Pan Tealight i Muchołak…

„Po pierwsze był łakiem a po drugie muchą i zawsze prosił by o tym pamiętać, a że mamusia tak go nazwała, no wiecie, Łakomuch brzmiało jej dziwnie. Zresztą, jakoś tak i teściowa odradzała, i w ogóle. Zwyczajnie się nie złożyło i chociaż on sam, teraz już dorosły mógłby to coś, niewielkie, zrobić dla siebie, zmienić nazwisko, imię i miano ono, to jednak, no wiecie, jak to, gdzie, no kto ma czas…

Rodzina się przyzwyczaiła…

Na dodatek to kosztuje i papiery też zmienić trza będzie, a potem jeszcze jak to znajomemu tak powiedzieć, że od dziś jestem Mirek, Zenon czy inny Jaromir. No głupio tak, a potem i tak znajomy się przejęzyczy, potem i głupio mu będzie, a i tobie dziwnie, jak tu przypomnieć babci sklerotyczce, czy literować się znowu babie w urzędzie, w którym niestety jesteś często…

Bo tam pracujesz.

W końcu żyjesz już tyle czasu, osoba z ciebie taka otwarta na świat, znajomych masz masę, a przy piwie jednym czy drugim, no i tak mówią ci zwykle Zębacz, bo razem kiedyś latem, kiedy to było, jakieś wyspy, jakieś oceany, wtedy to na rekinie pływaliście, a ty zahaczyłeś… więc wiesz, że to zwyczajnie nie wypali. A ci co cię nie znają… no w końcu nowym przedstawiać się możesz onym Zębaczem, nikt nie będzie cię oceniał, nikt nie prosi od razu o papiery, plastik znaczy się, a jak już, to to policja, czy znowu piwa nie chcą sprzedać, chociaż wyglądasz aż nadto na swój dojrzały wiek…

Stety.

Lubisz swoją siwiznę…

No więc… jesteś kim jesteś, to jak cię nazwali nie ma wielkiego znaczenia. Po prostu jest tam gdzieś obok ciebie, a ty… możesz próbować to olać, choć nie, to wszystko i tak do czasu. Potem znowu się zaczynasz zastanawiać i jakoś tak… może by tak w końcu na starość zostaniesz Babydarem?

Nigdy nie wiadomo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa na kilka dni zmieniła się w epicentrum wilgotności.

Cudownie…

… gdyby tylko ten wiatr tak mi dyńki nie rozpierdniczał. Wiecie, niestety, ale na niektórych, a może i na wielu, pogoda ostatnio oddziaływuje jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Bardziej wyraziście… nagle budzicie się, wszystko jest okay, moglibyście zawojować świat, wstajecie i pojawia się ona ociężałość, dziwność pod kopułką, coś takiego… ograniczającego. I wolicie wrócić do łóżka. Naprawdę… od razu, już, teraz i jak najszybciej, ale czy można, przecież…

… dorosłość.

Ale przecież to Wyspa, znowu sztorm, promy będą spać w porcie, nawet podobno naprawiony Expresssss… ssss… no wiecie, ciekawe co mu tam dodali i co ujęli? Wiadomo, że słuchanie ich to jak opowieści bajczane. Strasznie kłamią. Nagle się okazało, że coś, co mówili, iż prom ma na pewno, to tego nie ma, tamtemu też coś popsuli, no naprawdę, nic ino kupować sobie jakąś łajbę!

Szczerze!

Bo jednak zapindalać z rzeczami z IKEAi po wodzie, nie no, to nie przejdzie, a w ogóle, jak już przy IKEA jesteśmy, to wiedzieliście, że świeczki pozmieniali?! Wie ktoś co i dlaczego? Znaczy oczywiście, podejrzewam, iż chodzi o dalece dziwną ekologię, ale jednak jak już ekologia, to może w inną stronę, a nie zabieracie mi ukochane zapachy i jeszcze pierniczycie z tymi szklanymi słoiczkami…

Tosz dzięki nim ogródek mi działa!!!

Deszcz pada, szarość zdaje się nasycać powietrze…

Nie wiem dlaczego, ale mimo chłodu i wiatru sąsiedzi pootwierali wszystkie okna, dodatkowo po dzielni szlaja się jakiś nieznajomy samochód… no co, dzielnia mała, jakby każdy zna każde auto, a po tej całej kradzieży, to chyba wszystko starają się jednak trochę bardziej zwracać na zewnętrze uwagę.

Nie no, oczywiście, iż ktoś mógł się zagubić tutaj, zdarza się to bardziej niż często, ale jednak, jednak teraz, jak, to nie ten czas, nie ta epoka, wszystko szaleje… ale może… ktoś się zgubił, może sąsiedzi spalili kolację, bo przecież choć to już 19ta, to wciąż jasno i wszystko widać, nie ma odpoczynku…

Tęsknię za listopadem i grudniem.

Bardzo.

Ta szarość za oknem, deszcz i wiatr zdają się jednak jakoś tak wynagradzać mi ten za ciepły i za jasny koniec lutego i kawał marca. Jakoś tak, czuję się dopieszczona pogodą, któą większość świata – albo i wszyscy poza mną – uznają za dopust wszelakich boskości i tak dalej. No bo przecież, czym jest raj dla większości, te białe plaże, wysoka temperatura i palące słońce.

Blech!

Wolę jesień i zimę, deszcze i mglistości, śnieżyce i oną bezsłoneczność. I chłodek szalony, cudowny i koce! Chyba mam bzika na punkcie i świeczek i kocy… w końcu tak pasują do książek. Idealnie… hygge na całego, w końcu prawa i obowiązki tego kraju jednak wymagają uwielbienia dla takiej aury.

Na pewno jest taki zapis.

Może małym drukiem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muchołak… została wyłączona

Pan Tealight i Minotaur…

„Owłosiony… ale pachnący…

… całkowite odbicie brutalnej mitologii, znaczy wiecie… w tym dzikim, niesamowitym wydaniu kolesia, co wkurwił się całkiem słusznie zresztą, w końcu uczulenie to uczulenie, dom to dom, prywatność to prywatnosć… I prawa do tego miał… Się więc wkurzył na oną słynną wielce, podobno upierdliwą magicznie laskę, co się pruła. No znaczy wiecie, nitki gubiła, co nie, każdy wie jak opowieść ona, sławetna i wszelako miłosna, ale od dupy strony, się więc nie liczy tak naprawdę… Wiecie wszyscy, jak się skończyła, więc widać, hmmm… znowu kłamali i tyle, bo przecież, nie dało się tego ukryć, że on tutaj był. Cały i raczej chyba nigdzie nie uszkodzony.

Wielce podobno majętny i miejsce zajmujący, ale niegroźny dziwnie… i jeszcze miał pejczyk i skórzane porcięta kończące się nad zgrabną…

… ekhm, łydką…

Osz kurcze i dodatkowo był po prostu ogromny, gigantyczny, niemiłosiernie wielki i włochaty… jedna z Królewien po Best Before chciała go nawet lekko ostrzyc i mówi, że za wełnę zapłaci, ale on z onym uśmiechem wielkim, pokazującym wszelakie zębne garnitury poprosił ją by poczekała jeszcze tydzień i umówiła się z nim… no, wieczorem, się dogadają czy coś…

Wielki i owłosiony przybył jakoś tak wieczorem i najpierw to właściwie nie wiadomo było, gdzie będzie mieszkał, w końcu wciąż jakby onego dowódctwa nie było, Sklepik z Niepotrzebnymi właściwie nieistniał była ino banda dziwnych inaczej, ale on, on miał pomysł, oj miał…

… postawił se saunę nad Rzeczką i baby bałamucił. I to nie tylko baby, wiecie widać mało wymagający czy też aż tak zdesperowany, a może i te potrzeby, przecież to każdy inne może mieć, wiadomo, iż Narrator tutaj nie jest onym Zbawcą i Panem Wszechrzeczy i Poznania oraz Wrocławia, a co się będzie ograniczał, w końcu…

No co się nawinęło, byle ino żywe było…

… chyba.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Frida Kahlo” – … zapomniałam. Zapomniałam, że czytałam ją wcześniej. Lata temu… Kurcze no, siedem lat temu? Ech, ale jednak, zapomniałam… znaczy, wróć, pamiętałam, bo po pierwszych stronach wsio odżyło. Ona atypowa opowieść nie Fridy, ale jej siostry…

Tej ładniejszej podobno, a jednak…

Gorszej.

Zazdrosnej może? A może tak naprawdę trzeciej części onego związku… Fridy i Diega. Cienia Fridy, ale też i pomocnej dłoni. Osoby, która zawsze dla niej była, ale też, może i nazbytnio była, dlatego… oto opowieść o rodzinie, o związku, bardziej psychologiczna zabawa niż kompendum obrazów i tego, jak powstały, chociaż macie i zdjęcia i kilka rysunków i jeszcze… Słowa. Słowa obserwatora, ale też i tej, która słuchała. Onej postaci, przez którą czasem przemawia wyłącznie żółć i zazdrość, a czasem miłość nadmierna. Siostry, duszy najbliższej, a jednak… czy zdolnej zrozumieć kogoś tak złożonego jak Frida Kahlo? A może w rzeczywistości tylko ona potrafi opowiedzieć o niej najprawdziwiej. Gdyby tylko odjąć zazdrość, wyrzuty sumienia, rodzinne swady, gdyby tylko… tak… oto jest rozmowa lekarza z pacjentką…

O jednej z najbardziej intrygujących artystek.

A może jednak… tylko o siostrze, która… zwyczajnie robiła wszystko by być… być sobą. I przeżyć za każdą cenę… do czasu.

Uwielbiam ją, ale wiem, że to nie opowieśc dla każdego.

Poziomy deszcz, czyste szaleństwo…

Wichura zrywająca dachy i tak dalej… właściwie nie wiadomo co z tą pogodą. Wiadomo, że kwiecień, ale jednak u nas on zwykle wyglądał inaczej, jednak, czy wciąż można być czegokolwiek pewnym. No wiecie, że będzie jak było. Że wciąż można podążać ścieżką znajomą z zamkniętymi oczami? Iż uda się przemknąć pomiędzy ścianami kropel, że jakoś tak… na pewno pada. Na pewno potrzebowaliśmy tego deszczu, ale jednak, czy aż tyle, aż ta gwałtowanie…

A potem śnieg.

Mało i mokro, ale jednak.

Temperatura kręci się w granicach zera, w ciągu dnia czasem wychodzi słońce, ale jakby już nie grzało tak jak jeszcze tydzień temu i jeszcze. I jeszcze to dziwne uczucie niepewności wszelakiej… jakieś takie nerwowe. Zielona herbata tu nie pomoże. Trzeba zadziałać czymś mocniejszym.

Znowu gardło boli…

Coś jakby mąciło wzystkim we łbach, nerwy…

Wszystko jest tak dziwnie napięte. Jutro znowu ma wiać, a może pojutrze, nie wiem, moja głowa za to czuje, że coś na pewno w pogodzie poszaleje. Mewy i wrony walczą o okruszki z obiadu, może by się ich podpytać…

Może?

Wczesnowiosenne kwiaty wciąż żywe.

No dobra, średnio żywe, ale są…

Ogród raczej w wydaniu zimowym, ale hiacynty powyłaziły. Niezbyt ucieszone onym wiatrem i deszczem, ale wodą na pewno. Za to już na pewno nie podoba im się ona gówniana aromatyzacja powietrza, no wiecie, wszelako jednak śmierdzi. Nie no, nie cały czas, ale to doprawdy ono śmierdzenie zapada w pamięć, więc… jakby to ująć? Pozostaje z wami na zawsze.

I tyle.

W sprawie erm… nie wiem jakie są odpowiednie obecnie normy gadaniowe dotyczące Ukrainy, więc sobie odpuście… i tak, u nas też ludzie przyjęli ludzi pod swój dach. I tak, mają już ich dość. I nie, nie mam nic do powiedzenia. Nikogo nie wytykam palcami, nikogo nie oskarżam. Za to nie do końca rozumiem oną modę na sprowadzanie ludzi z całkiem innego kręgu kulturowego, wsadzanie ich w swoją pościel… no a potem co? Bez przesady, ale język, wszelakie obejście… otwartość Duńczyków w pewnych kwestiach… ekhm, seksualnych na przykład.

Bez przesady.

Ale, co teraz?

Tak szczerze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Minotaur… została wyłączona

Pan Tealight i Jabłonka Płonka…

„Nie, nie chodziło o owoce…

A przynajmniej nie o te naziemne… znaczy, nie że jak grzyby po deszczu rosły na twarzy, nie nie nie, to nie taka opowieść… Taka opowieść byłaby azaliż wżdy smutną jednakowoż. Bo znaczyłoby że ona, albo i on, że któreś z nich zdradziło, albo też i prowadziło uprzednio ono życie nazbytnio seksualnie wybujałe i kaszaki i pomidory i jeszcze zapewne borowiki, wiecie, wszystko można dostać…

Czasem.

Z miłości.

Ale… nie, tu nie chodziło o owoce, ani też li o nich dwoje. Ich dwoje zakochanych, ich dwoje pragnących więcej, ich dwoje pierwszych, ich dwoje ostatnich i podejrzewam, że Newton też pod tą jabłonką to sam nie siedział. Co jak co, ale jabłonki przyzywają do siebie wszystkich, anwet teraz, gdy zalewdiwe pąki na onych nagich gałązkach. I tych krępych dziwnie i wyrośniętych, lekko ujarzmionych i tych całkowicie dzikich i jeszcze… tych zakazanych, mądrość noszących.

Wiele rodzajów jabłonek jest.
Z jednych coś zjecie, z innych
Inne… zjedzą cię!

Życie jest fascynujace.

To jadalne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja…

No co?

Tosz zdarza mi się, na szczęście i jak ono szczęście jest… tak co drugi miesiąc. Czasem częściej, a może jednak, chciałbym częściej, ale może? Nie wiem… dla nas w końcu to tak jak, no wiecie, wyprawa na Bielany, czy też inne tam sklepowe oazy. No nie oszukujmy się, dostać tutaj pewne rzeczy oznacza najczęściej wyłącznie przesyłkę, a jak o to chodzi, to qkrada się ona pokrętna niepewność…

Niepewność, która naprawdę mnie czasem szokuje…

Bo wyjdźmy ze strefy komfort i wróćmy do przeszłości, pustych półek, jednego rodzaju mleka, sera i tak dalej. Tak jest. Trochę wsio rozprasza ostatnio Normal, ale coraz częściej półki puścieją, rzeczy niegdyś popularne i codzienne znikają. To dlatego mam zestaw dezodorantów na rok. Dla mnie zmiana zapachu, produktu, dla osoby z moim porąbanym mózgiem to koszmar. Potrzebuję onego bezpieczeńśtwa, zabezpieczenia, że jest, że ten tydzień może będzie bezzmienny…

Może…

Dlatego człowiek wypływa.

Najczęściej to półtorej godzinki siedzenia w promie, jak szczęście masz, to bezproblemowe i niebujające albo przespanie się w niewygodności, albo poczytanie, też w niewygodności, albo, no wiecie… tylko niewygodność, ale jednak ono morze dookoła, ta pustka… dobra, walcie to, strach… to jest pewne.

Zawsze.

A jak było „tą razą”?

Poza problemami promowymi…

No więc było chłodno, ale raczej słonecznie…

Pustki na półkach, nie wiem, w jednych rejonach te półki pewne, ale w niektórych przerażajaco puste, jakby produkty znikały i nikt ich nie uzupełniał, a przecież, to Szwecja, więc… o co chodzi? Nie wiem, wiem jedno, ich ogórki i pomidory pachną jak prawdziwe. A u nas tego nie ma. Warzywa szwedzkie są w Szwecji dostępne i raczej nie trafiłam jeszcze na kakę… co do nas, pisałam o tym kiedyś… groszek mrożony możecie dostać z Chin, podobnie z dżemami, więc…

Wchodzi człowiek do takiego molochu jak Emporia w Malmo i go to oszałamia. Nie wiem, nie widzę w zakupach, w onym ciągłym przeglądaniu rzeczy, żadnej radochy. No nic, poza stresem. Na dodatek nie ma tego, tu dorzucili więcej poliestru, tam elastanu, gdzie moja bawełna… Aaaaa!!! Ale… zrobiłam eksperyment i wlazłam do Chanel… ehm, poczułam się niegodna i naprwdę bałam się, że mnie wywalą. Uciekłam stamtąd, chociaż nikt niczego nie robił… torebek nie było, to chyba wyłącznie miejsce, gdzie sprzedają kosmetyki, ale jednak… poczułam się nazbyt niegodna.

Wręcz przerażona.

A przecież nikt mi nic nie zrobił, wprost przeciwnie, uśmiechnęli się i tyle… zapytali, czy pomóc, podziękowałam i popatrzyłam na te flaszki i… nagle zrozumiałam, że zapach, który tam się unosi mnie dusi…

I tyle.

Zwiałam.

Spierniczyłam przed czymś, co dla wielu jest wykwitem onej wszelakiej, może i nadmiernej, luksusowości. Czy to kompleks mniejszości, czy jednak mieszkanie na Wyspie sprawia, że nie jestem już człowiekiem, tylko jakimś przetrwańcem. Kimś, kto żyje bo są drzewa, skały, lasy i plaże, morze i rzeki, wyobraźnia i papier, długopis… książki i zapachy i jeszcze… nie wiem… nie to.

Może to brak skażenia mediami społecznosciowymi? Oczywiście, że je mam, ale zaglądam raz, dwa w ciągu dnia, by wkleić to co mam i wyłączam. Boję się tego… dlatego potem na kilka godzin zwiałam do lasu, może i wietrznego, pachnacego morskimi falami, brzozami i sosnami, piaskiem białym tak… no dobra, są tam bunkry i źle na mnie działają, ale te drzewa i wydmy… dzikość i brak ludzi.

Lepiej tak…

Spędziliśmy tam kilka godzin by zrzucić siebie miasto… a potem prom i dom… powroty zawsze są takie wyczerpujące.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jabłonka Płonka… została wyłączona

Pan Tealight i Jeziorne Panny…

„Czasem sprawa na Wyspie była…

… specyficzna.

Czasem urastała nawet do rangi niewielkiej wojny, czy też może li jedynie mocniejszej, krwawej i śluzowej, przepychanki, która jednak, no wiecie, jednak zawsze mogło się wydarzyć jakieś zadrapanie, czy coś, ale wciąż to tylko przepychanka. Tylko i wyłącznie przepychanka, nie że jakieś manewry czy coś, nie, wcale a wcale, zresztą, planów też nikt nie robił, po prostu i zwyczajnie, jakoś tak… no wiecie, jednemu z plaskacza, a że pazury były, no cóż, no zdarza się i tyle. Pewne sprawy tak muszą się kończyć… a pewne, być niedokończonymi i tyle… 

Zdarzało się…

Jakieś takie dziwne, nazbyt mocne popchnięcie… ot ktoś włożył zbyt wiele ekspresji w swoje ruchy i już. Po prostu. Zwyczajnie. Bam bam, łup łup i tyle. Nikt nazbytnio o tym nie myślał, zwyczajnie…

Emocje.

Po prostu.

A już Jeziorne Panny, cóż, daleko im było do Amazonek. Nie miały onych ubranek i problemów z cyckami w przypadku strzelania z łuku, niczego sobie nie krępowały, siebie nie krępowały, wzajemnie się też nie, więc jakby… no może i były egoistkami i nie znosiły jakiegokolwiek sprzeciwu, przez co zawsze coś się działo między Jeziorami Wyspy, ale jednak… no wiecie…

Częściej działo się coś…

Coś dookoła nich poprzez… nich.

Panów Wszelakich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No tak… wieje… znowu.

Człowiek przyzwyczaja się do wiatru, ale jednak, ostatnio to wszystko jest inne i dziwne. Inne i szalone. Jakieś takie, pokrętnie popierniczone. Ale… wiatr oznacza też, jak zwykle, oczywiście problemy z dotarciem na Wyspę. Wielkie problemy. Nie oszukujmy się, wieje, czyli jesteśmy odcięci od świata, jakby jeszcze znowu prąd wyłączyli, albo kabelek pójdzie… wiecie… kabelek ostatnio wymienili na bardzo długim odcinku i wciąż mnie intryguje ten kabelek. No wiecie… Podobno leży na dnie, podobno to przecież takie cudne miejsce i tunel by rozwiązał wszystkie problemy, wiadomo, wystarczy lekko poczytać, porozglądać się, by zrozumieć, że to durny pomysł, ale…

Głosy nie cichną.

I trudno im się dziwić, gdy prom znowu odwołany. Wiadomo, Express wciąż w remoncie, a Max to łupinka przerażająca. W końcu nim popłynęłam. Przyznaję, że wnętrze przypomniało mi Pomeranię, ale wiecie, jakby ktoś zrobił miniaturkę dla dziecka, do zabawy. Te schody, ona jasność… i niestety brak widoku od frontu… dziwaczne… gapisz się na ścianę, nie na dziób statku…

Pokręcone…

… ale, przynajmniej fotele nie rozorały mi nogi, jak to zwykle się dzieje. No i jeszcze, ciekawe kibelki… nie dość że wspólne, co niby noł problem, bo to kabinki, ale jednak, wiecie, buja, faceci sikają trochę inaczej, baby zajmują te kabinki nazbytnio długo i jeszcze… wspólny zlew. Znaczy taki moderny wielce, długi, biały i płytki i myj się w tym… dziwnie… i nie ma maseczek, a jednak…

Uczucie wciąż jest.

Ale… przede wszystkim to coś jest takie MALUTKIE! Rany, przestrzeń dla samochodów – znaczy załadunkowa – niska jak… no niska!

Aż człek czuje się jak w prawdziwej puszce.

A może tak naprawdę jest w puszce?

Ale wiecie, woli o tym nie myśleć, ma trochę bujać, ale może nie będzie za bardzo, więc może się uda. Może jednak… kurde ale oni tutaj mają kuchnię, wielkie kadzie z kiełbaskami i bekonem. Rany Mamony, no nic ino wpierdniczać! Serio! Jak w takiej polowej kuchni, czy coś… aż ślina człeka zalewa i może by się skusił, gdyby nie jego mięsny problem, no boli mnie mięsko.

Każdy ma jakiś problem…

Ale, poza kuchnią i brakiem widoków, to przyznaję, że malutki to prom i mocno klaustrofobiczny, a jednocześnie lekko nostalgiczny. Jakoś tak, fajno, nie bujało za mocno, człowiek na miejsce dotarł!

I nawet słońce było…

YAY!

I jeszcze tłok! O tym zapomniałam… widzicie, ponieważ Max to prom mały, więc i powołali do roboty Ankera i Hammershus. Na tym pierwszym mamy wracać… podobno go odnowili, ale nie wiem jak i co… pamiętam, że płynęliśmy nim kilka lat temu i frytki były. I zasnęłam tak mocno… bardzo mocno.

To pamiętam…

Ogólnie mówiąc, z chorobą morską, komunikacyjną, czy jak chcecie ją zwać, jedzenie na wodzie, czy w ogóle w podróży, nie dal mnie. Ogólnie mówiąc wolę jedzenie przeprowadzać na nieruchliwej powierzchni.

Ha ha ha!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeziorne Panny… została wyłączona

Pan Tealight i Tort imieninowy…

„Problem był w tym, że najpierw go zjedli, a dopiero potem zaczęli zadawać pytania, no wiecie, lekka wpadka, ale w końcu, skąd mieli wiedzieć? Kto to słyszał o cieście imienionowym?

I to ze świeczką.

Parskającą, ale jednak…

Jak go zobaczyli, takiego wiecie, gotowego do spożycia i to z zestawem malutkich talerzyków z kwietnym rąbkiem i srebrnymi widelczykami, ale jakie to wszystko rzezane i lane, jakie ciężkie, a jednocześnie dobrze leżące w każdej i łapie i macce i między palcami, nawet, jak ktoś chciał malutki odgiąć, to się dało. Nawet jeśli ktoś, wiecie, jadł jak to jadał sobie w zwyczaju, to no mógł, spokojnie, bo przecież i serwetki były… haftowane i to ręcznie, nie że przez jakieś pawie.

Motywy kosmiczne bajecznie…

Nadzwyczajne.

Ale też i przede wszystkim użytkowe, no przecież chodziło o to, by jednak zachować oną jakąś tam kulturkę, czy coś…

Serwetki.

Prasowane i krochmalone, więc lekko drapały, ale tylko przez chwilę, zresztą, kto tam zwracał na to uwagę, podobnie jak na te pomrukiwania czy piski, wszyscy myśleli, że to innym w brzuchach, czy wiecie, nie w tę dziurkę, albo i gorzej… że już na pierwszym kawałku siedzą… a potem… potem ten ostatni okruszek, a dokładniej taka mikrowata, lekko skrzywiona różyczka z dwoma listkami, nienazbyt zielonymi, jakby się jeszcze nie namyśliły, czy chcą w zielone czy nie…

I ona zaczęła śpiewać… ckliwie bardzo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kłamał, kłamała” – … ich dwoje i zachody słońca. Ich dwoje i marzenia, przeszłość i przyszłość…

Ich dwoje i sekrety, czy też kłamstwa.

Kidy sekrety zmieniają się w kłamstwa? Kiedy kłamstwa można wybaczyć a kiedy, kiedy stają się obsesją… i ta trzecia… istniejąca i nieistniejąca. Jakby cień, a jednak, przecież chyba tam gdzieś jest. Niby jej nie ma, a jednak, przecież wszystko zdaje się kręcić wokół niej… ale… to oni mieli być najważniejsi. Ten pocałunek pod niebem nagle ciemnym, te obietnice… ta mapa…

Nadchodzi kolejne zaćmienie i co teraz?

Czy związek przetrwa czy jednak… no właśnie, wszystko w onym zaćmieniu stanie się jasnością?

Książka intryguje, ale w pewnym miejscu jakoś tak wkrada się i nuda i dziwna jawność. Z jednej strony wydaje się nam, że już wszystko wiemy, z drugiej, jakoś tak nie wiemy nic i czujemy się oszukani. Nie umiemy się odnaleźć… no dobrze, ja nagle zrozumiałam, że ta powieść może być trudniejsza niż zapowiadał opis. Ale czy na pewno? Może to tylko ja… i zaćmienie, które dla mnie zawsze wiązało się ze strachem. Tak, strachem. Przetrwaliśmy jedno i było to co najmniej pierwotne uczucie przerażenia. Wpojone w moje kości, które powstały z gnatu zaprzeszłych przodków…

Ich zaćmienia intrgują.

Są symbolem ich związku, a jednak… wydaje się, iż bardziej onym symbolem jest strach. Tylko dlaczego? Przecież wystarczałoby porozmawiać. I kto znowu wszystko budzi, gdy wyciszenie zdawało się już być prawie namacalane…

Intrygująca, ale nie porywa. Napisana dość specyficznie, więc szybko spadają łuski z oczu, szkoda… ale z drugiej strony, coś w sobie ma.

Zakończenie!

30 marca śnieg spadł.

Nie żeby się cokolwiek utrzymało, ale w końcu chłodniej się zrobiło i słońce przestało palić i coś, choć odrobinkę się ziemia dowodniła, ale niewiele. I tak będzie trzeba za kilka dni to podlać. Dziwne to, podlewanie wczesną wiosną, zawsze to jakoś tak, nie wiem, człowiek był przez tak długi czas przyzwyczajony, ze wsio samo się nawadnia na te pierwsze kiełkowania i tak dalej… wiecie…

Ale czasy się zmieniają.

Tudzież już się zmieniły?

Jednak ten śnieg, bardzie styropian czy coś, spadający z nieba po nastu stopniach i wszelakiej ciepłotliwości, to wiecie, dziwne to trochę. Jakieś takie pokręcone. Niby nie po raz pierwszy, wciąż pamiętam ten marzzec, kiedy to wszystko się zaśnieżyło i trwało w takim zaśnieżeniu długo… a potem wiosna wybuchła. Onymi i kolorami i zieleniami i jakoś tak, nie wiem… dawno to było… wiecie, za czasów spleśniałej chatki i takich tam. Ech… jak sobie pomyślę, to wolę nie wspominać…

Ale… za oknem wciąż śnieży…

Piękne to, ale wiadomo, ziemia już ciepła, sucha, wciąga wszystko od razu, nawet taras dziwnie wysycha, jakby drewno też było spragnione wody… jakby wszystko cierpiało o zbytniego niedowodnienia.

Jakby…

No mniejsza…

Znowu coś z promem odwalili, znaczy onym głównym.

Wieść gminna niesie, że wzięli go na testową wycieczkę no i przyrąbali w nabrzeże. Dzięki temu przez 2 dni – na razie dwa dni – inne promy muszą go zastępować, co oczywiście wpłynie na szamotania na morzu, opóźnienia i stres wszelaki, ale ludzie chyba już tylko wzdychają… w końcu co zrobić?

Nie ma innej drogi.

Tak wiem, samolot, ale samolot po pierwsze drogi, po drugie samochodu nie zabierzesz, a po trzecie… ech, nie każdy może lubić taki sposób transportu. I tak, wiem, jak wybrałeś sobie wyspę na życie, to musisz zakładać takie dziwy i opóźnienia, zresztą, pociąg czy tramwaj też się spóżnia, ale… to chyba raczej trochę inna rzeczywistość. Na drugi tramwaj czekacie chwilę nie dzień, zakładając, że będą pływać… no i można też z buta czy taksówkę zawołać czy… nauczyć się latać.

Kurde.

Raczej latanie ponad lądem lekko łatwiejsze.

Kiedyś promy były większe, wolniejsze, ale wiecie, bardziej dostosowane do danego akwenu, a w dzisiejszych czasach, gdy ino nowe modne i właściwie, to wiadomo, wszystkim odbija i się myśli, że to Hawaje czy inne cieplejsze kraje, gdzie te krótkie odcinki morza wydaje się móc pokonać czymkolwiek…

Dłubanką kurcze…

Dobra, update, kolejny dzień problemy z promami.

Hmmm… nie żebym nie miała w planach wypłynięcia… no i po Expressie. Ja po prostu już nie wiem. Wyspo, czy ty mnie chcesz dobić, ubić ino czy jednak spoliczkować? A może nie chodzi o mnie, jak zwykle i tak dalej…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tort imieninowy… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Paszcza…

„I wcale nie była głodna…

… było to aż tak nader dziwaczne i absorbujące, że nikt nie zauważył, iż pewne rzeczy zaczynają znikać ze Sklepiku z Niepotrzebnymi. Niektóre nawet krzyczały jak znikały, łkały, starały się czepiać innych przedmiotów nawet i bytów, ale nic nie pomagało… jakby wszyscy i wszystko postanowiło, że taka ma być, że taki to świat, iż… Ale wiecie, należy też pamiętać, że tutaj wciąż taki harmider, Pana Tealighta brak, Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane też… więc hulaj dusza, piekło jest cudowne i czeka na ciebie, więc baw się i tańz głupia…

Tańcz!!!

I tańczyły… wszystkie one tańczyły dookoła onej Paszczy, w tych sukienkach zwiewnych, a wokół nich śnieżne płatki latały i jeszcze jakieś takie piórka, jakby ktoś ubił masę maciupkich, białych i niebieskich ptaszków, jakby tak wiele było niewiadomych w codzienności onej, i tak niepewnej, jakby…

Naprawdę wszystko oszalało.

I Wiedźmy i Królewny, Księżniczki i Panny z Wyjścia i jeszcze…

I one tylko tańczyły… tańczyły w pędzie jakimś, czasem któraś upadała i trawa, wilgotna wiosennym śniegiem, zagubionym, znikała jakoś tak i powoli wszystko się rozmywało, a Paszcza rosła. Różowawa z gruzełkami, trójką ocząt w zielonkawym odcieniu i brwiami tak długimi, że jak mrugała, to wiatry się budziły i jeszcze skrzydełkami… może i jak dorośnie latać będzie…

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zimno…

Czadowo zimno się zrobiło, no po prostu magia! Wiecie, jakaś nagle normalna wiosna, znaczy moze i susza wciąż, ale jednak zimno, czyli w marcu garcu i tak dalej… jestem trochę usatysfakcjonowana, aczkolwiek kwiecień plecień, więc wiecie, ciekawe ile to potrwa. Spoglądając na roślinki, to hiacynty zaczęły wyłazić, ale jednak… no tak lekko nieśmiało, choć słońce raczej wali.

I to codziennie.

Do tego morza szum, mewów krzyk, złota plaża i te klimaty.

Nie, nie miałam czasu coby na spacer iść, ani jakoś tak, wiecie, słońce na mnie nie działa dobrze. Ale te hiacynty. Jak najabardziej opyla się kupować te w doniczkach, a potem jeb zużyte niby cebulki do ziemi. Następnego roku spokojnie wsio wyłazi. A jakby tak całe pole tych krokusów czy hiacyntów?

Rany, cały ten nazbytni aromat…

Ech.

No ale… gdyby człek miał finanse, to by sobie nawsadzał cebulek, ale nie ma, więc se radzi jak może. No wiecie sami. Modli się o cudowne cebulek rozmnożenie. Siedząc na mocno wyschniętej ziemi, która woła o deszcz, ale nikt jej nie słucha. Niewdzięczne one niebiosa, że ogródka wołania nie słuchają…

Wiecie, słoną nie podlejesz.

Niby ta godzina zmieniona, a jednak jakoś tak w tym roku człowiek tego nie czuje… znaczy wróć, nie spałam przez pierwsze trzy noce i dopiero potem jakoś załapałam, że to to. Zawsze mnie tak rąbie.

Zawsze.

Ale… może i czas się rąbnął, ale szczerze powiem, iż jakoś tak nie widać. Okay, słońce jest trochę przesunięte, ale jednak, jakoś tak, no jakoś tak się tego nie czuje. Ciało oczywiście jęczy, ale mózgowi coś za mało mroku. Wciąż i wciąż, za to gylle leje się strumieniami i cuchnie. Wciąż i wciąż… prawie codziennie. Niby rzeczywiście okay, nie dzień w dzień, ale czasem to człek się już sam siebie pyta: ile jeszcze? I jak bardzo mocno będzie to waliło. I jak wiele dni i nocy spieprzy?

Czasem się wydaje, że ten zapach żyje własnym życiem.

Jeszcze mutuje czy coś…

Taka smrodowa pandemia… ale co zrobić. Czyżby nie lepsze to niż… no i tutaj zawsze warto się zatrzymać, szczerze, wiem jak wali gówno, bez urazy, stara jestem, pamiętam wieś, która nawoziła się i kupą i azotanami i jakoś tak, no pamięć nosowa to wielka moc jest. I co jak co, ale obornik tak nie walił po rozrzuceniu go na pole. Jaki z tego morał, a taki, że mieszają to z jakimś gównem mega… tudzież, dowalają kurzego, które jest okropne i z tego co pamiętam, raczej rzadko się go używało, bo kura wiadomo, genialny ptak, ale jednak sra i wypala sraniem świat.

… więc…

Witajcie na Smrodliwej Wyspie.

Ale Smrodliwej ino okazjonalnie i sezonowo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Paszcza… została wyłączona

Pan Tealight i Zamężne Błotniaczki…

„Bagniczyce to było coś całkiem innego. Nie no, nie wolno było ich mieszać czy też, o zgrozo! mylić z Błotniaczkami. Szanowanymi paniami domu, wszelakimi słodkimi bytami wilgotności brudnawej bardziej… nie nie nie. Po prostu i zwyczajnie całkowicie należy tutaj lekko przemyśleć pewną sprawę… oną cudowną nieczłowieczeńskość onych wojowniczek, klących jak… ino one potrafią, wolności, którą epatują tak mocno, że każdy staje nagle, siada, a nawet kładzie się, ogłuszony tym wszystkim, nagle oświecony robi za żarówki… albo ledy czy coś…

Ale wiecie, mogły być silne i tak dalej, jednak niektóre, nie żeby wszyscy, nie żeby każda czy coś… świat się zmienia, ale to proces, możliwe więc, iż i one kiedyś zapragną mani-pedi czy czegoś tam, jak na razie wygryzają pazury w drące każdą poweirzchnię szony i ostrzą je, patrząc na przechodzących z dziwnym uśmiechem, szerokim, uwidaczniającym one ogromne, spiłowane zęby…

Ała.

Po prostu lubiły się bić. Były wszelako silne, mocne, wewnętrznie i zewnętrznie, więc… wiedziały czego chciały, nie chciały, tudzież, tak po prostu i zwyczajnie, olwać wszystko i nie babrać się konwenansami.

Nie no… oczywiście, że miały własną etykę, zupę z Azji i prawa oraz nadzwyczajnie skomplikowany savoir-vivre. Każda społeczność coś takiego posiadała. Jakoś widać ich do tego ciągnęło, ale one… one miały tylko Kapliczkę Ślubów. I Sklepik z Narzędziami, strymi w 99%. I jeszcze… no tak, nie do końca było wiadomo co jeszcze, ale jednak… jednak były inne. Syczące…

Ale też czasem… dziwnie, przedziwnie romantyczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zmrok jest taki fioletowy i liliowy i jeszce różowaty i może cukierkowy… jakby na świecie, wiecie, w onej wszelakiej dookolności nic złego się nie działo i może i nie dzieje, w końcu, co y tu wiemy, na skale na prawie środku akwenu… morza prawie dokładnie śródlądowego, jakoś tak… oddychamy.

I nic więcej.

Wiecie, ceny paliw fluktuują, więc co więcej można.

Ino patrzeć na te widoki można, jeszcze, póki są, albo coś… wiecie, niepewność onego świata teraz taka bardzo namaclna. Nie wiadomo czy kolejny tydzień nie będzie powrotem pandemii, w końcu tak na rozum patrząc, to wiecie, jakoś tak powinien, ale jednak, kto tam wie? No kto wie… może ci co władają onym światem? Może by zdradził trochę swoich wiadomości, ale z drugiej strony…

A po co mi wiedza taka.

Tak naprawdę wszystko i wszyscy są niepewnością.

A może w rzeczywistości nic nie istnieje. Ni te zachody słońca, ni one wschody, dziś był na szczęście taki mglisty lekko to człowiek mógł się przespać, ale… jej, może by tak więcej onej mglistości? Więcej zimnych dni?

Może?

W końcu to marzec dopiero… ej, zaraz, ale jak to już kwiecień? Kto komu pozwolił by to już był kwiecień!?

No wecie no!!!

Jedno jest pewne, oto nastał na Wyspie czas aromatyzacji.

Znaczy cuchnie.

Oczywiście, że część z gospodarst ostrzega, że będą rozlewać ono bogactwo wszelakich nawozowości… tylko co mi z tego ostrzegania, jak skóra pali, oczy łzawią, jak ktoś chciał pranie ekologicznie wywietrzyć, to pozdrawiam. Tego smrodu potem się nie daje sprać. Z doświadczenia…

No ale… wiosna.

Może by ktoś chciał zasponsorować mój ogródek, bo posprzątałam, no i jest ono miejsce, które aż się prosi o uzupełnienie. Jakieś krzaczki i drzewka się by zdały. Oj zdałyby się roślinki. I zioła… i jeszcze na zasmażkę oczywiście lawenda i tymianek i jeszcze rozmaryn może i jeszcze… no na pewno szałwia będzie i może jeszcze… no wiecie, wiadomo, curry busk. Bo przecież… w tym klimacie to ino sucholubne! I te, co kochają słońce aż nazbyt namiętnie, a to ino kocanki.

No szczerze!

I tak, jak człek od pól ucieknie, co szczerze… trudne jest, to można jakoś nacieszyć się powietrzem, jak ktoś lubi i słonkiem i wszelako się już opalić czy wykąpać, w końcu nie ma jakiegoś zakazu… proszę bardzo. Że zimna woda, no sorry, albo se sam grzejesz, albo akceptujesz, że zimne znazy zdrowe.

I już!

 A nocą…

Spać najlepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zamężne Błotniaczki… została wyłączona

Pan Tealight i Szopa na narzędzia…

„Rosła powoli… ale już wiadomo było co to będzie.

Jakoś tak, pachniała trocinami i smarem i jeszcze resztkami farb, które to miały być na zapas, albo do czegoś, ale wiecie, nic z tego nie wyszło… ktoś zapomniał, że tam jest, ktoś zapomniał jakie są kolory, ktoś po prostu kupił kolejne puszki i odstawił je do tej samej szopy, ale nie wyrzucił starych… i jeszcze były tak aż cztery drabiny, pięć wideł w czerwonawym kolorze i oczywiście miotły i szpadle, i grabie. O rany, jakie one miały zębiska, no niektóre to nawet bez ubytków.

Ani nie zardzewiałe, co było dość dziwne, bo przecież…

Z ziemi wyłaziły.

Ale, czy one tak naprawdę rosły, czy jednak przenosiły się z innego świata, gdzie tam ktoś wypełnił je drewnem na opał, może i na wiosnę, na jesień już… i ziołami, które nigdy nie zostaną wysiane…

I jeszcze tymi workami parcianymi, czy jakimiś takimi, z napisami, chyba i cyrylicą… w których kiedyś chyba były ziemniaki, a obecnie kotłowały się wszechświaty nowe, gotowe by się wyprysnąć z nich, wypuścić w dal wszelaką i jeszcze zaszaleć… już nie być onymi uwięzionymi, już nie być ściśniętymi razem, już po prostu żyć i pozwolić sobie na rozwój wszelaki, psychiczny i fizyczny.

… i aromatyczny…

Nazbytnio.

Ale na razie… ona wciąż rosła.

I wiadomo już było, że raczej urośnie, zostanie i nikt jej w tym nie przeszkodzi, no bo jak miałby, jak mógłby tak zwyczajnie… powiedzieć nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gaiman. Wybór” – … okay, więc oto jest produkcja lekko problematyczna… no bo wiecie, jak macie wszystkie pozycje tego autora, to po co wam to? No szczerze?

Dla okładki? Czy „Ja, Cthulhu”? No bo kto tam ma ten numer NF?

Większość pozycji to fragmenty książek lub zbiorów opowiadań… i tyle. Znajdziecie tutaj fragenty „Amerykańskich bogów”, „Chłopaków Anansiego” czy „Nigdziebądź”. Są opowiadania z „Rzeczy ulotnych”, „Drażliwe tematy” i „Dym i lustra”. I tak naprawdę pozycja to cegła… pięknie wygląda na półce i może… może kogoś by zachęciła do zagłębienia się w pisanie Gaimana, ale…

Dla wielbicieli to raczej, wiecie, coś kolekcjonerskiego?

A może jednak nie? Może tomiszcze, które mieć warto bo a nóż widelec zawiera akurat te opowieści, które kochacie najbardziej?

Może?

Po pierwsze prom…

Nie popłynął… znaczy wróć, popłynął, zaczął płynąć i GPS nie działał. Znaczy… nie no, żeby nie było, ale zauważyli, że coś nie pika już przycumowani, jednak wiecie, jak to bywa pomyśleli, że jak ruszą, to i GPSowe ustrojstwo zacznie działać, że może to coś w powietrzu, tudzież od lądu…

No nic… nie upłynęli daleko, bo bez GPSa płynąć nie można.

I teraz co?

Dzwoni się do różnych tam i oni albo pozwalają na rejs na innym sprzęcie albo nie i tutaj przypomnę, że nie wiem, nie było mnie tam, nie kumam do końca, za to wiem jak to być na promie i że jak już coś mijamy to z daleka i sporadycznie, choć to taki obłożony teraz rejon. Możecie sobie zwykłą apkę ściągnąć i jak flyingradar poooglądać jaki tłok na morzu. Że na przykład dziwne rzeczy się robią na północy Danii. Onej morskiej. Wiecie, gdzie to dziwnie się przeciąga paliwko z ruskich na inne…

No co?

Nie ma mnie tam, nie wiem, ale o tym akurat pisali… i obejrzałam stronkę… mój eko radar pipczy jak szalony, bo przecież ci ludzie szczerze mają wsio w dupie. Nie oszukujmy się… płukanie ładowni, sranie i pjukanie…

Norma…

Ale… czy prom wypłynął?

Już przy tej rampie, która nie działa jak prądu nie ma, jak się okazało po naszej ostatnio awarii z kabelkiem, uświadomiłam sobie, że Dania upadnie bez prądu, bo tutaj się nie rozumuje fizyczniepracowo. Moje wyrywanie chwastów ręcznie zamiast stosowania przerażających produktów lub idiotycznego wypalania, które nie działa, albo działa i dom idzie z ogniem wek… no wiecie… ale toto z zagranicy, więc pewno przyzwyczajone do pracy ręcznej. A przyzwyczajone, magistra ze szpadla mam.

A i doktorat się machnie!

Ale… po tym jak się dowiedziałam, że rampy ręcznie się nie opuści, to opowieść o GPSie mnie rozbawiła. Wiem, nie do śmiechu było tym na promie, no ale jednak… weźcie no ludzie… a radar?

No cóż, widać nie…

Tosz z gwiazd nie każę im czytać. Zresztą, to poranny prom, więc już jasno u nas o szóstej jest. Prom wrócił do portu i dawaj dzwinić dalej, w końcu ktoś mądry, pewno z doświadczeniem ktoś powiedział, by sprawdzić czy ktoś nie ma zagłuszacza… i poszło głośnikami, że kto ma to niech się zgłosi.

Śmiech na sali.

Zagłuszaczy ciężarowcy… znaczy kierowcy ciężarówek zagłuszaczy swoich używają by nie spać tyle ile trzeba, wiemy jak to się kończy. Nikt się nie przyzna, no weźcie. Widać, że coś za mocne, bo przecież zawsze coś nie tak. Ale… wywalili ciężarówki z promu i w końcu GPS się obudził. Oczywiście z Europy, erm południowej ciężarówka została na lądzie, a reszta w końcu popłynęła.

… więc wyłączajcie zagłuszacze.

Nie tylko na promach.

A druga sprawa, to jeżeli już tak przyjdzie, że akurat tutaj się wam zachce prawko robić i to na niemanuala… znowu jestem niekompetenta, bo nie prowadzę żadnych pojazdów, chyba, że wózek pociągnę, ale to wiecie, bardziej jakiś koń ze mnie, czy muł… no coś w ten deseń, albo i gorzej. No ale, oczywiście za przyjemność taką, jak wszędzie, trzeba zapłacić. He he he… wiem ile…

Okrągłe mniej lub bardziej 14 tysięcy…

Ale wiecie, to dopiero początek.

Bo za każdą jazdę i egzamin i w ogóle nakładkę na kibel… no dobra, przesadzam. Ale serio, płaci się słono i zielono. Płaci się właściwie jak zwykle i jak zawsze, tutaj po prostu trzeba pamiętać, że wstępna opłata, to ino to… wstępna opłata. Po niej zawsze będzie coś jeszcze. Bardzo jeszcze…

Bardzo.

Ktoś chętny?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopa na narzędzia… została wyłączona

Pan Tealight i Ojojek…

„No bo on był taki ojojojjj…

Że aż w pewnym sensie bliżej mu było do oksymoronu niż słodkiej, puchatej postaci w kolorze lekkiej mgiełki… dźwiku oznaczającego albo spotkanie najsłodszego psięcia na ziemi wszelakiej, tudzież innego, na pewno włochatego nadzwyczaj, na pewno mordeczkę mającego rozwalającą, no wiecie, onego stworzonka, co jednak nie użarło od razu tak na powitanie i jeszcze…

Mruczącego.

Albo wiecie, rannego, ale nie tak, że od razu trumna czy urna, ale raczej wszelaka pomoc dostępna, plasterek, bandażyk z mordeczkami, no wiecie, słodkość, wszelaka cudowność i kolorki zapewne jeszcze i może kilka różowych kokardek, tak… albo… no właśnie, mogłaby to też być i li ino szyderczość…

Wiecie, widzicie jak ten wróg się potyka, ale wiecie, że lepiej grać oną duszę wiekuiście współczującą, więc robicie ten dźwięk, ale w głębinach oczu waszych, tam gdzie żyją bogato i obficie wszelako, aczkolwiek i w pokoju z innymi krakeny, jaskinie są ze skarbami i szkielety Syrenic, o których zapomniano, a które wyśpiewały się do końca, no na amen i śmierć z pacierzem fal… no to tam się kryje ono coś, coś diwnego, może dla jednych mrocznego, dla innych prawdziwego…

To wtedy też.

On był chyba wszystkim… na raz.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na horyzoncie mewy szaleją.

Wielka, biała chmura poruszająca się dziwnymi grupkami i w prawo i w lewo, a potem ciemniejsza chmura, na świeżo zaoranej i nawiezionej ziemi… no wali, ale walenie cieszy tego, co już myślał, że węch stracił na zawsze.

Sorry.

Taki dziw ze mnie.

A ona chmura to oczywiście amatorzy robalowej diety. No wiecie, podano do stołu, się znaczy. I to serio, na ful wypas! Wilgotna, cuchnąca ziemia i grube dżdżownice. I inne tam poczwarki i pierun wie co jeszcze, bo w końcu nadszedł czas, że mewom lepiej nie wchodzić w drogę. Naprawdę… lepiej nie.

Lepiej…

Ale… biała mgła opada na pole, podnosi się gdy przejżdża traktor, a potem znowu… i dołączają do nich wrony i inne ptaszęta, które lubują się w takim jedzeniu. W końcu jest za darmo, a zapach, może dla nich to i perfuma i przyprawa? A może to tylko coś, na co nie zwracają uwagi?

Kto wie?

Widać, że im smakuje, a traktor w końcu odjeżdża… powoli zmrok otula wszystko, wiadomo, już o wiele później, dni są dłuższe, noce jeszcze bardziej dziwne, wszystko est jakieś takie obce, a jednocześnie znajome. Hiacynty powyłaziły z ziemi, kwitną… niby wiosna, normalność, a jednak…

Jakoś tak źle.

Ale…

Czas zimowy się kończy, będzie można sobie znowu światło włączyć wcześniej, wiecie, bez wyrzutów sumienia. Trochę taniej, nie bacząc na to, czy to już 20sta czy nie? Jednak ta temperatura, kurde raz 15 stopni potem sześć? Naprawdę? Wiem, że w marcu jak w garncu, no ale… mróz w nocy też niby nic dziwnego, ale jednak… jednak jakoś tak dziwnie. Jakoś tak… jak nie tutaj.

Co do Turyścizny, to raczej nie ma ich zbyt wiele…

Niby obostrzeń też, no ale, kto to wie, co i jak będzie?

Samoloty patrolowe wciąż napierniczają… naprawdę, dla kogoś, kto spierniczył z Wrocławia, bo po wodzie to kałasznikowe serie latały dookoła i można było puścić pawia ze strachu, ale jednak… no wiem, wojna i te sprawy, ale czy oni tak muszą? Podobno bliżej lotniska hałas koszmarny. Dodatkowo znowu jakieś remonty w porcie, więc nadzwyczajnie peaceful and quiet jest.

Można się wprost zapatrzeć w słońca zachody i wschody i w ogóle…

Wiosna.

A tu kurna hałasy. No ale, wiadomo. Są rzeczy, których nie da się ruszyć. Za to, napadła mnie dziś reklama i to niejedna, wiecie, czyta coś człowiek, a tam z boku wyskakuje apteka i najpierw po polsku potem po ukraińsku… ktoś umie mi to wyjaśnić? Nagle Polska tak wybitnie dwujęzyczna?

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ojojek… została wyłączona

Pan Tealight i Mglista Para…

„Nie pojawili się…

Znaczy, jak najbardziej się spojawili, ale jednocześnie, stworzeni z wodnej smakowości, no wiecie, marnie byli widoczni, więc…

… chyba się pojawili?

A może nie?

Bo przecież w jaki sposób w ogóle o nich mówić, gdy da się przez nich przejść i choć pojmując filozoficznie wielce jest to nader, no wiecie, brak szacunku, czy jakieś tam inne uczucia winno to w przechodzącym wywoływać, ale jednak, no wiecie, nie do końca oni byli kimś. Znaczy takim KIMŚ kimś. Wiecie, z peselem i podatkami, obciażeniem genetycznym nadmiernym pierdzeniem czy czymś innym, ale na pewno i w ten deseń. Bo przecież inne się nie liczyły.

Nie miały prawa bytu…

Przecież.

Ale jednak, wysłali informację, że z chęcią się spojawią, ale z powodu wszelakich zawirowań w ramach kierunków Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane – Pan Tealight, no wiecie, zapomnieli o tym, o onym wilgotnym bileciku, lekko połyskującym, może i nawet śluzowatym, ale za listonosza Żabun robi ostatnio, więc może to i ich wina niekoniecznie była, w końcu Żabun wrócił po oną śluzowatość, że niby dzieci zostawił i małżonka w domu mu rejwach urządziła, że jak tak można, zabiera je do pracy, a potem…

Wraca sam.

A zresztą Dzień Kobiet był a on kwiatków zapomniał, więc sami wiecie jak to jest. Przecież to horror i wymuszenie! Kiedyś może ino rajstopy i goździk, potem gerbera w modzie, a róże, ech te róże…

… no kolce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mgła…

Mleczna zasłonka, tymczasowe poczucie bezpieczeństwa.

Może odrobinę dziecinne życzenie, by zniknąć. Jakieś takie poczucie, że jak ty nie widzisz, to i ciebie nie widać… Ona śnieżna kula, która nagle pochłania Wyspę i sprawia, że naprawdę można się odciąć. Wyłączasz media, muzyka, książka, wszelakie nawet nie to ino to zapatrzenie się w dookolność.

Białą i gęstą. Taką, że tylko wyciągnąć łyżkę…

… i jeść.

Jakby… coś nagle się zamyśliło, ono coś władające wszystkim i zatrzymało i pozwoliło by wszelakie sprawy i ich pęd z nim też zwolniły i jeszcze… no właśnie, i jeszcze to uczucie wilgoci, chłód… coś takiego, co naprawdę pozwala poczuć się dobrze. Bez nikogo, nawet bez siebie samego, bez przymusu kłaniania się tym, klękania przed innymi, odpowiadania, dotykania, bania się na zawołanie…

Bo tak, ona kolejna fala pandemii wisi nad nami…

Jakby, nie wiem, ale mam już dość!!! A wy?

Czy jeszcze w ogóle to mnie obchodzi? Że będę chora, że mogę umrzeć, wojna, szaleńcy u sterów świata, wszelakie dziwactwa, które wyczynia aura i jeszcze mityczne rządy światowe, które zwyczajnie na naszych lękach zarabiają i niczego z tym nie zrobimy, bo przecież nie.

Jak?

Oni zawsze wygrywają.

Karma nie istnieje? Istnieje… ale nie taka jak mówią.

Ciśnienie…

Ale zeszły tydzień przyrąbał.

No wiecie co… na początku nie wiedziałam o co chodzi, ale obróciłam ogród szaleńczo w to, co chciałam, oczywiście jeszcze bez sadzenia, bo wciąż straszą niskimi temperaturami, a rośliny mamy raczej w semi stałej, więc lepiej nie szaleć. Naprawdę. Inaczej zdechną na amen i na zawsze.

Ale…

Wykopałam coś, wyplewiłam inne rzeczy, a potem jeszcze cierpiałam bo naciągnęłam to i tamto i jeszcze… wiadomo, ból głowy pojawił się, ale taki, wiecie, no da się wytrzymać, spokojnie, więc co? Mam niskie ciśnienie? Ta dziwaczność ponad 1013 hektopaskali hPa, co to, jak się dowiedziałam dopiero teraz oznacza ciśnienie bardzo wysokie, poniżej niskie, doprawdy szaleje. 1040 hPa?

Podobno bijemy rekordy stuletnie… ale, spoglądając na wiadomości polskie i duńskie, to się nie zgadzają, więc wlazłam w Googla i… okazuje się, że najwyższe zdaniem onej wyszukiwarki to zmierzone w Mongolii 21 lat temu 1086 hPa. Najniższe skołował tajfun Tip – 870 hPa. Ale… hmmm, w naszych informacjach podawali inaczej, na Instagramie coś wyższego… czy teraz już nikomu wierzyć nie można?

No szczerze?!

A mgła?

Trwała przez kilka dni i była niesamowita. Uspokoiła mnie trochę, w końcu odsunęła słońce, można było pospać… genialny czas…

Lecz minął.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mglista Para… została wyłączona