Pan Tealight i Wielka Trąba…

„Najpierw w niskiej, ale wciąż zielonej trawie pojawiło się coś… coś jak mały, szary grzybek. No wiecie, nic dziwnego tutaj. W końcu jest mokro, względnie ciepło, właściwie od początku roku wiosna, jakby Zima wymówiła robotę, albo się obraziła, czy coś… no i ciepło i mokro, więc raczej już…

Chyba mamy tutaj tropiki, co nie?

Tylko czasem z przymrozkiem porannym, czy też nocnym, włąściwie, pół doby na minusie, reszta na chybaplusie? No nie wiadomo jak to jest, w końcu w nocy człek woli spać. By przespać czas, a moze… zwyczajnie ten świat ze snu jest lepszy? Jest jakoś tak bardziej znośny, już nawet te koszmary, choć takie namacalne, to jednak, wiecie, że się skońzą, no przecież… chyba że się nie obudzicie, ale nawet co, wtedy, po prostu pstryknięcie palcami i przechodzimy do innego snu.

I następnego.

I następnego… w końcu pieniędzy na bilet podróżny nie trzeba, tankować nie trzeba, a wiadomo, że wsio drożeje… Wsio!!! Jak żyć? Zaraz będzie kolejny podatek od oddychania, a tutaj jakiś grzybek. Zawsze dobrze oderwać swoje myśli od onej codzienności. Od tych strachów i stresów…

… od wszystkiego.

… może dlatego tylu się zebrało by obaczyc ten grzybek?

Prawie wszyscy poza Panem Tealightem i Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, która wciąż była w Niewiadomogdzie i on prawdopodobnie jej tam szukał, albo też szukał onego miejsca, albo… nie wnikali, w końcu mieli przecież dziwny grzybek, którzy… zaczął rosnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie będzie polityki…

Będzie o ciszy.

Czy jak Anioł mówił: „Będzie chór”! A co, pamiętacie Alternatywy 4?

Ponieważ 26. zostaliśmy miejscem tranzytowym dla wojsk wszelakich, a wariat chce nam zrobić bombkami kuku, jakby serio każdy tutaj już kuku nie miał, dodatkowe podatki, niby wsparcie od państwa, od tego podatek i jeszcze… więc cisza, miało być o ciszy, bo przecież ona w końcu nastała. Nie tylko dlatego, że przez kilka godzin nie było prądu, bo kabelek się spsuł… od tylu lat się nie psuł…

Dziwne to?

Podejrzane?

Możliwe… na szczęście, choć zimno było i herbaty nie było, to jakoś się udało przetrwać te 4 ponad godziny. W ciszy. Ciszy bez lodówki jęczącej, bez piekarnika czy czajnika, bez komputerow, ruterów i tak dalej… nawet sąsiadka nigdzie nie wyjeżdżała, a ona to zawsze tak potrafi zaszaleć i trzaska tymi drzwiami jakby ich naprawdę nie lubiło. Tak wiecie. NA PRAWDĘ!!!

Na amen z pacierzem!

Cisza…

Bo wiecie co? Nie wiem jak to powiedzieć, choć Covid rozdziera mi ciało, wszystko pali, gardło się rozpada, wszelakość istnienia naprawdę nie ma sensu… to jednak, powinnam o tym wspomnieć.

Powinnam?

No więc… nie wieje.

Nagła cisza, która otuliła Wyspę zdaje się wprost grubnieć, wszelako się poszerzać i jeszcze puchnąć, wypełniać dodatkową, wyciszającą pianką, czy czymś tam, wiecie, niezbyt znam się na onej nowoczesności… ale wiatry widać tak. Wiedzą jak to zrobić, by najpierw przez dwa miesiące rozpierniczać ludziom życie i tak już nadmiernie skomplikowane, a potem, po prostu…

Odejść.

Zniknąć.

Oczywiście, że nie na zawsze.

No oczywiście… że wrócą. Zawsze wracają. Ale ta cisza… jest przejmująca. Przerażająca. Nie dlatego, że chcecie powrotu hałasu, trzęsących się ścian i okien, ale jednak, nadzwyca nienaturalna cisza, wprost nieruszające się kraki, gałązki, brak chmur, fal na horyzoncie, a nawet tak bardzo nieliczne samochody… to wszystko sprawia, że jest dziwnie. Cicho. Nie tyle cicho, co… bezdźwięcznie.

Jakby ktoś volume zniszczył.

Nie ściszył, ale kompletnie usunął pokrętło.

No ale… przynajmniej wiatr człowiekiem nie majta. I choć sam człowiek chory, to jednak, no jakoś takoś, choć jedna niedogodność mniej w życiu? Nie wiem… jakoś tak… cicho. Tylko to teraz wiem. Tego jestem pewna. I tego, że obudziłam się, a tutaj na listkach trawy, samochodzie i kamykach szron ostry niczym podniesione oręże miniaturowej armii. Jakby juz napięli łuki, wypolerowali zbroje, natarli wszystko jakimiś truciznami, bo połyskuje tak mocno w promieniach wschodzącego słońca…

Tak, słońce powróciło.

Nie żebym aż tak tęskniła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Trąba… została wyłączona

Pan Tealight i Holy Mother Of Big Bellies…

„Bo ona z zagranicy była, to wiecie… przyniosła ze sobą one nieznane, albo zwyczajnie tutaj jeszcze nie zadomowione filozofie, że jakoś tak targała za sobą całą tą świadomość innego, całą oną…

… że ciałopozytywność, że kobiety kobietom i tak dalej.

A baby tutaj były raczej z gatunku bardziej wątpiących, więc nie chciały…

No dobrze, nie były przekonane. W ogóle. W znaczeniu nie były przekonane do tego co robiła, do tego jak zwyglądała i wszelako, jak bardzo się nie zmieniała zależnie od pogody i aury wszelakiej i jeszcze… no przecież to podobno kobieta, może i wiek średni raczej, ale jednak, kurde no… żaden pryszcz?

Serio?

Ale gdy Pan Tealight ją zobaczył, to od razu zrozumiał, że co jak co, ale to jego jedyna szansa, żeby Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się do niego oddezwała. Jakkolwiek… bo przecież wiecie, kwarantowana była. Ale podobno już jej się ona kwarantanna skończyła, może i lekko dziwnie jakaś inna była po tej chorobie, ale przecież kto by nie był. Nie no… jak tak na nią spoglądał, to wiecie, zaczynał sobie uświadamiać oną mityczną kruchość życia ludzkiego i trochę go to przerażało, ale postanowił, że zrobi to na Scarlett. Znaczy i jutro… jutro o tym pomyśli, a na razie będzie się cieszył z tego, że ona się zbliżała…

Nawet całkiem dziarsko szła.

Słuchawki w uszach, plecak nowy, względnie nowy, czerwony, mały miś biegnący obok niej, bawiący się swoimi kaloszkami, taki znajomy, tak bardzo tu chciany… i jeszcze te resztki po mrozie nocnym, który nieźle się zabawiał ze wszystkimi i wszystkim. Jak zawsze ubrana na czarno, jak zawsze jakoś taka gadająca do siebie, albo do tych, których nie widział…

A potem… zniknęła.

Nie przyszła?

Nie do niego szła? I Wenus Wielkiej, którą skołował?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I świat znowu się zmienił.

Przyznaję, z pozycji osoby mocno wciąż majaczącej, że raczej nie do końca wiem, co się dzieje, ale… wiem, co czuję. Strach. Zawsze ten strach. Bo przecież to wszystko tak bardzo przypomina zagrywki głów państw największych z przeszłości. Tak bardzo, że aż za bardzo. I tak, rozumiem strach innych. Ale czy rozumiem o co w tym wszystkim chodzi? Nie. Chyba po raz pierwszy kompletnie nikt nie potrafi mi wytłumaczyć o co Rosji chodzi w tym całym szaleństwie.

Co mnie uderzyło, to skala hejtu, jak odbija się w internecie na niczegowinnych pojedynczych osobach. Wiecie, z Rosji. Jak nagle gloryfikowanie są ci, co nic nie znaczyli, ale teraz, bo z Ukrainy, to wiecie…

Od razu zbiórka kasy.

Hmm… Oszust z Tindera?

Czy mój brak wiary w ludzkość?

Nie wierzę w takie, wiecie, niby nie do końca pospolite ruszenia. Nigdy nie wierzyłam. Kiedyś może to miało jakąś drobinę prawdy w sobie, ale wszyscy wiemy, że największe fortuny zdobywa się na wojnie i dzięki niej. A świat zrąbany pandemią zwyczajnie… no właśnie, czy w tej Rosji inne szczepionki dają?

Tak serio?

Bo te nasze to nie działają, jak widać.

Co na Wyspie?

Ranniki przekwitają, powoli i śnieżynki i przebiśniegi zdychają, a jednak… jednak coś się znowu dzieje z pogodą, temperatura spada. Wieje, wciąż. Właściwie, szczerze, czy w ogóle w tym roku niewiało… może przez godzinkę?

Dwie?

Ogród budzi się do życia, sławetny czosnek niedźwiedzi ma się cudownie. Po prostu wybija z mokrej ziemi, jakby próbował od czegoś uciec. Czegoś nieznanego, dziwnego, czegoś takiego… strasznego? A może jednak nie, może chodzi o coś innego, by wyleźć jak najszybciej, bo przecież… bo…

Może jednak?

Świat się niby wiosenni, a jednak…

Tak właściwie, to przecież wciąż mamy zime. Jeszcze przez chwilę, no ale jednak zima. Helloł. Może by tam tak jeszcze pośnieżyć? Podobno koniec lutego gdzieś tam jeszcze poprószył, ale czy u nas?

Nie widzę.

Bo przecież piszę sobie to na zapas, wiecie, człowiek chory, więc woli się zabezpieczyć i powiem wam jedno. Jeśli możecie idźcie na spacer, w las. W góry czy nad morze, ale jak nie wieje, no wiecie, trza na siebie uważać. Jednak jeśli można, to po prostu idźcie w las, pogłaszczcie korę drzewa, popatrzcie na pączki, jeśli są. Jedzcie pączki, ale te no, wiecie, te słodkie… zróbcie sobie choć kulinarnie dobrze.

Po prostu.

Zwyczajnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Holy Mother Of Big Bellies… została wyłączona

Pan Tealight i Ałtficiara…

„O rany jakie ona miała ego.

Tak wielkie i mocno spuchnięte i kroczące za nią nosząc maleńką, złotą poduszeczkę, a na niej kryształową miseczkę z orzeszkami złoconymi… i perełkowe cukiereczki, leciutko połyskujące melodyjnie w świetle wschodzącego słońca. Serio, to wszystko było aż tak bardzo przesadzone. Unoszące się nad nią nowe światy, niektóre dopiero się rodzące, inne znowu już wchodzące w epoki przeróżne, może i kompletnie inne niż te znane, opisane, współczesne… a jednak… były tam też jakieś byty, w zamkniętych, kulistych tworach, dziwnie miny robiące…

Byty, które miały na sobie szpilki, cekinowe sukieneczki i garnitury…

Co się działo?

Sen szaleńca?

I te kroczące szafy. Wszelakie. Głównie drewniane, ze zdobieniami na górze, nóżkami rzezanymi w pazurki i oczywiście malowanymi. Szafy drewniane, ale i takie malowane we wzroy, niby plastikowe toto, niby jakiś lak czy coś… były i przewiewne takie, metalowe, były i modne jakieś, z workami, niczym trumienkami na ciuchy najbardziej widać wartościowe, pakowane pojedynczon…

I jeszcze pudełka na buty.

I te na kapelusze, zabawnie toczące się uliczką, by potem z gracją wskoczyć na mostek, a potem zacząć się przepychać przy wąskiej furteczce. Jeden zamoczył pokrywkę w rzece, inny się za nic obraził i chciał wrócić, więc się zrobił zator, niby nic nie mówiły, ale skrzypienie, dziwne dźwieki sznurków i nitek, drucików i żyłek… A ona, ona tylko patrzyła w niebo, zaintrygowana oną dziwnością i miejsca i chwili… ale też jednocześnie, dziwnie tutaj nieobecna, wciąż gładząca ono wielobarwne futro, które miała na sobie… srebrzyste kozaczki i…

… nic więcej poza wielkim, jasny kapeluszem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pacjentka” – … oooo. Fajne.

No dobra, może to dość krótkie podsumowanie lektury, która jako pierwsza od dość długiego czasu mnie wciągnęła, ale… wiecie, jedno słowo tysiąc słów… czy jakoś tam. Ale tak szczerze… Tak, rzeczywiście miałam chrapkę na tę pozycję już od jakiegoś czasu, ale wiecie, się nie złożyło… no i nagle promocja, dają dwie, akurat to był, ekhm, ten dzień w miesiącu LOL i wiecie, nie żałuję.

Przeczytałam już obydwie.

Są genialne.

Nie wiem o co chodzi, bo przecież ten myk z narracją, połowa dziennik, połowa czasy współczesne, a jednak porwała mnie i na jedno posiedzenie poszła. Trochę nie do końca rozumiem rolę żony głównego bohatera, poza w pewnym sensie no wiecie… nikt nie chce spojlerów, ale jeśli czytaliście, to co myślicie?

No i główny bohater, Grecja i te sprawy…

Coś innego, coś… co na końcu zaskakuje, wali w ryj i po prostu… no zwyczajnie warto. Szczególnie w te wietrzne czasy! Dobrze napisana, złożona, przetłumaczona, psychologiczna w pełni, więc… wiecie…

Działa!!!

Hmmm, to tak…

Testy.

Chyba przez cały czas, znaczy w wyznaczonych godzinach można zrobić ten nosowy w Ronne, ale w Tejn na gardziołko ino w wyznaczone dni. I tak, na każdego przychodzi pora, wiecie… raz w robocie wszyscy zachorują, niby nie masz objawów, ale lepiej sprawdzić… negatyw. A potem nagle wszyscy w robocie chorzy, testują się, pozytywni, tobie coś w garddzieli gra i jakoś tak, zwalałeś to na wiatr, no czujesz się do zadka, więc… właściwie, to po kiego się testujesz? Czy nie lepiej by było w domu zostać te kilka dni, popracować z domu, może pochorować i dopiero potem sprawdzić?

Przecież jaki to ma sens?

Podobno teraz, gdy już nie ma maseczek i tak dalej, to jakoś tak, no… Szwecja też już nie wymaga testów, więc… po fakcie? A po co mi wiedzieć? Przecież powikłania jak będą to i tak będą. Lekarstw nie dają, więc po co ten stres, a pamiętajmy, że stres spiernicza wszytsko. Potęguje, zamęcza… no i jeszcze to całe łażenie w miejsce, gdzie prawdopodobieństwo spotkania chorego jest większe niż niewychodząc z domu… no dobra, w ogódku była wsadzić cebulki, wiecie, takie z tych doniczkowych kwiatków. Będą na przyszły rok. A co… cebulkowe to jak dostawanie kwiatów na zawsze.

No na przykład te winogronka, okay muscari, niech im będzie.

One się plenią przez cebulki i nasionki, wiedzieliście o tym?

Ja już wiem. LOL

No ale…

Jak już się okaże, że wiecie, no czujecie się kijowo, to nagle może was zaskoczyć kochanica sąsiada wpadająca wam na posesję, tia, ta sama co kiedyś tutaj jej pies omal nie rozniósł mi ogrodu. I nie, nie mam nic do psa, poza tym, że głupio tak, bo szczeka ciągle, a szczególnie jak idę siku… no wiecie, odrobinę prywatności pies, no weź… ale wróćmy do kochanicy sąsiada, nie będzie z dużej litery, więc jak pies robił rozpierdziel mi w ogródku, to ona na bani i to nie wiem jakiej czy palonej czy alkoholowej rozjechała się na cztery litery… ale…

Choruje się, a ta wpada i mówi, że nasza roślinność jej zasłania widok z okna…

Z okna kuchni na drogę.

Ekhm… może zarysuję sytuację. Mieszkają za nami i dzieli nas sporo ogrodu i ichniego i naszego. Mieszkają też trochę ponad nami, więc… i zima jest, nie wiem w jaki sposób coś jej może zasłaniać ja małpę widzę. Jak wezmę aparat, bom ślepa, ale jak człek robi pączkom zdjęcia, to wiecie…

Wiele rzeczy w ramach kadru zauważa.

No więc wpada, wali w drzwi, Chowaniec wylazł i słucha, a ona coś o syrenach i kuchni – jak się okazuje moje kochanie nie wie, że po naszemu syreni to bez, więc już wie – no i że trza je przyciąć. On tłumaczy, z oddali, że mierzył i krzaki zgodnie z prawem, a nawet jakby co, to jak ma teraz wyleźć, rano w wichurę, tak w zimie ciąć? Kuźwa serio… babsztyl w końcu przyznał, że no rzeczywiście, może lepiej bliżej lata… a potem przyszły wyniki testu… no wiecie… Chowaniec zdał.

Egzamin, którego nie chcesz zdać.

I przyznam, że jako człowiek niewychodzący z domu, niespotykający się z ludżmi, wprost wrzeszczący na ich widok i z papierami szaleńca uważam to za nie fair, iż coś mnie już łupie i… sami wiecie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ałtficiara… została wyłączona

Pan Tealight i Zidiocenia Bóstwo…

„I nagle ono powróciło… nie no, nie była to jakaś nowość.

Już nie miejcie takiej wiary w ludzkość…

Bóstwo Zidiocenia miało tutaj nie tylko swoje cudowne, choć wielu zaprzeczało ich istnieniu, świątynie, place zabaw jego imienia, szpitale nawet, wiecie, lekko kuku i gaje, nie do końca oliwione, skrzypiące, stare drzewa wygrywały w nich creepy muzyczkę, która na zawsze pozostawała w głowach i sprawiała, że z czasem jakoś tak, jakoś nie można już było jej wybić sobie z głowy… niczym, czy mechanicznie czy niemechanicznie, po prostu nie można było, nie…

Po prostu…

Miał własne obrzędy i własne święta, w niektóre sami się bawicie, choć nie wiecie, ale przecież, do tego nikt się nie przyzna, nikt… uznanie za wariata, może i czasem wydaje się być takie miłe i takie, ojojoj, zabawne wszelako, ale jednak, tak naprawdę, nagle rzucone pomiędzy onymi garniakami i strojami za grube tysiące i sukniami z kamieniami, biżuterią, może i nie do końca wielce wartą, ale jednak markową, a przecież to tak bardzo się liczyło…

Marka ponad prawdziwe kamienie i metale…

Marka.

On nią był.

Znaną, w rzeczywistości najbardziej popularną, ale jednak… nie zawsze wspominaną. Gorzej, coraz częściej zwyczajnie nawet nie wymienianą z nazwy, ongo słowa bano się, a jednak, przecież, definicje i modlitwy były wysyłane i wypełniane, więc… On się pojawił, le tym razem większy niż kiedyś, mocniejszy…

I dziwnie rechoczący.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra, bo linki dostaję… że Bornholm, że Rosja, że USA.

Ech… pamiętacie jak pisałam o tym, że Tubylcy boją się Rosjan? O tym, że Wyspa została wyzwolona, no nazwijmy to tak ładniej, zbombardowana, zgwałcona, dopiero rok później po bawiącej się Kopenhadze…

… no więc podobnie jak stres zaznany w dzieciństwie wpłynie na dorosłego, tak i tutaj ludzie boją się panicznie Rosjan. Wierzą w wojnę. Wierzą w to, że oberwią cokolwiek i kiedykolwiek. No naprawdę. I to nie tylko bardzo wiekowi ludzie. Nie tylko ci mniej obeznani ze światem, czy jak to lubicie określać. Moim zdaniem tacy, co dobrze wiedzą, że wsystko się powtarza.

I wsio się może zdarzyć znowu.

… więc tak, Amerykanie pewnikiem zlecą się bardziej i tak dalej, że to prawo z 1946 roku? Czy 1964? Ja nie mogę… 1946r. Kiedy to było, no weźcie no, ludzie, straszenie to wszystkim cudownie wychodzi. Naprawdę. Najpierw, że śmierć, że odbieranie praw, że umrzecie wszyscy i pandemia i jeszcze…

Serio.

Strach to na codzień jest obecny.

Nie trza dokładać.

Co wiadomo na pewno, to to, iż na sezon pracowników brakuje, więc jak ktoś samobójca, to szczerze, możecie się starać.

No dobra, nie no… przesadzam.

Nie, nie przesadzam, zwyczajnie wolę napisać coby przesadzić, by prawda pozostała gdzieś tam pomiędzy, bo przecież szczerze nie da się prawdą ino żyć. Nikt by tego nie zdzierżył. Przecież… kuźwa, jestem dorosła, a jednak i tak wiem, że cholerny Patiomkin może się wynurzyć i nam przypierniczyć i nikt nie zareaguje. Na Facebooku ludzie się żrą, bo Kanadyjczycy, jak się okazuje nie są spokojni i tak jak człowiek nie czyta wiadomości i spiernicza od nich jak najdalej, to jednak…

I tak w coś wdepnie.

I mam dość.

Człowiek szczerze się odciął od TV, radia, w ogóle radio jeszcze istnieje? Stron wszelakich, nie no, włazi na FB czy Insta tylko po to by odbębnić robotę i tyle… i ucieka. Jakoś tak. Tak zdrowiej, a przynajmniej tak mi się wydaje… a może zwyczajnie nie mogę już w tym świecie. Kilkanaście lat temu przeprowadziliśmy się na Wyspę by uciec od tego wszystkiego. Onej polskości, miastowości, dziwnych przejawów cywilizacji… i co? I nie, żadne z nas nie myślało, że to tutaj będzie rajem, nie… każdy świat ma swoje pasujące i niepasujące strony, ale jednak…

Zbyt wiele się zmieniło.

Zbyt wiele.

A co będzie? Nie wiem… na pewno strach będzie. Na pewno, z tego, co słyszę, nikt już nie ma prawda powiedzieć czegoś, co myśli, co nie jest zgodne z głupotą większości. I tyle… czy można to zaakceptować…

Może lepiej znaleźć kolejną dzicz?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zidiocenia Bóstwo… została wyłączona

Pan Tealight i Influenser Poznania…

„No wiecie, taki z kamerką i takimi ustrojstwami wszelakimi… pajączek taki bury, niby z oczkiem, a jednak jakby widział więcej niż ci z sześcioma, na dodatek muszymi gałami, i ciągłe gadanie… i ciągle chce zniżki… i ciągle jakieś takie trącania i fochy, żeś go nie polajkował, czy coś.

Serio wyglądał jak pająk obrany z nóg, znaczy niby człowieczo wyglądał, górne miał i dolne też, odzienie owszem i to na XXXS, ale jednak, to jedno oko z taką no, chyba, zaraz, serio? Tak, on tam miał soczewkę i samowyzwalacz pod pachą i jeszcze… do tego puszczał sobie muzyczkę. Jakąś taką dziwną. Pewno raczej nie taką, za którą trzeba wiele zapłacić, ale wiecie, na pewno go nie zdemotyzują. A był przecież wszędzie. I Jutubowie i Instagramowie go znali, Tiktokowie i inne tam Snapczatowie i wszelakie rodziny SM go wielbiły i mocno, radośnie wprost nazbyt wylewnie, witały…

Jak wyjeżdżał.

Coś jakoś tak, więc… hmmm, z jednej strony był znany, miał milion i tu i tam, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane – jak twierdził, wyłącznie z zazdrości – rechotała, że to kosztuje ino kilka stówek, więc niech się tak nie obnosi, bo da mu do poczytania plotkarskie strony…

Ale…

Wiecie, ona nie miała milionów, więc była dla niego nikim, zresztą wciąż chora i oficjalnie nierozmawiająca z Panem Tealightem, który pisał do niej już kolejny list – zeszyt, książkę, czy może trylogię nawet…

A i on był od poznania… wiecie, nie mody i przyrody, ale poznania… w znaczeniu samego onego, cudownego dla niego, jedynego i wciąż nie do końca zrozumiałego, no wiecie, czucia uczucia… poznania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dudley and Eunice?

I od razu szaleństwo, że ludzie tego nie wymówią… oczywiście chodzi o sztormy, ale… tak szczerze, kto z nas pamięta, że przed nimi był Malik? Kto w ogóle, poza pasjonatami tematyki zapytają się, jak nazywa się to cholerstwo, które rozpierdziela ci dzień? Albo tydzień… No więc u nas wymyślili, że Dudley może być, ale to drugie, to ludzie nie będą potrafili wymówić, więc trzeba zmienić.

Ekhm?

Serio, opłaca się? Sztormy dwa, będą nas napierniczać kilka dni a potem, przyjdą nowe, więc…

Dajcie se siana!!!

Będzie Nora… aczkolwiek sama się przyznam, że nie wiem kiedy ten jeden sztorm się kończy kiedy inny zaczyna, szczerze, bo wieje i to serio mocno przez cały czas, podmuchy sprawiają, że gacie mi latają… i inne rzeczy też, a na dodatek podnosi takie doniczki, których sama nie potrafię, więc…

No wiecie.

Dajcie se siana z tymi nazwami, określmy to jako pore wiatrową i tyle. W końcu bez urazy, ale zimy to nie będzie. Nie było… były tylko dwa dni, które były piękne i zimne i cudownie mroczne, a cała reszta, to żałoba po sezonach.

Bo ich to już nie uświadczysz.

I tak nagle…

Nagle człek sobie uświadamia, że taki wiatr to inna forma niewoli.

Znaczy… oczywiście, że można siedzieć w domu i jak się go ma wystarczająco dużym, to zawsze się znajdzie kopę roboty, coś z ulepszeń czy jakoś tak, a może jakiś handmade i tak dalej, no wiecie, mądre umysły znajdą sobie zajęcie, a nawet może i w końcu zdecydują się na leżenie dupą do góry, w czym jestem kompletnie niewykształcona. No nosi mnie no. Nawet czyste można zawsze przetrzeć…

Coś napisać, namalować, w końcu album dopracować…

W końcu to coś zmienić…

W końcu… a może jednak w tych wiatrach chodzi o to, by się wsłuchać? By jakoś tak pozwolić im wywołać w nas te uczucia, nawet te najbardziej kiepskie, jak lęk i wściekłość z niewiadomojakiego powodu. Może jednak chodzi o coś, wiecie, bardziej wewnętrznego, a nie tylko wianie i zamartwianie się, bo jakoś tak, ehm… ostatnimi czasy, to zauważyłam, że człowieka wyłącznie opisuje stan konta.

Oczywiście miejmy na względzie moje znikome, nie mówiąc iż żadne, kontakty z ludźmi. Chyba jednak trzeba o tym pamiętać. Dobra, powiedzmy, że wiedzę czerpię z internetowych komentarzy. Są straszne. Mega przerażające!!! Tylko jeśli masz i to jeszcze musisz mieć pewne rzeczy, miejsca zobaczyć, jakby kurde był jakiś poradnik, którego nie dostałam. Jakby… było coś: jak żyć, ale mnie z tym nie zaznajomiono? Czy to możliwe? Serio? Możliwe?

Kurcze…

Świat nie jest taki jakim go opisywali filozofowie, bardziej to już fantasy… i to kiepskie. Z cycami na okładce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Influenser Poznania… została wyłączona

Pan Tealight i Kochanek Bezkochanki…

„Bo on tak bardzo kochał, wszelako i namiętnie.

Róże to mu z każdej kieszeni wystawały, liściki miłosne, poematy i wszelakie tam wiersze i rymowanki… do tego jeszcze, właściwie pasowały do każdego, znaczy każdej, bo jednak płeć miał sprecyzowaną.

Chyba?

Ody to mógł na poczekaniu, serenadę, gitar miał a trzy i umiał śpiewać i jednocześnie wspinać się po winorośli czy innej rynnie i w tym samym czasie, no mistrzu no, przeżyć umiał. Serio. Mag jakowyś czy bóg może nawet? No ale… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, obrażona ostatnio na Pana Tealighta, co on starał się bardzo zmienić, ale kurde wiało, potem Wiedźma przeszła w stan kwarantanny i tyle ją widzieli. Tak właściwie od tygodni już jej…

Kurcze…

Świat był coraz bardziej złym miejscem.

Musieli to naprawić, ale jakoś on się przyplątał, a że bab w Sklepiku z Niepotrzebnymi wiele, to wiecie… każdy dziś szuka onej odrobiny pocieszenia, chociażby malutkiej, mikroskopijnej… no jakiejkolwiek jednakże. Takiej, co to ociepli, albo choć poruszy one zapomniane miejsca w duszy.

Czy innym tam sercu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowieść podręcznej” – … okay. Przyznaję, że no… ekhm, myślałam że to powieść. No wiecie, oryginalna, literki i te sprawy. Jakoś tak, no czysty przypadek, to trafiło w moje ręce.

I chyba nie żałuję.

Chyba?

Nie no, oczywiście, że wciąż chcę zdobyć powieść powieść, ale to jest naprawdę intrygująca pozycja. Trochę film, trochę koszmar. Bo jakoś tak ona czerwień na tych białych stronach, ta wybiórczość kolorystyczna… wszystko to, w jaki sposób Renee Nault przedstawia naszą bohaterkę, którą wielu zna z popularnego serialu HBO, może i mniej z samej, opublikowanej w latach 80tych XX wieku książki… czuje się bardziej. Tak, poprzez oną „komiksowość” powieści nagle coś, co winno być opowieścią o superbohaterach, bajką nawet, przeraża bardziej.

Ona opowieść o odbieraniu kobietom wszelakich praw, tak prosta, dziwnie logiczna, uderza bardziej.

Bo czy naprawdę wciąż mamy jakieś prawa? Czy naprawdę możemy o sobie samostanowić? Nawet teraz… pieniądze, oj to meżczyzna, nie masz mężczyzny jesteś przegraną. Nie masz dzieci, nie jesteś kobietą… właściwie, czy w ogóle jesteś… Czy jeszcze tam jesteś?

Ta opowieść autorstwa doskonałej autorki i zaskakująco dogłębnej w swej kresce kanadyjskiej ilustratorki przeraża. Akwarela i tusz… czerwień, czerń i biel. Prostota. To dociera do onych bajkowych obrazów, które często w sobie tworzymy, onych pragnień i rozbija je w pył…

Ważna!

Wieje…

Koszmarne, psychiczne powiewy telepoczą domem by potem nagle ucichnąć i zaszumieć deszczem… a potem łączą swoje siły i nie wiesz, czy kopać piwnicę, czy jednak spróbować pozostać na powierzchni… niby to tylko do 18km na sek, ale jednak… przeraża. Chyba zależy to od kąta pod którym wiatr wieje…

A może wyłącznie od mocy?

Nie wiem, wciąż tego nie rozpracowałam. Wiem za to jedno, wiatr to coś, co jest zmienne, coś, co mocno na wszystkich oddziaływuje i dodatkowo jeszcze, siła, z którą nie można się mierzyć… ale za nic nie mogą powiedzież już, że podwyżki prądu były z powodu braku wiatru. Oj nie… znaczy może w zeszłym roku, ale tak spoglądając ile wiało od początku roku – codziennie – to chyba już mogliby te podwyżki odrzucić? Ale gdzie tam. To jak z podatkiem od masła…

Odeszło opodatkowanie, ceny nie zeszły…

Ale czasem są promocje… coś, co powróciło po wielu latach niebytu.

To trochę trudne by wytłumaczyć komuś, kto tutaj nie mieszkał przez kilka lat, co jest z tymi wiatrami. I które są dziwne. Tak naprawdę to chyba jak z chorobami psychicznymi, odczuwaniem bólu i żalu czy radości, gdy nigdy tego się nie czuło. Nigdy… widzicie, to jednak ono pierniczone doświadczenie. Czasem przez rok nie wieje strasznie, a czasem wieje prawie cały rok i…

I na ludzi zwalają na to winę i dowalają podatków…

A od podatków jeszcze są podatki…

Serio.

Spoglądanie na prognozę pogody, tą rabaną kreskę ciągnącą do góry, potem na chwilę w dół, a potem znowu, niczym wykres bicia serca. Ale czyjego? Nie Wyspy, bo ten wiatr jest tak bardzo obcy…

I ten deszcz, zdolny zmieść kolejne zagajniki… rozerwać rzeczne linie, porwać brzegi, wszelako odsłonić, ale i zasłonić. Zniszczyć i stworzyć. Być i nie być. Przesłać ziemię w morze i zmieść ją na drogi.

Co jak co, ale suszy nie ma.

Chwilowo?

Czy znowu lato będzie kolejnym ekstremum pogodowym? A co z Turyścizną? Czy otwarte Maroka i inne Malediwy sprawią, że będzie ich trochę mniej? Kto tam wie… współczesność uczy, że pewnym można być niewielu spraw. A czasem i ino jednej, onej wszelako ostatecznej. Mocnej…

Czy już wyciągneliście maseczki z kieszeni?

Czy znacie życie i zakupy bez nich?

Wyjazdy do Szwecji, w szczególności na początku tego szaleństwa były takie dziwne. Wyzwolone. Niegrzeczne. Jakby człowiek robił coś naprawdę złego, a po prostu przekraczaał wodną granicę i już, był w świecie, który aż tak się nie bał. Któremu ktoś pozwolił żyć… oddychać. Czasem się zastanawiam, czy gdyby nie mniejsze zarobki i wszelako, no wiecie… Królowa, czy nie byłoby mu lepiej tam, ale jednak… okay, skał tak nie ruszą, chociaż, ruszają, ale te drzewa, powalane w chwilę. Mgnienie oka i znika las, mgnienie następne już są sadzoneczki…

Pustka przez kilkanaście lat.

Ból i dziwna cisza…

Ekologia Skandynawii to kłamstwo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kochanek Bezkochanki… została wyłączona

Pan Tealight i Zakręcony Pan…

„No przez te wiatery.

Jednym odbijało i więcej pili. Innym odbijało i więcej jedli. Innym jeszcze odbijało i ćpali, a on, to no z nim było inaczej i tak jakoś go nie tyle odbiło, co raczej pokręciło. A nawet i zakręciło. I omotało, zamotało i jeszcze, w pewnym momencie coś mu z ręką się stało i się pętelka taka sama z siebie zrobiła.

Niczym na Miecz Damoklesa czekająca…

Ale jak to tak, w rękę… chociaż, jeśli to ta ręka, co do grzechu, ech, naprawdę te wiatry to sprawiają, iż człowiek czy też i inne zwierzęcenie, czy lekko ludzkościenie, no wiecie, jak ma mózg, to odczuwa i może mu odbić, więc należy jednak uważać na wszystkich i ono wszystko i jeszcze…

A wiało.

Najpierw jeszcze nadawali imiona tym wiatrom, a teraz, teraz już nawet o to nie dbali, już mieli to gdzieś, wiatr i już. Wszelakie zawłaszczenie myśli i marzeń, duszy podduszenie, mocne zagubienie… No i jak widać pokręcenie. Ale co teraz z tym? Niby mówi, że go nie boli, ale jednak… aż ból patrzeć, no!!!

Może jednak uciąć łeb i ukrócić umęczenie?

Ale z drugiej strony kilka Królewien po Best Before się nim zainteresowało, nawet rzuciły mu tam jakieś reklamy, wypchały ziarnem ciuchy, coby coś tam zaciągnęło go do domu, znaczy do nich, nie no, jak już znalazły chłopa, to tak łatwo nie puszczą, toż to wszyscy wiedzieli… wszyscy. On chyba też, bo choć taki, wiecie, lekko skąplikowany i skręcony, to zaczął się od wróblinek i sikorynek obganiać i krzyczeć zaczął, że on może by bardziej ten łeb by chciał stracić…

Problem w tym, że one zaczęły od razu pytać dla której najpierw chce stracić, bo mogą wielokrotnie i w końcu…

Pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane.

Na szczęście?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tia.

… wiem…

Powtarzam się, ale znowu wieje. I to przychodzą kolejne ostrzeżenia, że będzie gorzej i w ogóle i na szczęście Królową wypuścili z izolacji, więc przynajmniej to fajne, ale ten wiatr. Te dziwne powiewy przynoszące allergeny, o których moje zatoki nawet nie myślały, albo szczęśliwie zapomniały, no to wiecie… tak serio, nagle człek sobie uświadamia prawdę niezbywalną, że jak napierdziela powietrze, to się wyjść nie da. Autem miota i mota i jeszcze… jeszcze…

… już nie myślę nawet o chodzeniu…

Był człek na spacerze i tyle…

Wywiało go, teraz kicha i tyle. Ale wiecie, żeby nie było, nałykał się tego obcego powietrza i… tia, wiem jak to brzmi, ale po tym jak się pomieszka tutaj dłużej, to człek odróżnia rzeczy, które należą do tego świata i te, które do niego nie należą. Po prostu. Dziwne to? Nie, bo przecież Wyspa to jednak specyficzny ekosystem i należy o tym pamiętać. Też i o tym, że ludzie do niego należą…

Niektórzy tylko przez chwilę… w odwiedzinach…

Inni znowu… na zawsze.

Wiecie, taki to czas. Świat taki. Zwyczajny bardzo… skały tu są i woda i resztki po drzewach i nazbytnuo wiele domów i ona Pustka… którą już chyba należy właśnie z dużej litery pisać, bo staje się w pewnym czasie dziwnie przejmująca. Taka dominująca… szczególnie jak się słyszy o kolejnych osobach, co to się tłumnie i szunie sprowadziły tutaj w czasie pandemii, a teraz…

Uciekają.

Wracają…

Wracają do siebie.

Nigdy tutaj sobą widać nie byli i tyle…

Ale ten wiatr, skaczący z nagłej ciszy w okropne powiewy, ono słońce niczym stroboskop albo zrąbana lampa… no ta no, jarzeniówka. Słońce, ciemność, ciemność, słońce, po prostu czyste szaleństwo. Człowiek nie wie co ma ze sobą zrobić. Nagle się okazuje, iż jest coś gorszego od onej wyłącznie jasności…

Popierniczona, nieleguralna zmienność.

Zasłonić okno czy odsłonić… spali roślinki czy nie… co z tym słońcem, a może to jednak jakaś taka dziwaczność, roślinne samobójstwo czy coś? No weźcie no. Spalone liście, oklapłe, niby wszystko okay, przecież roślinka winna kochać słonko, pisze tak na karteczce, a jednak… jakby krzyczała gdy ono tylko wyłazi. Hmmm… czy w sklepie się pomylili, czy jednak to ono słońce już nienasze?

Kto to wie?

Ale mniejsza, o kolejna osoba się wynosi… wam powiem, że jeśli ktoś chce kupić domek na Wyspie to teraz nagle znowu jest dobry czas. Serio. Nawet ludzi do roboty szukają bo się u nas bezrobocie nawróciło na inną stronę? Nie wiem  jak to się wydarzyło, ale jakoś się wydarzyło… cud? Pojechali ludzie do Gdańska błagać młodych o to, by przyjechali na lato do roboty. I tak się zapytałam z głupia frant, czemu to się do Niemiec nie udali? Aaaaa? Nie no, pewno… a może do Ukrainy?

Tia, wiem, głupi żart chyba?

Chyba?

No zobaczymy co z tych ich eksperymentów wyjdzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakręcony Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana…

„Była tam, pod Jabłonką Płonką.

Była… znaczy spojawiała się i znikała na początku, dziwnie nieuchwytna, ale może to wszystko przez ten wiatr?

Może?

W końcu przecież nikogo nie spraszali, a wiatr, wiatr sprawiał, iż dziwne rzeczy i sprawy stukały w drzwi i okna, więc raczej starali się nikogo nie wpuszczać. Jakoś tak, wiecie, dla ochrony mienia i wszelakiej niezależności, by zwyczajnie się nie dzielić, bo i też czasy nadeszły takie, a nie inne, więc…

… więc czasem tylko wyglądali, a potem zaznaczali na ścianie, że o tej i o tej była, w postaci pełnej, niepełnej, a może właśnie znikała i taką to mieli rozrywkę. Ale tylko na teraz, na ten wiatr… a ona, ona spod tej Jabłonki, w końcu przestała się pojawiać, bo i ile można. No i wiało, czyż nie. Wróciła do domu i wystosowała list, który jebnął Smoka z Komina w jedno z ocząt i wcale nie poprawiło nikomu humoru.

I…

Obraziła się.

A co nie mogła? No kto jej zabroni. I nie, nie miała w kalendarzyku zapisane, że będzie wybaczać czy coś. Co jak co, tego czy też o to nie powinno się nawet prosić. Jak już ktoś ma wybaczyć, to wybaczy, a jak nie ma, nie chce, nie czuje potrzeby tudzież dawno to zrobił… sorry, jak spierdoliłeś kolego/kolerzanko, to cierp. I nie wymagaj od skrzywdzonego, że zrobi ci dobrze, bo niby tak…

Bo co?

Jezuski?

… więc oni byli tam, ona tu, a między nimi wiatr… świat naprawdę nie tylko stał na rzęsach i klaskał uszami, ale… popierdoliło go?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Doktor śmierć” – … uuuu… Człowiek czasem myśli, że wie, wie wiele o tym wszystkim, ale jednak… czasem ktoś to opisze inaczej, dokładniej, no i wali po deklu. Mocno… i człek zaczyna się zastanawiać, że może jeszcze bardziej inni mają rację niż ci wszyscy… ona większość…

Większość wyśmiewająca teraźniejszości próby… by coś zmienić.

Ale jednak pewne sprawy, pewne osoby, jednostki ale i grupy rządowe… nierządowe i wszelako nikomu nie podlegające robią rzeczy, które naprawdę mogą przerazić. Które mogą może i zbulwersować nawet?

Wrzućcie sobie w wyszukiwarkę frazę „doktor śmierć” i bądźcie zadziwionymi podobnie jak ja… kurde, niby człek wiedział, że takich ewenementów było wiele, zaprzeczając onej definicji ewenementowości, ale jednak, kurcze no, tylu lekarzy, niby lekarzy i tak dalej, ale jednak, przerażające. Ale z drugiej strony. Cóż, jako naukowiec sama przyznam, że eksperyment to coś, co jest właściwie moim życiem.

Ale… tym razem oto przed wami opowieść o Sidneyu Gottliebie, chemiku właściwie, który nadzorował, kierował, wszelako dowodził pewnymi odłamami CIA, które odpowiadały za wszelakie maści i pigułki, że zwyczajnie was od razu przenosi w ramiona onego geniusza wybuchów z Bonda. No jak mu tam było, Q? Chociaż w książkach był też Major… cóż, ale jednak Q, to chyba najbardziej rozpoznawalny naukowiec bawiący się śmiercią… tudzież, jakimś tam zniewoleniem i Gottlieb był kimś takim. Tylko… naprawdę. Znaczy, o ile zawartość tej porywającej, historycznie na pewno częściowo przynajmniej prawdziwej opowieści, biografii miejscami… historii CIA… jeżeli ona jest przynajmniej w połowie prawdziwa, a można pewne sprawy prześledzić…

Hmmm…

Czy naprawdę nas to dziwi?

Ale… warto przeczytać. Bardzo warto. Serio i szczerze. Wciąga, porywa, czasem wpada się w niedowierzanie, a czasem… ech, po prostu się rozumie, że ten świat to tak naprawdę miejsce, w którym jedni wygrywają, a inni…

Znikają.

Wieje…

Jejku, ale nudy. Nosz przecież serio, czy ja już nie mogę o czymś innym pisać? Nie, nie mogę. Może i wiosna dookoła, niewielkie listki pchają się na zewnątrz, w nocy pogoda albo na plusie albo w okolicach zera, nie wiadomo o co chodzi, bo jak w dzień słońce przygrzeje, to po prostu…

Bleee…

Ale jednak, jak tylko wiatr się zmniejszał, to po prostu człowiek musi wyleźć na zewnątrz. Ale tak w jakieś skryte miejsce, na przykład do Hammerhavn… znaczy wróć, nie, tam to możnaby zaparkować, ale kurna, jak pozmieniali? Ja pierniczę… już niby wiadomo, że taki licznik wyciętych drzew człowiek sobie powinien zamontować, bo go to wkurwia i najchętniej by kogoś za to obwinił, a potem się dowiaduje, że tu wymyślili, iż może by tak drzewa ino w lesie…

Kurwa mać!!!

Tak, klnę.

Perkele!!!

No co? Po pierwsze umiem kląć w kilku językach, szczególnie uwielbiam one diabelskie strofy, a po drugie, to wiecie, jakoś trzeba te rzeczy z siebie wywalić. Jakoś trzeba to wszystko z siebie wypierniczyć. Bo niczego nie zmienię. Chyba że w końcu wygra człek jakąś kasę i kupi ziemi. Sporo ziemi i tu i w Szwecji… i będzie sadził drzewka… i może jeszcze jakieś arboretum?

A czemu nie?

Ino bezpiecznie dla ekosystemu, chociaż i tu i tam to już dawno o to nie dbają… o tym nie myślą… nie…

Skandynawia od dawna nie jest eko.

A i u nas poległy kolejne drzewa…

I tak, boję się wychodzić, ale jednak wybraliśmy się nad jeziorko. A dokładniej na dwa, na jedno popatrzyliśmy, na one skały oddzielające nas od morza… ech skały, tyle w nich magii jakowejś, takiej specjalnej, jakby serio ułożone były z jakowyś wciąż bijących serc i twarzy zmieniających wyraz. Ta się uśmiecha, a ta wpiernicza korzonki, a może to ptaszek jest… a może raczej był?

Skały tutaj są w rzeczywistości głównie twarde, poza onymi w okolicach Dueodde i tego, co określam mianem dołu Wyspy… mięciuchne i wapienne. Dinozaury i inne skamieliny przechowywujące… owoli znikające. Ale tutaj tak wiele znika, ostatnio aż nazbyt wiele, jakby to, iż ludzie przygnieceni pandemią byli zezwoliło jednostkom na wycinki… tu wycięli cały las, tutaj zagajnik, w Tejn znikają drzewa w takim tempie… w ogóle dom z domem się zamienia w ciągu kilku miesięcy.

A podobno takie kryzysy.

W tym miejscu w końcu coś ruszyło z budową onych domków letnisowych… tia, w końcu chyba wiem jak sommerhusy nazywać, chociaż, czy to to samo? Nie, prawa są inne, ale jednak… one wszelkie domki, dziwne, jednakie, a kiedyś takie piękne łąki tu były i widok i jeszcze sarny i wszelakie robale i jeszcze…

Tajemnice.

Pustkowie…

Świat potrzebuje pustki.

A one kolejne drzewa, które tym razem porwie wiatr, bo pozbawione wsparcia zostały same, ziemia znika wydmuchana powiewami lub zlana deszczami, spływa do morza… a jeziora… są…

… ale, czy to w ogóle jeszcze jest ważne?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana… została wyłączona

Pan Tealight i Kosztowności Nieznajomej…

„Bo to tak już jest, jak się łazi po sztormie po plaży. Wiecie, tak się idzie, łapa za łapą, kopytko za kopytkiem, nos bliżej piasku i fal niż ponad tym wszystkim. W powietrzu nic się nie unosi, raczej nie, chyba nawet jeśli, to nikogo to nie obchodzi… może se lecieć, nawet rąbnąć kogoś w zad, załopotać ogonem, ale wiecie, nie zwrócicie uwagi, bo ten piasek, te wyrzucone rzeczy…

One możliwości?

Przecież tam może być wszystko. Może nie bursztyny, bo te jakoś taksię rozbijają w piasek od razu, jakoś nie chcą na Wyspę, a może jednak są tylko się chowają? W końcu są tutaj one diamenty? Są… ukryte w wielkich kamieniach, obłych dziwnie, jakby były w rzeczywistości jajami, jakby…

Nie, lepiej ich nie szukać.

Nie, lepiej ich nie znaleźć.

Lepiej… po sztormie, gdy w oddali one fale wyglądały jakby były wysokości budynków, kształtów potworowatych, jakby ktoś w rzeczywistości okradał one głębiny, a właściciele się burzyli, jakby… coś się działo, coś więcej niż dotąd, coś bardziej… i kolejny wiatr i kolejne fale i burze i wiatry i…

Kolejne wyprawy na piasek…

I nagle, w zagłębieniu, tam gdzie cieniutka linia rzeki się wije, pod wierzbą, która już dawno zapomniała jak się nazywa, leży szktaułka. Metalowa, złota prawdopodobnie. Albo… nie, to nie może być podróbka.

Nie tutaj, nie teraz.

Na pewno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje.

I znowu szaleństwa z naszym sławetnym Fjolslinjeniowym Molslinjen zwanym też Bornh… a nie, tego nie lubimy, więc może nie, tym bardziej, że znowu namodzili. I to mega. Bo widzicie, w pamięcie musicie mieć, że to wyspa. Znaczy Wyspa to wyspa, coś na wodzie, do czego raczej nie można się dostać inaczej niż po wodzie… nie, wciąż nie wybudowano tunelu, a samolot, rany, kogo stać, no i auta nie przewiozą.

A dlaczego w ogóle wyjeżdżać z Wyspy?

Bo IKEA nie ma.

Albo ktoś musiał do stolicy pojechać… znaczy tej onej reszty kraju. Albo zwyczajnie, dlaczego nie? Przecież tutaj nas jeszcze nie związali… chyba? Mamy jakieś prawa do poruszania się… może nie każdy chce, ale jednak, no weźcie no, to już w ogóle z domu wyjść nie można?

No ale…

Sprawa wyszła taka, że jeden prom dali tam, drugi dali gdzieś indziej, a potem odwołali ostatni prom z Ystad. Od razu wam powiem, że odwołanie akurat tego promu oznacza, że nie wrócicie do domu. I to jeszcze się tłumaczyli sztormem, którego właściwie nie było… znaczy, coś tam wiało, ale…

Wiecie…

No i potem jeszcze ogłosili, że to biorą tam, tamto gdzieś indziej i jeszcze nowy prom poleci na cieśninę, bo przecież i będzie większy, ale mniej kursów i w ogóle zmiany nadchodzą takie… a ty człowieku szczerze zrobić nic nie możesz, bo krzyczeć możesz, oni mają to w zadku, a po wodzie nie pojedziesz…

Pamiętacie Pana Samochodzika?

On miał amfibię chyba?

Kurde… może jednak człek powinien sobie jakiś większy stateczek nabyć. Wiecie, tak coby i auto się w ładowni zmieściło i mebelki z IKEAi. No wiecie, no i jeszcze te kalafiory w sezonie, bo mają je zarąbiste.

LOL

I tak, to nie jest śmieszne…

Dlaczego to taki problem?

Bo innej drogi nie ma.

A jako Wyspa kraju leżącego z dala od nas… znaczy wiecie, kontynentalnie to oni o nas pamiętają w wakacje albo lockdowny. Bo niby trudniej się zarazić, a i łatwiej robić imprezy i lokalsom ciszę utrudniać. No wiecie… to miejsce jest jakoś tak pomiędzy światami nie tylko w jakimś wymiarze eterycznym, ale przede wszystkim politycznym. I dlatego gdy się podróż planuje zawsze trza brać gacie na zapas. Bo nawet taka jednodniowa może się zamienić w oną…

Dłuższą.

No wiecie…

I nie macie na to żadnego wpływu. Chyba, że umiecie latać. Razem z autem oczywiście i jeszcze… nie wiem, znajomości dobre, bo przecież, w rzeczywistości, wszystko zamyka się w wymiarach kasy. Jak kogoś stać, to może wszystko. Boleśnie może wszystko. Tutaj bardzo łatwo sie o tym przekonać.

I tak, prawnie jest to dziwacznie szara strefa.

Okropnie… Bo z jednej strony cały przetarg był częściowo kierowany przez jakieś tam rządowe kacyki, ale to, co wyszło nie ma nic wspólnego z państwem. To prywata. Co oznacza, że nas darmowe drogi nie dotyczą i tyle. A powinny… a jednak nie, a przecież i wsio się wali, ona sławetna równość i wolność. No wiecie, zawsze są równi i równiejsi. I ci, których da się…

Wycykać.

PS. 9tego Królowa została zdiagnozowana z wiadomo czym… kurde, obydwie Królowe wyglądają kiepsko ostatnio…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosztowności Nieznajomej… została wyłączona

Pan Tealight i Paniczysko…

„Ojapierdziu!

Nosz wszystkie się zleciały… I Księżniczki i Królewny Po Best Before i Wiedźmy z Pieca i Smok z Komina, bo wiecie, mogły wszystkie, nawet wszelakie parzystokopytne i inne dziwne twory, Nimfowice i Bagniczyce… nawet te Panny z Wanny. Wiecie, te nowe no.

Też się spojawiły, lekko skrycie, ale tak.

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się spojawiła, niby że przypadkiem, bo przecież i tak miała przyjść dzisiaj i wcale wielkiej łaski nie robiła, ale jednak, no wiecie… stała za mostkiem i wlepiała gały, ale czy na pewno tam gdzie trzeba było? Na ten mieczyk zdobiony kamykami rąbiącymi skry, na onego konia okutego i wszelako jego wielkie skrzydła i ogon pleciony w warkoczyki… znaczy u konia, nie że u gościa w onej zbroi rzezanej i odbijającej całą okoliczność tak mocno, że zdawało się, iż przez nią przenikał…

Jakby był samym sobą i jednocześnie.

Nie było go w ogóle.

I ta jego twarz… niby była przyłbica, ale jakby jej nie było, każdy rys twarzy, nawet ona cieniutka zmarszczka i te ukośniki przy ustach, nawet kolor oczu i skóra nie do końca alabastrowa, z lekkim zarostem, włoskami półkrótkimi, lekko kręconymi, może na wilgoć tak reagował… bo lać zaczęło nagle, wiać, więc się baby zwinęły, cała reszta, która patrzyła, ale nie chciała być widzianą wystawiła skopki i wiaderka na deszczówkę i też odsunęły się od okien, drzwi, dziur i innych tam…

No wiecie…

Tylko Wiedźma Wrona została, bo deszczówka na włosy dobra i on, dziwnie nagle zagubiony. Taki podziwiany, a teraz nagle niczym ona zapomniana figurka w ogródku, figurka z wapienia, którą by z chęcią wrony zeżarły, bo jak im brakuje, to uwielbiają, no po prostu… i jakoś tak…

Się roztopił.

Może i deszcz jakiś kwaśny był… może to ona… wyminęła kałużę i weszła do Sklepiku i dostała swoją herbatę i jak zwykle nie zjadła ciasteczka. I jak zwykle każdy zapomniał o tym, co się wydarzyło, bo tyle tego było, że jak tu ze wszystkim być na bieżąco, no jak? Nie da się. Za wiele tego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coś, o czym zapomniałam…

… tak w obliczu tego wszystkiego, co działo się u mnie, to nasza niesamowita Królowa wspominała w orędziu noworocznym o tym, by pamiętać o tych, co są chorzy, ale wiecie, tego tak nie widać na pierwszy rzut oka. I tak, to ja. Dzięki temu też wiem, że prawo dotyczące chorób psychicznych oraz rent z tym związanych się bardzo zmienił. Wychodzi na to, że Dania zaczyna, przynajmniej wiecie tak prawnie, widzieć chorych psychicznie. Nadal są zaskoczeni tym, że równości, jeśli o płeć chodzi, u nich nie ma i jest molestowanie seksualne, ale widać jeden problem na raz. Prawa zmieniły się w ciągu ostatnich kilku lat, więc podejrzewam, że pandemia miała na to jakiś wpływ. Wiecie… Dania to może już nie najszczęśliwszy kraj według badań wszelakich, ale książka „Hygge” nie do końca się przeterminowała.

Na pewno większość w niej to taki pijar, że szok, ale jeśli chodzi o świeczki…

Ech, dobra, zaczęli trąbić o tym, że CO2 i tak dalej… ale na chwilę chyba przestali, bo ludzie już wariują.

Nawet nie chodzi już o te włamania na dzielni…

… wszystko jakoś tak przeraża.

No ale, wiosna idzie do przodu, ludzie szaleją, ja staram się cieszyć jakimikolwiek gloomy dniami i tyle. Każdy orze jak może, wołem czy nie wołem, wiecie, w dzisiejszych czasach jakby ktoś pokazał orkę z koniem, to chyba by go obwiesili za ono wstrętne, no wiecie, ziobro poślednie.

Albo i inne ziobra.

50 urodziny Mary i 46 Marie… więc imprezka na całego. Znaczy nie, ale podobno diuszesa angielska przyjeżdża, a ona 40 świętuje, więc se babki może pogadają. Znaczy Marie pewnie nie, bo przecież nasz drugi książę – jej mąż, wiecie, taki Harry, ale poziom wyżej, to we Francji siedzi. Widać tam mu lepiej. Nie wiem. Żona stamtąd ojciec też był, więc może… trochę dziwnie to brzmi, no ale.

Następca tronu siedzi w stolicy.

Co do wszystkiego innego, to wiecie, jak wszędzie.

Świat się kręci i tyle.

Podobno Szwecja też znosi wszelakie obostrzenia, więc widać, że sezon się zaczyna. Czy to jeszcze dla tych szukających śnieżnych zabaw, czy tych szykujących się na późną wiosnę i lato, kto to wie… w rzeczywistości chyba, w końcu można się przyznać, że nikt nie wie niczego, a dokładniej wszyscy wiedzą coś, ale tak naprawdę w onych, wymiarach prawdziwości, jakoś tak…

No sami rozumiecie.

Prąd szaleje.

W znaczeniu ceny. Podobno to nie prąd jako prąd, ale jego dostarczanie? Czyli co, za mało płacą tym krasnalom w ścianach? A może jednak to one strajkują? Może to one tak nas cisną, wiecie, przecież w tym politycznie poprawnym świecie można oszaleć, więc dlaczego i nie mogło wydarzyć się coś… coś takiego, coby, nie, nie tak – co raczej sprawiło, że poczuły się urażone i podniosły ceny.

A może i tam sprzedają jakieś Tesle, czy coś? I każdy chce jedną? No co… świat w rzeczywistości jest nudnie powtarzalny. Może i o to chodzi? Może i naprawdę one światy w światach istnieją i…

Nie, dość filozofowania.

Trza popracować w ogródku!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Paniczysko… została wyłączona