełka?

Nie wiem…

Ja tam mocno wpływam w nurt komercyjny… ale, że mnie nie stać na wszystko, więc wiecie, problemu nie ma, stres jest, ale w czymś mistrzem być trzeba, więc choć widzę morze z okna i dach mam nad głową, to szczerze wkuta jestem na oną przeszłość. Bo wiele mogła nam wszystkim darować.

A co do reszty…

Spacer mi się marzy, ale w tej wilgoci, to prędzej kurna popłyniem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Człowiek z Dziwami… została wyłączona

Pan Tealight i Wciągnięty w Kanalizację…

„Slurp…

I było po nim.

Właściwie, to dokładnie nie do końca, bo jedna z Wiedźma z Pieca zdołała go złapać za papuć, który był przywiązany mocno do jego prawej stopy, ale jakoś tak, jak już myśleli, że wygrali z tym ssaniem i ciągiem, sznurówka czy inny rzep puściły…

Jeszcze przez chwilkę na paluchach się trzymał ten papuć.

Zielony taki, filcowy, ale z obcasikiem. I guziczkami zamiast sznurówek, widać coby się mocniej trzymało, zaraz, ale sznurówki też miał, kurna, co to? Masochista jakiś, rzepy też, czy nie?

Ale niedługo.

W Międzyczasie…

… czyli jakimś tam miejscu we wszechświecie, który nie do końca wie czy jest czy go nie ma, no wiecie, inni złapali się na jakiś pomysł i rzucili mu linkę.

Taką dziwną, neonową.

To chyba było najgorsze, co mogli zrobić… bo widzicie, linka się wzięła i sama przypełzała zaintrygowana onym całym poruszeniem, że co to się dzieje nad tym otworem, że tyle się tego tam tłoczy, no prawie wszyscy, właściwie, biorąc pod uwagę, iż niewidzialność nie była tutaj czymś dziwnym czy niegrzecznym, że można było po prostu być i niebyć jednocześnie… więc może i byli wszyscy, ale z drugiej strony… może i ktoś był tam, po drugiej onej stronie ciągu…

Może to wsio było ukartowane?

Ale, ta linka, wiecie… no kurde zasyczała i ugryzła najbliższego byta prosto w nos, albo to coś, co za nos uznała i umknęła gdzieś między buty. Ale nawet wtedy jeszcze mieli nadzieję, nawet wtedy jeszcze…

Nie puścili…

Ale wiecie, połowa już była tam. W onej otchłani, w którą wrzucali raczej sprawy niewygodne, o których chcieli bardzo zapomnieć… sprawy, rzeczy, przedmioty, myśli, marzenia przeterminowane, więc… czy dobrze w ogóle było go wyciągać, jeśli poznał one wszelakie tajemnice?

Spojrzeli na siebie… i…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro i ciemno…

Nagle wszystko się zmienia i każdy cień, dom i człowieka na Wyspie okrywa dziwne brzoskwiniowo-szare światło. Ciężkie i dziwne. Przynoszące zwątpienie i strach. Wiadomo, zrobilo się aż nazbyt ciepło jak na grudzień, połowę drugą grudnia i jeszcze… no właśnie, wciąż leje i wieje…

Wiatr przychodzi, odchodzi…

Niezdecydowany.

Głowa boli… serio, pić nie trzeba i tak człek czuje się jak na kacu, czy coś? Wiecie, taki jakiś niezdecydowany, boli go i nie ma energii, jakoś chce coś, ale nie wie co i jeszcze, jeszcze tak bardzo tęskni za tym śniegiem, co to był chwilę temu, a teraz prawie 10 stopni?! No szczerze, jak tak można?

Wahadełko.

Zima to powinna być… no zimna…

Ale… może już człek na tym się nie zna? Może już dawno powinien był się przyzwyczaić do tego, że po prostu wszystko jest jedną, totalną niepewnością. Wszelaką niepewnością. Niczego już nie możesz być pewnym, nie możesz nawet mieć nadziei, bo i po co się tak oszukiwać i męczyć?

Po co?

Rośliny oczywiście szaleją. I te w domu i na zewnątrz, ale jednak… pewno już przyzwyczajone, chociaż, może jednak jak my nie jesteśmy przyzwyczajeni, to one reagują takim samym zakłopotaniem? Wiecie, może? Ale w końcu tutaj klimat wyspowy, czyli… no właściwie, to co to znaczy, że wyspowy? Że niepewny i nieokreślony do końca, że wieje, nie no, to na pewno… i jeszcze rekiny są, te no, biznessu, któe wyduszają kasę z każdego i każdemu coś zaproponują…

A zwykły człek łzy i pył łyka.

Albo pleśń, bo to w końcu tutaj wielki problem!

Ale…

To Yule.

Piękne, cudowne, niezależnie od pogody, prezenty mogę odpakować i jeszcze zeżreć czekoladę, jak mi się zechce, bo jak się nie zechce, to nie. W końcu, co to za szaleństwo, by jeść wtedy, jak każą, tudzież zezwalają, bo jakaś uroczystość jest, a nie wtedy, jak okres, PMS, smutki czy coś…

No wiecie…

Jak to w ogóle jest, że ludzie tak się dali niektórym rzeczom zniewolić? Nawet tej tradycji? Uważają ją za aż nazbyt świętą, więc wiecie, naprawdę nie da się, naprawdę nie ma odstępstw. Jakby to coś, co wymyślili przodkowie, co pewno wzięło się z braków żywieniowych, wojny czy innych przygnębiających elementów, było czymś, co należy świętować… no szczerze…

Tak, postu nie ma w Biblii, więc…

W ogóle, szczerze, post?

Ludzie, weźcie no, macie co jeść, to jedzcie to. Jeśli możecie wybrać, bierzcie jak najlepsze i najzdrowsze. Bo to jest ważne, ale jak prawdą jest, że tniecie koszty nawet przy żarciu i zostaje ino makaron i tak dalej, no to… pamiętajcie, że przecież nikt wam tej tradycji nie sprawdzi, no chyba, że sprosiliście rodzinę, no i taką, której nie lubicie… Kondoluję! Jak to mówiła jedna z moich ulubionych kreacji BBC.

Osobowości się znaczy.

Bo naprawdę… o co chodzi w tej stadności ludzi?

Naprawdę jej potrzebujemy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wciągnięty w Kanalizację… została wyłączona

Pan Tealight i Najmniejsza Malutka…

„Taka była.

Najmniejsza Malutka.

I wiecie co, dobrze jej z tym było, że nie każdy ją zauważał, co więcej, właściwie nic… może i nie sięgała ku półkom z książkami, które chciała, ale wszędzie coś dało się, ono coś zrobić, no i wiecie, przecież książki, kto tam się książkami interesuje teraz… dziwne ludzie. Dziwne takie bardzo… nie będą patrzeć, że ktoś z drabinką chodzi czy haczykiem na patyku albo sznurku? Nie no, na pewno nie.

Zresztą, na niskich nie patrzą.

Czasem się potknie który, to nawet przepraszam nie mruknie i zwyczajnie, nawet i jeszcze dokopie, nawet i jeszcze dotrąci, zwyzywa, że przecież to jest jej wina, bo jest tutaj, a nie gdzieś indziej, gdzie może i ktoś by jej szukał, że może ktoś by chciał może… gdzie jakoś takoś nie kręciłaby się pod nogami i innymi członkami, że przecież może to nawet próbowała kogoś na śmierć właśnie zwodzić… może jednak to ona jest złem wszelakim, może się powinna zastanowić, nad swoją małą i może, ale jednak egzystencją? Egzystencją wkurzającą egzystencje innych?

Tak, tylko wtedy zauważają…

No chyba, chyba że coś chcą… oj, wtedy to się nawet zbliżą, pochylą, wszelako poniżą oną niskością, głową zbyt blisko ziemi, głową, która może i dotknie trawy, a trawa się zadziwi bardzo, bo nigdy nie widziała tak tłustych kłaków. Zbyt bardzo tłustych i się pochyli od razu i wciągnie głębiej…

Ale ona, tak, wolała dużych nie wkurzać.

Wolała oderwać się od tego świata powyżej i zwyczajnie jakoś tak, nie pozwalać sobie na zbytnie spoufalanie się. Bo i dlaczego miałaby? Przecież wiedziała kim jest, wiedziała co robi i jak komu kostki obgryźć, pięty wyrwać, do łydek nawet doskoczyć. Gorzej, nawet portki podrzeć… a co… patyczek z haczykiem. Sznureczek z małymi haczykami sięgał nawet i jeszcze wyżej…

Aż nazbyt wysoko i oj, coś się oberwało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Lestat na nią czekał tam.

Na pewno.

Anne Rice zmarła 11 grudnia 2021 roku, bo przecież serio, ten rok to same kopy w zad. Ale i tak pełna jestem onych brzydkich myśli, że może wydadzą teraz jej książki i będę mogła jakimś cudem znowu je mieć w rękach? Wszystkie? Te o Taltosie, Louisie i oczywiście Lestat… oj tak…

Ale, tym razem na wodach… w rzeczywistości szwedzkich, ale ponieważ to między nami a Ystad, to wiecie, może jakby poszedł trochę w prawo na drzewo się wdrapał i mgły by nie było, to by zobaczył… tonący statek, z któego wycieka olej. Chyba olej, wiecie, że ja te informacje czerpię z Chowańca, więc co najmniej drugiej, trzeciej ręki. No czort wie gdzie on to przeczytał… więc… Szwedzi aresztowali obecnie załogę statku, który nie zatonął, statku tonącego załogi nie odnaleziono, co oznacza, że Dania szaleje, bo Szkoci ich stuknęli. I to na wodzie.

Trochę jak za dawnych czasów?

Wiecie, możnaby się pośmiać, ale w przypadku kolejnych dusz zaginionych na morzu, to nie jest śmieszne. Dwuosobowa załoga… hmmm, dwie osoby, a taki duży stagek? No mniejsza, możliwe, że kompletnie się nie znam… może to i lepiej, że ino dwie, ale dotąd ich nie znaleziono…

Szkoci zostali nazwani obywatelami brytyjskimi i aresztowani za to, co zwykle się robi na wodzie, wiecie, five o’clock… kurde, naprawdę to nie jest zabawne, ale picie na wodzie, szczerze, pewno, że mawiają, iż wszyscy to robią, ale jednak… jednak no weźcie no! Przy przejściu przez takie zdradliwe wody?

Zderzyć się?

Chlać?

A na Wyspie…

Nagle śnieg zniknął i jest ciepło…

Za ciepło, dziwnie wilgotno, a to coś, co ma być stawe, co budują tuż pod muzeum w Gudhjem, no dobra, bardziej bliżej nas, co przeraża tym bardziej, więc… szykuje się wylęgarnia komarów. Żadnej melioracji, już te domy, co to popękały i biedne ludziki tam mieszkają z pleśnią – tak, myśmy w takim żyli i wsio stracili poza tym, co dało się uprać… moje książki RIP…

Dobra, nie mówię o tym więcej, na razie.

No co?

Wciąż cierpię, a ostatnimi czasy kompletny brak światła zaczyna szczerze wpływać na wszystkich. Ludzie szukają i picia i zabawy i choć rząd doradza izolację, to jednak… Chowaniec musiał pójść się wymazać, wiecie, z gardła, bo ktoś tam w robocie się poparcił. Znaczy, był gdzieś, może i zaliczył…

Coś.

Trudno się ludziom dziwić, ale jednak…

To już nie są święta, ale ciągły stres, jak dla mnie wzrastający od połowy września, gdy tylko wróciliśmy ze Szwecji… jest ciężko. Szalenie ciężko. Drzewa nawet nie pomagają, jakoś tak… nic nie pomaga.

I jeszcze człek nagle na wsio uczulony!!!

Obeżreć się nawet nie może.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najmniejsza Malutka… została wyłączona

Pan Tealight i Zbierająca szyszki…

„Szara, niewielka, przygarbiona, z wielkimi okularami na równie wielkim nosie i jeszcze tą kapotą, którą okrywała się, czy zimno było, czy ciepło, zdobioną liścianymi łatkami, zawsze zmienianymi zależnie od pory roku, niby barwnymi, a jednak, tylko w rejonach szarości nawet jesienią…

… ktoś kiedyś powiedział, że widział ją w sukni z płatków śniegu, ale nikt w to nie uweirzył… piękną, niesamowitą, wysoką i długowłosą z poddanymi jej sześcioma końmi i saniami ze srebrzystej mgły.

Ktoś kiedyś to powiedział…

Ale nikt w to nie uwierzył.

I dobrze, bo przecież lepiej zwyczajnie być sobą zawsze, mieć twarzy wiele i wszelako i mocno mieć w adku co inni myślą, bo przecież jak się komuś nie śmierdzi pod nosem, to czemu się rzucasz, że nie noszę takich gaci, a noszę inne i to nie na wierzchu? Znaczy, nie na widoku no…

Ale też dobrze mieć w sobie to coś, czego nie pokazuje się zawsze, co nie jest dla każdego, co jest specjalne, specyficzne, czadowe i cudowne… co pokazujesz i pozwalasz może czasem dotknąć, ale raczej… no nie do końca, nie zawsze, nie mocno nie… czasem zwyczajnie trzeba mieć coś, co ma się wyłącznie dla siebie. Czasem? Częściej może, więc… może i dobrze, że nie wierzyli? Bo przecież wszelaka nasza niezwyczajność jest taką ino dla tych, którzy nas nie znają…

Bo przecież…

A ona? Dalej zbierała szyszki… w końcu trzeba było jakoś sobie życie ułatwić, a one łatwiej i rozpalały i trzaskały fajnie wybijając wszelakie parazyty z okolicy… no niektórzy to szczerze są wścibscy… wrzucała je do tej wielkiej torby, dziwnie włochatej i aż nazbyt żywotnej, jakby to kozioł był, czy coś…

Kozioł?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Materia prima” – … trzy tomy. Masa rozrywki. Czyli… odzyskałam jeden z bardziej, przynajmniej dla mnie fascynujących trylogii Fabryki Słów. Szczerze. Bardzo i mocno!!!

Przechrzta wygrywa w przedbiegach tę historię nie tylko bohaterami i to głownymi, pobocznymi, nie tylko opisami, samą fabułą, światem, ale przede wszystkim samym sobą. Swoją wiedzą. Jako historyk nie musiał najpierw podjąć studiów, żeby… a może jednak, no weźcie… z drugiej strony? Hmmm… jako autor, w znaczeniu facet, może niektóre wielbicieki fantastyki odrzucać, bo wiecie, ot pewno ino strzelanki będą czy coś, ale bez boja dziewczęta… może i główni bohaterowie to faceci, może jeden Polak, a drugi, no tak, Rosjanin, jeszcze w tamtych czasach… hmmm…

Kiedy?

A tk, powinnam była od tego zacząć, że witajcie w Polsce rozbiorów, rzucanej pomiędzy ramionami chciwych Rosjan i równie żądnych wszystkiego Germanów… oberwie mi się za plemię? No weźcie, może nie? Rozbiory wiemy, były, ale może zaskoczy ws to, iż wedy powstały też enklawy. Tajemnicze miejsca, w których żyją… no właśnie, kto? Potwory? Demon? A może bogowie… i czym jest materia prima? Zbawieniem, nieśmiertelnością, a może przekleństwem? I te kobiety, one osobowości tak silne, niesamowite, aj, kocham je!!! Oj weźcie, tosz sam autor musiał zauważyć, że mu czasem baby głównych bohaterów przykrywają. Dosłownie… ekhm.

I oto jest świat dwóch światów i polityka i wojna i magia i homunkulusy i walki, i jeszcze… niewiadome… aż do końca.

A potem… kolejna trylogia, której pierwszy tom już jest dostępny.

Świetnie napisana, z jajem, z niesamowitymi osobowościami, aj ten język, one rusycyzmy, te niuanse, w końcu się człowiekowi nauka rosyjskiego przez osiem lat na coś przydaje… no co? Niemiecki też miałam, ale ino dwa lata… więc trudniej niby, ale damy radę. Bo tutaj autor oczekuje od czytelnika zainteresowania, zaintrygowania, zainwestowania komórek mózgowych, choć i daje słowniczek, więc się nie bojta! Dobrze będzie, chociaż… kto tam wie czy wyjdą z tego zdrowi wszyscy?

Cali?

A może… podwojeni?

Książki wciągają, to, że macie od razu trzy tomy nęci. Wiecie, że nie musicie czekać… zakochujecie się w nim, nim… albo onym innym świecie. Albo odnajdujecie na nowo historię Polski. Kraju nagle tak srogo fascynującego. Naprawdę… niesamowite czytanie, choć za każdym razem dla mnie za mało… LOL

Śnieg…

Najpierw trochę tak naciągane to wszystko było, tak od początku grudnia, ale w piątek poszalało… i chociaż temperatura raczej nie obiecuje, że zostanie, to jednak jest biało. I pięknie. Miękko i szalenie kolorowo, jak sobie człek uświadomił, że śnieg oblepił wciąż różwe i pomarańczowe róże, resztki lawendy, szałwię i rozmaryn, wciąż zielone, wciąż pachnące i jeszcze…

Taki krzak… z różowo-białymi kwiatami.

Kurde, wciąż kwitnie?

A miałam go obciąć, ale kwitnął, więc wiecie, szkoda, człek zajął się drzewami i figą, ale reszta to nie. Nie. No bo szkoda tej fuksji i tego, co nazwy nie pomnę. No za nic… wygląda jak krzak lewkonii.

Trochę.

Ale… chodzi mi o to, że kiedyś człek tylko oglądał takie zdjęcia ośnieżonych kwiatów, a dziś przez sekund pięć nawet jakieś światło było, mógł się zabić wybiegając na zewnątrz i coś cyknąć, ale może tego nie zrobił… może zrobił. Nie wiem, jutro niedziela, więc wiecie, może jutro? Może nie stopnieje? No mógłby nietopnieć no. Szczerze, no i jeszcze jakieś światło by się zdało do zdjęć… bo ostatnio bez tego światła to już mam taką chcicę fotograficzną, że nie macie pojęcia…

Choć może macie.

Te nawet pajęczyny ośnieżone, dachy, wszystko miękkie, takie puchate…

No kurde! I noc…

Wróć, przecież ja to piszę 10go, więc…

Hmmm… jak to jest w przyszłości?

Wiecie?

Pewno się zobaczy, jak człek dożyje, bo patrząc, tudzież raczej słuchając wieści, które Chowaniec przynosi, to dzicza się robi. Niby lepiej nie grupować ludzi, ale i tak to robią i trochę im się nie dziwię, w kończu mieli się zarazić, ale chorować słabo, tudzież w ogóle się nie zarazić, albo i… no szczepionki miały rozwiązać każdy problem, ale jednak rzeczywistość naprostowała wsio…

Niestety.

Chowaniec nie poszedł na julefrokost…

Ja tam sama sobie mogę zrobić kanapkę. LOL

A pić i tak nie piję, zresztą, kto to żre na noc, no jak potem spać? Weźcie no i to jeszcze pewno jakaś fancy kuchnia, a ja taki dziwaczny żołądek mam. Nie no… moja jednoosobowa firma zdecydowała, że się nie będziemy grupować same ze sobą, znaczy ja i ja i ja… ekhm, no co, schizofrenia. Nigdy nie jesteś samotny. Czasem, zawsze, zbyt wiele głosów w głowie, dookoła… czasem…

Ale…

Miało być o śniegu… wciąż jest, odbija się w nim ona ledowość tych dziwnych nowych lamp, które działają mi na nerwy. Posolili już drogę i dopieprzyli pewnie. Śmieci wciąż zbierają, więc jeszcze nie koniec świata. W ten sposób mierzymu koniec świata. Jak śmieci trza zawieźć w jakieś miejsce, znaczy jest blisko.

Serio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbierająca szyszki… została wyłączona