Pan Tealight i Kolega…

„Kolega Kolegi właściwie.

Naprawdę.

Podobno tego samego, co reklamował butelki samonapełniające się czymkolwiek sobie zamarzysz… oczywiście biznes upadł, ale… wiecie, miał go i to całkiem pokaźny biznesik był. Zatrudniał kilkanaście znośnie wyglądających babaeczek w wieku płodnym wciąż, raźnych i wszelako zdrowych, a i posiadłość na Wyspie miał. Posiadłość, co to zawsze dziwnie pachniała…

Lizolem?

I jakoś tak tam dziwnie cicho było…

Zawsze… zawsze cicho, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Kompletnie. Ni ptaki nie treliły ni gałązki się nie łamały ni nawet, wiecie, nie było słychać onej wiosny, jak szła, a już szła, więc i pączki na gałązkach wciąż dziwnie na zdechłe wyglądających, nie pykały, nic się nie działo… nie, działo się, wszelako się działo. Kwiatki kwitły pod onym czerwonym gaardem, jeszcze przebiśniegi i ranniki, ale też i krokusy już wychodziły, tm dookoła onego stawu, na którym Śpiewająca Kaczka mieszkała…

Chociaż nie wiadomo czy wciąż mieszka?

Może?

No i wszelako ten Kolega Kolegi zwyczajnie tak jakoś co noc tam miał zamykać bramę. Wiecie, odźwiernym takim był i tym, co dookoła zapalał lampy… nie, serio zapalał, bo w środkach były takie patyczki żywiczne, starczały na dwie noce co najmniej… niektóre nawet i na trzy. No więc on to robił i widzicie, chyba jakoś tak, czy to mróz był, czy po deszczu, co był zamarznięty, a potem przestał…

No wywalił się i coś sobie w plecy zrobił…

… więc Kolega wrócił był.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W stolicy dragi, znaczy wiecie, naszej stolicy, nie że Kopenhaga…

Jakoś tydzień temu, zaraz, dwa tygodnie temu, policja ogłosiła, że coś się dzieje, ale nie mogą powiedzieć. Potem na obrzeżach miasta znaleziono gościa, kopę haszu i simoleonów. Wiecie, to jest taka trochę tajemnica poliszynela, że Wyspa jest miejscem nie tylko przerzutu, spożycia, ale i produkcji wszelkiej maści używek. I nie, wciąż nie mam pojęcia gdzie i za ile je nabyć.

Nie jestem dziennikarzem, śledzić nikogo nie będę, zresztą, nikt nie chce podpaść władzom, szczególnie teraz. No weźcie, sama sobie nie będę zarzucać pętli na szyję. Nie wykopię stołeczka. Oj nie… Za słabe ręce mam, a po tej chorobie to juz w ogóle. Człowiek rzeczywiście jakiś emeryt. Boli wszystko, zmęczenie uderza mocniej i bardziej, nagle… już tak bardzo nic nie cieszy.

Nagle…

Z drugiej strony, przecież i tak nie odczuwam radości, więc…

Problemy natury narkotykowej są. Szczególnie oczywiście w rejonach nastoletnich osobników czy nawet dzieci. Bo sorry, ale przypalający sobie staruszkowie, no weźcie no, bez urazy, ale człowiek i tak ma już to życie mocno pokręcone, codzienność to rzadko jakakolwiek radość czy uśmiech, więc niech se hodują te pomidorki w szklarniach. Nosz przecież no… podobno pomagają na wiele. Sama bym spróbowała, ale wolałabym z recepty. Jakby można.

W cukierkach może?

… a poza tym jeszcze kobiecina się zamknęła w kibelku na noc… nosz kurcze.

Przyznaję, że to jeden z moich koszmarów, wiecie… zamknąć się w klopie. Małe te klopy, zapach jest i chociaż teraz w większości czysto i szczerze papier na pewno jest i woda, to jednak siedzieć tam przez całą noc? Ja pierdziele!!! Ten luty naprawdę nas wszystkich przeorał. W te albo wewte. To szczerze zły miesiąc był, bardzo zły… ale mamy marzec i…

Czy coś się zmienia?

Zimniej jest.

I tyle.

Świat stoi już nie wiem na czym, chyba na doczepianych rzęsach, albo coś w ten deseń i trzepie odbytem. No naprawdę. Naprawdę naprawdę. To wszystko jest zwyczajnie już jakimś studium upadku. No bo… jak inaczej patrzeć na świat toczący się od końca 2019 roku? Jak?

Czy da się inaczej?

Nawet wschody i zachody słońca są inne…

Wiatry dziwne, havgus jakiś taki opieszały i te dźwięki w powietrzu. Nagle wszystko zamarło, ucichło i odeszło w przestrzeń, która nie chce być odkryta. Która nie ma zamiaru dzielić się tym, co zabrała…

Inność.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.