„Uważała, że tyle wystarczy, dla życia, dla spełnienia, no i przede wszystkim była wścibska, bardzo mocno przejmująca się znaczy tym, co na zewnątrz…
Zero egoizmu, wiecie… kompletnie!!!
Nic.
Siedziała…
… i nie, nie na telefonie, nie pod telefonem, tudzież obok niego. Nie z laptopem, palmtopem, komputerem wszelakiego rodzaju czy rozmiaru, tudzież może i przed ekranem wielkim, większym niż myśl o wielkości wielkiej, lub też… nie. Ona zwyczajnie siedziała na głazie, gładkim, rzeczywiście, ale nie miękkim, nagim, nieomszonym, zwyczajnie szarawym, z ciemniejszymi plamkami, może z lewej strony nawet obsranym. Głazie, który zimą czasem jakaś fala obmyła, ale poza onymi sztormowymi dniami i nocami, gdy Siedząca Ona gdzieś znikała, ale nie zawsze… poza nimi, ona tam była, i ono gówienko… serio, czy to było gówienko, czy głaz rodził w bólach głaz nowy?
Czy to ważne…
Żyła, zmieniała się, karmiła…
… niektórzy mieli różne w tym temacie teorie, ale większość uważała, że to ryby. Zwykłe sushi. Nic poa tym. Może czasem z kryształkami piasku, no wiadomo, wiatr zawiał na talerz, trawką, czy też morską sałatą i tyle… wielce w obecnej modzie powrotu szkieletowości…
Siedziała.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „To królestwo mnie nie zabije” – … okay, tak, oczywiście, że jest w tym trochę bestii i dziewcyny, i serii, którą pokochało wielu, ale poza tym jest też znajomy styl pisania, ona lekkość, komizm sytuacyjny i wszelaki inny, enemies to lovers… no i spice, kurde no, jest i to, aczkolwiek w tym tomie tak no, niezbyt, wiadomo, szanujmy się, zresztą to jednak trochę inna opowieść tego pisarskiego duetu.
Inna…
Bardziej epicka.
Bardziej Outlander spotyka się z piękną bestią… i ma ubaw.
Oczywiście jest haczyk, będie, jeżeli przeżyje. Wiadomo… w końcu wkroczyć w swoją ukochaną serię, ilu z nas by tego pragnęło, czy też raczej, ile z nas, nie oszukujmy się, ta powieść jest jednak pisana bardziej w kierunku babskich serc i słabości ku onym nie do końca grzecznym chłopcom.
Ekhm, no wiecie, tym nie do końca dostępnym… tym… James Dean…
Nasza bohaterka dostaje się w strony powieści, która ukształtowała jej życie. Nie jest smarkatym podlotkiem, ale jednak widząc to, co widzi i uświadamiając sobie, że nie może umrzeć – czy tylko mi od początku się wydawało, że to może być 9 żyć, albo i mniej? – po prostu postanawia pozmieniać pewne rzeczy, oszołomiona jednak łatwo się odnajduje, w końcu wie wszystko. To książka… Ale tak wiecie, też i nie do końca, przecież nie wolno jej, nie może zmienić powieści… niedokończonej zresztą… Nie wolno jej, nie powinna właściwie wścibiać nosa, ale musi przeżyć…
Musi…
Tylko?
Jak?
I jak długo będzie w tym świecie, czy kiedykolwiek wróci do normalności i czy w ogóle… chce tego? Bo jakoś nasza bohaterka, jak niewiele przed nią, nie zamierza opuszczać onych stron… co zaskakuje. Ale… czy naprawdę? I dlacego nie zastanawia się, gdie jest autor? W końcu jeśi ona tutaj jest… cóż…
Miłe czytanie.
Piękne wydanie. Dla wielbicieli tematu i autorów LOL Nie, nie zawiera wilkołaków. Chociaż… kto to wie? To w końcu pierwszy tom? LOL

Szwecja… maj…
Ciepło, płaskie morze… jasność.
Porównując płynięcie z końcem maja, a marca, no noc i dzień, ale wiadomo, jasne noce, dziwny czas. Męczący, ale jak na razie, przynajmniej do pierwszego tygodnia czerwca niezbyt wrzący. Właściwie to tylko dwa pierwsze dni maja dały nam tak popalić, teraz jest względnie… ciepło, casem wrząco w słońu, sucho na pewno, ale jednak, bryza, chłodność, da się oddychać, a to ważne…
Prom już czuje oną siłę Turyścinowego nacisku.
Folkemodet zaczyna się 11go… Lato wali już w odrzwia, niecierpliwe, wody w moru wciąż mało, w rekach ubywa, deszcu jak na lekarstwo, chociaż kilka dni temu była mała burza, ale czy coś nawodniła, hmmm… wyparowało nim dotarło do iemi, lub się od niej odbiło. Miejscami jest jak beton. Nawet w moim ogródku! No ale… czwarta, ju świta, więc trzeba wstawać, by się nie spóźnić na prom. Wiadomo, ci ze stolicy Wyspy mają bliżej, to se pośpią jeszcze godzinę, ale my, ta inna część Wyspy, no my nie… Mycie, siku, herbata w kubkach, woda w butelki i jazda…
Na szczęście morze płaskie, chociaż na Wyspie trochę pizga… przed nami uroczy samochód z wyrysowanymi paluchami na kurzu i brudzie fiutkami. Nosz urocze jak nie wiem co, nosz uroczo tak, jak za dawnych czasów, takie to wiecie, analogowe… LOL a może i to AI? Kto to wie… udaje się nam aokretować, czy też zapromować, dorwać ulubione miejsce, więc jest spoko i teraz półtorej godziny czasu, który wykle składa się z siku, herbaty, wody, potem czasem nowu siku, a wszystko to w rytmie zmieniających się kolorów a oknem, wiecie, onych odcieni niebieskości. I to morze… jak to jest, że jak lasem, wglapiać się morzesz w toto godzinami…
Serio.
Ale klimę rozkręcili.
Ech… Żeby się z końcem maja w poliestry zakrywać… uwielbiam! LOL

Ale… Ystad lekko zachmurone, jednak już zaraz wyłazi lampa niebieskości i jest ciepło… bleee… no ale, to już czas truskawek w Szwecji! Są zajebiste! O tej porze roku jeszcze lekko kwaskowate, ale jednak, wraz z bukietem róż, z których kilka jeszcze stoi, dotrą z nami na Wyspę. Tia, wytrzymają. Oto moc termicznych toreb i żeli z zamrażarki. Trzeba myśleć nadmiernie, jak chce się kontrabandować z polskiego sklepu w Malmo ser biały. No co? Niektórzy są uzależnieni!
Ha ha ha… i tak sobie myślę, że ino takie mam uzależnienie z Polski, a nie, wróć, jeszcze jedno mam, ale się nie przyznam. LOL
Zakupy żywieniowe, wiadomo, mus… ale też i inne rzeczy, których u nas nie ma, a wiadomo, poctą to… nie ten sam fun! Tutaj książki, tam kamień, no co, niektórzy tak mają, autobus do tego… wszystko w Malmo! No co? I jeszcze zestaw rzeczy z ICA… my love!!! Ostatnio zrobili tam taki duży dział polskich wiktuałów, że aż szok! I nawet no to frugo będzie… wciąż w lodówce.
I tak, wiem, Malmo ma renomę miasta islamskiego… i to prawda, jest źle i niebezpiecnie i ludzie się wyprowadzają… rdzenni, ale na szczęście są pewne dzielnice, na szczęście jest stare miasto, a tam galeria Gustus… boska, polecam! Są one kamieniczki, te kolory, kwiaty zwisają nawet z nieba, poszaleli… jest sklep z angielską herbatą i innymi UKejowskimi delicjałami, gdzie wciąż nie mogą mi sprowadzić tego mentolowego cudu z Lake Distric… podobno zakazane, bo zbyt wiele mentolu… ech!
Jedziemy te do Lundu.
Oczywiście, że zapomniałam, iż to ostatni piątek mają… no przecież… więc i strzelają i w końcu zobaczyłam, nie, Finna wciąż nie, ale za to doktorantów tak, i to całą masę. Ech… te wieńce laurowe, muyka, pompa uniwersytecka… powiem wam, Hogwart spotyka Niewidoczny Uniwersytet.
W morde jeża!
I nabyłam dwa kosyki, brzozowy i wiklinowy.
Tak wspomnę, bo niby nieciekawe, a ciekawe… jak to człowiek zapomina, że wciąż niektórzy mają gotówkę… a ty idioto szukaj bankomatu. Dziwne są one, odpychające takie, zardzewiałe… i poznał cłek miłego, starsego pana. I zniżkę dostał… ale Finna wciąż nie widział. Do następnego razu Panie z Podziemi…
Jak wracamy leje… miejsca nasze ukochane zajęte, więc mamy awaryjne ulubione… zawsze to coś, zawsze inne, zawsze zaskoczy. Zachód słońca, wycieczki młodzieżowe, morze, morze, morze…

