Pan Tealight i Wielki świat…

„Świat czuł się wielki…

… tak wielki, że aż myślał o rozpuknięciu się, a potem zeszyciu w innej formie, ale jakoś tak było za ciepło na takie pokrętne, wielc filozoficzne działanie, lecz nie na myślenie, więc dalej puchł, rósł i się wydymał. I dumał… czy w innej formie byłby bardziej intrygujący dla tych, co podglądali go spoza zasłonek, woali i wszelakich zakątków Wszechświata? A może byłby mniej intrygujący i w ogóle przestaliby patrzeć… moze jednak należało się nie nadymać, nie żreć w niemym nieopamiętaniu, lecz przejść na odchudzanie, ozempikowanie i te wszelkie tam, modne obecnie nadmiernie, choć ukazujące piękno kostnej konstrukcji…

… one marnotrastwa kubków smakowych i innych zmysłów…

… oraz energii… onej pięknej, cudnej, słodkiej energii…

Kochał energię.

Tak, wielbił ja i jej ciągły pęd, orusanie się i gnanie, ono zapamiętanie się w ruchliwożci i bystrość… mimo suszy… bo tak, nawet susza oddziaływała na energię. I na świat też… tak w ogóle, to na imię mama dała mu Tytusiluś, ale w niektórych językach brzmiało to kiepsko, więc rzadko go używał… po prostu mówiłi mu świat… ale nie Świat. Oj nie… podobno na to jeszcze nie zasłużył.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dom pogrzebowy Cottona” – … okay… w końcu coś interesującego, intrygującego, coś co jest na poły magiczne, potem psychologiczne, thriller, ale i iwna łagodność. Traumy, jednak i ucieczka od powtarzania błęów tych, którzy mieli cię wychować… normalnośc i szaleństwo. A wszystko w otoczce supernaturalnych klimatów. Realizm magiczny, ale i zwykła potrzeba zarobienia kasy. Gdzieś w USA, na południu… gdzieś tam… gdzie istnieje miejsce, w którym balsamuje się i ciała i dusze, jeśli tylko jesteś w stanie uwierzyć, jeśli możesz, umiesz, po prostu chcesz, ale też i cię stać, bo w końcu, chodzi o pieniąde i władzę jaką dają…

Książka zdaje się być jednocześnie łagodna, ale i targa za wnętrzności.

Obserwujemy bohaterkę, to, co z nią robią, to, co dzieje się z jej umysłem, to, jak inni reagują na startę najbliższych, jak działa pocieszenie, jak dziwne może być… obserwujemy Cottona i jego wspólniczkę… oną fasadę, ale też uaje się nam wejść głębiej, a przynajmniej tak myślimy i… nagle wszystko się zmienia.

A potem znowu…

Tę powieść się czyta i się jej doświadcza. Jest piękna, ale też wymaga od czytelnika uważności, pewnego obeznania z cierpieniem, ze smutkiem codzienności. Z jej traumatycznością, bólem, który zadaje. Niesamowita…

Z cyklu przeczytane: „Rozległy świat” – … Hunger Games… i jeszcze Osada. Tak, tak opisałabym tę powieść. Odkryty nowy ląd posiada dziwne wiski i straszności, które rogrywają się w tak zwanej dziczy. problem polega na tym, że ci, którzy polują na osadników, czerpiących zyski z interesujących drzew, są nie do końca, la wielu, realni. Ale la naszej boahterki są widocni, wycuwalni, szepczą o niej, stąpają w snach, kryją się nie tylko w cieniach… dla niej, kartografki.

Prosta opowieść, delikatna, przewidywalna.

Dobrze początkowo wydaje się być napisana, ale raczej dla bardzo młodego czytelnika. W znaczeniu onego czytania nastoletniego, choć bohaterka jest przed trzydziestką. To zmyłka. Dziwnie niedoświadczona, głupia? A może tylko cała powieść jest zwyczajnie źle rozpisana, jakby brakowało w niej kilku rozdziałów, jakby…

… czegoś zapomniano dopowiedzieć.

I ona przewidywalność.

Ile już było takich historii.

I w jaki sposób to wszystko jest tak płaski, a miało być magiczne. Miało być… a może nie miało być? Może jednak chodziło o tę prostotę. I… tak serio, o co w ogóle tutaj chodzi? Tak naprawdę? Tylko o miłość, czy jednak… coś innego? Bo przecież cała mitologia tego świata chronionego przez kamienie, te granice, magia, ona nadnaturalność jest skopiowana ze znanych opowieści…

… więc…

Nie no. Tia, czyta się, ale jakoś tak… nie wiem… spływa po czytelniku? A moe to ino naiwność, która we współczesnym świecie jest samobójcza.

Okay… lipiec…

… gdy to piszę jest imno i deszczowo.

Cudownie po prostu!!!

Dookoła niczym mokre zombie łażą, tłukąc się o siebie osobniki Turyściznowe. Nie wiedzą co zrobić, jakoś tak, nie potrafią chyba po prostu siedzieć i gapić się w telefon w mokrym namiocie, czy co? No serio? Tia… u nas raczej trudno znaleźć mało wilgotne miejsce, jakoś darmowe, jakoś rozrywkowe… wiecie, takie tam centrum kultury, czy coś i jeszcze otwarte… gdy pada. Mimo suszy, większość domów zmaga się z wilgocią, więc… zapach jest zawse wyczuwalny, przerażający dla mnie, toksyczny…

Boję się go.

Bardzo…

Turyścizna, jeśli z Kopenhagi, może coś poejrzewać, reszta Danii też wie, o co chodzi, czy Skandynawia w ogóle, ale jednak… po prostu łażą… a jak ino przestaje paać lecą na plażę, ale woda zimna… więc marudzą, nie potrafią po prostu być. Jakoś tak, nie wiem, znaleźć sobie rozrywki w sobie? No przecież nie mówię o niczym nazbytnio opisowym, ino natura… LOL ino wyobraźnia!

Deszcz jest piękny, gdy na świecie pożary, wstrząsy, powoddzie… a u nas zdaje się, iż „ino” mega susza, więc dla nas deszcz jest wybłaganym cudem. Podobnie chłód. Sorry, ale co jak co, jak na razie jest ino normalnie ciepło. Nie wrząco… było wrząco z końcem czerwca i pocątkiem lipca, nie wiemy, czy wróci to, czy nie, ale…

Boję się…

Mam w sobie tak wiele niepokoju… szczególnie, gdy wychodzę na zewątrz i widzę ludzi, doświadczam innych… zmagam się…

Lipiec powoli odchodzi, ale odcisnął swoje piętno na świecie.

I na tej Wyspie…

… gdy wychodzę, co zdarza się sporadycznie w lipcu i sierpniu, doświadczam tak zwanej „normalności”. Jest brutalna, straszna i chamska. Nawet, gdy udaje mi się zrobić to rano, właściwie nocą jeszcze, bo 5 rano, to w moim języku noc. Na szczęście, kiedyś człowiek musiał wstawać o 4tej i dylać tramwajami, autobusem do dziwnego miejsca i nazywać to pracą… kiedyś, w innym świecie.

A teraz porankiem wybyłam na spacer.

Podobno dla zdrowotności. Podobno, od razu powiem, że – spojler alert – nie wyszło mi na zdrowie, ni fizyczne ni psychiczne. Przez chwilę było okay, nie było ludzi, ino dwa rowery, kilka zombiaków, które nie umieją nic powiedzieć. Pusta droga… a potem zaczął się ruch i to było szokiem. Bo poza sezonem, tym głównym, to samochoów jest mniej… a już poza sezonami, to stoisz i widzisz jeden na kilka minut. A czasem nic… no i ludzie, co jest z parami homoseksualnymi, co to robią sobie dzieci, a potem zajmują się sobą i omal nie topią tego dzieciaka? Nie mówię, że heteryki są tacy cudowni, ale jednak zawsze jeden rodzic jest w wodzie z dzieckiem. Mnie odcięli od lądu na półwyspie dwaj po czterdziestce, jeden puszczał kaczki, drugi rzucał głazami, a dziecko, około lat dwóch polewało mój plecak wodą z piachem… powiem tyle, hałas, jaki wytwarzali, i cuchnące auto, którym odjechali – pewno zabytek… nie, państwo niech odejdą, na zawsze. I tia, można mnie wyzywać od homofobów, ale to moja obserwacja i trochę plot z mediów… Wiecie, one opowieści o odpoczynku od dzieci…

… ech!

Jako skrzywdzone dziecko, mówięc NIE!

Znalazłam fajne kamyki, było pochmurnie i dwie panie też bawiące się kamykami zaproponowały mi torbę… były przemiłe. Z tych wszystkich ludzi ino one były… człowiecze… reszta była… cóż, z Kopenhagi. Chowaniec mówi, że burżuje przyjechały, sąząc po samochodach. Jakoś mi trudno autem zaimponować, więc… wierzę na słowo. W one Bentleye. Ale… lipiec się kończy, sezon się zmieni na Niemców, Polaków, oraz bardziej dorosłych. Jak co roku.

Jeszcze miesiąc…

Ech.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.