Pan Tealight i Bagniczyce…

„I to ino niemęskie.

Serio.

Żadnej innej baby, sprawdzili to podobno badacze aż nader wnikliwie!!!

Chociaż, nie oszukujmy się, współczesność mocno naruszyła one granice płciowości, ale oni trwali wciąż w szalonej przeszłości, gdy to zwyczajnie było chłop to chłop, baba to baba, ale nie oznaczało, że nagle jak baba o nie wolno w czołgu i pięścią jak chleba bochen rozwalać kokosy, że z nich kokosanki od razu wylatują, bo ona taka i mocna i gorąca… ale nie, nie one… nie Bagniczyce.

Nie.

One kochały siebie, oną kobiecoś włosów długich… wszędzie. Onych kwiatów czy też wodorostów w nich lśniących, tych pielegnacji błotnych, onych na cerę wszelakich mazideł i kolorowideł i jeszcze oczywiście kawusia, herbatunia, ciasteczko z psiapsi, no wiecie, ploteczki i wysokie obcasy, a po godzinach wyciągnięty dres, odciski od cyckonosza i takie tam… kochały ten stereotyp.

Wolno im było, w końcu, jak tam się do nich dostać i je nawracać na jakiś feminizm czy inne izmizm. Bagno doprawdy wciąga, jak kiedyś dorwało Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, to dopiero była akcja, drzewa wyłaziły by ją łapać, tonęły, nawet te szalone kaczeńce, z zeszłorocznych liści powstał człowieczek, ale szeleszcząca, rozpadająca się nader, taka krucha wiecie… no dziwna drobina z niego była, to wiecie…

Zginął w boju.

Ale Wiedźmę Wronę byli wyciągnęli.

To były czasy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mgła, papierosy i woda ognista.

No wiecie, kraj jesdnakowoż jakiś przywiązał Wyspę do siebie, a i więcej ludzie zadecydowali, że po szwedzku gadać nie chcą, więc ino Dania ma być, a że do Ystad bliżej, a kogo to obchodzi… no i, no i wciąż to wszystko jest dla mnie tak bardzo zagadkowe, bo historycznie sensu brak, ale…

W Danii obecnie walka z alkoholem i papierochami. Nagle się okazuje, że dzieciaki nie będą mogły nabyć papierosów nawet… jak dorosną (osoby urodzone po 2010). Dobra, to tylko ustawa, która jest przygotowywana, ale wyobrażacie sobie to? Stajecie się dorośli, to podobno jakaś tam wolność w działaniach na swoim ciele, a tutaj nie można peta se wypalić, kupić… w ogóle, gdyby to przeszło, to w okolicach 2040? Może… stalibysmy się państwem, w którym palą ino starzy?

Przyznaję, że jako dziecko co to wychowywało się w latach osiemdziesiątych wieku zeszłego, no co… a nóż widelec te moje blebry przetrwają dwa wieki i ktoś będzie zainteresowany, więc precyzuję… no więc XX wieku, wydawało mi się, iż palenie to odeszło w dal. Że palą ino straszne loozery i tak dalej. Oj, jakżem się myliła. Dzieci sięgają tutaj po papieroska w wieku 9 lat, 13 to już palacz.

Szokujące?

Ej, ekologiczne, skandynawskie „eldoradowo”… LOL No co? Jestem człowiekiem, który pamięta jak tytoń zbierano, na Lubelszczyźnie tytoń i chmiel to był zysk. Domy obwieszone liśćmi, które schły na słońcu, kobiety nizające je na nici… tosz to był inny świat. Spokojny i jakiś taki lekko otumaniony… a że kiepy były… no były. A ten chmiel na tyczkach, ech, to była bajka, jak z jakiegoś innego wymiaru.

Ale jakoś no… mało paliło… mimo dostępu.

A teraz, tutaj, w tym miejscu… i to dzieci?

Kolejne zaginęło, znaczy nastolatek, ale jednak… ostatnio dziwnie wciąż odnajdują je w portach, pijane ciała, których nawet ryby nie chcą. I wiecie co, gdybym była dzieckiem, nie wiem czy umiałabym udźwignąć ten świat.

Oną codzienność.

Czasem myślę, że dzieckiem się było innym i chyba się nie dorosło.

No dobra, przynajmniej w moim przypadku.

Tak, wylizałam kiedyś tam kieliszek, nie toleruję alkoholu i pijących. Palaczy też nie. Elektronicznych też nie. W wieku 8 – 9 lat liczyła się dla mnie ino nauka, pójście na studia, wyżej, dalej, ucieczka od tak zwanej rodziny… i nie zmienianie się. Bo jakoś tak, ona dziecięca mądrość mi stykała…

A teraz co? Palacze… pijaki?

Aż z ciekawości wygooglałam jakie to papierochy u nas można kupić, bo wiecie, no nie wiem. Pudełeczek nie widać, więc sorry. A i do sklepu nie będę lazła, bo po co? Ścianka zasłonięta i przypomina to kupowanie wody ognistej w Szwecji… tajemnicze słowa, może i hasło – odzew… może… I wiecie co, zdziwiłam się. Jest Marlboro, Camel, Gauloises, Winston, Philip Morris, Chesterfield, Winfield, JB, Rout 66… Prince, Petra, President… i pewno wiele innych, a może i nie.

Z ciekawszych nazw znalazłam Sørensen, Teddy, South State i Petterøe’s.

Intrygujące…

Z pradawnych chyba… Korsar, Powhattan i Tory – pierwszy i ostatni czysto duńskie podobno… Za to wyczytałam, iż pierwsza fabryka powstała w Kopenhadze w 1878. Adler and Co… Hmmm. Ciekawe to, ale… W 1953 roku pojawiły się takie z filtrem… sorry, ale moja wiedza bardziej trzyma się roślin niż samego papierosa. Nie paliłam, nie palę, się brzydzę. Ale pamiętam te, po których faceci pluli i żółte zęby mieli, a potem te filtry, którymi jako dziecko się człek bawił… yyyy…

Kurcze…

… rzeczywiście coś tak było… mgła… no tak, mgłę pamiętam. W niektórych domach paliło się w środku i człek widział mgłę i one smrody i żółte firanki. Nie, no koszmarne wspomnienia, bleh. Ale miało być o mgle a wyszło, że polityka. Co do wody ognistej, to wiecie, mają podwyższyć wieku jeśli chodzi o kupowanie…

Choć ostatnio wciąż słyszę, że ludzi proszą o dowód nawet przy alkoholowych… i to takich po 70tce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bagniczyce… została wyłączona

Pan Tealight i Nimfowice…

„Była tylko jedna taka dziura, która nigdy nie wysychała, nawet w największą suszę zawsze nieruchome lustro wody, niebieskiej i szmaragdowej, nieodbijajacej świata, ale też nie pozwalającej spojrzeć do wewnątrz…

… było wysoko.

Dotykało onych najwyższych kamyczków, które je otaczały, ale nigdy się nie przelewało. Co więcej, nawet nie nawadniało nazbytnio onych dziwnych, niebieskawych traw po bokach, oraz tych krzewinek fascynujących, miniaturowych lesistości, które… które jakoś tak mamiły wszystko i zdawało się, że jak dłużej się przysiadło obok oczka onego, to wszystko rosło… zasłaniało boki oczka, zasłaniało ciebie i jakoś tak łączyło się w jedno pozostawiając ino małe kółko nieba…

… było wysoko.

Nikt do końca nie wiedział kto w nim żyje, a żyć ktoś musiał, bo pranie na sznurku zawsze było rozpięte, za każdym razem inne gacie, może i niektóre miały więcej niż zwykle nogawek, może i… no właśnie, może i ktoś tam coś przy nim robił, dmuchał, prasował, czy coś, ale jednak… jednak było tam, więc może Nimfowice były prawdą? Może tam żyły i miały się naprawdę dobrze?

Ale ta niezmącona woda… ona doskonała czystość, ale i nieprzenikliwość i jeszcze… jeszcze coś takiego w powietrzu, jakby ktoś ciasto robił. Na pewno z amanitą, no bo przecież, tam było takie pętko suszonego czerwonego grzybka… na pewno, a może z tych malutkich, jasnych główek, niby mini pieczarek…

Czy po tym się lata?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na spacer.

Dobijają mnie te samoloty, dobijają mnie te strachy, więc… może na spacer? Przecież mamy gdzie iść… choć to tak dziwne, że nawet w marcu nikogo się nie spotyka, nie jak rok temu, czy dwa, gdy z kontynentu Duńczycy się tutaj zlatywali. Wiecie, na koronowane party takie… teraz, sprzedają domy kupione nazbyt pośpiesznie, mury niekochane krzyczą wieczorami błagając o bycie domami i…

Jeszcze to ograbione z jakiejkolwiek roślinności nabrzeże.

Koszmar.

Nie, nie bawią mnie już spacery, boję się ich. Boję się idąc na plażę, że pewno znowu coś ścięli, wywalili, zepsuli. Zniszczyli. Po prostu się boję, bo decyzje ekologiczne to tutaj farsa, ale nikt tego tak nie nazywa poza garstką nielubianych. Mi tam na lubieniu nie zależy, więc powiem wprost, że komuś chyba dekiel zrąbało z tymi wyrąbami na wybrzeżu. Miniaturowe dęby, porosty i krzaki, wsio ono trzymające tę niewielką ilość gleby teraz… wejdzie Pani Erozja i zabawi się…

Czy mnie to jeszcze obchodzi?

Nie wiem, na pewno wkurza.

Głupota zawsze mnie wkurza.

Ale i tak idę, bo kocham skały, to miejsce wciąż, jakoś tak, dziwnie, może to już syndrom Bornholmski… wiecie… LOL Mógł być Helsinski, to czemu nie? Nawet dałoby się wypracować jego definicję, pojawia się w okolicach 10 roku życia na Wyspie. Wiecie, jak się w niej zakochaliście, poświęciliście wszystko, ona wam zabrało to co aż nazbyt ważne, odcięła część was i jeszcze…

Zniszczyła.

Chodżmy nad morze…

Ono się zmienia, zmienia się zawsze, ale jednak jest w tej zmienności jakaś taka stałość, więc… zasłuchanie, piasek, kilka trawek, nagość gałęzi i kilka krokusów. I te trawy zeszłoroczne, zioła niesamowicie i idealnie zachowane, ale już w formie suszków. Brązowych i czekoladowych…

Piękne to… rzeka co prawda dziwnie zakręca, ale who cares… ważne, że jest, w końcu oznacza to, iż susza, czyli na razie ino okres niepadania to jakieś 3 tygodnie, więc nie jest jeszcze źle. Wciąż tu i tam jakaś woda stoi, szczególnie w lesistych miejscach. Błotko, ciap ciap ciap… ale przecież my idziemy z Melsted do Gudhjem, jak zawsze niezauważając onej granicy między miasteczkami.

Jak zwykle…

Brzegiem, po skałach, nad morzem… gdzie dziwnie pozmieniane wszystko straszy. Nagle człek odkrywa domy, które kiedyś chorniły drzewa i krzewinki, nagle pojawia się kilka krokusów, coraz mniej każdego roku, nagle… nie ma nikogo. W oddali tylko jakaś osoba, jakiś śmiech… ale czy on z Wyspy, czy z morza dobiega, nie możesz być tego pewnym, po prostu nie możesz.

Idziesz, po skałach, między skałami, w skałach…

Ku miastu, które widać teraz bardziej, gdzie w porcie śpiewają maszty, a na ulicach ni żywej duszy, dopiero gdzieś tam, gdzie komuś się kawy zachciało robić, jakieś dwie pary. Zmarznięte, choć słonecznie… Ale ja nienawidzę kawy, a ludzie… sami wiecie jak to jest, po prostu drzewa są bardziej intrygujące, więc idę dalej, drugi port, remonty co krok, muzeum rozpoznać nie można… nadal chyba tu jest, ale coś mi się wydaje, że problem z wodą w piwnicy jest.

Wielki.

… więc… jakoś tak nie mogę…

Nagie witryny, obietnice, że to się zmieni. To kupił ten najbogatszy i tamto i jeszcze… i co to w ogóle znaczy? Że będzie lepiej? Bardziej intrygująco, czy jednak nie? A może… nawet zapach karmelków niknął…

Gdzie ja jestem?

Nie znam tego świata.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nimfowice… została wyłączona

Pan Tealight i Panicz Światłości…

„Aj jaki on był… no domyty taki.

Aj jaki on był śliczniutki, cera jak u bobasa, ale wiecie, już umytego, przewiniętego…

Aj jaki on był… w przeszłym czasie był. W tym, w którym nie było jeszcze zasranej pieluchy, mamrotania i wszelakich bezsennych nocy, gdy nagle po dziesiątej kawie wydaje ci się, iż wszystko możesz, ale tak naprawdę… cóż, nie możesz nic. Bo przecież… nie możesz nic. Kompletnie nic. Niby to wiesz, ale jednak, jednak jakoś tak wciąż starasz się siebie samego oszukać. Jak najbardziej…

Najmocniej.

Do końca.

No ale, oczywiście, że nie był dzieckiem. Raczej miał, tak na oko, raczej prawe, z szesnaście, siedemnaście lat, nie więcej, ale i nie mniej. Niby dorosły, ale jednak nie do końca. Niby mógł wszystko, ale przecież i nic, bo co mógł, w niektórych krajach kupić piwo, w innych znowu nawet fajki nie zakopci. Tutaj mógł ślub wziąć, a tam znowu nie, nic z tego. Bo przecież był za młody, bo przecież był za mały, za niewielki, za jakiś taki, niedorośnięty, jakiś taki…

No młodzieńczy.

Nie powinno to zabrzmieć tak bardzo negatywnie, ale jednak, kurcze, ono przemycie ryjka, ten lekki, jasny wąs, włoski łatwo było policzyć, a na dodatek były takie jakieś dziwnie powykręcane, że… nie no, nie dało się traktować go poważnie. Nie można było. Za bardzo był idealny, ale nie idealistyczny. Był sobą, siłą jakiejś niewinności, ale też zwyczajnością buzujących hormonów, co oznaczało, że… był też upierdliwy. W końcu stały za nim pieniądze. Wielki stożek kasy na niewielkich nóżkach. I każda z tych nóżek miała na sobie sandałek na wysokim dość obcasiku.

I to z diamencikami…

I każdy był z innej pay… samotny dziwnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrada doskonała” – … nie rozumiem tytułu. No naprawdę… o co tutaj chodzi? Ale rozumiem zakończenie…

Też bym tak zrobiła.

Ale… od początku. Oto poznajemy kobietę, matkę, żonę, a raczej wdowę, która jest prześladowana przez… właściwie nie wiadomo. Kto zostawia kwiaty, kto puka, czyj cień przeskakuje w oddali? I gdzie jest jej syn? Rana boli… samotność, utracona miłość… odpowiedzi na niezadawane pytania…

Problem w tym, że dość szybko dochodzi się do wniosku, że coś tu nie gra i jakoś tak już wiecie, że jednak, no kurcze, to jest chyba to i zakończenie nikogo nie zaskakuję. Nikogo. A może jednak was zaskoczy? Mnie nie. Po pierwszych rozdziałach sprawdziłam czy mam rację i tyle.

Przeczytałam i zapomnę…

Chociaż nie, nie zapomnę, bo ono doświadczenie, ono pytanie czy wybierasz rzeczywistość naszą czy swoją… jakoś tak zawieszone na ostatnich stronach… naprawdę nie wiem. Wróć. Wiem, że zrobiłabym tak samo… ale mnie nazywają wariatką, więc… wiecie, inaczej należy spojrzeć na mój zwariowany mózg.

Czy warto?

Hmmm… może jednak tak. I to nawet jeśli odrazu domyślicie się tego, co się wydarzyło. I popsioczycie na tytuł jak ja. Dla tego zawieszenia na końcu. Wiecie, przemyślenia świata widzianego oczami różnych osób.

Wieczorami czasem posłuchać można pieśni morskich fal.

Można tak zacząć słuchać i zwyczajnie się zasłuchać.

Oczywiście należy najpierw wsio wyłączyć, by nie pikało i migało, a gdy nawet wyłączy się światło w domu, to one nowe lampki, co to są dziwne i zawsze mnie wystraszą, bo przecież rozświetlają się nagle nad człowiekiem a nie przed nim, więc wiecie, jakoś tak podłoże mało widać i… niby już nie wyłączają na noc, ale jednak, kurcze, do dupy takie światło. Zimne i nieludzkie.

Jakby nie było prawdziwe.

No ale… słuchanie… jak oczywiście pies sąsiada, czy raczej durnej flamy, która z nim zamieszkała jakieś półtora roku temu chyba… może rok na całego… no wiecie, niby fajno, ale jak się wprowadzaliśmy, to sąsiad był sam. I było ciszej… i jakoś tak nikt nie wpadał mi w ogródek… nawalony.

Nie, nie pies.

No mniejsza… fale śpiewają.

Dziwnie tak, jakby w oddali padał deszcz w rozmiarze XXXL. Wiecie, takie gigantyczne krople walące w podłoże. Można też oczywiście popatrzeć sobie w niebo, bo wiecie, mało świat dookoła oświetlony, więc… fajnie jest.

Pewno, że raczej nie każdy może, wiadomo, nie każdy mieszka w pobliżu morza, ale drzewa właściwie robią to samo. Szumią. Tworzą niesamowitą muzykę, która pomaga nam jakoś tak, wiecie, usłyszeć siebie. Jakoś tak zwyczajnie się nastawić, nasterować i wszelako na nowo, od nowa, myśleć, tworzyć, żyć…

Jakoś tak.

Bo w naturę warto się wsłuchać. Jest za darmo, znaczy się, jest za darmo póki jej nie zetną, więc korzystajcie póki czas. Jeszcze jest… bierzcie z niej wszyscy, ale nie niszcie. Bo szkoda. Lepiej mieć czym oddychać, naprawdę. I jeszcze… no tak… możecie też być zwolennikami onych szalonych wiatrów. Niektóre sama sobie bardzo cenię. Te, które nie przynoszą bólów głowy i tak dalej, dziwnych myśli, snów bardziej nawet niż zwykle szalonych i jeszcze… jeszcze… no wiecie…

Bo natura to my…

Ale wiecie, nie każdy dobrze brzmi…

No ale… na razie człek se popatrzy na ciemną ciemność i posłucha szumu fal, bo przecież, może. Może w końcu trzeba wykorzystywać to, co się może, a nie tak ciągle rzucać się na to, co niemożliwe.

Choć na Instagramie pewno to lepiej wygląda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panicz Światłości… została wyłączona

Pan Tealight i Monster Spodłóżka…

„No tak, ale jednakowoż niektórzy mieli pewne zobowiązania…

On był na przykład do wynajęcia i grafik miał zapełniony. Nie chciał zawieść swoich klientów, bo to była jego pierwsza i sorry, ale już teraz był pewien po tych wielu latach łóżek wyższych i niższych, że innej roboty nie chce. Nawet jak się nabawił alergii na kurz, to wiecie, nagłe zdjęcie maseczki przed wybudzonym świeżo germofobem, rany julek, ale to działało!!! Oj działało!

Opracował nawet nowe strategie pandemiczne.

I co?

Miał to wyrzucić gdzieś? Przecież był świetny w tej pracy! Był po prostu niesamowity i tyle, kochali go wszyscy, znaczy poza momentami onej „pracowitości”. Wiecie, niektórzy nie kochali go tak jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, wciąż jakoś nieobecna… tak za nią tęsknił… za tym jej płaskim materacem na drewienka, który był taki… lawendowy.

No co…

Poświęcał się, oczywiście i robił to za darmo, ale…

No i wiecie, niby wszystko było okay i tak dalej, dzieci, dorośli, mniej dorośli, ale ostatnio zauważył, że wynajmują go dziwni ludzie. Znaczy zawsze byli dziwni, ale ci, jakoś tak… te zlecenia też zawsze pachniały różami, co było dość dziwne i wiązały się z obostrzeniami, których nie rozumiał, więc…

Zastanawiał się nad urlopem.

Bezsennym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Może i wciąż coś rano czasem pokryte lodowymi ostrzami, ale wiosna. Nie da się już dłużej udawać… krokusy na wybrzeżu, pandemonium już nie ma. Nawet jak czujecie żeście chorzy to nie trzeba się testować, nikogo nagle to nie interesuje. Zostać w domu, przecierpieć i nie robić nagle ajwaja.

I tyle!

Serio, takie mamy wytyczne.

Niby wiem, że człowiek się na takową prawdziwą pandemię nie załapał, znaczy wiecie, na Wyspie to po prostu ludzi było mniej, albo i… z drugiej strony, przecież ja i tak nie chcę się z ludźmi kontaktować, więc dla mnie to była zwyczajność ino te maseczki jak nagle człek musiał na prom… albo do lekarza.

Czy kupić ołówek.

Nawet ołówki nie pachną już tak jak kiedyś…

Chociaż, najważniejsze, że węch powoli wraca. Mam nadzieję, że już na zawsze… smak nadal w odwrocie. Ale walić to, lepsze jest to, że u mnie jakby choroba nagle wraca… czy to możliwe? Znaczy co? Jakby no serio? Jak to? Dwa tygodnie, trzeci lżejszy, a teraz znowu plecy i gardło do wymiany?

Ej!

Ale tam, mniejsza o to… chyba nastały te chwile, by się zwyczajnie zabawić, nawet sam ze sobą… i Chowańcem. LOL I serio odłączyć od świata. Bo mam dość. Bardzo nadmiernie i mocno dość, a nie wiem serio co w świecie się dzieje. Newsów nie czytam, odsuwam się, a i tak wredny YouTube mi rzuci w proponowanych jakieś koszmarki. Czuję się jak za stanu wojennego, ten sam dziecięcy strach…

Dziwne to… ale wiosna.

No tak, ale co z tego, że wiosna jak w kieszeni nic…

I kto teraz kupi zdjęcia czy obrazy?

Who cares?

Wielka nowina, przyjęli u nas rodzinkę z Ukrainy. Wiecie, ino mama z dzieckiem, poprawnie, ale od razu zbiórki i tak dalej, nawet najbogatszy koleś na Wyspie się zainteresował i… tak teraz sobie myślę, że to świetny interes, ale… ale mam absmak i niesmak jakiś bo…

Gdy nastała sprawa z uchodźcami mocniej opalonymi, to wielce powynajmowali im co się dało, kasa była, wszystko, a dla Ukraińców co… nic? Od razu ich do roboty, dzieci do szkoły… eeee… rozumiem, że to Europa i tak dalej, ale serio? Wrzucacie ich w nowy świat, bo to jest nowy świat, inny… a podobno oni chcą tylko wrócić do domu, więc o co w tym chodzi? Getta w Szwecji będą miały teraz sprzątaczki?

Wredna ja?

Możliwe, ale traktowanie bardziej opalonych i mniej opalonych wydaje mi się… inne. Mocno bardzo i wyraziście.

Chyba rzeczywiście nie pojmuję tego świata.

On mnie też nie… ale, wiosna… wiecie… czyli kurde problem, bo ja tęsknię już, no przynajmniej za wrześniem chociaż. Zimnem, ciemnością, krótkimi dniami, onym mrokiem poranka… no jakoś tak..

Jakoś…

Wiosna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Monster Spodłóżka… została wyłączona

Pan Tealight i Pozbywalec…

„I tak.

Prezenty też!!!

A co? Nie, nie był zwolennikiem wszelakiego minimalizmu, ale jednak, no wiecie, jednak zwyczajnie nie chciał mieć obok siebie czy na sobie czegoś, co zwyczajnie mu nie pasowało. Nawet jeśli tylko szwem… nawet jeśli ino jakąś koronką, czymś, co można oderwać… nie, uznawał, iż istnieje jakaś tam integralna całość całości i lepiej, zamiast coś przemienić i być za to odpowiedzialnym nagle – nigdy nie miał parentingowych zapędów w sobie – to lepiej, zwyczajnie się tego pozbyć.

A w pozbywaniu miał on tę moc.

I tamtą i jeszcze tą i tę i wiele innych…

Widzicie, bo nader aż często należy ono pozbycie odsuwać w czasie. Znaczy, od razu pocięliście oną szmatę na kawałeczki i zakopaliście w ogródku, ale najpierw zrobiliście sobie zestaw zdjęć, bo przecież gdyby ciotka znowu się spytała jak się nosi, tudzież, wiecie, lepiej takie pytanie uprzedzić i po prostu, zwyczajnie, pokazać jej selfie i niby, że przypadkiem całkowitym akurat macie wybitnie nietwarzową koszulkę w knajpie z kumplami… a że się na nią coś leje, no cóż…

Przypadek.

Albo talerzyki, które kocha babcia, tudzież te wszelakie firaneczki, które wieszałeś jeszcze kiedyś gdy matka miała zajrzeć, a teraz wydrukowałeś paragraf, że akurat w tej okolicy to nie wolno wieszać, bo zabudowa u ciebie no zabytkowa i tak dalej, że ino zwykłe takie żaluzje czy rolety i już…

Tak lepiej.

I smutna minka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Weekend…

Tutaj weekendy naprawdę traktuje się poważnie. Czasem mi się wydaje, że praca, to wiecie, taki MUST HAVE, wiadomo, kasa. I tak, twoją pracą może być sztuka, ale spoglądanie na artystów zmieniło się przez ostatnie 10 lat. Niestety. Już powoli uważa się ich/nas za szaleńców… powoli, ale wyczuwalnie. Za to hobby mieć winni wszyscy i jeśli malujesz nie, nie możesz mieć sztuki jako hobby.

Hobby to jednak coś…

Innego.

Drastycznie.

I w ten sposób mamy masę sportowców na Wyspie. I tak, szczerze, oni w ten sposób siebie widzą, nawet jeśli ćwiczą ino raz w miesiącu. Wiecie, ważne jest to jaki się ma sprzęt. Dlatego mój kiepski sprzęt nigdy nie sprawi, iż zobaczą we mnie artystę fotografika, choć zajmuję się tym od dziecka, czy po tej stronie obiektywu, czy tamtej, zaliczyłam nawet nawalenie wszystkich zdjęć na jedno okienko kliszy… no tak. Sorry. Zdarzyło się… a kurcze, takie to było fajne miejsce.

Pewne już go nie ma.

No ale… wychodzi na to, że nie mam hobby. Ćwiczę, bo tak, 5 dni w tygodniu, inaczej źle się czuję, zresztą wiek jaki jest każdy widzi, to już średni wiek i nie chcę by mi wisiało tu czy tam, no wiecie. I tak mam nadmiar skóry po tym jak zrzuciłam z 60 ponad kilo w okolicach trzydziestki. Wiecie, hormony i choroby psychiczne uwielbiają falować wagą. Oj tak… wybitnie!!! Ale wracamy do punktu wyjścia… Piszę i maluję, czytam bo kocham, to oddychanie, wiedza, do tego, no oczywiście nauka wszelaka, a przede wszystkim badania archeologiczne i blogi… zdjęcia…

Plany na dwa książko-albumy…

A pieniądze?

Z czego?

A pieniądze może z szaleństwa…

No bo jest jeszcze pogaństwo, ale wiecie, to coś kim jestem, więc… kurde no, wychodzi na to, że nie mam hobby, więc… postanowiłam poszaleć i przemyśleć sprawę i doszłam do wniosku, iż zostanę zbieraczem, bo to ludzie rozumieją jako hobby i kocham świeczki oraz metalowe choinki…

A co.

Oryginalnie.

No dobra, może nie ze świeczkami, ale… jak się kilka at temu dowiedziałam, że ludzie w moim wieku to instagrama sporadycznie miewają, to trochę mnie to zaskoczyło. YouTube, ej, przecież ja też mam kanał tam. I to wiekowy z minimalną ilością obserwatorów. Niby miałam plany na nakręcenie czegoś więcej, ale wolę niemówienie. Wolę pisanie. Tak jest łatwiej i tyle.

Dla mnie.

Może jednak opowiem swoją historię na YouTubie, ale jeżeli już, to w jakim języku? Po co i dla kogo? Dlaczego?

Naprawdę?

Bo widzicie, ostatnio wydaje mi się, że codziennością naszą jest dziwna bezsilność i bezsensowność. Tak, oczywiście, iż jest to związane z tym, co się wydarzyło, wydarza i zapewne jeszcze wydarzy, ale poprzez ten pęd, dziwacznie przepływający nie tylko między palcami czas… nikniemy. Mamy tylko pracować, niczym bezmyślne maszyny, nawet jako naukowcy czy artyści, w rejonach, w których wymagana była, przynajmniej niegdyś, pomysłowość i fantazja, dziś… tchnie wymarciem.

Smutkiem.

Czy to się zmieni?

Nie wiem… nie wiem kiedy i nie wiem czy w ogóle. Wiem jedno, jeśli spotkacie Duńczyka, to może najpierw zapytać was o hobby, bo w końcu praca tutaj to coś, co się zmienia. Zmienia wciąż i szalenie często. Od Sasa do lasa. Naprawdę. Od siostry oddziałowej do informatyka w trzy kursy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pozbywalec… została wyłączona

Pan Tealight i Oferta Specjalna…

„Oferta Specjalna zaczęła się nocą, wiecie, skrycie tak, żeby no nikt nie słuchał, nie wiedział, może i się nie zgłosił, ale jednak tego chyba nie przewidzieli, że kolejka będzie się ustawiać i zakręcać do morza aż, a tam kończyć dopiero w miasteczku na rynku, znaczy tam przy porcie…

Wiecie…

Jednak jak się chce coś sprzedać, trzeba mieć na uwadze oną, no, lokalizację wystawienniczą i obrotność internetową, oraz wszelako zdałaby się ładna blondyna, jakoś tak przyciągają klientelę zawsze. Ładny chłopczyk też się nada, ale jednak, wiecie, każdy matkę miał, niektórzy wciąż mają nawet i kilka, więc… dlatego chodziło o port. Bardzo o port chodziło, bo to też i dostarczenie onej sytuacji foto-geograficznej, Instagram od razu huczy i stęka… z falami jednak lepiej. No dobra, poza sztormem, wiadomo, wtedy wasza postawiona dość naprędce szopka, jakoś tak może najzwyczajniej w świecie odlecieć. I to deseczka po deseczce. Dlatego też raczej warto postawić coś, co nie było z przeceny z jakieś Chinbazara. I nie obiecywało, że karma nie wróci.

No więc tak, zbudowali.

Zaklęli…

I pierwsy dzień był… dziwny, bo pojawili się ludzie i zaczęli się domagać towaru, a oni przecież, no że dopiero zaczynają, że to tylko do obglądania, nie nie wolno dotykać, nie na pewno dla każdego nie wystarczy, że wysyłkowo, ale bez obaw opłata pocztowa i pakowanie wliczone w shipping…

Wkurzali się, ale i tak stali, chcieli popatrzeć, jakby…

Zaczarowani.

Możem bardziej, czy tym, co z niego wychodziło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Jane Goodall. Pani od szympansów” – … okay. Szukałam biografii Goodall tak po prostu. Lubię ją w szczególności za jej podejście do rdzennej ludności, za ono zrozumienie, które najprawdopodobniej odziedziczyła po małpach. No co? No przecież sama się przyznaje, że to od nich nauczyła się najwięcej jeśli chodzi o bycie… człowiekiem.

Nie sądze by się obraziła za te słowa.

Wdzięczna też jestem za jej wypowiedź o naszej planecie, ale wkuta na ludzi, którzy oczywiście stwierdzili, że wiedzą lepiej. Że ona z plaskacza nie wylatuje każdemu, to szczerze się dziwię. Ja mam czasem ochotę. Ale… oto jest… nie do końca biografia. Oto jest dokładnie to, co mówi tytuł, czyli opowieść o pani od zympansów, a co za tym idzie i opowieść o samych małpach.

O ich dobroci i onej delikatności, ale też chorobach, przemocy.

O wszystkim, bez upiększania.

Problem? Jeśli szukasz historii samej Jane, to nie tutaj. Co nie znaczy, iż możesz pobłądzić, bo ta powieść jest pełna JEJ. W końcu ona i szympanse, to jakaś jedność. Jakaś spójność niesamowita… odnalezienie zwierzęcia duszy… animizm? Tak, więcej w tej opowieści małp niż samej bohaterki, ale jednak dzięki nim jesteśmy zrozumieć, a może mamy też i zrozumieć, że zwyczajnie, czasem to świat nas zmienia. Zmienia i uczy w najbardziej zaskakujący sposób.

Warto też zwrócić uwagę na zaznaczenie, jak wiele Goodall zawdzięczała innym i jak wiele otrzymała oraz… jak wiele straciła. Miłość, zdrowie… cóż, świat z małpami, obecnie jej badania poddawane znowu krytyce, to wszystko sprawia że widząc tę starszą już damę, jakoś zapominamy, że kiedyś była tam, na samym początku, pośród tych, w których wątpiono, wyśmiewano… ot blondynka w lesie, co ona może, nic nie wie, nie ma wykształcenia… Oraz… rola matki, w ogóle rodziny Jane w jej wyprawach – niesamowita, ale ma się niedosyt.

Niestety… lecz z drugiej strony wraz z innymi informacjami to wszystko nie byłoby już tą opowieścią… o pani od małp. Nie naukowcu, ale właśnie… damie od szympansów, która zawsze ma jednego przy sobie.

PS. Piękne wydanie!

Niby człowiek powinien w ogródek ruszyć, no ale…

Po co?

Nagle ogarnęła mnie dziwna bezradność i bezradosność. Wszelaka jakaś taka smutność i jeszcze… mimo tego walącego słońca, nie wiem, ja zwyczajnie nie jestem wiosenną duszą. Sorry. Tęsknię już za jesienią i zimą. Zwyczajnie. I będę tak marudzić przez kolejne miesiące… tak do września.

LOL

No cóż, niektórzy tacy są i tyle.

Na Wyspie wiosna w pełni, a przynajmniej tak się wydaje. Niektórzy wyjechali na wakacje, inni znowu raczej niechętnie. Jedni chorują, inni zdrowi, wszelako widać, że ona pandemiczność została mocno wyciszona. W miejscach, gdzie robi się testy już brak kolejek, pustki. Ochotnicy siedzą i się nudzą… a lekarze, oj, ci to mają ręce pełne roboty. Wiadomo, czas przeziębień i innych tam.

Ale poza tym wiosna.

Nawet nie wiało przez jakoś tydzień, tylko mróz w nocy, taki zaskakujący…

I ta temperatura, nagle bardziej późnozimowa. Nie, że mróz w nocy, bez urazy, nic z tego, ale jednak jakoś tak, dziwnie… wydaje się być bardziej zimowo. Bardziej jakoś normalnie. Wiecie, sezonowo. Jakoś tak…

Ale w ogród człek powinien.

Trzy tygodnie chorowania wystarczą… chyba?

No dobra, nie wiem.

Węch niby wraca, ale ze smakiem kiepsko raczej. To akurat mnie rybka, węch to jednak sprawa ważniejsza, ale… pochorobowa wiedźma, to wykończona dziwnie, wycieńczona baba. Nie mam na to siły. Znaczy wiecie, chce mi się, ale jakoś tak, nie wiem, nie chce mi się. Zwyczajnie mi się nie chce. I jakoś tak stwierdziłam, że niech se wsio urośnie bardziej, człek powyjmuje to co jest niechętne dla niego, znaczy wróć, może i jest chętne, ale jednak… no… nie chcę tego i powojnika tego też nie i jeszcze, nie, nie chcę, serio… więc może powinnam…

Ale…

Wszystko dobrze przycięte, więc może sie uda?

Przeżyją?

No dobra, niestety kurna już drugi kurna eukaliptus mi padł. Ten na zewnątrz. Kurna no!!! Czy one mnie nie lubią, czy coś? Ale przecież, przecież ja je kocham, szczególnie w zestawieniu z tymiankiem, rozmarynem i jeszcze może lawendą z miętą, albo melissą? No weźcie… ma człowiek swoje ulubione mieszanki.

Przez lata jakoś tak zwariował na punkcie pewnych aromatów.

A co… w końcu życie to bajka naprawdę dla tych, których lubią dostawać po dupie i się podnosić, nie dla każdego.

Oj nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Oferta Specjalna… została wyłączona

Pan Tealight i Masowy Stupor…

„Bez Pana Tealighta nie wiedzieli co mają zrobić.

Najpierw ktoś stwierdził, że przede wszystkim trzeba napisać, że zamknięte, bo ci, co mają tu dotrzeć, to i tak wejdą inną stroną, wiadomo, swój pozna swego, a resztę na polu walki bóg własny na pewno, no a ci, których nie chcą, to nie chcą, więc… więc myśleli o zwykłym CLOSED, że niby tacy lingwiści, wiecie, w końcu miejsce raczej wielojęzyczne, a i za Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, też Znikniętą tęsknili, a ona ostatnio closed taka…

… ale potem pomyśleli, że KWARANTANNA będzie lepszym wyborem, a potem jeden z Mikołajów powiedział, że należy napisać, że bez orderów nie wpuszczają… a że z pisaniem było różnie, więc napisali tylko OUT i narysowali coś na kształt skrojonej wstążki i krążka…

I już.

No wiecie, baretki, beretki, nie ma to jak zwyczjnie dodać coś artystycznego… no i przede wszystkim wypuścili Jednorożce, by patrolowały okolice. W końcu i tak nikt w nie nie uwierzy, a kurde waleczne i krwi rządne są… no i spojawił się ten Minotaur, co se saunę drewnianą lajsnął nad Rzeczką i bałamucił wszystkie baby. I nie tylko… ekhm, no jakoś tak, kochał wszystkich…

Niektórym to wystarczało.

Ale… bez Pana Tealighta i Wiedźmy Wrony zaczęli się wszyscy bać, o to, co będzie, co się stanie, albo co gorsza, co nie nadejdzie, chociaż powinno… Pani Wyspy chodziła jakaś inna, z podniesioną głową, dziwnie obca i jakoś już nie poznawali okolicy, jakby… jakby nic nie było tym, w czym mieszkali już od 10 lat… od tamtej przeprowadzki… od tego dnia, gdy wprowadziła się Wiedźma Wrona, gdy wszystko się zaczęło na Kościelnej… gdy ona wiedziała, a oni jeszcze nie…

… czego nie będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Może i mało, ale ważne książki.

No wiem, że nie po kolei i wciąż brakuje mi Żywostatków i serii z Błaznem, no i właściwie całego Jabłońskiego, ale… przynajmniej mam to.

Tylko… że czasem mi się wydaje, tak zbierając te przeszłości, jakoś tak mi z tym gorzej niż lepiej. To boli, cholernie. Po prostu. A teraz jeszcze zaczynają się jakieś dziwne ograniczenia z wysyłkami z Polski, akurat nie chodzi o książki, ale coś innego, wciąż, no weźcie no…

Kurna!!!

Dnie są już dłuższe, mocno zauważająco.

Ciągnie się toto od prawie piątej z hakiem rano do ponad szóstej wieczorem i kurde, człowiek nie wie o co chodzi. No wiecie, nagle przeszedł z całkowitej ciemności w etap jasności i jakoś tak coś mu nie gra. Niby ono słonko winno przynosić te lepsze wajbsy czy coś tam, ale nie, bez przesady… wcale a wcale. Może u sąsiadki, która remont robi, ale to byście się jej musieli spytać.

Ja się nie pytam… udaję, że go nie ma, tej wielkiej, niszczącej mi rośliny kuli na niebie. Jakoś tak od dawna już to słońce to nie TO słońce. Nic nie jest znajome, nawet ta wiosna, która miała być pierwszą względnie normalną, wiecie, poznosili obostrzenia, trochę to ucichło, ludzie chorują, ale…

Miało być w końcu lepiej.

Oj, gdyby tak zmasować ten wkurw wszystkich i skierować go w stronę tej jednej P-osoby, założę się, że naprawdę by to zrobiło COŚ. Wiecie, „szypsiu” no i po sprawie. Bo jak się nie da językiem, to wiecie, da się innymi częściami osobowości wielce mnogiej i wszelako pokiereszowanej… w końcu wszyscy mamy już dość. Nie no, wiem że są ludzie zarabiający na wojnie, niestety, durna wiedza, ale jednak… kurde no… no weźcie go w końcu w jakieś stepy Akermańskie czy coś.

Nie jestem okrutna, ładnie tam.

Ale… jasno jest.

Słońce wali od wschodu do zachodu, benzyna i prąd w górę, więc wiecie jak jest… stres, udupczenie, wszelakie zazdrostki codzienności. Poczta daje dupy, albo dupy dał wysyłający i mamy kurna opowieść o wielu miastach. Nie tylko o trzech, w końcu jak nagle okazuje się, że UPS przysyła paczkę wysłaną w środę w piątek, a tak właściwie byłby czwartek, ale wiecie, jak w Narnii mieszkam i drzwi nienaoliwione. Znaczy prom sporadycznie pływa i tyle, nie oszukujmy się…

No więc jak Empik może… to co z pocztą polską?

No nic, wiadomo jednak, iż możliwym jest i wielokrotnie doświadczonym, że prędzej poczta z Azji dojdzie niż z takiej tam Polski. Ktoś mi może wytłumaczy oną cudowność? I tak, jak najbardziej priorytet i wszelako jakiś tam specjalny i jeszcze wiecie, wszelako z metką, karteczką i tak dalej.

I co… drugi tydzień, paczka gdzieś między światami… na wodach….

Ekhm.

No ale, oto dowód na to, że jak chcecie coś szybko, to jak z lekarzem, lepiej prywatnie. Podobnie z pocztą i innymi usługami. Kurde no, przerąbane, nie ma co. Wszelako wciąż pamiętam te listy dochodzące nawet na drugi dzień, okay, to był 2010, ale jednak… czy wtedy świat nie było trochę lepiej poukładany? Potem mieszkania jeszcze bardziej w górę, drogi więcej dziur mają… ech!

I żeby nie było… nasza poczta też daje… erm, tylnej strony ciała.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Masowy Stupor… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kwarantowana…

„No stało się…

I tak cud, że dopiero po dwóch latach… wiecie, w końcu to całe Pandemonium zaczęło się z końcem 2019, a już nie wiadomo jak żyć… Człowiek zapomniał jak to było przed, zapomniał jak to było jeszcze wcześniej, gdy poczta dochodziła nawet w sobty i z Niemiec czy Polski przychodziła w dzień…

… lub dwa…

A nie ponad dwa tygodnie!

Priorytet w… trzy dupy.

Ale… wiadomo było, iż mogli być już chrzy wcześniej, ale testy nic nie pokazywały. Może rzeczywiście nigdy nie byli chorzy? Może naprawdę jakoś to ich wyminęło, bo w końcu ta izolacja i Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane wpływała raczej dobrze na brak kontaktów międzyludzkich. Przynajmniej jej… znaczy wpływała znacząco, wskazując, że jednak raczej spotykała nikogo…

Albo listonosza.

Ale to…

Ocywiście, że wsio wina Chowańca, w końcu to jedyny co się względnie wyględnie z Tubylcami i innymi dziwami kontaktował. Ale wiecie, paranoicznie maksymalnie. Spryskiwał się sanitizerem, miał go w wielu smakach, się znaczy tych no… zapachach… Wot podejrzliwość… tutaj się smarował, ludzi kijem od siebie odciągał, byle by tylko… w sklepie nul kontakto… zakupy własnoręcznie płacone, znaczy no te, bezludzkie, wiecie… bezduszne takie to.

Wot i współczesność.

No ale… on jak najbardziej Ludziznę od siebie odpychał, więc nie wiadomo jak to, może myślą, marzeniem, czy innym tam dokonaniem, ale do domu dotargał Omikrona. Jakby kurcze było na co spraszać, jak lodówka pusta! Zresztą, wiadomo, że Wiedźma Wrona raczej taka niezbyt ku gościowaniu… nie no, zawsze można kogoś sprosić i zjeść, lub w ofierze złożyć, ale…

Nie…

Nie była w nastroju.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie to wiosna…

Kwiaty kwitną, nad morzem krokusy szaleją, może lekko poszarpane wiatrem i mrozem, ale już wymierają ranniki, przebiśniegi wciąż nie mogą się zdecydować czy zdechnąć już, czy jeszcze nie… z jednej strony trochę poszarpane, u każdego kwiatka jeden płatek już lekko zbrązowały, ale wciąż…

Wciąż chcą kwitnąć.

Kurcze no, tosz ranniki w ogródku już się poddały, słońce wali od ponad tygodnia jak szalone, okay, temperaturki wiadomo, w nocy przymrozek, szron zostaje w cieniu i w ciągu dnia, ale jednak no weźcie no… długo jeszcze? Od ponad miesiąca tak nadajecie? Co to konkurs na to kto będzie ostatni? No nie wiem, ale śliczne jesteście, oczywiście. Są i pączki, ale wiecie, czują coś chyba, ten zapowiadany mróz może, bo nie wyłażą, jakby spoglądały w niebo, w oną słoneczność, a potem ziewająco stwierdzają, że jednak jeszcze zima przez prawie 3 tygodnie, no dobra, dwa ponad… więc nie, one zostaną jeszcze w pączkowej formie… a co…

Kto im zabroni.

Za to oczywiście moja zmora – bazie – już wylazły.

ZMORA!!!

No wiecie, od dzieciństwa mnie prześladują. Że niby milusie i mięciusie, a koszmar taki, jeden chyba z pierwszych takich namacalnych, które pamiętam. Nawet brody rozwalenie tak na mnie nie wpłynęło…

A tak, to też zaliczyłam.

Ale większość wciąż zimowa.

Tu i tam wyszły one języczki niedźwiedziego czosnku, więc jeśli ktoś chce, to może przed śniadaniem wybrać się nad rzekę czy w las, tam, gdzie zwykle rośnie ono cudo i spokojnie, zrywajcie. Jedzcie… w końcu zielone to zdrowe. Chyba… no chyba że już nie… kto to wie, wszystko się tak szybko zmienia na świecie.

Tak szybko…

Zbyt szybko?

Nie nadążam… i biorąc pod uwagę to, iż piszę te słowa jakoś kilka dni przed publikacją, to wiecie, ciekawe jak bardzo wszystko się zmieni do tego czasu? A może nic się nie zmieni? Może jednak… nie wiem, za bardzo obrywam ostatnio, by jeszcze się zastanawiać nad stanem całego świata, szczerze…

Nagle człowiek zaczął się czuć dziwnie nagi na Wyspie.

Wiecie, otacza go tyle wody, ale tak naprawdę to woda ani go nie odgradza, brak promu tak, ani nie chroni – wprost przeciwnie, coś z wody może wyleźć, wypłynąć czy coś. Wiecie, wsio się może zdarzyć. Obawiam się, że gdyby teraz na działce przed nami wylądowali pierniczeni Marsjanie, to naprawdę nikt nie byłby zainteresowany. Bo przecież… ile można? Bodziec za bodźcem…

Nie, dość.

Już mam dość.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kwarantowana… została wyłączona

Pan Tealight i Kolega…

„Kolega Kolegi właściwie.

Naprawdę.

Podobno tego samego, co reklamował butelki samonapełniające się czymkolwiek sobie zamarzysz… oczywiście biznes upadł, ale… wiecie, miał go i to całkiem pokaźny biznesik był. Zatrudniał kilkanaście znośnie wyglądających babaeczek w wieku płodnym wciąż, raźnych i wszelako zdrowych, a i posiadłość na Wyspie miał. Posiadłość, co to zawsze dziwnie pachniała…

Lizolem?

I jakoś tak tam dziwnie cicho było…

Zawsze… zawsze cicho, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Kompletnie. Ni ptaki nie treliły ni gałązki się nie łamały ni nawet, wiecie, nie było słychać onej wiosny, jak szła, a już szła, więc i pączki na gałązkach wciąż dziwnie na zdechłe wyglądających, nie pykały, nic się nie działo… nie, działo się, wszelako się działo. Kwiatki kwitły pod onym czerwonym gaardem, jeszcze przebiśniegi i ranniki, ale też i krokusy już wychodziły, tm dookoła onego stawu, na którym Śpiewająca Kaczka mieszkała…

Chociaż nie wiadomo czy wciąż mieszka?

Może?

No i wszelako ten Kolega Kolegi zwyczajnie tak jakoś co noc tam miał zamykać bramę. Wiecie, odźwiernym takim był i tym, co dookoła zapalał lampy… nie, serio zapalał, bo w środkach były takie patyczki żywiczne, starczały na dwie noce co najmniej… niektóre nawet i na trzy. No więc on to robił i widzicie, chyba jakoś tak, czy to mróz był, czy po deszczu, co był zamarznięty, a potem przestał…

No wywalił się i coś sobie w plecy zrobił…

… więc Kolega wrócił był.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W stolicy dragi, znaczy wiecie, naszej stolicy, nie że Kopenhaga…

Jakoś tydzień temu, zaraz, dwa tygodnie temu, policja ogłosiła, że coś się dzieje, ale nie mogą powiedzieć. Potem na obrzeżach miasta znaleziono gościa, kopę haszu i simoleonów. Wiecie, to jest taka trochę tajemnica poliszynela, że Wyspa jest miejscem nie tylko przerzutu, spożycia, ale i produkcji wszelkiej maści używek. I nie, wciąż nie mam pojęcia gdzie i za ile je nabyć.

Nie jestem dziennikarzem, śledzić nikogo nie będę, zresztą, nikt nie chce podpaść władzom, szczególnie teraz. No weźcie, sama sobie nie będę zarzucać pętli na szyję. Nie wykopię stołeczka. Oj nie… Za słabe ręce mam, a po tej chorobie to juz w ogóle. Człowiek rzeczywiście jakiś emeryt. Boli wszystko, zmęczenie uderza mocniej i bardziej, nagle… już tak bardzo nic nie cieszy.

Nagle…

Z drugiej strony, przecież i tak nie odczuwam radości, więc…

Problemy natury narkotykowej są. Szczególnie oczywiście w rejonach nastoletnich osobników czy nawet dzieci. Bo sorry, ale przypalający sobie staruszkowie, no weźcie no, bez urazy, ale człowiek i tak ma już to życie mocno pokręcone, codzienność to rzadko jakakolwiek radość czy uśmiech, więc niech se hodują te pomidorki w szklarniach. Nosz przecież no… podobno pomagają na wiele. Sama bym spróbowała, ale wolałabym z recepty. Jakby można.

W cukierkach może?

… a poza tym jeszcze kobiecina się zamknęła w kibelku na noc… nosz kurcze.

Przyznaję, że to jeden z moich koszmarów, wiecie… zamknąć się w klopie. Małe te klopy, zapach jest i chociaż teraz w większości czysto i szczerze papier na pewno jest i woda, to jednak siedzieć tam przez całą noc? Ja pierdziele!!! Ten luty naprawdę nas wszystkich przeorał. W te albo wewte. To szczerze zły miesiąc był, bardzo zły… ale mamy marzec i…

Czy coś się zmienia?

Zimniej jest.

I tyle.

Świat stoi już nie wiem na czym, chyba na doczepianych rzęsach, albo coś w ten deseń i trzepie odbytem. No naprawdę. Naprawdę naprawdę. To wszystko jest zwyczajnie już jakimś studium upadku. No bo… jak inaczej patrzeć na świat toczący się od końca 2019 roku? Jak?

Czy da się inaczej?

Nawet wschody i zachody słońca są inne…

Wiatry dziwne, havgus jakiś taki opieszały i te dźwięki w powietrzu. Nagle wszystko zamarło, ucichło i odeszło w przestrzeń, która nie chce być odkryta. Która nie ma zamiaru dzielić się tym, co zabrała…

Inność.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kolega… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Zadziwienia…

„A jakie brwi miał.

A oczy!!!

Kurcze!

No po prostu najczystsza postać zaskoczenia. Coś, co spotykasz, gdy nagle wyłaniasz się zza ścieżki, a tam pod drzewem ktoś załatwia numer jeden, dwa lub trzy… no co, różne sprawy się załtwia czasem. Czasem z toaletowym czasem bez, bo i po co jakoś strzepnąć, otrząsnąć się można… albo z nożem. Wiecie, naprawdę wiele spraw i rzeczy dzieje się w ukryciu, ale też wiele zostaje nagle, całkowicie przypadkowo lub nieprzypadkowo, bo czyż przypadek istnieje… ma swoje bóstwo i awatary, ale jednak… jednak jakoś tak, po prostu i zwyczajnie stykają się światy.

I się dziwują sobie na wzajem.

I są takie… no wiecie, ani jedna strona ani druga nie chce tutuaj być, więc… następuje ta chwila, moment, w którym powinno się zaatakować, odejść, uciec, spierniczyć, włączyć guzik alarmowy, albo…

Się przyłączyć.

Zwykle jednak obydwie strony jakoś tak się cofają. Może niedowidzące, czy coś, może jednak nazbyt zaoferowane swoją robotą, tudzież pięknem natury, w którym przebywają, no wiecie, po prostu i zwyczajnie… no robią krok do tyłu. Niektóre upadają i wtedy Bóg Zadziwienia szturcha bliźniaka, Boga Zaskoczenia i jakoś tak, obydwoje mają z tego wielką radochę… ale czasem…

Czasem wszystko wygląda inaczej.

I dziwi się tylko jedna strona, bo druga przeczytała wcześniej scenariusz tej zabawy… serio warto!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Boginie” – … okay. Znaczy druga powieść, którą połknęłam, ale która już mnie tak aż nie porwała?

Okay, po pierwsze nie, to nie jest zła powieść, ale raczej trudno się nie domyślić kto co zrobił. No naprawdę, gdybym była autorem, to zakończenie byłoby trochę inne. Przecież inna osoba mogła to zrobić, a wciąż byłoby tak samo? No wiecie, gdy się czyta te książki jedną po drugiej, to dochodzi się do wniosku, iż autor okay, zna się na swojej robocie, czyli onej psychilogicznej lekko psychiatrii, ale ma problem… chyba ma wielki problem i wartałoby się wczytać w swoje książki, bo wychodzi jasno, że coś jest nie tak. Z twoim autorze życiem…

Ale…

Oto śordowisko studenckie oraz terapeutka, która wie kto zabił. Ajajajaj! Oczywiście, że jest też Grecja, no weźcie, nawiązania do mitlogii, a must have, a potem… już ino gorzej. Poboczne postacie są dziwnie niedopracowane, jak już się wprowadza ich tyle trzeba coś dopowiedzieć, coś dokręcić… jednak…

Nie mogę powiedzieć, że się źle bawiłam.

Historia ma ręce i nogi. Jest smutna i dziwnie nostalgiczna, ale za wiele grzybów w tym barszczu. Za bardzo autor starał się schować mordercę. Za bardzo. Za bardzo też go pokazać… i chyba się pogubił, ale i tak warto.

Warto dla uświadomienia sobie, że czasem człowiek jest zwyczajnie ślepy.

Wyszło na to, że w końcu coś się we mnie przewróciło, przekręiło, połamało, złożyło i jakoś znowu… nie wiem, można oddychać. Ona sławetna choroba dopadła mnie dzięki Chowańcowi, więc wiecie. Ekhm. Tak, wkurwniczające jest to, gdy człowiek z nikim się nie widuje, a tutaj, BOOM… najpierw myślałam, że to tylko on, że tylko grypa czy coś? Wiecie, w weekend go zaczęło łamać, no ale…

Nie, przyznaję, on akurat nie jest dziwnie marudny.

I zaradny jest, więc…

Ale jak kolejni z pracy wracali z testami do domów, to raczej było wiadomo, we wtorek test i tyle… teraz na wynik czeka się dłużej, jakby już naprawdę nikogo to nie obchodziło i się nie dziwię. Naprawdę. W końcu kurde, no ile można? Ja już nie mogę… myślałam, że przez 2 lata jak się nie udało, to może człeka to ominie? Chociaż czy to mądre, nie wiem, w końcu jeżeli ma dopaść, to lepiej mieć to za sobą, ale straszą, że po gorzej, że można wciąż i wciąż… panika.

Objawy? 4 dni silnego bólu gardła i całego ciała.

Jakbym była szklaną księżniczką, mocno po best before i miała zaraz się rozpaść, bo ułamek sekundy wcześniej ktoś mnie zrzucił z półki. Ale ten ból. Koszmarny, nie mogłam nawet trzymać butelki z wodą, wiecie, zgiąć palców, jakby stawy odmówiły działania, jakby wszystko oszalało. A gardło. Ścierny papier ma więcej uczuć!!! Żeby tak rwać… i po tych dniach nagle zniknęło… no prawie…

Prawie…

A potem odszedł zapach i smak.

Jakoś tak nagle. Dwie noce dreszczy, brak snu, a tutaj nagle, gdy człek myślał że już koniec powoli, że teraz ino ten katarek, kaszelek, słabość ogólna, to wiecie… nie czuje nic. Nieczuła suka ze mnie.

Ale emerytka.

Oficjalnie.

No dobra, może i wciąż słaba i chora, ale od 1 marca jestem emerytką. Znaczy, dokładnie czymś co wynikałoby z połączenia emerytury i renty, ale też czymś, co potem ma się przemienić w prawdziwą emeryturę. Znaczy, jak człowiek w ogóle dożyje onej starości, bo sami wiecie jak jest.

Walczyłam o to ponad pół roku, końcówka to początek lutego, potem jeszcze się okazało, że pomieszali papiery i nagle jestem dziwnie bogata, więc mi się nie należy tyle ile powinno, no ale… i nie, nie dostaję pansion takiej jak ktoś tutaj urodzony. Nie. Prawo prawem, płacą ci od lat, które tutaj przeżyłeś. I jeszcze dodatkowo nie wolno ci zamieszkać poza Danią na dłużej niż… chyba 3 miesiące…

Chyba…

Nie żebym planowała, ale warto o tym wspomnieć.

A poza tym, to wiele się wydarzyło, gdy człek zdychał pod kołdrą, nie żeby nie powinien był być tam i teraz, bo przecież wciąż go łamie, cieknie… erm, bit TMI? Na pewno! Może bez tych dodatków. Może nie tak dosłownie… chodzi o to, że jest wciąż źle, ale nie tak jak było i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

Musi być!

Innej opcji nie przewiduje się!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Zadziwienia… została wyłączona