„I tak.
Prezenty też!!!
A co? Nie, nie był zwolennikiem wszelakiego minimalizmu, ale jednak, no wiecie, jednak zwyczajnie nie chciał mieć obok siebie czy na sobie czegoś, co zwyczajnie mu nie pasowało. Nawet jeśli tylko szwem… nawet jeśli ino jakąś koronką, czymś, co można oderwać… nie, uznawał, iż istnieje jakaś tam integralna całość całości i lepiej, zamiast coś przemienić i być za to odpowiedzialnym nagle – nigdy nie miał parentingowych zapędów w sobie – to lepiej, zwyczajnie się tego pozbyć.
A w pozbywaniu miał on tę moc.
I tamtą i jeszcze tą i tę i wiele innych…
Widzicie, bo nader aż często należy ono pozbycie odsuwać w czasie. Znaczy, od razu pocięliście oną szmatę na kawałeczki i zakopaliście w ogródku, ale najpierw zrobiliście sobie zestaw zdjęć, bo przecież gdyby ciotka znowu się spytała jak się nosi, tudzież, wiecie, lepiej takie pytanie uprzedzić i po prostu, zwyczajnie, pokazać jej selfie i niby, że przypadkiem całkowitym akurat macie wybitnie nietwarzową koszulkę w knajpie z kumplami… a że się na nią coś leje, no cóż…
Przypadek.
Albo talerzyki, które kocha babcia, tudzież te wszelakie firaneczki, które wieszałeś jeszcze kiedyś gdy matka miała zajrzeć, a teraz wydrukowałeś paragraf, że akurat w tej okolicy to nie wolno wieszać, bo zabudowa u ciebie no zabytkowa i tak dalej, że ino zwykłe takie żaluzje czy rolety i już…
Tak lepiej.
I smutna minka.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Weekend…
Tutaj weekendy naprawdę traktuje się poważnie. Czasem mi się wydaje, że praca, to wiecie, taki MUST HAVE, wiadomo, kasa. I tak, twoją pracą może być sztuka, ale spoglądanie na artystów zmieniło się przez ostatnie 10 lat. Niestety. Już powoli uważa się ich/nas za szaleńców… powoli, ale wyczuwalnie. Za to hobby mieć winni wszyscy i jeśli malujesz nie, nie możesz mieć sztuki jako hobby.
Hobby to jednak coś…
Innego.
Drastycznie.
I w ten sposób mamy masę sportowców na Wyspie. I tak, szczerze, oni w ten sposób siebie widzą, nawet jeśli ćwiczą ino raz w miesiącu. Wiecie, ważne jest to jaki się ma sprzęt. Dlatego mój kiepski sprzęt nigdy nie sprawi, iż zobaczą we mnie artystę fotografika, choć zajmuję się tym od dziecka, czy po tej stronie obiektywu, czy tamtej, zaliczyłam nawet nawalenie wszystkich zdjęć na jedno okienko kliszy… no tak. Sorry. Zdarzyło się… a kurcze, takie to było fajne miejsce.
Pewne już go nie ma.
No ale… wychodzi na to, że nie mam hobby. Ćwiczę, bo tak, 5 dni w tygodniu, inaczej źle się czuję, zresztą wiek jaki jest każdy widzi, to już średni wiek i nie chcę by mi wisiało tu czy tam, no wiecie. I tak mam nadmiar skóry po tym jak zrzuciłam z 60 ponad kilo w okolicach trzydziestki. Wiecie, hormony i choroby psychiczne uwielbiają falować wagą. Oj tak… wybitnie!!! Ale wracamy do punktu wyjścia… Piszę i maluję, czytam bo kocham, to oddychanie, wiedza, do tego, no oczywiście nauka wszelaka, a przede wszystkim badania archeologiczne i blogi… zdjęcia…
Plany na dwa książko-albumy…
A pieniądze?
Z czego?

A pieniądze może z szaleństwa…
No bo jest jeszcze pogaństwo, ale wiecie, to coś kim jestem, więc… kurde no, wychodzi na to, że nie mam hobby, więc… postanowiłam poszaleć i przemyśleć sprawę i doszłam do wniosku, iż zostanę zbieraczem, bo to ludzie rozumieją jako hobby i kocham świeczki oraz metalowe choinki…
A co.
Oryginalnie.
No dobra, może nie ze świeczkami, ale… jak się kilka at temu dowiedziałam, że ludzie w moim wieku to instagrama sporadycznie miewają, to trochę mnie to zaskoczyło. YouTube, ej, przecież ja też mam kanał tam. I to wiekowy z minimalną ilością obserwatorów. Niby miałam plany na nakręcenie czegoś więcej, ale wolę niemówienie. Wolę pisanie. Tak jest łatwiej i tyle.
Dla mnie.
Może jednak opowiem swoją historię na YouTubie, ale jeżeli już, to w jakim języku? Po co i dla kogo? Dlaczego?
Naprawdę?
Bo widzicie, ostatnio wydaje mi się, że codziennością naszą jest dziwna bezsilność i bezsensowność. Tak, oczywiście, iż jest to związane z tym, co się wydarzyło, wydarza i zapewne jeszcze wydarzy, ale poprzez ten pęd, dziwacznie przepływający nie tylko między palcami czas… nikniemy. Mamy tylko pracować, niczym bezmyślne maszyny, nawet jako naukowcy czy artyści, w rejonach, w których wymagana była, przynajmniej niegdyś, pomysłowość i fantazja, dziś… tchnie wymarciem.
Smutkiem.
Czy to się zmieni?
Nie wiem… nie wiem kiedy i nie wiem czy w ogóle. Wiem jedno, jeśli spotkacie Duńczyka, to może najpierw zapytać was o hobby, bo w końcu praca tutaj to coś, co się zmienia. Zmienia wciąż i szalenie często. Od Sasa do lasa. Naprawdę. Od siostry oddziałowej do informatyka w trzy kursy!!!

