Pan Tealight i Witaminka Niepewności…

„… do wynajęcia była.

Ogłoszenie lansnęła w każdym dostępnym miejscu, na gałęzi, na niebie, na piasku patykiem wypisała… wiecie… dotrzeć chciała do wszystkich. I każdego i wszystkiego i wszelakiego też. I tu karteczka z numerem jakimś była i tam coś się telepało, gumka od majtek? Ale ktoś jeszcze ma je na tak oldfaszjonowej gumce? Serio? Nie lepiej coś mniej wżynającego się po obiedzie, deserze i trzech dokładkach? Nie no, na gumowej podkładce… czy to woreczek…

Nie, to nie był woreczek.

Rąbana ekomaniaczka… na wszystkim już pisze, a potem dziwota, że śmietnik w okolicy, a nie porządek jak należy, ale kto jej zabroni? Chciała zarobić, nawet w pewnym sensie chciała być przydatna, albo nie, nie oszukujmy się, ona ino chciała zarobić, a że była kim była, lecz z drugiej strony one przesycone tym całym kołczingiem mózgi, czyż jej nie potrzebowały? Delikatnej suplementacji? Może nawet nie jednej dzienniej, ale pięć w tygodniu? A może…

Pół chociaż?

No bo przecież tak, jak najbardziej, ona się poświęcała, przecież naprawdę, mocno, do końca, a że reaktywowała właściwie od razu, no cóż… to nie było tak, że chodziła nadgryziona, czy coś…

Nie.

… więc dlaczego nikt nie dzwonił?

Przecież wciąż ten telefon w łapie trzymała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczynka z Widow Hills” – … opowieść. Życie. Przeszłość… w rzeczywistości bardzo często nasza pamięć to nie do końca to, co się wydarzyło… wiecie, jak ze słoniem i tymi mędrcami. Widzieliśmy to, czuliśmy, to dla nas jest prawdą. Ale przecież byli też inni…

Czy widzieli i czuli to samo?

Czy w ogóle tam byli?

Mówią, że nie powinno się powracać do niektórych miejsc. Do tych, w których czuliśmy się szczęśliwi, do miejsc z dzieciństwa, do przeszłości wszelakich, bo nagle wspomnienia się rozmyją, dobre uczucia znikną… właśnie, może i nawet pojawią się nowe wiadomości, nowe tropy. Nowe prawdy…

Nasza bohaterka zyskała ono przekleństwo bycia sławnym dzieckiem. Dzięki temu jej dzieciństwo było koszmarem, ale tak naprawdę, to nie tylko dziecińśtwo. Cała jej przeszłość sprawiła, że jest teraz tu, gdzie jest. Jest tym, kim jest i musi się zmierzyć z czymś, w co trudno uwierzyć. Czego nie pamięta, a przecież… pamięta co się wydarzyło tego deszczowego dnia…

Pamięta, prawda?

Ale czy na pewno?

Może nie wybitna, miejscami przewidywalna, ale na pewno zaskakująca powieść. Może trochę kuleje miejscami w rejonach słownictwa, mogłaby być głębsza, bardziej psychologiczna, ale… ona prostatota też i wybrzusza zaskoczenie jakiego… możecie doznać. Ekhm. No co, spojler, będzie zaskoczenie. Albo nie, bo przecież można się domyślić wiele, można, czyż nie?

Warto.

Szczególnie na morze abrać jak prom się zepsuje.

Ta daaam!!!

Jakoś tak wyszło. Oto i niebieski cud, który mam. Ha! Pewno, że z Hygge to jak drewno do lasu, ale zawsze chciałam prawdzić o co w tej książce chodzi… z samego hyggowania to mam ocenę celującą!!! I tak, notes też niebieski… mój ukochany rodzaj, ale dziwnie cienki, co to, coś zmienili?

Wojna…

Tia… trudno powiedzieć coś takiego komuś, kto nie ogląda i nie czyta wiadomości. Wiecie, po prostu trudno… więc, nie wypowiem się w tym temacie, ale w zamian wypowiem się w sprawie sptrachu, który tutaj, w szczególności u tych naprawę wyspiarzy, nawet takich, co to Wyspy nie opuścili raz, albo tylko kilka razy… i nie potrzebują niczego innego… widzę w nich strach. Czuję go. Przybiera dziwne formy, jest, staje się, niemal namacalny, niczym havgus gęstnieje i porusza się między domami…

Puka do drzwi.

Strach przed Rosjanami.

On nie odszedł wraz z tymi ostatnimi opuszczającymi Wyspę. Nie. Tuta ludie wciąż pamiętają i nie świętują 4 maja… nie tak jak reszta kraju. Nie, dla nich to był czas kłamstwa, bólu, oszukaństwo i zapomnienie. Opuszczenie… zdrada. Tak, to chyba najbardziej odpowiednie słowo.

Zdrada.

Tak się poczuli.

Reszta się bawiła, a oni cierpieli, ich rodzice, dziadkowie… to coś wciąż w nich tkwi, więc opowieści o ruchach Rosji i Ukrainy uderza w Wyspę bardzo. Boleśnie. Bo jeśli coś… cokolwiek, to Dania nie oberwie.

Nie.

Oberwie Wyspa.

Problem?

Cóż, wiadomo, morze. Najbardziej wysunięty obszar na wschód, miejsce wypadowe i tak dalej, a w lato można poimprezować. Chociaż wróć, lepiej nie za mocno bo z morza znowu coś wypłynie, albo Polska coś rzuci w Wisłę i będzie… czy tam ta elektorwnia czy co to ma być…

Kuźwa, co się z tymi ludźmi dzieje?

Gdzie rozum, gdzie logika?

Retoryczne. Oczywiście, że retoryczne pytanie, no weźcie no, kurde, kto by się w ogóle podjął odpowiedzi na takie pytanie? Czy w ogóle mogłaby jedna, jakaś istnieć? Naprawdę? Jedna? Chociaż?

… więc strach… jest. do tego za dużo wiatru i deszcz i naprawdę męcząca psychicznie pogoda. Spać się nie da, potem człowiek od razu jakiś małorobotny, a tutaj już i przebiśniegi i ranniki powyłaziły. I żółto i biało i wsio już, widać, że już wsio chce tej tam wiosny, poza mną, ale wiecie, ja taka mało imprezowa. Po tej połowie roku, to już naprawdę, ale w końcu… cóż, zobaczymy ostatniego marca czy naprawdę, ale podobno tak… wtedy będę mogła wam opowiedzieć pewną historię. O małej wiedźmie, która się ludzi bała…

I wciąż boi.

Mi tam wiadomości ze świata niepotrzebne. Prognoza pogody wystarcza, już się boję, że znowu coś podmyje, coś zawieje, coś…

Wiecie… życie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Witaminka Niepewności… została wyłączona

Pan Tealight i Maszyna do Wszystkiego…

„Jak maciupkie pudełko na buty, ale nie takie zwyczajne, z napisem, raczej coś więcej, ze złotymi okuciami, kłódeczką i takim zamykaniem rzezanym w laurowe liście, uformowanym w wielce burżujskim kształcie…

I nie, wcale nie lekkie… tak naprawdę..

Serio, można było nią ogóry okładać.

Albo coś innego, no co kto lubi… bo wiecie, to nie było pudełko, choć tak wyglądało, niby metalowe, niby wyglądające na filigranowe właściwie, może skrywające jakieś tajemnice, no dobra, oczywiście, że skrywało tajemnice, a raczej samo było, ono pudełko tajemnicą, dla siebie i świata.

Maszyna… było maszyną, a uruchamianie jej było aż nazbyt proste. Przekręcało się tylko w kłódeczce kluczyk, potem zdejmowało ostrożnie ją z haczyka i podnosiło to winezyjne coś by otworzyć… no tak, nigdy nie doszli do tego momentu. Że się otwierało… to pudełko, ta maszyna. Nie, na to jeszcze nie byli gotowi, ale przez maleńką, niby przerdzewiałą szparkę w dolnej części, tej dłuższej, prawej chyba, no zależy jak się patrzy, wiadomo, każdy ma inne te spojrzenia… i strony… no więc przez ten niby otworek, tosz to nawet nie otworek był, niczym zacięcie się liściem, źdźbłem trawy, może i krwawiące, ale właściwie nieotwarte, zarysowane…

No ale tamtędy jadło.

I to tylko miażdżone z poziomkami rodzynki.

Tylko i wyłącznie.

To dlatego nazwali ją Maszyną do Wszystkiego. Bo przecież jeśli nie zrobiła niczego, jeśli nawet tam nie zajrzeli, to możliwości były nieograniczone… wiecie, jak ten durny kot w pudełku. Żyje czy nie żyje… chociaż, gdyby zdechł, byłoby czuć chyba? Jak najbardziej dali do powąchania Wielkiej Paszczy…

Nie skomentowała, ale też nie krzyczała, więc pozwolili jej zostać…

I Maszynce też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w Szwecji obkradają na policjanta…

No co… po tym stresującym rejsie człowiek sobie przypomniał po co w ogóle w onej Szwecji był… i w ogóle. Tak sobie uświadamiam czasem, że jak mówię komuś, że płynę do Szwecji, to dla kogoś to jest niby coś wielkiego i się pytają, że czy na długo i po co i w ogóle… jakie to wielkie.. a dla mnie jak we Wrocławiu na Bielany… niby wyprawa, ale wiecie. Nic wielkiego.

Oh, od razu to napiszę, póki pamiętam… nie chodzi o to, że się wpieniam, iż prom się spsuł. To akurat, wiecie, no sprawa wyższa, ale brak informacji. Gdyby nie social media, no i te śledzenia, nosz moja wyobraźnia… Titanic i góra lodowa. W końcu jesteśmy na tej północy, czyż nie? A przed wjazdem na prom, znaczy na ten podest, to stoi taka tablica i przez prawie cały czas kałamała, że bording… a przecież jakby ktoś się rozpędził, to pierdyknąłby w wodę i w ogóle…

A jeszcze, widzieliście kiedyś wielki prom pchany przez dzielny mały stateczek? Nie? Ja też nie, znaczy nie do końca, bo ciemno było, ale trochę widziałam. I chyba najszybciej spierniczające z promu auta, więc…

Ciekawe czy też dostali bony na żarcie…

No ale, Szwecja.

Ech… ja piernicze. Pogodynka kłamała znowu, zimno, niby wschód słońca, pinknie, jasno nawet jak przyjechaliśmy, nie falowało, no wiecie, miodzio… ale kurna, jakoś tak nagle autem zarzuca raz, drugi, kolejny… wiatr – po wiatrakach widać, że nam w ryj wali, więc może to on, może koła odpadają… ale nie, ci za nami też jakoś tak, idiota, co próbował wyprzedzać miotnął się niczym pjana baletnica…

Wtedy skapneliśmy się, że zamiast drogi jest lodowisko idealne.

Tia… droga była przerażająca. Tak z godzinę milczenia i modlenia się do Śniących i Zapomnianych i w ogóle, wszystkie mitologie człek przeleciał… na szczęście inni nie szaleli. Dopiero później, ale co nas tam później, myśmy załatwili co miało być i do… no właśnie, potrzebuję świeczek.

Hygge you know!

… więc…

IKEA…

No właśnie…

Niech mnie ktoś oświeci, ale co się dzieje?

Po pierwsze półki puste. No dobra, nie sprawdziłam wszystkiego, ale jednak przebiegłam większość sklepu, więc weźcie no… nawet wiem, że fish and chips jest dostępne. Chowaniec jadł… nadal uważa, że najlepsze jest to z Fjallbacki! A co! Można mieć swoje ulubione, nawet jak je trochę przetłuszczą.

Ale…

Świeczki.

Włażę, a tam pustki. Po prostu białe, rąbane półki, no czyście poszaleli? I podobno już nie będzie tych dużych ciasteczkowych i tych owocowych czerwonych w większym rozmiarze, w szkiełku? No i jeszcze jedno, są jakieś nowe… prdukowane w Chinach? Serio? Przecież świeczki w Polsce robią…

Zawsze tak było!

I duże tealighty i w ogóle… znaczy co? Nie będzie świeczek? No weźcie no, wychodzi na to, że dobrze, iż człek w ogóle ma na czym siedzieć… może zajęło mu to kilka lat, ale jakoś nie wiem, ja tam mebli nie wymieniam, wolę taki dość industrialny, zmiękczony poduszkami styl i tyle. I podłogę… drewnianą.

Ale świeczki…

Wróćcie!!!

A wracając do początku… to w sklepie polskim dowiedzieliśmy się, że starsze panie wpuszczają policjantów do domów, a potem wiadomo… kasa z kont znika, co więcej, niczym z tym oszustem z Tindera, biorą pożyczki nawet? Nie wiem o co chodzi, ale panie się tam ostrzegały. Starsze uczyły, by telefonom nie wierzyć… serio, świat jest tak bardzo jezcze gorszy.

Ta pandemia udowodniła, że ludzie mogą być tylki gorsi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maszyna do Wszystkiego… została wyłączona

Pan Tealight i Kasjer…

„Pół kilo mąki, a on, że niezdrowe toto i może lepiej zamiast pszennej kokosową, albo i gryczaną, czy też w ogóle, no serio… po co to tak, że i lukier ma być? Nie. A w ogóle, to lepiej banana zjeść, ale ino połowę, bo patrząc na sylwetkę, to lepiej może kiwi albo grejpfrut jakowyś czy cytrynki lub pomarańcze może… nie nie nie, to nie, to za dużo glutenu, a tamto to w ogóle już powinno być wycofane ze sklepu, tak mówią w pokoju, gdzie kawę piją i sikają.

Znaczy, nie że sikają w pokoju, łazienkę mają obok.

Ale dżem?

Po co?

I chleb? No niby dobrze, bo na zakwasie, ale czy on wegański na pewno jest, bo jak to tak zwierzątki męczyć, jak to tak… I jeszcze te owocki, czy na pewno bio są? Bo jak nie są, to odradza, nie, nawet nie zważy, nie, to by było jak narażenie kogoś na śmierć? Że bombonierka na prezent, a i kartka… nie, no w to nie uwierzy. A zresztą, kartka w folijce, no jak tak można, przecież to nawet w recyclingu nie przejdzie… a i sama kartka, szczerze, nie lepiej na papierze toaletowym komuś poemacik walnąć? I ekologicznie i użytkowe. No wiadomo!!! Jeszcze teraz. Po prostu towar, który powinna wziąć, właściwie, to może by dobrała jeszcze trzy worki…

Promocja jest…

Cukier?

Biały?

Ale jak to? Przecież tego to juz naprawdę, no czuje się obrażony, jak może to w ogóle na jego ladę wykładać, zaraz sanitizerem popsika, no zaraz będzie się mścił, bo przecież wiedziała, że on jest uczulony… no dobrze, nie do końca, że tak z worka go ten cukier zaatakuje, ale jednak nie może jeść, bo on przecież jest na diecie. Powinna o tym wiedzieć, powinna… widzi ją przynajmniej raz w miesiącu!

Jak może nie wiedzieć…

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane raz w miesiącu do sklepu wchodziła…

Na szczęście nie rozumiała go, ni słowa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na promie…

Okay, to jest tak, że człowiek słyszy pewne rzeczy… niektórych nawet doświadcza. Jak te pierwsze fale, dziwne, majtające na boki, coś stuka, puka, coś nagle trzasnęło, coś się przesunęło, już widzisz oczyma wyobraźni, że auto własne, może i wiekowe, ale jedyne, że już nie istnieje… zmiażdżone innymi, może i nawet ona scena z koniami się tam odbywa, no ta z Kręgu… film taki…

Straszny.

The Ring.

Albo te inne fale, ja piernicze, ale to był sztorm. Już nie mówimy o wymiotach, bo część po prostu od razu się położyła, widać, że tacy, co to wiedzą jak się zachować. Problem w tym, że Chowaniec stwierdził, że jednak zje tę kanapkę… o rany julek, on nie żyga, serio, nie… ale wtedy, po raz pierwszy był zielony. Jak tylko zjechaliśmy z promu musiałam zatrzymać się i dotknać ziemi.

Nie ruszała się.

Mój mózg mimo na pewno niedozwolonej ilości aviomarinu wciąż czuł luzy w mózgu… serio, pewne fale, te takie jak na boki buja a nie góra – dół, góra – dół, góra – dół… no wiecie, nie tak jak na filmach one maszyny z tych fal wyskakują, nie, bardziej jak kaczuszka w kapięli, na boczki, szarpie, niby nie tobą, siedzisz, zastanawiasz się znowu czemu nie ma pasów przy tych fotelach i dlaczego do cholery znowu ktoś nie poukładał naczyń, bo się coś potłukło i nie masz siły być Grekiem i zakrzyknąć: OPA!

Ale…

Są takie rzeczy, o których czyta się. Że na promie wydarzyło się tak i tak. Zgasło światło… przeżycie na pełnym morzu, koszmar…

Pustka…

A potem patrzysz jak prom nagle, miał już się pojawić… a on się oddala…

Bez sterów, dryfuje gdzieś tam…

Oczywiście, że są apki do promów, podobnie jak do smaolotów, możecie sobie sprawdzić kto nad wami lata. Podobnie popatrzeć gdzie jest prom, co to się ewidentnie spóźnia, a na tablicy jak byk wisi, że uż boarding…

Nu!

Tia, ja wam dam „nu”. Takie to nu, jak, że no teraz to ja na pewno muszę siku, ale nie mogę bo przecież to kawałek od auta, a prom może się pojawić, lepiej nie latać tak, jeszcze mnie zostawią tutaj… a może Google się myli? Ale nie… więc lecisz na Twittera, nie wiadomo nic. Wredni ci pasażerowie, nic nie napisali?

Kurde, z drugiej strony za nic nie chciałabym być na ich miejcu. Dowiedzieć się, gdy już widzicie brzeg, że są problemy techniczne i przez pół godziny unosicie się na falach. Na szczęście niewielkich… no wiecie… choć to dobre. W końcu my zamarznięci na parkingu przed wylotem w morze, oni tam na morzu, spotkanie człowiek ma rano, noc tutaj, kurde, co robić?

Wpław?

No nic… skończyło się tym, że w onych ostatnich dniach retrogradacji Merkurego prom oszalał. A tak naprawdę serio jakaś wtyczka coś tam nie załapała. prom opóźniny, potem stwierdzili, że odwołują rejs z Wyspy do Ystad, a nas umieścili na kilka godzin na promie i włączyli grzanie na plus… no i wielce dostaliśmy te no, bony na żarcie na promie… znaczy mogliśmy wykorzystać je chyba i na zewnątrz bo lista knajp w Ystad wymieniona, ale jednak już ludzie raczej w domach, wsio pozamykane, a po kolejne bilecik stepmlowany ino na 1.02… nic więcej.

… więc siedzisz te godziny na promie.

Siedzisz i czujesz jak prochy na bujanie się idą bujać.

I nie wiesz czy śmiać się czy płakać, że choć tak starałeś się zdążyć na ten wcześniejszy odpływ, to i tak będziesz – może, miejmy nadzieję, spojler alert tak – wypłyniesz już nocą. By w domu być już w oną magiczną datę. Umęczony… by bać się przez te wszystkie godziny, że może jednak prom nie popłynie, bo przecież, nic nie mówią, może znowu na środku morza stanie, a bujać zaczęło…

Strach.

Straszna sprawa.

Uświadamiasz sobie wtedy ja to dobrze mieć drogi!!! Wiele ich! a co do onych nonów, to śmiech na sali bo w koronach ale szwedzkich, co to tańsze niż nasze i jeszcze… ekhm… jakieś 85SEK.

… stykło na kawę, bułkę i wodę.

PS. Ogrzewanie na drogę chyba wyłączyli, znaczy jak już płynęliśmy, bo zmarzłam na… no wiecie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasjer… została wyłączona

Pan Tealight i Zakonnica…

„No właściwie to nie wiadomo było, z którego tam klasztoru. Ani nawet wyznania i tak dalej. Nie, no serio, szczerze. Po prostu nie wyróżniała się na tyle, ot czarny kaptur i kieca i te rękawy zdolne pomieścić światy, które tworzyły własne światy, nawet się rekamowały w gazetach, że już mają na sprzedaż te mieszkania, wiecie, najdroższe takie, z dużymi oknami i kurkami ze złota czy czegoś tam, diamenty w podłodze i gówienek posrebrzanie… no wszystko w jednym i jeszcze więcej, a i jeszcze, wiecie: ciasteczka, czekoladki i pół litra gorzałki pd razu na wejście…

Albo coś w ten deseń.

Na pewno święconego.

Znaczy, no to też wiadomo, że nie do końca wiadomo jak, bo przecież każdy se święci jak se chce, no i czym chce, to nie tak, że ino woda i tak dalej, inni wolą wino, pepsi, coca colę… w tych czasach to tak wiele się dzieje. Co to nie mogło się jakieś nowe zgromadzenie narodzić, wykluć z oparów Wszechświata, czy jakoś tak, albo i inaczej… no przecież chyba nie ma, że zabronione, że tego czy innego nie można nagle zacząć czycić. Nie no, weźcie, jak można w ogóle tak myśleć…

No jak?

Ale też… ta cała poprawność polityczna. Kurcze no… czy to w ogóle wypada, żeby tak podejść do zakonnicy… nie wiem, za ten sznurek ją pociągnąć, na andał nadepnąć, bo miała sandały, jak nic, tylko jakoś stóp w nich chyba nie było zbyt widać, może i za duże miała, może taka moda…

Czy coś?

Od ponad tygodnia stoi taka przy mostku i zerka na Białe Domostwo.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane odmówiła przychodzenia i ino z daleka, z zooma obserwowała co się dzieje… ale widły miała blisko. Z każdym dniem coraz bliżej.

Może nie pomalowane jak chciała, ale były…

Jakby wiedziały w co Zakonnica wierzy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Okrutna siostra” – … tak właściwie…

… no serio, ten tytuł to morderstwo dla fabuły, chociaż, z drugiej strony… No nic, kolejna powieść „Córki króla moczarów„, ponownie o odcięciu się od świata, ponownie o jakimś tam osamotnieniu. Ponownie o światach wewnątrz tego, co znamy. O onych samotniach… czy mówimy tutaj o szpitalu psychiatrycznym, czy prywatnym kawałku ziemi. Wielkim kawałku ziemi, lasu, zwierząt…

Praca w takim miesjcu przecieś to obecnie idylla.

Któż nie marzy o tym życiu „off grid”?

No dobra, może nie wy, ale wielu jednak tak… i wiecie co, lubią to, ale wzrastające w tym dzieci i tu coś wiem z własnego podwórka, są inne. Specyficzne. Nie gorsze, po prostu bardziej wrażliwe, często… i często nie potrafią nawiązać kontaktu z tak zwanym zewnętrzem. I problem… ale, jeżeli chodzi o tę powieść, to przede wszystkim to historia macierzyństwa, ciężkiego, gdy kochasz dziecko i nie wiesz co zrobić z jego problemami. Gdy przyroda nie leczy wszystkiego, a samotność, rodzina, nie zawsze jest taka jak myślałeś i…

Dobra powieść. Trochę dłużyzn w dziwnych miejscach, trochę to pisanie jest toporne, przydałyby się opisy, ale… intrygująca.

Inna.

Choć znowu zwracająca uwagę na problemy małych dzieci.

Nieaniołków…

Ten rąbany Marian…

No dobra, wiem, że nie nazwali go Marian, ale jakoś moja glowa nietoleruje imienia Malik, więc zostańmy przy swojskim Marianie i na niego zwalmy winę. Ale ino winę, nic innego, no weźcie no… brzydkie myśli!!! Mydło zjeść!!! Czy jakoś tak… biały jeleń, daniel czy inne tam rogacizny.

No ale, był ten orkan i oczywiście, że wiało już przez kilka tygodni wcześniej prawie bez przerwy, właściwie cały styczeń to wiatr i ciepło, dziwność straszliwa i rozpierdol umysłu, aż… no właśnie, aż dziś Chowaniec przybiega, wysłałam go do ogrodu po szałwię, a on przychodzi z wieściami, że sąsiad mu mówił, iż włam na dzielni był. No kurna, a mówiłam, że ktoś łaził dookoła domu!

Mówiłam!!!

… więc okazuje się, że znaleziony pokrowiec na okulary, który przywiało gdzieś tu obok nas, ktoś znalazł, to jakoś się onym robberom nie spodobał i wiecie, pewnie go pizgnęli, czy coś, ale… co się stało? Sąsiadka, dwa domy, trzy dalej zostawiła samochód otwarty i ktoś go rozpiżył. Powiecie, że sama sobie winna, ale ludzie tutaj to zadupie, kurna, musieliby iść po każdym aucie i domu, a u nas ludzie widzą raczej innych, niepasujących ludzi, więc jak to? Kiedy to zrobili, że nikt nie widział?

Potem jeszcze coś pokombinowali, poniszczyli…

No wiecie co?

Tutaj?

Poza sezonem cała Wyspa wciąż… przynajmniej miejscami chociaż, no czuje się taka, wiecie, dziwnie bezpieczna jakaś. I jest to ułuda kosmiczna, bo już i pod żebro ktoś nożem dostał i już zaciukali gościa w lesie i…

No właśnie.

Ile ukryli przed opinią publiczną, bo przecież to miejsce turystyczne?

Nie wiem, ale wyobraźnię mam i to mnie przeraża.

Świat się zmienia i to wszędzie. Niektórzy jeszcze wierzą w jakieś tam rajskie miejsca, nie wiem dlaczego większość, czyli 99% ludzkości uznaje za raj jakieś ciepłe plażowate wyspy, no szczerze? Bleeee… ciągle ino słońce, palmy, piach wszędzie, a jeszcze na dodatek tsunami jakieś na horyzoncie.

No weźcie no.

Gorąco ciągle i brak zmian pór roku… macie ino dwie słońce i deszcz. I zapewne problemy z wychodkiem, ale to jakoś was uskrzydla, że ciepło i palmy i kokosy? Serio? O to tylko w świecie chodzi?

Nie rozumiem.

Jedno wiem… raju nie ma, jest to, co tworzymy, a ponieważ wmawia się nam demokrację, a demokracja to większość, a większość to… no to mamy co mamy. I to wszędzie. Bo ludzie wszędzie są tacy sami.

Boleśni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakonnica… została wyłączona

Pan Tealight i Małpiszowon…

„W rzeczywistości tak nazwały wóz.

Serio, taki bardzo szczudłaty, wiecie, taki na siano… przyjazny był, więc… no i samojezdny. Nie żeby ktoś musiał go ciągnąć.

Nie…

Miał słodkie, kudłate, cudownie ufryzowane i to jeszcze z wstążeczkami i krajkami wszelakimi wplecionymi, no po prostu fryzjerzy, psik psik i lakier w powietrzu… osiołki. Ale takie na kółkach z przodu… znaczy miał te osiołki z przodu, kółka osiołki miały na takich patyczkach, no i se na nich stały, wiecie, jak takie drewniane samochodziki, nie że metalowa szyna, ino drewniane coś takie, więc wiecie, nie że same coś robiły kopytkami, czy bokami, jak to się drzewiej mawiało, gdy to koniem się orało, albo teściową, no co dostępne było…

Ekhm.

No co?

Czasy trudne były… znaczy trudne inaczej, nie oszukujmy się, ale to, co się teraz odpierdziela, to już człowiek zaczyna sprawdzać, czy w ogóle jeszcze głowę ma na miejscu i czy klepki działają, wiecie, te, które mu jeszcze zostały, bo jakoś na promie bujało, no i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane znowu sobie pojechała za morze i wróciła z problemami…

Problemami…

Ale to jeszcze nieważne było, bo był wóz.

Z osiołkami, które ciągnęły malutkie gnomy, zielone, owłosione i takie lekko w typie Grincha, ale miały podobno bardzo dobrą umowę, zresztą, drogi rozmokły ostatnio, to się wprowadziły do Domostwa i coś pędziły… coś, co nawet Mikołajów wystraszyło, więc Wiedźmy z Pieca aż nadmiernie były produktem zainteresowane. Wiedźma Wrona też. Choć abstynenkta… ale ostatnio jakoś tak, szukała czegokolwiek, coby nią jakoś tak ruszyło. Bo świat… to za wiele.

Bardzo za wiele ostatnio.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z naszej pani premier, to oczywiście po onej całej celebrancji, która miała miejsce tydzień temu, to beka w internecie. No bo jak to można z uśmiechem powiedzieć: ot przecież każdy musi na coś umrzeć… ojoj. W ogóle, słuchając Chowańca mówiącego mi co tam wymyślili, to człek… nie no, nie oszukujmy się, nie wierzę w to, iż Homo sapiens nagle od nowa zasługuje na drugiego sapiensa, od zawsze jest dla mnie ten młodszy ino novinkus i tyle. Nie zmieniam zdaania, więc nie oczekiwałam inteligencji jakiejś od dziennikarzy czy członków rządu, nie oszukujmy się, nawet onej, wiecie…. złudnie ułudnej, ale jednak, tosz to wszystko woła o pomstę!!!

No ludzie no.

Ech… ale…

Wynik tego taki, że C. jest, ale jakby go nie ma.

Ale jest i możliwe, że w każdej właściwie chwili wsio zacznie się od nowa, ale na razie imprezy i brak pieluch na twarzach… ciekawe do kiedy? No bo raczej wprost mówią, że prawdopodobnie wsio się zacznie od nowa jesienią…

… ha ha ha… już mam jazdy psychiczne.

I dość.

Mam dość.

Nie wiem, czy ten strach w ogóle kiedykolwiek minie.

Wiecie… to nawet nie chodzi o chorobę, ale o ludzi. Bo ludzie stali się kompletnie posrani. Okrutni i posrani, okrutni, posrani i jeszcze popierdoleni. Jakby im kazali nosić gwiazdki, to by zaczęli, samosądy organizować też… i to Polacy w tym przodują. Spoglądając na inne narody, a już Szwedów w szczególności…

No ale…

Szwecja ma swoje problemy, nikt ich nie lubi, bo przecież oni tak naprawdę się nie sfrizowali tak maksymalnie. Ani chyba razu. Poza tym, że trzeba mieć test, lepiej mieć test żeby tam pojechać czy też przejechać… ino do Danii. Wiecie, z Wyspy do Danii, bo często, nazbyt często aż… no weźcie, my nie są Dania. My są jakiś floatingujący wszechświat czepiający się innych.

Ekhm.

W zależności od tego jak to nas pokażą na mapie.

Bo czasem nas pokazują na mapach tak wysoko, aż na północy Danii, bo wiecie, kogo obchodzi geografia. I potem człowiek się dowiaduje, że kłamie. Najpierw, że Wyspa należy do Szwecji, a potem, że u nas mrozy bo to północ daleka… mrozów wciąż brak. Wiatr i deszcze… boję się, znowu drzewa polecą.

W ogóle się boję… wszystkiego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małpiszowon… została wyłączona

Pan Tealight i Niepiśmienny…

„No i… ale przecież szlaczki robił.

I to jakie śliczne!!!

Ale ponieważ to nie był żaden ze znanych alfabetów, to w końcu znalazł się w Sklepiku z Niepotrzebnymi, bo wiecie, jak inaczej? Na pewnej Wyspie, tam, gdzie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… nie stoi, siedzi w kucki, lekko unosząc się nad krzesłem, dziwnie…

… telepocąc się…

Coś z nią nie tak?

Zapewne coś z nią nie tak, ale nie żeby na pewno obecnie było nie tak, znaczy jakoś inaczej, no ona tak zawsze miała, że wyglądała inaczej niż cała reszta świata, ale dla niego to była jednak czymś intrygującym. Czymś naprawdę niesamowitym, bo w tych jej ruchach, braku kontaktu ocznego, wszelakiej niespójności była jakaś właśnie szlaczkowość, więc usiadł tak za kotarką, no wiecie Kuchenną Kotarką, no i za jej przyzwoleniem po prostu sobie ją opisywał szlaczkami swoimi.

Zeszyt za zeszytem.

Notes za notesem.

A ona… przychodziła i siadała, najczęściej jak nikogo nie było, albo tylko ten dziwny filcowy szary, który popatrzył na niego, chyba, bo przecież oczu nie ma, więc raczej było to uczucie jakieś, jakaś… no forma przyzwolenia może, no i wpuścił. Jakoś tak, dał mu się poczuć  chcianym.

Wolnym.

Ale jednak od razu wiedział, że Wiedźmy Wrony nie wolno ruszać.

W ogóle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znoszenie i znoszenie…

Znowu nie ma pandemii, znowu wszystko pięknie i cudownie, przyzwyczajcie się ludzie. Ja pierdziele, a mówią że to ja jestem schozolem. Sorry, ale jeśli ktokolwiek w cokolwiek jeszcze wierzy, to sam niech idzie od razu po jakieś leki. Bo szczerze, nie wiem jak zdrowi na umyśle mogli przetrwać te ostatnie dwa lata…

Ja nie byłam zdrowa i nie jestem, dlatego chodźmy na plażę, bo szczerze, jak wpadają mi jakieś wieści, a niestety niektóre muszą mnie rąbnąć, bo dajmy na to raz w miesiącu wejdę do sklepu i muszę wiedzieć czy mam mieć pieluchę na ryju czy nie… więc… no może już nie, może tak, na plaży nie muszę.

Na plaży są fale i śpiewają swoje pieśni, które są dziwnie smutniejsze niż zwykle. Które dziwnie cichsze są, chociaż i wiatr i fale i wszystko to robi bardzo wiele hałasu, ale jednak, jednak dziwnie natura ona cicha. Jakby już naprawdę miała dość. Zarzucona rękawiczkami, maseczkami, wacikami, kij wie czym jeszcze, cały czas na procentach jakichś, te pojemniczki po sanitizerach…

Ja pierdziele.

Dość mam.

Zapewne jak większość świata mam dość, ale też i jak ona bidna większość zrobić mogę nic. Na szczęście ja mogę jeszcze pójść na plażę. Do lasu to już ciężej, bo tak tną, że niedługo nie będzie gdzie, no i oczywiście są masy ludzi. Nie wiem skąd to wsio się bierze. Produkują się jakoś, czy co?

Ekhm… nie, nie… nie potrzebuję opowieści o tym jak się ludzi robi.

Dziękuję za zainteresowanie poziomem mej wiedzy.

No ale…

W tym dziwnym czasie, kiedy to właściwie nikt nie wie o co innemu chodzi, wiecie, czas między sezonami to dla wielu koszmar, część zwykle była na jakiejś Majorce czy coś… teraz wciąż nieprzystosowani do nowej codzienności jakoś tak się wszyscy miotają. Ale będzie dobrze, jak zwykle późną wiosną odrosną, zakwitną, listki wypuszczą, niczym one magnolie długo nagie, potem anny młode…

A potem.

Zwyczajne.

Ale plaża, piaszczysta taka, dziwnie słoneczna i ciepła i zimna jednocześnie. Niby 5 na plusie, a jednk jakoś tak, dziwnie, chłodno, pokręcenie… Jakoś tak… że nawet wykąpać się nie chcesz, chociaż woda czysta. Jakoś tak nawet rzeka dziwnie płytka i smętna, chociaż chyba nie powinno być…

Przecież padało?

A może jednak już doświadczamy jakiejś suszy?

Przez to powietrze, takie uszczypliwie suche. Nie żebym narzekała, bo jakoś mocno mi wilgoć przez lata dopiekła, więc nie, nie marudzę, wolę oną suszę, ale jednak jakoś mnie to przeraża. A może li i tylko fascynuje?

Może?

Dobrze, że choć morze jest na swoim miejscu… uspokajające trochę to.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niepiśmienny… została wyłączona

Pan Tealight i Toaleta Przeznaczenia…

„No cóż no… tak właściwie, to raczej głównym i nadrzędnym, podstawowym lekko, mocno nie do przeskoczenia…

… przeznaczeniem każdego było wydalanie.

Ekhm.

Może to i jakiś dziwny temat ale jednak, jakże i ludzki, prawdziwy i wszelako każdego doświadczający. Któż to nie przechodził przez ten okres gadania ze znajomymi przed wykładem i kupie. Albo o kupie przed egzaminem… no jak rany, co jak co, to jednak zawsze było mega stresujące i ta kupa, kibelek, zawsze było istotne by było… znaczy kibel blisko, papier sprawdzony…

Ojoj, papier.

Nosz to przecież element tak bardzo intrygujący i wszelako niezbędny. Przecież… no dobra, oczywiście, że można liściem… tip wam sprzedam, może nie wiecie, jak macie liściem, znaczy musicie, to weźcie go lekko pozgniatajcie w dłoniach. Tak przeszorujcie dłońmi. Będzie miękciej i wilgotniej… ekhm, no nie oszukujmy się, kto se kiedyś dupsko urządził PRLowym papierem, co to litery na sobie miał, a czasem i całe artykuły, poczytać można było… ech, tacy ludzie wtedy kształceni byli… no cóż, widać teraz doszliśmy do wniosku, iż jednak miękkość dla pośladków to sprawa naprawdę istotna. Naprawdę. Szczerze. No ważna jest ona miękkość…

Cóż.

Tak.

A co do toalety… gdy ktoś przeszedł od dziury w ziemi, obetonowanej z czasem przez drewnianą komórkę z przerażającą otchłanią…

I zapachem…

Cóż, człowiek wlot i wylot ma.

Nie oszukamy biologii!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czerwona królowa” – … drugi tom cyklu „Wojna kuzynów”. Opowieść o matce Henryka VII… o kobiecie, no właśnie, sporadycznie wspominanej, znanej z uparcia, religijności, onej…

Misji…

Wizji?

Margaret Beaufort. Opowieść o sile kobiety. O zaparciu. O… kurde, miłości do syna? Tylko, czy to naprawdę miłość? A może i kompletna obsesja? A może i coś więcej? Magia wszelaka, a może… tyle pytań, tyle odpowiedzi.

Najpierw biedne dziewczę, które nagle staje się matką. A potem już dorosła staje twarzą w twarz z Elżbietą Woodville. Z pięknem, czarownictwem i potrzebą, której nie może się oprzeć. Bo jej mocną stroną nie jest uroda, ale rozum. Ów babski pomyślunek, który jej podpowiada, że jej syn będzie władcą tylko jeśli poślubi znienawidzoną… i cóż, znacie historię, wiecie co się stało, a jeśli nie…

To może być to dla was opowieść fantasy.

Królewska.

Tym razem dziwnie bez uczuć… poza onym najpotężnijeszym, miłością matki do syna. Obezwładniającą.

No po prostu padnę, ktoś kopnął flaszkę po jakimś napitku pod nasz żywopłot… hmm, czyżby wiatr? Serio, atakować mnie, kompletnego abstynenta i ciętego na alkohol wciągających człowieka, taką flaszką? I że wiatr? A może jednak ktoś? I co? Pójdzie teraz fama, żem nie wariatka a pijaczka?

A może i to i to?

Hmmm… a mniejsza, jak się pewno domyśliliście znowu wieje. A raczej właśnie przestało i serio, po tym wszystkim serio czuję się jak przeżuta i wypluta. Dawno już nas tak nie przeczołgało mentalnie i głowoboleśnie. Po prostu… jakoś tak, no wiecie, jednak natura robi z nami co chce.

Bezczelność full wypas.

Ale z drugiej strony takie jest życie na Wyspie. I właściwie na każdej wyspie zapewnie. Stajesz się częścią onych drzew i kamieni, onych skał i szczelin, tych ostańców i traw, nieba, wiatrów, nazbytniego nasłonecznienia, różnorodnych plaż i pagórków… ruin i tajemnic. I fal oczywiście. Bo przecież to i one, a może w szczególności one… wiecie, przecież to o morze chodzi.

O morze, które słychać.

Wzburzone wciąż… fale uderzające o skały i o piasek, bo tutaj przecież jest i jedno i drugie, szeroka plaża w Melsted, piaszczysta, z rzeką i te skały tworzące może niewysokie, ale tak ardzo urokliwe klify…

I Gudhjem na wyciągnięcie dłoni.

Człowiek tak czasem idzie i po prostu nie wierzy w to, co widzi…

Bo to jednak jakieś tam spełnione marzenie.

Ale… no właśnie. Ostatnio jakoś wychodzenie na spacery miejskie to nie dla mnie. Pustki jeszcze, ale jednak jakoś tak wszystko to dziwne i puste. A przecież powinni tutaj być ludzie. Mieszkać, żyć, egzystować. Mieliśmy też byc otwarci cały rok, a chyba jakoś to nie do końca bangla, no ale… Turyścizny w końcu też nie ma, chociaż wciąż trąbią o tym znoszeniu obostrzeń…

Blah blah blah…

Czasem człowiek już naprawdę przestaje o tym myśleć, bo w końcu i tak nie wychodzi, jak już to drzewa ino spotyka, a cała reszta ludzizny go nawet z daleka nie tyka, więc po co mi te wieści? Po co jeszcze dokładać zmartwień. Klepie człek w klawiszki z domu, namaluje to i tamto, potem książki, kolejne kilka rozdziałów do pracy i dalej do pisania, zdjęcia, zmniejszyć, rozłożyć, wybrać, ułożyć…

Świat się wokół mnie nie kręci.

Nie mam nic przeciwko.

Może jednak kurde naprawdę wszystko to już za wiele… i za wiele też za wiele, więc… ale ja przecież i media społecznościowe czy telewizję omijam, więcej, nie mam TV, a Instagrama się robi i tyle. W końcu telefonu brak, kompletny asocjalizm… więc na co mi te wszelkie wieści. I tak jutro będą nowe.

Po co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Toaleta Przeznaczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Kostuszek…

„Malutki taki, rzezany i rzeźbiony…

… no po prostu dzieło sztuki, ale wiecie, ruszające się i żywe, chociaż ino z kości wszelakich, może i nawet i nie jego, nie do końca, znaczy kiedyś były na pewno może i  czyjeś, a teraz…

Już nie.

Bo przecież jak coś się znalazło, może i nie do końca legalnymi metodami, to jednak no weźcie, jak nie ma specjalisty, to nawet nie będzie wiedział czy to z kota, psa, człowieka czy krowy… a już wszelako nie czy pozyskane etycznie, czy jednak całkowicie wygryzione i teraz biedny zwierzak łazi bez kosteczki… noj przecież on był naprawdę taki malusieńki. I Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go uwielbiała. Chociaż jakoś tak, serio i naprawdę, no nie mogła tykać jego prawego ramienia i kawałka półdupka…

Ale podziwiała te dziary.

Oj bardzo… zawsze miała ochotę na jakieś malunki na skórze, nie żeby se w kości grzebać, oj nie, szpik ma zostać gdzie jest, ale jednak, no wiecie, jak już to co i gdzie i czy na pewno i serio… tyle się zmieniało.

I zmienia.

Kostuszek był mały, najczęściej niewidoczny dla innych, więc nie miał takich problemów. Był tylko dla siebie, no i dla niej ostatnio i nawet se poroże dla niej lajsnął. Się to nazywa oddanie, bo po kilkunastu chwilach, gdy się zaklinował w takim czy innym przejściu, dziurce, czy zachaczył o sznurek i coś się popruło, to wiecie, zrobił je takie wyjmowane i wyłącznie na zewnątrz.

No wiecie, sztuka to jednak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak łatwo zapomnieć kimś się jest i tak bardzo łatwo zrozumieć, kim się naprawdę nie jest… tutaj. Będąc miotanym wiatrami, niezrozumianym przez żółtą kulę na niebie i jeszcze te blota i wszelakie załamania sieci i jeszcze… coś tam w powietrzu. Pewno, raju nie ma nigdzie, nie istnieje, ale jednak…

Może gdzieś jest?

Tutaj nie.

Z drugiej strony co to by były takie rajskie życie? Aniołki i ich trele? Ja tam niezbyt za aniołkową śpiewaninką… hymny i alleluje, nie, to nie dla mnie. Na pewno. I zapewne msze przymusowe czy coś w ten deseń. Nie, to nie dla mnie. No i ona grzeczność, no weźcie no, nie można nikomu przywalić, bo podziękuje za przefasownowanie buźki czy coś? Nie nie nie… czasem trza człowiekowi odrobinę piekielności. Ale z drugiej strony czym jest piekielność? Smoła?

Serio?

Fajnie pachnie…

No co? Benzyna też!

Niektórzy mają dziwne poczucie węchowej estetyki. I tyle. Przywyknijcie do tego, albo nie przywyknijcie, męczcie się z tym, że inni wolą inne. Dlatego tyle tego wszystkiego jest na świecie. Ha!!! Odkrycie wieczoru. Na zdrowie. Coś mnie w nosie kręci, wiatr nagle ucichł, nie wiem co myśleć…

Nie wiem co czuć?

Ale…

Oczywiście, że i u nas wszystko drożeje, bajer w tym, że jako miejsce wszelako turystyczne, u nas nigdy nie taniało, więc… nie, podwyżki żadnej nie miałam. I wiecie, może cud jakiś się stanie, ale jednak… no nie wiem. Zapytam Chowańca, może on widzi jakieś cuda blask na horyzoncie życia…

Urodziny się w końcu zbliżają.

Człowiek się starzeje… a może raczej, spoglądajac na ludzi tutaj, dopiero za ileś tam lat dotrze do tego wieku – okolice 60tki – kiedy to życie zaczyna się naprawdę? Wiecie, czasem tak myślę. One damy kąpiące się w lodowatej wodzie, może i pomarszczone, ale po dłuższej rozmowie wychodzi na wierzch, że ona już po 80tce, a wygląda jak wczesna 50tka… kurde, pewno to ta woda.

Trza się pokąpać.

Naprawdę, co jak co, ale kobety tutaj, takie, co wiecie, odpuszczają sobie, naprawdę wyglądaja świetnie. Odżywają nagle z wiekiem, jakoś tak fruwają, unoszą się ponad powierzchnią… naprawdę, rąbane anielice. Spacerują, bawią się. Robią, co chcą… czyż to nie jest zachwycające? Niektóre zaczynają nowe interesy, biznesy, inne wychodzą za mąż, w końcu lub od nowa, inne idą na studia…

Ja pierdziu… pięknie będzie!

Ekhm!

No co?

Cóż nam pozostało poza okłamywaniem siebie? Znaczy dodawniaem sobie tej no, nadziei czy jak jej tam. Nie wiem, nie wierzę w nadzieję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kostuszek… została wyłączona

Pan Tealight i Połączenie Utracone…

„Nie dzwoniła.

Nie miała telefonu, po prostu pisała listy.

Od zawsze.

I jeszcze notatki, jakieś niby opisy, bajki, opowieści, wszystko co nieprzemyślane, zasłyszane, wydumane i wymarzone i jeszcze zmyślone, no przecież w tym całym szaleństwie naprawdę nie było metody, ale na pewno były niesamowite osobowości i przygody, przyrody nowe miejscówki i jeszcze twory nie do końca potwory i jeszcze… no właściwie wszystko tam było…

A ona to spisywała.

Problem?

Cóż… pisała nie tyle jak prawnik, lekarz czy kura pazurem, ale gorzej. Nie potrafiła rozczytać samej siebie, więc bardzo często traciła połączenie z onymi opiwieściami, tudzież one się do niej nie mogły dodzwonić, bo przecież, no logiczne, co nie? I jeszcze to jej umiłowanie wszelakich notesów i takich tam… nosz przecież ile można, ale jak się kocha i metal i papier i kamień… no właściwie, bez urazy, ale rzeczywiście, dziwna była chyba. Chyba bardziej niż im wszystkim się wydawała i Pan Tealight zdawał sobie z tego sprawę, że się już przyzwyczaił.

Do wielu rzeczy i spraw.

I chusteczek w dziwnych miejscach i jeszcze…

No wiecie, te liście, gałązki, kamyczki!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu wieje…

I wieje.

I więcej wieje.

Pełnia dopiekła każdemu. Ludziom ino szaleństwo w głowie, ale na niebie błękit, a potem nagle… przez kilka dni rzeczywiście słońce waliło jak nie wiem co. Takie ostre, bolesne, dziwne. Niskie, w lesie oczywiście fascynujące, ale tak w polu, na drodze, po prostu parzące, ale nie ocieplające. Przerażające, niczym jakaś atomówka, albo wiecie… nie patrz w górę, patrz w górę…

No wiecie.

Coś takiego wisi w powietrzu.

Jakby.

No więc ona pogoda tak poszalała i poświęciło w pierony po tych miesiącach ciemności. Niesamowitych miesiącach ciemności i szarości cudownej, nagle pojawiło się to żółte coś na błękitnym niebie. I siedzi przez kilka godzin. Ja pierdziu!!! Jak toto znieść. Kwiatki od tego płoną, ziemia wysycha w doniczkach i…

Ale przecież bez słońca się nie da.

Ale jednak i z nim jakoś nie po drodze…

Świat naprawdę stoi na tych żelowych czółkach. No serio. I się chybocze. Mocno. Już się przewrócił kilka razy, ale jeszcze wciąż wraca, jak ten wańka od wstańka. I się podnosi i się znowu pochyla i znowu… a ty człowieku spać nie możesz, zdrapujesz szron z samochodu rano, a w ciągu dnia zwyczajnie ci gorąco…

Nie rozumiem.

A wiatr napiernicza.

Dziwna pogoda po prostu ma używanie… a człowiek, nic na to nie może poradzić… mógłby gdzieś pojechać, ale gdzie? Wszędzie teraz straszą i chcą papiery i paszporty i jeszcze testy i w ogóle… Żeby przejechać przez Szwecję trzeba było mieć test i paszporcik, ostatnio podobno ma się to zmienić… ostatnio? Wróć, od 21go podobno bez testu, ale wiecie, teraz to już lepiej to zrobić i mieć w kieszeni, jakby co…

Wyspa, to dziwny świat w wymiarze politycznym.

Niby część Danii, a bliżej Szwecji. Ile to już osób się ze mną kłóciło, że to przecież Szwecja i kłamię, a w ogóle to tam nie mieszkam, a oni byli na wakacjach przez tydzień i wiedzą lepiej… wiecie… ludzie.

Ale…

Prawda jest taka, że Dania Danią, ale jednak do stolycy najlepiej płynąć do Ystad, a nie do Køge. Mniej czasu na morzu, taniej, potem ino most i już. Tak za wszystko trzeba płacić, co właściwie nie do końca jest legalne, prawomocne i tak dalej, ale jednak… jednak Wyspa zawsze jest tym miejscem, które jest pomijane, obwiniane za błędy kraju i tak dalej. Już nie przypominam, że chcieli nas atomowymi odpadami obsypać… już po prostu mi się chyba nie chce… nie wiem…

No więc, chcecie jechać do babci co w Kopenhadze se dni spędza i co… musicie przejechać przez inny kraj. I choć nie wyłazicie z samochodu, to i tak, musicie, podlegacie różnym dziwnym prawom, które w drugą stronę nie do końca tak działają. Które często na przykład dla Niemców są inne… bo sa lepsi i lepsiejsi.

Tia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Połączenie Utracone… została wyłączona

Pan Tealight i Majtki Bezcnoty…

„No dobrze, od razu to wyjaśnijmy… majtki jako takie wcale i nigdy w rzeczywistości, nie miały być strażnikami cnoty. A przynajmniej nie zawsze, nie wszędzie. No dobra, nie myślały tak o sobie i tyle… Cóż… oczywiście, że niektórzy twierdzili inaczej, niektórzy myśleli, iż posiadanie ich na tyłku uchroni oną pokrętną cnotliwość… jakby taka błona miała jakieś znaczenie.

No i ma, może, kurde…

W dzisiejszych czasach?

Przecież nawet jakby co, to nie można zrzucać winy na rąbane gacie?! Czy można? Kawałek bawełny, bo nie polecamy poliestrów, szczerze, zapocicie sobie elementy, które muszą oddychać, ale nie tak oddychać, że kurde wywalacie je na zewnątrz, trzymajcie widoczki dla siebie i tych, co chcą je widzieć, więc… bawełna, czy tam co innego naturalnego, może nie liście pokrzywy czy coś takiego, ale jak kto lubi… i obcisłe, rozwlekłe, no wiadomo, każdy lubi co innego, nazbytnio obcisłe mogą jednak uwierać, czy coś tam obetrzeć, więc wiecie, lepiej może nie? Ale, nie wtrącajmy się już tak w życie ludzi… shorty style? Bikini, thongi czy inne Bahamas… no wiecie…

Z koronką?

Ale ona swędzi!!!

Znowu takie wielkie barchany, nie no, niby płótno, niby można kieckę i weicie, świecić nogawką, ale w lecie nie no, tosz to tortura, a znowu zimą, nie, też nie, bo przecież czepiać one kurde pończoszki czy coś… i jeszcze… kurde no, jednak w temacie gaci to chyba wsio zależy od dupy.

I tyle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mumia” – … tak… Dobra, przyznaję się. Autorkę lubię, książkę oczywiście czytałam, ale chciałam ją mieć. Znowu… nie wiem dlaczego, bo jeśli chodzi o mumie to tak, zboczonam, ale ta opowieść nie jest mumiowa… znaczy jak najbardziej morderstwa – no weźcie, to kryminał, oczywiście, że tutaj są ciała, więc spojler alert, są nieżywe i archelogiczne…

Co dziwne, kurde, nie do końca wiem, dlaczego tytuł to mumia… „The keepsake”… hmmm, nie, nie mumia. Z drugiej strony, no od razu spojler w tytule, że mumia w środku, więc… ech, niech wam będzie… O co chodzi, o to, że powieść jest prosta, lekka, ale jakaś taka, no wiąże się z pewnymi moimi wspomnieniami i…

Chciałam ją mieć z powortem.

I nie, to nie najlepsza powieść Gerritsen z cyklu babskiego duetu: glina i antropolog sądowy. Duet super, ale w tym momencie wciąż za bardzo od siebie odstający. Nie wiem, oczywiście, to dobre czytadło, ale tak bardzo chce się… coś dopisać. I tutaj i tam, i coś zrobić z nimi i z nią i nim…

Dobre czytadło.

Pełnia księżyca i wiatry… no tak, podobno też były na kontynencie. Grad i tak dalej też… ale wiecie, tutaj niby to zwyczajność, to po pierwsze, a po drugie… hmmm, jakby to ująć, no mentalnie napierdziela. I człowiek nie wie co ze sobą zrobić. Spać się nie da, oddychać nie da, no kurna no, gdzie jest życie?

No weźcie, takie choć mniej bolesne!!!

Nie wyjeżdżajcie mi z retrogradacją Merkurego, bo zapłonę… a to mało fajna sprawa dla środowiska, one CO2 i tak dalej. Wiadomo… mamy być wszyscy tacy cudownie naturalni i jeszcze świeżutcy i… kuźwa, od kiedy słuchacie innych jacy macie być? Onych wysokich, co sięgają półek, niscy się słuchają i co… upadają, skręcają kostki, nie… Słuchajcie siebie i wiatru, albo siebie, gdy wieje.

Szczególnie.

Wiatry ostatnio dają popalić, zerwały to i tamto… przewróciły kilka rzeczy i oczywiście, że mieszają we łbach wszystkim, ale też wyczyściły stare liście, sprzątnęły to i tamto, może i falami zmyły coś…

Zakazanego…

Zezwłok jakiś?

Hmmm…

Ten rok nie zaczął się jakoś super…

Ale na razie oddychamy.

Luty ma być podobno przełomowy, się zobaczy. Jak nie będzie to co? Tak szczerze, co wtedy zrobię? Jak się poruszę, jak spojrzę na siebie w lustrze? Nie wiem, ale życie na wyspie, w momencie, gdy cały świat stoi właściwie już nie na głowie, nie na rzęsach, ale na jakichś ułomkach, co wyrosły mu ze łba i są lekko żelatynowe i tak dalej… chwiejnie stoi, wiadomo, że albo żelatyna się rozpuści, albo i gorzej, podejdą ci tam, wegetariany i opierdolą go o zwierzęce pozostałości…

I znowu świat padnie na ryj.

A tak się starał.

Chodzi mi o to, że spoglądanie na to wszystko z pozomu malutkiego kawałka skał i ziemi jest jakieś takie odstrzelone. Bo to wyspa i otoczona wodą jest ona i poczta dostarczana tutaj jest, już nie wiem jak często, raz w tygodniu? Może… każdy się mnie dopytuje i czepia, a co ja mam z tym zrobić?

Trza było wysłać miesiąc wcześniej.

Jak ja.

Ale… ono spoglądanie na ten świat jest takie ograniczone. Bo my mamy własne problemy, choć nie chcemy ich mieć i, oczywiście dodatkowo, w pierniczonym bonusie, mamy one problemy zwyczajowe, co to każdy je ma. Ceny wzrastają, a i tak wysokie były, nagle masła na przecenie już nie ma, chleb suchy, ale ino z Lidla, bo gdzie indziej tak drogi, że… można ino powąchać… i jeszcze ten wiatr…

Może to już czas… by to rzucić wszystko?

PS. I te teksty ludzi: ale przecież mieszkasz w tak pięknym miejscu, morze masz… tia, mam, widzę je nawet. Nie nakarmi mnie ono boście je zasrali swoimi gównami i innym shitem z Wisły…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Majtki Bezcnoty… została wyłączona