„No zjadł go no…
… ale spokojnie, wypluł prawie zaraz.
Ono podobno definicyjne mocno: „prawie” może i trochę trwało, ale w rzeczywistości dla wielu tutaj, to jednak dość śliska definicja onego słowa, szczególnie jeśli chodzi o timing… więc… definiując, lub nie, trzymając się opisów, lub nie, no chodzi o to, iż zwyczajnie go wypluł. Nie zatrzymał go w sobie, nawet nie nadgrył, i chociaż zarzucali mu, iż zjadł, to jednak, no nie, zwyczajnie, po prostu, przez chwilę ino miał go w paszczy i memlał go sobie, tak lekko spowijal w sobie produkowanymi sokami, może i tam jakiś siniak od kła został, ale nic więcej. Żadnego trawienia, no nie… co jak co, ale ruszających się wciąż nie jadł… i w tym był problem…
… bo widzicie, jak go wypluł…
… gdy wydalił ze swojej czeluści zwanej paszczą, to on się nie ruszał, więc… na co mu to było? Ten cały stres? Czy mógł go zjeść? Czy powinien? Co jednak jeśli się mylił? Co, jeśli nie miał racji i… zaraz…
A może jednak, czy to było mrugnięcie, czy poruszyła się rączka?
A nóżka, czy drgnęła…
Cyżby to jego Inner Child, może i niegdyś bardziej inner niż outer zdrowiało… stawało się częścią zewnętrza?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Taka sama” – … ta powieść ma jeden problem. I to niestety, podstawowy. Ujawnia przestępcę od razu. Na pierwszych stronach. Ot tak, po prostu. Jakby od niechcenia, a może specjalnie?
Może jednak to tylko tak było ze mną?
Może nikt nie zauważył… jedna zabita, wie możliwe ofiary. Ona, ta, która przeżyła powraca do miejsca, w którym wszystko się potoczyło, gdzie rozpostarło się malowidło: krwawe ślady na śniegu, chwile, które wciąż dręczą ją w koszmarach… powraca wraz ze wznowieniem śledztwa, tyko do czego?
Po co tak naprawdę?
Czy po to by zginąć, czy jednak odryć coś więcej… bo przecież one właściwie były takie same, wyglądały tak samo, jeszcze z daleka, w ciemnościach, można było się pomylić… na śniegu, czerwień, marznące dłonie i łzy, które nie spłynęły… młodość przekreślona. Dorosłość właściwie zniszczona. Da tej, która przeżyła? Dla rodziny zmarłej, a może, tak naprawdę policja wie coś więcej?
Może wszystko jest li tylko przykrywką…
Thriller psychologiczny, ale taki na moim poziomie B. Się znaczy, że nie przerazi, właściwie mnie raczej mało zaskoczył, lecz czytał się dobrze. Był intrygujący, ale też i miejscami wtórny, co nie zawsze jest złe. W końcu czasem chcemy przeczytać coś, co jest znajome w jakichś momentach… Osoba bohaterki zdaje się być nie do końca dopracowana, a jej cały związek z mordercą jakiś taki nagły i zniewiadomokąd wzięty… niby się zaczął, ale gdzie się rozwiał przez lata? Niby ona zawsze, on, oni… jej rodzina, ale nie dopuscza się nas do pełnej tajemnicy, a szkoda… wiecie, zawsze jest wyobraźnia.
Przeczytać można, nie trzeba.

Z cyklu przeczytane: „Nie to miejsce, nie ten czas” – … oj tak. Dla mnie to było i nie to miejsce i czas. Chyba czas się pożegnać z autorką, to już jej druga ksiąka, która szczerze nie jest dla mnie. Za mało jej. Za dużo też… poza tym, opowieści o podróżach w czasie, nawet takich, wytłumaczonych traumą, onym „zdawałocisie”, istnieją. I jakoś nigdy mi nie podchodziły, szcególnie tak spisane. Onymi zrywami. Każda część tej opowieści, cienkiej, to powrót bohaterki do jakiegoś momentu w jej życiu. Aż do początku, aż do poznania męża, do czasów młodości, onej może i lekko zniekształconej, jak to zawsze w życiu bywa, ech, te nostalgie…
Obecna matka cofa się w czasie, szuka pomocy, oraz wyjaśnienia tego, co się stało z jej synem, ze świeżym trupem przed ich domem, małżeństwem i… oczywiście, że chce to zmienić… no przecież… ale, czy może? Czy w ogóle to jest moliwe, by powrócić do codzienności, czy może w końcu… zniknie…
Może to ona umarła tamtego dnia…
… wieczoru…
Co byście zrobili inaczej? Gyby ktoś pozwolił wam tak po prostu powrócić do któregoś momentu w przeszłości, gdyby ona przeszłość stała się codziennością, gdybyście wciąż się cofali? Co? Gdzie byście wylądowali? Co zmienili? Czy bylibyście zdolni żyć z tymi zmianami… przecież… Zmiany przeszłości oznaczają też nieistnienie tej teraźniejszości, którą tak dobrze znacie.
Tych, co nie bawili się w takie historie może zaintrygować, innych… cóż, zniechęcić… i to nie koniecznie poprzez ten typ narracji, ale bardziej samo pisanie. Ubogie dziwnie. Jakieś takie strzępkowe. Tej książki jest zwyczajnie za mało.

Heatwave, kot i ręcznik oraz ciuchy na plaży.
… więc tak.
Było gorąco. Ale no, kurde, wrząco. I tak, AC, to tutaj luksus, tudzież odwrotność varmepumpe, które jednak działa dość słabo, więc… jest ciepło. I jasno. Ciepło, za ciepło i za jasno, wciąż jasno i za mocno jasno, i tak dalej… trwało to dłużej niż te pierwsze dni maja, ale było wykańczające… na razie, odpukać!!! temperatury powróciły do względnej normalności i po sztormie, który wiatrem bimbał dłużej niż ino przez weekend, czas na lekki oddech, jak przyroda da. I tak, wiem, wszystko wina człowieka bla, bla, bla… jako naukowiec, westchnę i stwierdzę, iż tłumaczyć mi się nie chce, ale już jako osobnik człowiekopodobny, z chęcią ukręce łby tym, co wycinają drzewa. Ale to z niesamowicie wielką… mam też, jakby co, widły na takową okazję. Tną, bo widok im zasłaniają, tną, bo liście zrzucają, tną, bo…
Bo tak…
Wkurwiają mnie!!!
Sadzę od zawsze, od dziecka, szukam sadzonek, które zostaną zniszczone, bo padły tam, gdzie droga, dach, czy też piach plaży… i sadzę. Jak jakiś psychol. Na Stardew Valley możecie obejrzeć moje farmy.
LOL Zawsze za wiele drzew, i co?
Tam się nie umiera od nadmiernej drzewności, wprost przeciwnie, ino mało widać. A drzewa, są cudowne, piękne, kochane i tak dalej. I tak, trymałam swoją brozę jak pizgało!!! A co?! I tak, same drzewa wszystkiego nie uratują, ale jednak, jakoś tak… drzewa są. Musą być, i to te stare… najważniejsze. Dla chłodu, osłony, dla onych soków, szyszek i innych tam liściówek. Dla kolorów… ale heatwave… no sprawa straszna. Nie znoszę dobrze temperatury powyżej 15 stopni, więc, plus 30ści to dla mnie piekiełko. Ale czujcie to… są urządzenia, jak zwykły wiatrak, które przynosą częściową ochłodę, dla mnie to kolejny dźwięk, który mój móg uznaje za wrogi, więc nie ma ratunku!!!
Hell!!!
Na szczęście tutaj, na razie się ochłodziło.
Do onej letniej normalności… i niech tak ostanie, bo zwykłych problemów wystarcy, jak susza…

Ale… couchy na plaży, już się pojawiają.
Znowu… one buty, koszulki i portki, wszystko ładnie złożone, a człowieka nie widać… nie ma nikogo. I tak, często wzywa się różne służby, ale jak często można? Jak często należy? Ja staram się myśleć, iż to po prostu syreniowie wyłażą z wody, mają ciuchy, by gołym zadkiem nie narzucać się dwunogom i potem, wracają do siebie.
Ino powinni chować te ciuszki, szczerze.
Powinni.
I 700 lat Roenne.
Choć tak naprawdę, to dopiero za rok, ale obchody już zaczęli. Jarmark przyjechał, ten wiecie, co to podobno z rónych krajów i tak dalej. No nie wiem, jedyne, co mnie tam kręci, to one rzeźby z zespawanych śrubek i nakrętek. W tym roku zresztą dziwnie ubogo wyglądał, więc… nie wiem, Chowaniec poszedł oglądać i stwierdził, że nic nie było ciekawego… albo zwyczajnie na oną ciekawość nas niestać.
Pewno i to drugie.
I tyle… zobaczymy jak to się potoczy… Dodatkowo oczywiście już zjechali się głośni, czyli wszelkiej maści motorowcy i hałasują… a ty idioto potem płać za ekologie wszelakie i dawaj się zjebywać z ambon wszelkich polityków i celebrytów, co to lepiej wiedzą, ale smrodzą ciągle swoimi wypasionymi autami, czy samolotami.
Pamiętajcie, influencerzy nie są od was mądrzejsi!
A kasa ni mądrości ni gustu nie kupi, sorry Batory!

