Klątwa nie docierających paczek…

„Matko Wyspo, przestań już mnie ranić,

przestań mamić i ułudę gładzić morską bryzą!

Przestań machać nadzieją, miotać mnie obietnicami…

bo nie mam już siły, bo rwie się nić między nami.”

PS. Wizja rozszarpania listonosza, człeka naprawdę sympatycznego w jakiejkolwiek akurat jest postaci… opanowała mnie do cna. Nie wiem o co chodzi, ale te moje przesyłki gdzieś się klinują, jak się potem okazuje wcale jeszcze nie wyszły od nadawcy… no ale. Bynajmniej jedna się znalazła. I co – wysłana dopiero co… jak ja lubię jak mnie kitem karmią. Ech! Ludzie, no nie można powiedzieć, wyślemy za miesiąc, bo teraz nam się nie chce? Doprawdy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Sankt Hans Dage, przykominku i Ciocia Rysia…

„Pan Tealight spojrzał w niebo i jedną myślą przegonił czające się, burzowe chmury. Ogień miał dzisiaj pierwszeństwo. Zresztą, morze uspokoiło się i nie zamierzało przeszkadzać stosom. A stosy? Te rozsiadły się wygodnie na brzegu. Poprawiając wciąż osuwające się gałązki prężyły się ku słońcu, starając się wydalić jakąkolwiek kroplę wilgoci. Były prawie gotowe. Ludzie, którzy jak zwykle uważali, że to wszystko ich zasługa i sprawa, zatykali na szczytach kukły wiedźm, i wmawiali sobie, że to tylko folklor. Wmawianie szło im znakomicie, ale Pan Tealight już rankiem jak zwykle spił wiedźmy na amen wszelki. Nie chciał by to widziały. I choć cała opowieść o stosach, czyli ludzkie gadanie, miało być tylko zabawą, w powietrzu unosiło się coś innego.

Wspomnienie.

Zapach palonej kobiety…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Tematycznie mi się trafiło… zaraz wklejam recenzję z Pratchetta: „W północ się odzieję”. A poza tym wciąż czekam na moje zadawnione przesyłki, które gdzieś imprezują chyba po świecie… no ja nie wiem. Taka przesyłeczka od Cioci Rysi to od razu dotarła. Taka Ciocia to Wam powiem kurcze straszny skarb jest. Może i o tym wie, ale nie wie raczej jak bardzo jest skarb 😉 Chyba tylko takie dobre ludzie potrafią pisać te bajkowe książki. Ja bym nie wytrzymała, zabiłabym kogoś, krwią splamiła… a u nich to życie jest nie tylko bajkowe, ale kurde możliwe do wykonania w taki scenariuszu 😉 Bo czasem wystarczy się uśmiechnąć, porozmawiać – kurde to działa!!! Że też ludzie umieją pisać o życiu właśnie tak. Podobnie zresztą Magdalena Witkiewicz 🙂 U niej też życie da się przeżyć, nawet jak kłody… Trza się wziąść za to życie z byka no!!! Znaczy w moim przypadku, ale moje pisanie musi być krfffffiste 😉

No i obiecana książka bez stron 😉 ale to już inna całkiem historia jest!!!

hihihihihihihihihihihihihihihihihihihiiiiii 😉

PS. No i przypominam Wam o plebiscycie przykominku.com 🙂 można wygrać spoooro tomów!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Oddychanie książkami, myślenie książkami, wiedźmie przesilenie…

Logicznie rzecz ujmując, wiedźma Pożarta Przez Książki, zbudowana jest z książek. Przetrawiona, wydalona i ukształowana na nowo… obrzydliwa wizja, ale nic na to nie poradzę, narodzin nie zmienię… istnieje w sobie tylko świadomym ekosystemie – wyraziście szeleści ze zdenerwowania, strachu, czy nadmiernej uczuciowości. Bynajmniej takie coś jak ja, tak naprawdę oddycha tylko książkami. Jak się zaciągam świeżyzną, to dostaję aż gik amoku. Wszystko się we mnie budzi, sen staje się teraźniejszością, koszmary zmiatają w kąty, utopiec Bulgot bulgocze bardziej rytmicznie… mój chochlik pisarski w końcu postanawia na stałe nosić jakieś gacie… wena mniej się puszcza…

Pewnie podobnie działają dragi, ale mam kiepskie doświadczenie. Czyli chyba żadnego.

No może nie pamiętam? Nie wiem…

Dziś LITHA.

I czuję.

Coś się zmienia, coś się unosi w powietrzu, jakby zaraz miało opaść, ale w geście totalnego niezdecydowania… wciąż jeszcze wisi. Za dwa dni spłoną wiedźmy. Nie lubię tego. Moja intuicyjna wiedźmowatość się miota. Nie lubi wyznaczonych świąt… świętuje wtedy gdy trzeba. Ale coś woła. Zew na puszczy ili bzyczenie w trawie, piski i gwizdy, ptasie trele morele…

To chyba TEN CZAS!!!

Płoń szałwio, płoń. Rośnij ogniu. Mały kurde piroman!!!

Wiej wietrze, burz się wodo, zieleń ziemio…


„Drżyj Ty, któryś klątwe na mnie rzucił,

drżyj, bo stronę jej zmieniam.

Teraz do ciebie już puka, pod parapetem stoi.

Nic Cię nie obroni, nic Cię nie uspokoi.

Zrzucam na Ciebie moje strachy i lęki.

Byś wiedział, jak bardzo człek może się czuć maleńki…

A to, co zrzuciłeś na mnie ludziu marny,

niech teraz stanie się żywotem swarnym.

Kłótliwym trwaniem w zawiści, niepewności…

póki sam nie uświadomisz sobie swej wobec natury maleńkości.

Na ogień i wodę, na ziemię i powietrze,

na kamień i metal, drewno i wszelkie przedwieczne.

Na świadków wzywam Wiedźmy Dziś, Wczoraj i Jutra!!!

Ja jestem siłą, nie puchem marnym…”

Wydobędę się w końcu z Twoich szponów! Już dość do cholery!!!

PS. Nakanapie.pl, jak zwykle cudne i kochane, podesłało wygrane książki z zajebiaszczymi zakładkami!!! Kurcze oni to mnie rozumieją!!! Ale czekanie na 10 paczek mnie wykańcza. Listonosza chyba też, reaguje facet nerwowo i ciągle ktoś inny przyłazi!!! Hmmm… może powinnam ograniczyć ekspozycję uzębienia?

„Dziś w nocy magia włada
dziś słońce się władzy domaga…
Tak więc rozpalcie ognie, idźcie nad wodę,
a może ktoś znajdzie jakąś niebogę?
Wiedźmę, utopca, może zombiaczka…
zawsze się toto nada na zwierzaczka ;)”

…ja dam się zaadoptować i ładnie gryzę, choć niekoniecznie na zawołanie, a wczoraj zjadłam mniejszą połowę kota… białego 🙂 Wystawiam referencje sama sobie!!!

PSS> Skończyłam „Stefan – opowieść o kocie”… i się zryczałam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

ZA MAŁO NOCY i BALLADA O CIOTCE MATYLDZIE…

„Rozpal ogień, ożyw płomień,

niech na dźwięk jego narodzin, powstanie z ziemi moc dobra, moc piękna;

pozbędę się wtedy z duszy i lęku i piętna.

Pożeraczu ciemności, wyświęcony żarem, Tobie tylko pożywkę, innym dnia darem…

Tylko mnie nie kłopocz. Mi tego nie wypominaj,

że w cieniu zostanę i we własnym świecie ciemność przytrzymam.”

UWAGA UWAGA… Jak ktoś nadal nie wie co też czytać w wakacje, serdecznie zapraszam na plebiscyt przykominku.com 🙂 Zdecydujcie sami, które książki są najlepsze na lato, poprzez które bramy wyobraźni przejść i… zamiast nudzić się w jakimś mętnym kurorcie, może spotkać smoka? No i NAJWAŻNIEJSZE!!! oczywiście portal przewidział nagrody. A raczej kilogramy nagród, więc naprawdę warto 😉

NO TO… PANOWANIE LITHA UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTE. Na ogień i wodę, powietrze i ziemię, metal i kamień, duszę i ciało… Macie dzień cały, a mi samej nocy tak mało!!! 🙂 ale ja w końcu kocham zimę! Wiedźmy na miotły, tylko przez te kilka dni ogień przewozi nas za darmo – sabat czas zacząć!!! 🙂

PS. Wzięłam prysznic, nie wiem czemu się mówi, że się bierze prysznic, przecież ja go ani na plecy, ani jakoś inaczej no… nieważne. Wzięłam, no i siadłam przed laptopem kremować swe boskie… ciało 😉 Ano i przy okazji czytać „Balladę o ciotce Matyldzie” od Magdaleny Witkiewicz, która to kolejną powieść popełniła i dobrze – no i pokremowałam se ino ryjek i stópki, bo do reszty, to bym się musiała od ekranu oderwać. Pomijam fakt zatłuszczonej klawiatury i obślizgłej dziwnie myszy – no i mam nadzieję, że przypadkowo żadnej kamerki se nie włączyłam… serio starałam się oderwać od ciotki Matyldy…

A to niewykonalne. No jak klajstrem jakimś mnie przykleiło. Krem na pewno tak nie działa i serio nie cierpię czytać z laptopa, gałki mnie bolą. Ale jednakowoż, się nie dało…

Teraz mi zimno i mam kołtun na łbie, ale jakem się ubrechtała 🙂 Bosz, ja mam nadzieję, że do tego będą obrazki 😉

No ranyjulek i ojteryje 🙂

Cała opowieść jest o kobiecie. W znaczeniu młodej matki, żony palanta – no przepraszam, ale to palanta jest nie facet!!! tak mnie wnerwił… takoż więc młodej babki, jej córeczki i wspaniałego świata wokół niej. Bo pewno, że jest w tym i jakaś bajka. Czyli to, czego człek potrzebuje, by zachować nadzieję, że ten świat ma jeszcze jakąś szansę na normalność. Wiecie tą normalność, co to ulgę w podlewaniu i plewieniu przynosi, co zamiast złość na innych wylewać uczy potarachtać krzaczory czy nawet talerze tłuc… ale nie ludzi. Bo jak do ludzi się z sercem podejdzie, to oni najczęściej świństwa nie robią. No poza tym palantem, co nie 🙂

Ale, zapomniałam o najważniejszym. Znaczy nie, wcale o Cioci nie zapomniałam ani o Frędzlu, aczkolwiek ten Palant, Ciocia zrozumie… Otóż główną osią, kanwą i ogólnie wszystkim na czym się opowieść, no ballada, opiera jest CIOTKA MATYLDA. Co to se na początku idzie w to inne miejsce. Się znaczy z życia tego się wypisuje i idzie dalej, ale oczywiście z koniaczkim, papieroskiem i kotem 😉 Bo w zamian narodzić ma się mała Matylda. A miejsce wiecie, należy ustępować, czasem młodszym…

I tak czerpiąc z mądrości Ciotki Matyldy – aż by się chciało do cioci polecieć – nasza bohaterka stawia czoła dzielnie nie tylko nowym obowiązkom i nowym koszmarom, zakoczeniu w postaci specyficznego spadku, czyli… no w pewnym sensie piekarni, wiecie, lokalu o bardzo importantnej użytkowości i dla każdego! nowych ludzi na drodze, wyzwań i szans…

Zresztą, jak książkę złożą, wszyscy zrozumieją.

„Balladę i ciotce Matyldzie” dawkować natychmiastowo jak tylko się da, uderzeniowo i korzystać z mądrości. Wpływ na osobnika – wprowadza nadzieję na lepszą przyszłość, dobrych ludzi i przyjaźń znienacka 🙂 Poza tym oczywiście nie pozwala martwić się ani starością ani śmiercią, naturalnie przypomina, iż wszystko na świecie jest naturalną koleją rzeczy.

NAWET KOTY 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

TERRY PRATCHETT – CZYLI MISTRZ DLA WIEDŹMY…

Nie wiem kiedy to się zaczęło…

Pamiętam tylko, że okładki były dość śmiałe. No dowcipne, przyciągające wzrok, ale czasem i zdarzała się obfita w kształtach kobieca sylwetka. Odziana raczej w mniej niż więcej. Nie żebym miała coś przeciwko, czy skażona była pruderyją, zwyczajnie wolałabym faceta 🙂 Ale tak naprawdę nie pamiętam czasu sprzed czytania Pratchetta. Świata bez czekania na Jego książki, więcej, uczenia się od Niego, jako Człowieka, który ma poglądy i potrafi je przekazać… który ma mózg i go używa, myśli…

Jakoś tak się zaczęło, w jakimś momencie mojego osobistego pożerania książek, tego ich budowania mnie samej; się zaczęło… i się skończy.

Większość z Was wie, że Autor – cierpiący na wrednego, świńskiego Alzheimera!!! oby Ci gnoju w pięty kurde, byś zatwardzenia dostał, by wszy Cię oblazły i wszelakie robactwo nawiedzało dniem nocą i czasem pomiędzy czasem! Forever amen, Ave! Oby domem Twym kloaka… aj, ja tak długo mogę, ale po co… Terry Pratchett zdecydował się odejść ze świata świadomie. Odejść wtedy gdy on uzna to za stosowne. Nie tracąc poczucia humoru, pamięci, niczym perfekcyjny aktor, który wie kiedy zejść ze sceny. Oj oczywiście, iż brzęczy gdzieś we mnie wredna, egoistyczna myśl, że kurcze mógłby nie, mógłby poczekać – ale to tylko zraniona dusza fanatycznego czytelnika. Zwykłej wiedźmy, która czytając Jego książki czuła, że cholera w końcu rozumie ten świat. Że można mieć inne poglądy, ale nie trzeba pyskówki, iż można zwyczajnie je przedstawić.

Bo Terry Pratchett to totalny, genialny, dowcipny i przewrotny manipulant (jedyny facet, który rajcownie i przekonywująco wygląda w spiczastym kapeluszu). Udało mu się stworzyć świat, dzięki któremu wady naszego, napuchniętego krągłego, są bardziej widoczne. Świat, w którym my możemy się przejrzeć. I nie wymagana do lektury jest znajomość wielkiej mi tam nauki… choć pomocna. Zresztą, nikt nie zmusza nawet do myślenia. Można w końcu przez Świat Dysku biec tylko dla śmiechu, radosnego trzepotania fałdek brzucha i luzowania specyficznych mięśni… można. Ale nie tylko Światem Dysku Terry Pratchett włada 🙂

Dziś otrzymałam – wyczekiwaną – powieść „W północ się odzieję”. I tak bardzo boję się ją czytać. Bo przecież już tak niewiele przede mną. Z drugiej strony do książek Pratchetta się wraca. Zwyczajnie i naturalnie. Z jakiejś wewnętrznej potrzeby.

Ale i tak… się boję.

Bo Terry Pratchett, to tak naprawdę jedyna wiedźma. Serio, nikt nas tak nie rozumie.  „Z folklorem nie mozna sie spierać.” Nikt aż tyle nie wie. Jakie ona ma kurcze dojścia? A może to przewrotna siła magii? Pierun wie. Ja wiem jedno, jako wiedźma Pożarta Przez Książki, stworzona przez nie i full szeleszcząca, wiem, że spory kawałek mnie, to Terry Pratchett!!! I jak to będzie żyć bez Mistrza? Bez wyczekiwania na Jego książki, słowa, przemyślenia, wizyty…

I to się nie zmieni… Bo ŚMIERĆ, to inny wymiar świata. Sam nas Pan tego nauczył!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

PAN TEALIGHT I BOGINI MUCH…

„Bogini Much była zmartwiona. Skrzydełka miała oklapnięte, jej piękne, zwykle błyszczące oczy zmętniały…

– NIkt nas nie lubi. Naszego melodyjnego bzyczenia, dotyku chłodnych łapek i świetlistych skrzydełek, które grają ze światłem w każdą zabawę. I co z tego, że jemy kupę, takie ludzie jedzą jajka, a przecież to z kurzej dupy… – Bogini Much zająknęła się. Wrodzony takt i wpojona etyka nie pozwalały na brzydkie słowa.

Pan Tealight tylko się pokłonił, kiwając ze zrozumieniem głową. Wygiął przy tym dziwnie swoje ciało, starając się zakryć szczerzącą się półeczkę ze żużytymi łapkami i lepami na muchy, co to nigdy niczego już nie skleją.

On też miał swoją etykę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


TAMTARAMTAM!!! Słynne brojące i zaczytane misie Matrasie przybyły, ale w podróży biedaki miały ino jedną książkę do czytania „Zmorojewo” i jeden sweterek 🙂

A wczorajsza niespodzianka od Agnieszka Lingas-Łoniewska no boska!!!

i to z autografem 😉 Lucky Me 😉

PS. A teraz reklama!!! Po pierwsze konkurs nakanapie.pl, który wymyśliłam, więc do boju Miśki 🙂 i strona, na którą warto zajrzeć, czyli kochamy książki forever!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

PISANIE POŻARTEJ PRZEZ KSIĄŻKI…

Czytanie, to czytanie… wiadomo, coś więcej niż uzależnienie, raczej jedna z funkcji organizmu. A jednak pisanie… to już coś zupełnie innego. Pisać muszę – podobnie jak czytać – ale jest w tym coś z wydalania. Opróżniania głowy z historii, cudzych losów, postaci namolnych.

Wiem, wielu z Was pisanie kojarzy się z tworzeniem fascynujących historii, pławieniem się w innych rzeczywistościach, ale w moim przypadku to cholerne opętanie. Wprost czuję, jak stworzone, podobno przeze mnie, postacie kryją się gdzieś pod czaszką, za którąś z żył, może i w szarej istocie. Czają się i tylko czekają na tę chwilę, w której odrzucam tzw. codzienność zwyczajową. I wtedy domagają się własnych praw. A tego, by pisać tylko o nich; przepychają się gdzieś w mojej jaźni, dziwnie paradoksalnie namacalne i niewidzialne! Okładają się wymyślonymi przeze mnie przydatkami, tylko po to, by wyjść mi z głowy. I w tym cały ambaras? Czy pod kopułą u mnie naprawdę tak źle się żyje? Dlaczego nie mogą zwyczajnie tam siedzieć i żyć?

Choć gdy czasem jakoś tak mocniej nerwowo szeleszczę i obluzowywują mi się zakładki, strzępi się wyraźnie okładka, a z rycin pozostaje wspomnienie, to sobie myślę, iż może tak naprawdę jestem tylko taką bramą. Dziwacznie skonstruowanym przejściem, które pozwala postaciom – wcale przeze mnie nie wymyślonym – przedostać się do tzw. codzienności? Że gdzieś tam jest jakiś dziwaczny nader świat, z opcją full wypas i all included, z którego ja tylko jakoś tak wyhaczam historie?

A może tak naprawdę nie mam wyobraźni i nikogo nigdy nie wymyśliłam?

Nawet samej siebie?

A pierun wie!

Prawda jest taka, że jak nie panuję nad czytaniem, tak nad  pisaniem, to już w ogóle. Teraz na przykład mam taki awers do klepania w klawiszki, że Hej! Niemiłe uczucie bardzo!!! I kompletnie niezrozumiałe. No ale, trza się jakoś zebrać do kupy, poskładać puzzle i do pisania!!!

PS. Przeczytane i recenzje: „Reguła dziewiątek” i „Prawo matki”.

„Reguła dziewiątek” Terry Goodkind – zawiodła na całej linii. Jakoś tak ani nie wciągająca, przewidywalna, permanentnie niekonsekwentna… cóż, ale przeczytana, tylko, że na trybie nader szybkiego czytania 🙂

Teraz chyba biorę się za…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

PAN TEALIGHT I ŚMIERĆ…

„- Właściwie to nie rozumiem. Tyle się o tym mówi, tyle pisze, a ona tak po prostu… jak mogła. Bez słowa. A przecież mogła coś powiedzieć. To nie. Nic nie powiedziała. Po prostu, zwyczajnie umarła. Tak od razu. Bez ostrzeżenia, a przecież kochałam ją, powinnam była coś przeczuć, ale nie. Przecież mogłyśmy się nad tym zastanowić. Mogłybyśmy wybrać. Jest tyle opcji: zombie, wampir, na wszystko był czas. Ale nie, ona się wzięła i tak zwyczajnie umarła. Świnia bezczelna wolała Śmierć niż mnie? Przecież ją kochałam. Kochałam ją naprawdę!!! Kochałam do końca, w pełni. A ona umarła. Zwyczajnie mnie zdradziła dziwka jedna! I dlaczego? Przecież to tylko mały wypadek z rybami. No skąd miałam wiedzieć, że była uczulona? Przecież w ogóle się nie różniłyśmy od siebie, jeżeli ona, to i ja powinnam, nieprawdaż? –

Pan Tealight nie słuchał przezroczystej sylwetki, która przykucnęła pod oknem. Starał się nie śmiać. Śmierć za to podsłuchiwała przez Dziurkę od Klucza, która też miała z tego wszystkiego niezły ubaw. Śmiała się dosadnie i wbrew sprawowanemu urzędowi, aż jej się trzęsły wszystkie trzy podbródki i mnogie fałdki, równolegle rozłożone po niskiej sylwetce.

Bo co jak co, ale Śmierć nie musiała dbać o linię. Chyba, że chodziło o wisielca, ale to całkiem inna historia, oj całkiem inna… za to poczucie humoru miała iście wisielcze, choć inne poczucia też jej się zdarzały…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki… poczta mnie ostatnio olewa. Oj i to równo olewa, ciepłym moczem chorej na wściekliznę suki… nie wiem co się dzieje, ale mam straszny odwyk. Jak dwa dni temu dostałam przesyłkę z „Księgą wojny”, to omal się nie udławiłam świeżutkim aromatem nowej książki. Ciepłej jak chleb prosto z pieca, ale o wiele mniej tuczącej 🙂

Ale jak się coś wygra na amazonka.pl, to kurcze dochodzi – AVE!!!


A to dotarło niespodziankowo od pewnego Autora: „Jak niechcący spowodowałem upadek światowego koncernu” 🙂 Ciekawe bardzo… taka paranoicznie trochę chuda książeczka, typ, którego się fanatycznie wprost boję, ale mnie intryguje, podobno ma być zabawnie!!!

PS. Recenzje: „Księga wojny”, „Namiestniczka” tom 2 i „Kobieta w klatce”.

PSS. Mam kolejny pomysł na powieść. Ponieważ tak mi się pomysły skupiły strasznie, to popadam w paranoję i napada mnie awers do pisania. Co dziwne, u mnie awers objawia się tym, że historie wymyślam, na świstkach notuję, ale w komputer już wklepać nie mogę. Potrzebny mi jakiś asystent potrafiący odczytać moje bazgroły, oj tak! Ale przecież Champolliona se nie odkopie!

PSSS. A teraz biorę się za:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

INTUICYJNA WIEDŹMA, czyli znów mam pomysła…

„Babcia zjadła Anioła, gdy była dzieckiem. Ot tak po prostu. Była to jednakowoż jedna z tych mniej dziwnych rzeczy, które składały się na moją rodzinę. Inne dzieci zjadały kupy, albo rośliny doniczkowe, lizały koty, czy nadgryzały chomika… a Babcia, cóż, nigdy nie była wegetarianką. Nawet po śmierci nie zmieniła przyzwyczajeń.”

(„Wiedźma intuicyjna” Chepcher Jones)


 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

CAŁA MOJA WYSPO, czyli modląc się do Pani Bornholm…

„O Najsłodsza Bogini Wyspy, racz wejrzeć na swą akolitkę…
I jeśli można, to jednakowoż przestać ją ciągle śledzić,
jakbyś z ciekawością wybitnie sadystycznego eksperymentatora, zastanawiała się, co też nadzwyczajnego może się stać udziałem jej dnia i nocy…

ZAUFAJ!!! no uwierz w nią, w końcu sama wybrałaś taki materiał… Skazałaś na siebie, na tą tęsknotę i uzależnienie!

Mam już dość tych kotów i psów napadających na mnie
w dziwnych momentach i cokolwiek intymnych…

Dość owych dusz poranionych, domagających się uwagi.

Po dziurki w uszach mam też magicznych stworów zajmujących przestrzenie mej egzystencji – sorry Bulgot! Ciebie wciąż Jeg elsker!

Utopców i zapomnianych wiedźm, nie do końca wygananych mar i ucieleśniających się koszmarów.

Owych demonów, zombie i wszelakich pokręconych, choć wciąż podobno żyjących…
też dość mam… a może nie? właściwie to nie wiem, właściwie to o to spojawiające się wszędzie stworzenia mi chodzi – dziś to był pająk!!! a wiesz, że ja średnio i raczej piskliwie reaguję! ZLITUJ SIĘ!


O Pani Morskiej Bryzy Gudhjem i Totalnej Patelnii Dueodde, właściwie tylko o to jedno chciałam Cię prosić, ja Morrighan, Badb i Macha… Wrona.
Racz uwzględnić, że wysyłanie za mną ptaków, to piękna,
aczkolwiek odrobinę uciążliwa straż…
Choć podobno kupy szczęście mają przynosić?

SKAAL!
AVE!
AMEN!
OMNIA MEA WYSPO!!!”

(„Słuchając Wyspy, nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS. A tutaj recenzja „Namiestniczka” tom 2.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz