Pan Tealight i Bóg Zadziwienia…

„A jakie brwi miał.

A oczy!!!

Kurcze!

No po prostu najczystsza postać zaskoczenia. Coś, co spotykasz, gdy nagle wyłaniasz się zza ścieżki, a tam pod drzewem ktoś załatwia numer jeden, dwa lub trzy… no co, różne sprawy się załtwia czasem. Czasem z toaletowym czasem bez, bo i po co jakoś strzepnąć, otrząsnąć się można… albo z nożem. Wiecie, naprawdę wiele spraw i rzeczy dzieje się w ukryciu, ale też wiele zostaje nagle, całkowicie przypadkowo lub nieprzypadkowo, bo czyż przypadek istnieje… ma swoje bóstwo i awatary, ale jednak… jednak jakoś tak, po prostu i zwyczajnie stykają się światy.

I się dziwują sobie na wzajem.

I są takie… no wiecie, ani jedna strona ani druga nie chce tutuaj być, więc… następuje ta chwila, moment, w którym powinno się zaatakować, odejść, uciec, spierniczyć, włączyć guzik alarmowy, albo…

Się przyłączyć.

Zwykle jednak obydwie strony jakoś tak się cofają. Może niedowidzące, czy coś, może jednak nazbyt zaoferowane swoją robotą, tudzież pięknem natury, w którym przebywają, no wiecie, po prostu i zwyczajnie… no robią krok do tyłu. Niektóre upadają i wtedy Bóg Zadziwienia szturcha bliźniaka, Boga Zaskoczenia i jakoś tak, obydwoje mają z tego wielką radochę… ale czasem…

Czasem wszystko wygląda inaczej.

I dziwi się tylko jedna strona, bo druga przeczytała wcześniej scenariusz tej zabawy… serio warto!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Boginie” – … okay. Znaczy druga powieść, którą połknęłam, ale która już mnie tak aż nie porwała?

Okay, po pierwsze nie, to nie jest zła powieść, ale raczej trudno się nie domyślić kto co zrobił. No naprawdę, gdybym była autorem, to zakończenie byłoby trochę inne. Przecież inna osoba mogła to zrobić, a wciąż byłoby tak samo? No wiecie, gdy się czyta te książki jedną po drugiej, to dochodzi się do wniosku, iż autor okay, zna się na swojej robocie, czyli onej psychilogicznej lekko psychiatrii, ale ma problem… chyba ma wielki problem i wartałoby się wczytać w swoje książki, bo wychodzi jasno, że coś jest nie tak. Z twoim autorze życiem…

Ale…

Oto śordowisko studenckie oraz terapeutka, która wie kto zabił. Ajajajaj! Oczywiście, że jest też Grecja, no weźcie, nawiązania do mitlogii, a must have, a potem… już ino gorzej. Poboczne postacie są dziwnie niedopracowane, jak już się wprowadza ich tyle trzeba coś dopowiedzieć, coś dokręcić… jednak…

Nie mogę powiedzieć, że się źle bawiłam.

Historia ma ręce i nogi. Jest smutna i dziwnie nostalgiczna, ale za wiele grzybów w tym barszczu. Za bardzo autor starał się schować mordercę. Za bardzo. Za bardzo też go pokazać… i chyba się pogubił, ale i tak warto.

Warto dla uświadomienia sobie, że czasem człowiek jest zwyczajnie ślepy.

Wyszło na to, że w końcu coś się we mnie przewróciło, przekręiło, połamało, złożyło i jakoś znowu… nie wiem, można oddychać. Ona sławetna choroba dopadła mnie dzięki Chowańcowi, więc wiecie. Ekhm. Tak, wkurwniczające jest to, gdy człowiek z nikim się nie widuje, a tutaj, BOOM… najpierw myślałam, że to tylko on, że tylko grypa czy coś? Wiecie, w weekend go zaczęło łamać, no ale…

Nie, przyznaję, on akurat nie jest dziwnie marudny.

I zaradny jest, więc…

Ale jak kolejni z pracy wracali z testami do domów, to raczej było wiadomo, we wtorek test i tyle… teraz na wynik czeka się dłużej, jakby już naprawdę nikogo to nie obchodziło i się nie dziwię. Naprawdę. W końcu kurde, no ile można? Ja już nie mogę… myślałam, że przez 2 lata jak się nie udało, to może człeka to ominie? Chociaż czy to mądre, nie wiem, w końcu jeżeli ma dopaść, to lepiej mieć to za sobą, ale straszą, że po gorzej, że można wciąż i wciąż… panika.

Objawy? 4 dni silnego bólu gardła i całego ciała.

Jakbym była szklaną księżniczką, mocno po best before i miała zaraz się rozpaść, bo ułamek sekundy wcześniej ktoś mnie zrzucił z półki. Ale ten ból. Koszmarny, nie mogłam nawet trzymać butelki z wodą, wiecie, zgiąć palców, jakby stawy odmówiły działania, jakby wszystko oszalało. A gardło. Ścierny papier ma więcej uczuć!!! Żeby tak rwać… i po tych dniach nagle zniknęło… no prawie…

Prawie…

A potem odszedł zapach i smak.

Jakoś tak nagle. Dwie noce dreszczy, brak snu, a tutaj nagle, gdy człek myślał że już koniec powoli, że teraz ino ten katarek, kaszelek, słabość ogólna, to wiecie… nie czuje nic. Nieczuła suka ze mnie.

Ale emerytka.

Oficjalnie.

No dobra, może i wciąż słaba i chora, ale od 1 marca jestem emerytką. Znaczy, dokładnie czymś co wynikałoby z połączenia emerytury i renty, ale też czymś, co potem ma się przemienić w prawdziwą emeryturę. Znaczy, jak człowiek w ogóle dożyje onej starości, bo sami wiecie jak jest.

Walczyłam o to ponad pół roku, końcówka to początek lutego, potem jeszcze się okazało, że pomieszali papiery i nagle jestem dziwnie bogata, więc mi się nie należy tyle ile powinno, no ale… i nie, nie dostaję pansion takiej jak ktoś tutaj urodzony. Nie. Prawo prawem, płacą ci od lat, które tutaj przeżyłeś. I jeszcze dodatkowo nie wolno ci zamieszkać poza Danią na dłużej niż… chyba 3 miesiące…

Chyba…

Nie żebym planowała, ale warto o tym wspomnieć.

A poza tym, to wiele się wydarzyło, gdy człek zdychał pod kołdrą, nie żeby nie powinien był być tam i teraz, bo przecież wciąż go łamie, cieknie… erm, bit TMI? Na pewno! Może bez tych dodatków. Może nie tak dosłownie… chodzi o to, że jest wciąż źle, ale nie tak jak było i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

Musi być!

Innej opcji nie przewiduje się!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.