„Świat dla jednych był żarem, dla innych mokrością…
Dla jednych był zabawą ciąglą i wiekuistą, a przynajmniej tak wierzyli, dla drugich był umartwieniem, a cała reszta zwyczajnie robiła, co mogła, by tylko dalej oddychać, choć nie wszyscy. Niektórzy siedzieli pod powierzchnią lekko pofalowanych wód w zamyśleniu i wypuszczali bąbelki. I nie, nie było to jacuzzi, czy też wszelako inaczej zwana wanna z podgrzewaną wodą i bąbelkami.
A jeszce inni… no tak, byli też Mimozownicy.
Osobnicy wszelako akuratni w swojej specyficzności. Wiecznie skuleni, w deszczowych płaszczykach i kaloszkach nawet w najlepszą pogodę, nawet w tę żarową, plażową, której to w tym roku wielu miało tak bardzo dość. Nawet przy budce z lodami, tej, z przecenionymi, czy też promocyjną gałką gratis.
Nawet przy piekarni,w której rozdawali próbki.
Oni tylko stali, ze skrzywionymi minami, nieodpowiadając na zaczepki, nawet odmawiając chusteczki, czy parasolki, gdy zzaczynało kropić… mieli w końcu swoje plaszczyki, kaloszki, mieli wszystko… i mieli siebie i swoje myślenie, mimozowe…
… wystarczało im to do życia. Widać, nawet zadowalającego, jeśli można było to tak nazwać.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Coś się dzieje w naszym domu” – … ja pierdziu, ja pierdziu, ja pierdiu… Pamiętacie scenę z „Przyjaciół” – Friends? Tę, z chowaniem książki w zamrażarce… no więc to taka książka. Naprawdę. Szczerze. Niesamowita książka, z narracją prowadzoną z punktu widzenia dziecka, z już krążącą w sieci reklamą filmu nakręconego na jej podstawie… przerażającą.
Po prostu straszną… ale też, dającą tak wiele do myślenia.
Ta książka jest niesamowita i zasługuje na uwagę!
Zasługuje na poznanie, na przeszukanie swojej własnej szafy, tej pełnej demonów…
Cokolwiek powiem zdradzi fabułę, a nie chcę. Nie mogę. Zresztą, wciąż się boję… czasem coś widzę, czasem słyszę ten szept, czasem… tak, mam problem i ze strony tatusia i mamusi, więc może dlatego moje traumy uruchomiły we mnie wszystko, ale… aż tak mocno? Przecież… to dziecko. To nie dorosła wyobraźnia, to dziecko, więc narrator odczuwający wszystko inaczej…. a może właśnie dlatego? Bo przypominasz sobie jak bardzo dużo czerpałeś z onej naiwności dziecięcej kiedyś…
… jak wiele…
Bardzo dobra książka…

Z cyklu przeczytane: „Niewykle szlachetne stworzenia” – … nie. Oj nie. W znaczeniu, że najprawdopodobniej nie dla mnie… Dlaczego? Bo to jest zwyczajnie miałkie. Takie rozwlekłe, takie przewidywalne, takie kurde milusie, kochane, nikt tutaj nie przeklina, życie seksualne starszych osób to taboo… no po prostu zgroza i wszelakie niemoralności. I tylko Marcel jest fajny… ale… sam nie dźwignie tej dziwnie rozwiąłej narracji. Słownie rozwiązłej, bo książka jest tak ugrzeczniona, że serio…
Musę po niej komuś przypier…
I znowu, film już gotowy…
… pewno będzie lepszy niż książka, ale, czy w ogóle się skuszę? Pewno nie. Bo to jest wymiotne. Nudności mnie naszły i nie był to schabowy z pamiętnej komunii. Coś w tym całym opowiadaniu, gawędziarstwie, pisaniu, jest zwyczajnie nudne. A nie powinno. Powinno mieć trochę jaj, bo starsze panie są zabawne, z nimi można konie kraść, a nie piec mdłe zapiekanki i druciarować… no właśnie, tutaj tłumacz też się nie popisał… serio? Druciary… ekhm, w polskim to dość… w znaczeniu… określenie perjoratywne! I trąci tutaj…. i oczywiście, że jest kot, no przecież…
… ja pierd…
No sorry, ale nie.
To mogła być dobra książka, gdyby dopracowano bohaterów, opowieść… gdyby autorka się postarała… a może to AI? Hmmm…

Wiatr…
Czasem wydaje mi się, że przestawia nam coś w głowach, że dotyka części naszych ciał, o których nie mieliśmy pojęcia, muska one aury, rwie je, jakby miał zamiar niszczyć stworzony przez siebie ciuszek i przeszyć go w coś nowego… czasem… wiatr jest tylko na Wyspie. Nie dotyka morza, nie wzburza fal, bawi się ludźmi.
A my możemy zrobić nic… ono oględne i mało wygadane nic… nic.
Po prostu.
Ona świadoość kompletnej bezsilności sprawia, iż nie walczymy. Tak, niektórzy mają odpowiednie ziółka, inni leki, jeszcze inni nadużywają czego się da… a reszta liczy, że jakoś to będzie… ale niektórzy pękają. Dają się porwać wietrznej melodii, onym wkurzającym czasem szeptom i podszeptom, onej muzyce i liryce, dramatowi, poezji, która zdaje się pulsować w rytmie tętnicy szyjnej…
… i to tej z prawej strony…
Bo to Wyspowy Wiatr…
… jedyny taki, ale po kądzieli z halnym spowinowacony, a po mieczu, pewno z onym sławetnym El Nino.

… więc znowu wieje…
… i ma tak wiać przez dni kilka.
Ostatnio to jakaś dziwność dodatkowa, w onej całej pogodowości Europy i tej tak zwanej reszty świata. Zwyczajowo wietrzny czas, to jakoś październik i listopad… początek grudnia może… ale to sztormy, nie ten wiatr, nie taki. I tak, oczywiście, i tamten zimny wiatr może doprowadzić cię do szaleństwa, ale jednak ten, ten dziś, jakoś tak, miesza w głowie inaczej, specyficznie bardziej.
Domagając się większej uwagi.
I może czegoś na ból głowy?
Może…
Ale… jak na to zważać, gdy wiatr narzuca mi obrazy, dziwne jakieś, myśli, które na pewno nie są moje i jeszcze, jeszcze… Coś niepokojącego. Coś trwożnie trzepoczącego się w duszy, coś… o czym nie chcę rozmawiać, czego się boję. A przecież to tylko wiatr. One masy powietrza: szkwał, bryza, flauta… W końcu wiatr ucichnie i wiem, że będzie dziwnie. Bardzo dziwnie. Zawsze tak jest. Wiatr męczy, chcesz, by zniknął, a potem a nim tęsknisz, szukasz go, czekasz…
Pragniesz.














































