„Po pierwsze był łakiem a po drugie muchą i zawsze prosił by o tym pamiętać, a że mamusia tak go nazwała, no wiecie, Łakomuch brzmiało jej dziwnie. Zresztą, jakoś tak i teściowa odradzała, i w ogóle. Zwyczajnie się nie złożyło i chociaż on sam, teraz już dorosły mógłby to coś, niewielkie, zrobić dla siebie, zmienić nazwisko, imię i miano ono, to jednak, no wiecie, jak to, gdzie, no kto ma czas…
Rodzina się przyzwyczaiła…
Na dodatek to kosztuje i papiery też zmienić trza będzie, a potem jeszcze jak to znajomemu tak powiedzieć, że od dziś jestem Mirek, Zenon czy inny Jaromir. No głupio tak, a potem i tak znajomy się przejęzyczy, potem i głupio mu będzie, a i tobie dziwnie, jak tu przypomnieć babci sklerotyczce, czy literować się znowu babie w urzędzie, w którym niestety jesteś często…
Bo tam pracujesz.
W końcu żyjesz już tyle czasu, osoba z ciebie taka otwarta na świat, znajomych masz masę, a przy piwie jednym czy drugim, no i tak mówią ci zwykle Zębacz, bo razem kiedyś latem, kiedy to było, jakieś wyspy, jakieś oceany, wtedy to na rekinie pływaliście, a ty zahaczyłeś… więc wiesz, że to zwyczajnie nie wypali. A ci co cię nie znają… no w końcu nowym przedstawiać się możesz onym Zębaczem, nikt nie będzie cię oceniał, nikt nie prosi od razu o papiery, plastik znaczy się, a jak już, to to policja, czy znowu piwa nie chcą sprzedać, chociaż wyglądasz aż nadto na swój dojrzały wiek…
Stety.
Lubisz swoją siwiznę…
No więc… jesteś kim jesteś, to jak cię nazwali nie ma wielkiego znaczenia. Po prostu jest tam gdzieś obok ciebie, a ty… możesz próbować to olać, choć nie, to wszystko i tak do czasu. Potem znowu się zaczynasz zastanawiać i jakoś tak… może by tak w końcu na starość zostaniesz Babydarem?
Nigdy nie wiadomo…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa na kilka dni zmieniła się w epicentrum wilgotności.
Cudownie…
… gdyby tylko ten wiatr tak mi dyńki nie rozpierdniczał. Wiecie, niestety, ale na niektórych, a może i na wielu, pogoda ostatnio oddziaływuje jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Bardziej wyraziście… nagle budzicie się, wszystko jest okay, moglibyście zawojować świat, wstajecie i pojawia się ona ociężałość, dziwność pod kopułką, coś takiego… ograniczającego. I wolicie wrócić do łóżka. Naprawdę… od razu, już, teraz i jak najszybciej, ale czy można, przecież…
… dorosłość.
Ale przecież to Wyspa, znowu sztorm, promy będą spać w porcie, nawet podobno naprawiony Expresssss… ssss… no wiecie, ciekawe co mu tam dodali i co ujęli? Wiadomo, że słuchanie ich to jak opowieści bajczane. Strasznie kłamią. Nagle się okazało, że coś, co mówili, iż prom ma na pewno, to tego nie ma, tamtemu też coś popsuli, no naprawdę, nic ino kupować sobie jakąś łajbę!
Szczerze!
Bo jednak zapindalać z rzeczami z IKEAi po wodzie, nie no, to nie przejdzie, a w ogóle, jak już przy IKEA jesteśmy, to wiedzieliście, że świeczki pozmieniali?! Wie ktoś co i dlaczego? Znaczy oczywiście, podejrzewam, iż chodzi o dalece dziwną ekologię, ale jednak jak już ekologia, to może w inną stronę, a nie zabieracie mi ukochane zapachy i jeszcze pierniczycie z tymi szklanymi słoiczkami…
Tosz dzięki nim ogródek mi działa!!!

Deszcz pada, szarość zdaje się nasycać powietrze…
Nie wiem dlaczego, ale mimo chłodu i wiatru sąsiedzi pootwierali wszystkie okna, dodatkowo po dzielni szlaja się jakiś nieznajomy samochód… no co, dzielnia mała, jakby każdy zna każde auto, a po tej całej kradzieży, to chyba wszystko starają się jednak trochę bardziej zwracać na zewnętrze uwagę.
Nie no, oczywiście, iż ktoś mógł się zagubić tutaj, zdarza się to bardziej niż często, ale jednak, jednak teraz, jak, to nie ten czas, nie ta epoka, wszystko szaleje… ale może… ktoś się zgubił, może sąsiedzi spalili kolację, bo przecież choć to już 19ta, to wciąż jasno i wszystko widać, nie ma odpoczynku…
Tęsknię za listopadem i grudniem.
Bardzo.
Ta szarość za oknem, deszcz i wiatr zdają się jednak jakoś tak wynagradzać mi ten za ciepły i za jasny koniec lutego i kawał marca. Jakoś tak, czuję się dopieszczona pogodą, któą większość świata – albo i wszyscy poza mną – uznają za dopust wszelakich boskości i tak dalej. No bo przecież, czym jest raj dla większości, te białe plaże, wysoka temperatura i palące słońce.
Blech!
Wolę jesień i zimę, deszcze i mglistości, śnieżyce i oną bezsłoneczność. I chłodek szalony, cudowny i koce! Chyba mam bzika na punkcie i świeczek i kocy… w końcu tak pasują do książek. Idealnie… hygge na całego, w końcu prawa i obowiązki tego kraju jednak wymagają uwielbienia dla takiej aury.
Na pewno jest taki zapis.
Może małym drukiem?































