Pan Tealight i Wyspy Baptyserium…

„Świat… zwyczajność wszelaka.

Drzewa, drogi, domy i ludzie, zwierzęta i maszyny, wszelakie zmienności i ciągłe kołowania. Tu rosną, tutaj znowu im opada, a tam… jakoś się zmienia. Bo i lato nadchodzi, więc się w większości opada wszystko i czerwieni. Maleńkie czeresienki i ta wszelaka zielonkawość w lasach. Jakby przez dębiny, kanarkowe takie, wciąż się przesączała tylko ta barwa nasycając światło zaskoczeniem. Bo przecież takiej zieleni nie ma. No nie może być. No dobra, ale na pewno być nie może w tym miejscu. Takiej słonecznej, ale i zimnej jednocześnie, takiej nieistniejącej…

Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki coś wołało i wzywało. Coś męczyło ją, macało po wszelkich zmysłach i ogólnie nie dawało spokoju. A gdy coś takiego miało miejsce, zawsze się na to zgadzała… po prostu szła tam, gdzie owo coś ją chciało. Zwyczajnie. Bo jakże mogłaby się sprzeciwić. I tak dotarła…

… nad Baptyserium.

Nad miejsce tak błękitne, że aż białe i tak miękkie, że wszelkie głazy tam były nie tylko owłosione syrenimi perukami, ale przede wszystkim wygładzone do wszelkich granic możliwości. Ogromne, jakby pod warstwą owej wszelkiej bursztynowości piaszczystej, mieściły się śniące stworzenia o aksamitnej skórze, których lepiej nie budzić, bo nie wiadomo, czy nie śnią o tobie. I co będzie jeśli się obudzą? Może nie znikniesz? Może i trochę schudniesz, a może jednak zmienisz się w krostopatego potwora zakochanego w swoich własnych dwudziestu ogonach?

A jednak Wiedźma Wrona Pożarta nie myślała o tym wszystkim. Nie przerażona Bogiem Nagusów w swoim naturlnym, doskonałym stroju, który opalał siebie i swoje niewolnice golizny… rozebrała się i wlazła z mokre, lodowate błękitne fale. Wlazła, a potem nagle prawie zmieniła zdanie, chciała się wycofać, ale przecież i tak już goła była, więc durne by to było… i popłynęła! Zanurzyła się po czubki myśli, po same wierzchołki swoich snów i podduszona chłodem, zmroziła milusio wszelkie wewnętrzne powieści. Odświeżyła i odgrzeszyła…

A potem wyleciała z wody z wrzaskiem, nagle zauważając brak ręcznika, ciepłych, niemokrych gaci i… zamarła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0068

Z cyklu przeczytane: „Punkt zero” – … że ludziom się chce. No wiecie chce im się mścić, ogólnie mówiąc, wkurzać, niszczyć… że są w stanie dla tego zrobić wszystko, że mogą naprawdę się temu poświęcić. Na zawsze, do końca. Po prostu zniszczyć. Nie baczyć na cierpienie innych, może niewinnych istot?!!

Nie zwracać uwagi na ból…

Tym razem Cussler przypomina nam o energii punktu zerowego. Wybaczcie moją własną humanistyczność i kopalogiczność, ale sami sobie sprawdźcie o co chodzi. I to nie tylko wiecie o wielki bum począwszy od Australii. A tak, tam się zaczyna cała przygoda. Tutaj spotykamy znajomego Kurta Austina i tajemniczą Hayley. To przez nią wplącze się w całą kabałę z ratowaniem świata. A może nie przez nią? Może winny jest zwykły los oraz pewien naukowiec, który poczuł się odrzucony? A może… zwyczajnie, NUMA zawsze pakuje się we wszystko?

Ponownie NUMA, ponownie pasjonująca, szybka, sensacyjna opowieść. Może nie do końca tak bardzo podwodna, ale znowu trzeba się mocno trzymać. Oczywiście, że dla wielbicieli autora, ale i tych, którzy w tych pierwszych upalnych dniach chcą już poczuć emocje wakacji. Niepewność, brawurę, poczuć dotknięcie śmierci na karku. A jednocześnie do końca być pewnym, że się uda. Bo przecież Cussler raczej nie zrzuca na nas więcej, niż byśmy mogli znieść. Wie jakiego zakończenia pragnienmy, ale nie pozwala też być… nazbyt go pewnym.

A jednak… przekonajcie się sami!!!

IMG_1912

Polityka

Cóż. Wyspę też dotyka polityka. Niestety. Nikt nie spogląda na moją Wyspę jako środowiskowy czystostan, który należy chronić. O nie. Turyścizna uznaje nas za zwyczjany zoolog. A reszta państwa… cóż, za spiżarnię, coś, czym się można chwalić, ale i coś, co z taką samą łatwością można obrzucić odpadami radioaktywnymi. Ech!!! Polityka. Lepiej zrzucić uchodźców, którzy serio nie wiedzą co mogą tutaj robić, lepiej obciążyć i tak bogatą w bezrobotność Wyspę nowymi problemami, niż pomóc. Jeśli Wyspa nie będzie krzyczeć… a nawet jak i krzyczy, to kto tak naprawdę słucha, jeśli po drugiej stronie jest facet, co ubiera się jak baba, ale wciąż ma ptaszka, bo jakoś w płciowej odmianie on mu nie przeszkadza?

Nie chronimy przyrody, bo po co? Owej skromnej naturalności, co to nie kole w oczy swoją zwyczajnością. Ptaszków z plamkami, choć zwykle czarniawe, w przypadku pań brązowawo-kremowe, teraz nagle są łaciate… A tak solsorty nam się albo zbiesiły, albo zwyczajnie opadła je jakaś genetyczna zmienność, bo bieleją. I co zrobić z białym kosem? Jako odrzucić leucyzm kosa? Kurcze, przez to wszystko człowiek poznaje moc nowych słów… a potem obuchem, że to wina białka i Arystotelesa. No dobra, przesadzam, ale on pierwszy podobno o tym pisał. A może inni tylko o tym gadali? Kto to wie? Jeśli ktoś to zapisał, zbierze wszelkie nagrody?

A może to wina wyborów?

Wybory…

A tak, oto i mamy wybory. A to oznacza twarze i golasa!!! Twarze są na drzewkach i parkanach, na słupkach i dziwnych palikach. Na bramkach i płotkach, a że tego wszystkiego u nas niewiele, więc często oklejają się owe twarze wzajemnie. Najbardziej śmieszne są plakaty przyczepione do samotnych drzewek na polach, jakby za największy elektorat nagle uznano krowy, sarny i zające. A może chodzi o żubry? Kto tam te polityki wie? Bo chyba nie o ludzi? Nawet ten golas jeden, wiecie co to twierdzi, że gołość ino dobra jest odpowiednia dla polityka… jakoś nikogo nie rusza. Bo Wyspa wybrała sobie ludzi lekko nie do końca zbieżnych z polityką.

IMG_0038

Folkemodet…

Czyli ludziówspotkanie. Taka tam tradycja. Co roku jakoś tak się spotykają i gadają. Pokazują i uświadamiają. A to oznacza, ni mniej ni więcej, ale wzmożoną aktywność POLITI. W końcu obejrzałam sobie autko policyjne, bo nigdy nie widziałam. Zwykle chowają się, no i na tych co na nogach to mało zwracją uwagi. Chyba, że wypadek, ale wtedy już po ptokach. Niestety z powodu zbliżającego się spotkania… są. Gorzej, jest ich więcej. I nie chodzi chyba o wystawę karykatur islamskich, którym nasza pani Burmistrz bana dała, mówiąc szczerze, że sztukę to do muzeum. Nie chodzi nawet o wywortowców antyiislamskich, którzy bardzo chcą przyjechać i pogadac… oj nie. Chodzi oczywiście o bombkowe możliwości. A przecież nam się zamachy nie uśmiechają!!! Jakby się w ogóle innym uśmiechali, to niech sobie ich stąd zabiorą, a co!!!

Widzicie… bo gadać to wszyscy chcą. A już przez neta to wiadomo, każdy taki cudownie wygadany, każdy się na wszystkim znający… ale sprowadzać na małą Wyspę gromy z jasnego nieba? Oj pewno, w końcu oni tutaj tylko przyjeżdżają na chwilę. No i WOLNOŚĆ przecież jest, czyż nie? Tym to wszyscy uwielbiają się podcierać niezależnie od obywatelstwa. A Wyspa? Cóż… ona dba o to, by małe wronki, które już uczą się latać, latały, by nażarte były i by raczej nikt ich nie rozdeptał. By stare mury postały jeszcze chwilę… a Hammershus, który wciąż remontują, kiedyś miał może penthausa? Hihihihi… no dobra, to akurat większy żarcik, ale jak tak patrzę na te murki, na te cegłówki i kamyczki, a i rusztowania barwne wciąż stojące przy ruinach, to czekam na penthausa jak nic! Codziennie!!!

Polityka jest przerażająca.

Szczególnie w tym, że kurcze wydaje się jej, że uszczęśliwia sobą samą wszystko i wszystkich. Jakbyśmy wymagali uszczęśliwienia. To tak jak z tymi odwiedzinami Victoria’s Secret do Afryki. Jakby babkom tam coś przyszło ze staników. Ech!!! Nie wydaje się wam czasem, że przez cały czas po prostu od nowa gnębią rdzennych mieszkańców. Jakby każdy miał być tylko i wyłącznie konsumnetnem…

No to macie problem! Bo my tutaj konsumujemy Wyspę!!!

IMG_7943 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspy Baptyserium… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmia Eucharystia…

„Wszędzie drzewa i kamienie. Często nie można odróżnić jednych od drugich, jakby wzajemnie postanowiły się nie wyróżniać, jakby przejmowały kolor skały, czy testurę kory… a może zwyczajnie moda taka? Unifikacja, brak odmienności i seksualnych dywagacji? Albo tradycja?

Tudzież przenikanie społeczności…

A może zwyczajnie kamienie były kiedyś drzewami i teraz od czasu do czasu wracają do… korzeni? Może tęsknią, a może zwyczajnie pokazują drzewom jaka będzie ich przyszłość za miliony, miliardy lat… Może… Ale najważniejsze pośród tego jednak było człowieczeństwo. To, które je połączyło. Poprzez tysiące lat turlało skały tutaj, niektóre macało częściej, inne znowu odkształcało, a czas drzew przemijał. Aż w końcu przyszedł ktoś, kto znowu je zasadził narodziły się nowe trolle i krasnale i potworzone zostały nowe ołtarzyki dla wszelkich bytów… A kamienie wciąż były sobą. Zmieniały się, ale nawet do nich to nie docierało. Tak po prostu, transformowały się w okręgu swojej narzuconej może, świetości. A może nie narzuconej? Może nim ktoś ukształtował tą katedrę z zielonym sklepieniem i uczuciem, że naprawdę musisz tutaj się pomodlić i jeszcze zostawić jakąś ofiarę, to one zapragnęły nia być? I wykorzystały ludzi? Drążyły w nich pragnienie poprzez miliony lat, czy raczej tysiące ludziowego dojrzewania… aż w końcu dopiekły swojego!!! Dostały miejsce najświętszych zachowań!!!

Ogromne i pełne kamieni i drzew i traw i kwiatów… i poddanych im ludzi. Małych i wielkich, zadziwionych nie tylko ogromem skał i głazów, ale też i dziwnością ich umiejscowania i oczywiście… kształtami niektórych. Większość z nich, znaczy ludzi, kląkała. Może i niektórzy lekko przymuszeni skałami i trawami, rowkiem biegnącym poprzez ziemię… a niektórzy nie. Wszyscy jednak się modlili. Jakby wiedzieli, że ktoś wysłucha i zmieni ich codzienność…Jakby mieli w sobie coś więcej, niż tylko wiarę i przerażenie, strach przed złym i okrutnym bóstwem, życie po tym życiu, albo i jego brak… jakby wiedzieli, byli pewni owej największej świętości…

Świętość…

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stała pośród tego wszystkiego z lekko obrzydzoną i zdziwioną miną, bo właśnie połkła niechętnie i przypadkowo… muchę. Tłustą, niebiesko-srebrzystą i nadzwyczaj latającą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0429

Z cyklu przeczytane: „Smilla w labiryntach śniegu” – … kryminał i matematyka. I Grenlandia. I wszelaka niesprawiedliwość społeczna i Dania… tak inna od świata, który Wam opisują. Od owej wszelakiej szczęśliwości, ludzi uśmiechniętych… od tego świata, w którym nie ma odrzucenia…

Biorę tę powieść do ręki i wsuwam się w zimową Kopenhagę. W dziwny, nieznany całkiem świat. Inny od tych kolorowych zdjęć turystów, od owej wszelakiej mocy rowerowego szaleństwa. Kopenhagę, która krwawi i śmierdzi. Której kompletnie nie znam. Spoglądam z dachu na krople krwi i pochylającą się nad tym Smillę. Smillę, którą powoli poznaję dzięki jej retrospekcjom, monologom. Bo tak naprawdę zbrodnia to tylko przyczynek do tego, by pokazać ją i jej życie. I matematykę. I owo dziwne spotkanie w swiecie wszelakiej niesprawiedliwości. Dziwnego ojca, dziwną rodzinę… potomków Grenlandczyków. Wszelaką niesprawiedliwość.

A ja nie potrafię się w to wczytać. Nie chodzi o to, że książka jest zła… ona jest egocentryczna i zadufana w sobie. Widzi ból, kąpie się w nim, ale wciąż woli krzyczeć o tym, że najbardziej zranioną jest ona sama. I tak jak czasem ów efekt przerysowania wzmacnia narrację, to tutaj… zniechęcił mnie!!!

Nie chodzi o moja prywatną miłość do Danii, ale o…

… modę!!! A tak Panowie i Panie, oto typowa stronniczość, która się sprzedaje. Tutaj wszystko jest napisane według tego cholernego plany, który większość z pisarzy ma, i którym się nie kryje. Tak, bohaterka jest intrygująca, a Grenlandia dostała w dupę… ale czy aż tak to wygląda? Nie!!! I nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta powieść, to tak naprawdę kolejna piosenka na Eurowizję… utwór, którego się nie czuje, którego nie tworzy się z potrzeby serca, ale jest wyliczeniem komputerowym, średnią z poprzednich wygranych i innych hitów… Tia. Bo powieści tego typu istnieją. Gorzej, matematyka w nich też była!!! Naturalizm też… więc co zostaje?

Śnieg?

Śnieg też był. I nie przekonuje mnie fakt, iż książka zwyczajnie jest „niełatwa”… ona manipuluje wrażliwszym czytelnikiem i nakazuje pewną opinię… i choć jest ciekawa, czuję do siebie obrzydzenie, że w ogóle po nią sięgnęłam…

IMG_1905

Kąpanie…

To nie jest tak, że lubię, czy nie? Po prostu muszę. Muszę się moczyć. Znaczy nie żeby kurcze tak w pieluszkę, ale wiecie… pływać. Unosić się. Nawet jeżeli tylko przez chwilę, nawet tak po prostu, zwyczajnie, koszmarnie koślawie… zalać się, zanurzyć, ale zawsze łącznie z głową. Zanurkować głęboko, dotknąć dłońmi piasku, złapać kamyka, albo wodorosta. Pomachać nad wodą stopami, a potem wrócić na poweirzchnię parskając i cieszyć się jak wariat. Albo chlapać. Bo czemu nie? Nawet jeśli woda zimna, tak zwyczajnie chlapać, robić fontanny, a z siebie niezłego wielorybka. A potem znowu płynąć, macać dziwną, często oleistą przestrzeń, robić BULGOTY!!! Bawić się. Niczym dzieciak, całkiem wolny, nie martwiący się wszechświatem, oczami innych, tym jak wygląda kim jest, jaką ma rasę, jaki ma status społeczny, stopień naukowy… Jakby woda, w owej swej pełnej babtystości mogła wszystko wybaczyć. Mogła wszystko unieść, ale i wszystko zatopić. Jakby po prostu, tak zwyczajnie, mogła… W tej swojej czystości, zmienności. Pośród tych wszelakich włochatych kamieni. Tych z zielonymi grzywkami i czuprynkami. Tych cudownie mięciutkich i tych oślizgłych bardziej i tych, które całkiem jeszcze nie do końca wiedzą jakie chcą być…

Wskoczyłam wczoraj do takiej wody.

Jakoś tak zwyczajnie.

Całkiem świadomie, ale i nieświadomie. Wskoczyłam na dodatek bez uprzednio przygotowanej koafiury i stroju… ot tak prawie jak Bozia stworzyła, wiecie. No dobra, gacie miałam, ale co tam te gacioszki… zimna, lodowada toń zaraz zresztą je nadmiernie zamoczyła, obciążyła, a że wcześniej wybachałam się w piasku, to błotko wyszło. Ale i tak bosko było. Choć dech zaparło, choć dziwnie nie wiem, czy wciąż mogę oddychać, bo płucka lodowej są Królowej… to bosko było.

Dobra, przepłynął człek kawałek i zaraz wyskoczył, bo już kostki przejmowały bóle, bo ścięgna traciły sprężystość, ale ta chwila nurzania się w ciężkiej, gęstej od soli i wietrzności toni, czystej tak mocno, z tymi wszelkimi odcieniami niebieskości, zieleni i wszelkich sieni palonych… hihihi… była boskością płynną!!!

IMG_0143

Nagusy…

Niegdyś Skandynawia żyła nagusowo!!! Ale od kilku lat kurcze już nie wolno? Nie można aż tak, dziwnie, nagle ludzie boją się przebierać jak kiedyś, może nie wsadzając innym klejnotów w oczy, ale jednak bez przesady i namiotów ręcznikowych… No bez przesady. Mi tam jakoś nie przeszkadzają pływający nago. W końcu to morze, dużo go jest, nikt się nie maca wzajemnie, a i ślepa jestem, więc… wczorajszy facet, co to już się wycierał mi nie straszny, a i sama grzeszyłam nadmierną nagością…

A morzu chyba bez krępacji?

Starsze osoby, na szczęście wychowane w tych innych czasach, nie tylko się kąpia, opalają, ale też gdzieś mają to, od kiedy się kąpać… Nie baczą na mityczną datę 24go czerwca i po prostu, tak zwyczajnie, skaczą do wody. Włażą do niej drabinkami, ot wprost z mola, w porcie, czy gdzie im bezpieczniej i bliżej. Gdy tylko fale niezbyt wielkie, po prostu pływają, nie bacząc na temperatury!!! Może dlatego babeczki na Wyspie doprawdy jakieś takie się niestarzejące. Osiemdziesiątka tutaj, to późna pięćdziesiątka. Nosz nie można być pewnym nigdy kto ile ma lat.

Jeśli tylko osoba taka kocha przyrodę…

… nie przemija!!!

Gęsta, jeszcze taka nieturyściznowa woda morska oblepia człowieka i po prostu go odnawia. Karmi jakoś tak dziwnie, pozwala nie tylko się siebie napić, nawąchać się minerałów, ale przede wszystkim wciska się przez naszą skórę, prosto do krwi. I chyba o to chodzi, bo jeśli nie dopadniesz tej toni przed sezonem, gdy dzika jest, nieznająca człowieka całkiem… jakby dziewicza i czysta zimowo… z tymi włochatymi kamyczkami, skałami tak idealnie wypolerowanymi drobniutkim piaskiem, albo w innej części wyspa pełna jaskółczych chlebków, cudownych krzemyków… cudem jest.

To wszystko takie jeszcze dzikie i niepełne nowych przybyszy zdaje się być też najpiękniejszym prezentem, jaki mogę sobie wymyśleć. A to chyba coś niesamowitego, czyż nie? A może jednak…

IMG_0180

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmia Eucharystia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Plącząca…

„Właściwie, to…

Widzicie, jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, to trudno jej coś przetłumaczyć do tego zatłoczonego książkami łba. No właściwie jeszcze nikomu się to nie udało, więc kiedy, obciążona kamieniami i nową łódką, wybrała się na spacer, po prostu poszli za nią. Żeby przypilnować i jej i Wyspy. Nie bacząc na huraganowy wiatr i co chwila odrywającą się od ziemi istotność…

Nie no… spoko!!!

Poleciała przecież tylko trzy razy, znaczy tak naprawdę, że ganiali za nią uczepieni jej wielkiej, włochatej, zdolnej pożreć wszystko torby… Nie pomagały wzięte kamyki, bo tak, w końcu ona nigdzie się bez nich nie ruszała, ni książka tak na wszelki wypadek. Nie pomagały cukierki, też na trolli wypadek, ni nic obciążającego sumienie… a przecież miała na nim wiele!!! Nie chodziło tylko o ten dziwny sen, którego macki wciąż w sobie czuła. O owe obrazy i słowa…

– Dzisiaj wydaję na świat państwa twoje oddechy aniołowi…

To właśnie usłyszała ostatnio we śnie i jakoś nie mogło jej przejść. Ni anioł, wielki i raczej nader mocarny, ni grobowiec dziwny, wielki, może i Aztecki, może i nie do końca chornologicznie przystający, a jednak… do końca nie wiedziała, czy śniła, bo na kostce miałą dziwny siniak w kształcie mapy… może powinna była go opisać nim zniknie? A może nigdy nie zniknie?

Dlatego właśnie szła… by wyrzucić z siebie, wywiać to wszystko. Plątała siebie, ale i samą Wyspę, wplatała wszystko w jakąś pokrętną historię, która może i nie powinna była się wydarzyć? Może? A może już dawno się wydarzyła? Bo od pewnego czasu granice się nie zacierały, one… zanikały. Już niczego nie można było być ot tak po prostu pewnym, ot tak zwyczajnie… bezpiecznym w swoim własnym widzimisię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6893

Z cyklu recenzja: „Legendy z Kociewia i Borów Tucholskich…”

IMG_6279

Zieleń…

Spoglądaliście kiedyś na pole. To późnowiosenne, które się zieleni. Nie ma w sobie jeszcze kłosów, ale pod różnymi kątami, zależnie od padania słońca, wiatrów i wszelkiego nawodnienia, zieleni się we wszystkie względy tematu. Najpierw na zwyczajnie zielono. Świeżo, ale jednak jakoś nudnie, potem na świeżo zielono, zaskakująco, ale wciąż znajomo. Aż w końcu, pod przechyłem własnego ciała widzicie te wnętrza trawek, które rechoczą się owym neonowym zielonym. Jakby wiedziały, że nie wolno, ale z dziecinną naiwnością pewne były tego, że nikt ich nie złapie za przekraczanie zielonych norm barwnych. A może wiedzą, że nawet jeśli ktoś je złapie, to przecież nie będzie się mógł na nie gniewać? No jak? Na biedne, maleńkie traweczki, co mają być chlebkiem? Toż to byłaby okrucienność powalająca!!! Któż się na to odważy? Oj nikt!!!

A tak.

Zieleń rodzącego się życia przebija wszystko. Obok niebieskiego koloru to chyba ta najbardziej radosna i zmienna odcieniowo barwa? A może jednak wszystkiemu znowu winna jest Wyspa? Bo przecież to ona ma owo NAJBARDZIEJ niesamowite światło ukochane przez artystów i damy w słusznym wieku, w którym to już raczej się dba o to co i kiedy nas obświetla? Światło, które zdaje się pozwalać kolorom szaleć. Mieszać się i spowalniać swoje obroty. Jakoś tak dojrzewać, albo zwyczajnie odpuszczać i blednąć w rajcujących momentach promieniowania. Tylko skąd się to wszystko bierze? Czy to wina nasłonecznienia? Dookolnej wody, a może jednak skał, promieniowania z granitowych odłamków? A może piasku z południa Wyspy?

A może jednak specyficzna garderoba wyspowych trolli i krasnali, która doprawdy sporadycznie dba o bieliznę na pośladkach, a i kiecki czy spodenki ma w małym poważaniu kochając trącanie pokrzywowych parzydełek… ma na ową swietlność czystą, na owe zamglenia miejscowe, tą poetykę promienistości i ciąg wiekuistej niemroczności, jakiś nagminny wpływ?

IMG_6277 (3)

Wyspa się wietrzy…

Co jak co, ale dawno nie było tak słonecznie i powiewowo jednocześnie. Dziwne to. Gdyby nie chłodny, szczypiący lekko wiatr, co wydusza nie tylko z oczu łzy, byłoby gorąco. Może nawet skąpałby człek nie jeden półdupek w morzu, a tu… nic z tego. Wietrzność wymaga targanie ze sobą bluzy, co kocham. A tak. Jak się nie lubi nadmiernego ciepełka to taka huraganowa bryza może ocalnić niejedno istnienie. Istenienie upierdliwie tłumaczące, że przecież powinno być gorąco, bo ona tak chce… urżnę jej łeb później!!! A co!!! W końcu nie wolno tłumić w sobie emocji, co nie? No i Wyspa wpływa na nie nie mocniej niż ta cholerna pełnia księżyca!!!

Wychodzi człowiek w naturę, porzuca swoje telepiące się na aitrach domostwo… i wietrzy się. Nie żeby ograniczało to prysznice. Co to, to nie!!! Higienę sorry, ale zachować trzeba!!! Wietrzenie ludzi polega jednak na czymś innym, czymś więcej, czymś, co jest tak podejrzane, że raczej nikt nie chce o tym wspominać. Po prostu idziesz i starasz się utrzymać ziemi, a jak już się nie możesz jej utrzymać, to lecisz. No chyba, że właśnie wietrzenie zatrzymuje cię w jednym miejscu i nie możesz nic. Ni cofnąć się ni iść na przód. Tkwisz tak, z jednej strony bezwolny, z drugiej jakoś tak… jakby na prochach droższych i z wyższej półki, no i się kielczysz. Bo wietrzność wpływa na poczucie humoru. Otrzepuje je, odmuchuje i wydziera z tych czeluści ciebie samego, w które zamiotły je owe nowe normy społeczne i zaprzeczanie samemu sobie.

Stoisz pomiędzy wiatrem a wiatrem niczym namacalny dowód na molestowanie człowieka naturą… i się nie skarżysz. Bo wiesz, że w końcu puszczą, a nawet jak polecisz, to rechocząc się złośliwie… Wyspa ściągnie cię z powrotem.

No chyba, że nie…

No to pa!!!

IMG_6316 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Plącząca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Sen…

„Nie żeby zwyczajnie nie śniła…

Wszyscy się już przyzwyczaili do tego, że jakoś tak jest. Ona śni, świat się z tego śmieje. Ona przechodzi za lustro, welony zrywa, plącze się w nie i się rani… ale śni. Bo może i chce, może nie ma na to wpływu, albo wpływa na to całkiem pokręcono? Ale jednak śni. Lubi to, wprost nie może bez tego egzystować, wprost… nie myśli, nie oddycha bez snów. Potrzebuje ich. I nic poza tym…

Widzicie, z tym snem było inaczej…

Najpierw wziął i opętał Wiedźmę Wronę, wlazł z nią, w spoconą, podkołdrową istotę, napoduszną, w dłoni ściskającą kamienia i wisiorek z łódką, z lewej mającą książkę, z prawej pluszaki, swojego chrapiącego Chowańca i świat cały, nagle niemogący spać gdzieś w oddali… i pomieszał jej zmysły, pozwolił jej uwierzyć, że niemożliwe jest możliwe, a możliwe nazbyt nudne. Czyli nic nowego. Jak zwykle uczynił wszystko to dziwaczne, całkiem zrozumiałym i zgodnym z fizyki, chemii i innych nauk prawami, a to wytłumaczalne tak nieporrzebnym, że kto by tam sobie głowę zawracał. Dorzucił szaleńcze kolory, bo serio naukowcy muszą się w tej gesti mylić i pozwolił jej pływać, kraść krówki ze sklepu, latać, mieć wypadek, być Simem…

A potem zwyczajnie z niej wylazł i poszedł na spacer.

Mimo nocy naprawdę dobrze się bawił. Pamiętał o tym, by pożyczyć wiedźmie buty i bluzę, wziąć też garść słodyczy, których strzegły oddziały Wrednej Mrówczej Armi, więc raczej mu się nie spieszyło. Zaglądał do okien, wciąż jeszcze rozświetlonych świeczkami, oraz do co prawda zamkniętej lodziarni, ale kto by tam się snowi długo opierał? Zjadł kilkadziesiąt gałek i było mu niedobrze, więc przysiadł na skałach i po prostu patrzył na choineczki na falach. Falach ziemnych, czarnych, miejscami błękitnych. Rozświetlonych księżycową poświatą… Gdy mu przeszło mdlenie, zajrzał do sklepu z cukierkami i objadł się tych z solonymi orzeszkami i kwiatem czarnego bzu, a gdy znowu było mu niedobrze i tak spełzł w granice piekarni i dobrze się bawił gorącym wypiekiem. W końcu niektórzy sypiają w dzień…

I przez cały czas się śmiał, że Wiedźma Wrona Pożarta nie wie skąd się w niej biorą nadprogramowe kilogramy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3336 (2)

Z cyklu recenzja: „Król fryzjerów, fryzjer królów”

IMG_0139

Nocne padanie…

Oj cudowne jest nocne padanie. Na Wyspie deszcz pachnie jakoś tak, no jak powinien. Świeżo i pięknie, oczyszczająco i chłodno. Nawet letni, ciepły deszcz przynosi dziwną ulgę, gdzieś w środku człowieka. Ale nocą nie stoisz na zewnątrz, sorry ale sen odpuszczam tylko wtedy, gdy hest snestorm… wtedy przez dłuższą chwilę, z gołym tyłkiem muszę zatańczyś pośród śnieżnej zawiei, ale jeśli chodzi o deszcz… wtedy czas na sen. I na specjalne dziwne sny. Jak dziś… sen o promie, sklepie na nim, w którym kupowałam krówki, ale nagle wszyscy zniknęli, a mnie ktoś wyciągnął ze sklepu, prom odpłynął – czyż nie byłam w jego wnętrzu? A potem przeszłam po wodzie – kompleks Jezuska – no by na zakończenie mieć wypadek w dziwnym świecie Simów, gdzie ich wcale nie mordowałam – mordowanie Simów jest fajne – ale zwyczajnie miałam wypadek autem, a potem sikałam w jakimś domku, gdzie gospodarze mnie nakryli, zbiegłam ze znajomymi do lasu… bo nie byłam sama, ale z jakimś facetem i dziewczyną… i nie wiem już co mam myśleć. Oj tak. Myślicie, że dla mnie już tylko Jung, czy jednak dziadzia Freud, wiecie ten od wszędobylnych wszędobylskich penisków?

Jest coś dziwnego w tym niepanowaniu nad snami. Zauważyliście to? Z jednej strony podobno czerpią tylko z tego, co już znamy, co widzieliśmy, mówią nam, że niczego sami nie wymyślamy, a jednak… na Wyspie śni się jakoś tak bardziej szalenie. I wszystko jest takie… naturalne za zamkniętymi oczami, a czasem i w ciągu dnia, gdy wszystko powinno być życiem, a wciąż jest snem. Gdy zamyka się oczy na ile się da… dzięki czemu serio można szybko pisać na klawiaturze. Serio. Jak nikt nie rozprasza, śmiga się jak jakiś zdezelowany kałasz!!!

IMG_9958

Najfajniej się śpi, gdy pada deszcz.

Gdy owa cała zewnętrzność nasiąka, nagle wszystko już nie szeleści, wszystko nabiera głębi i soczystości. Pozbywa się zmarszczek.Znowu jest młody, jędrny i łagodny w dotyku. Znowu wszystko może, a ten który śpi za murami… może o tym słuchać. Wystukiwana pieśń, taka o ściany, szyby, odrzwia i dachy, o kominy i rynny pełne maleńkich, moknących pewno ptaszków, usypia. Tuli i kołysze. Jakoś tak brzmi dla mnie naturalniej niż bicie serca, niż śmiech niewinnego, niż życzliwe napomnienia. Jakoś tak jest… normalniejszy, naturalniejszy. Najbardziej bezpieczny? Tylko dlaczego odgłos natury jest tym bardziej wybieranych, niż oddech tej, która powinna cię kochać? Tych, których nazywasz rodziną, a którzy są tylko strachem?

Zastanawiam się czasem, ilu uważa, że mieszkający na Wyspie są egoistami nie dbającymi o resztę świata? A tak, wcale nie jest to zmiana tematu, a raczej dziwna refleksja, która mnie naszła pod wpływem owego padania i krpplenia. No i którą przemyślałam plewiąc żarliwie i z wielką depseracją, ogródek. Wyrywając trawki spomiędzy płytek chodnikowych. A tak, ja wyrywam. Reszta Wyspy je przylpala, a ja wyrywam, ot tak jakoś… wyrywam. Nie polewam chemią, nie rażę płomieniem, choć ogieniek mnie kręci… tylko wyrywam. Powracam do owej dziwnej, skomplikowanej ziemnej roboty… bo jak wyplewisz, to widać, że wyplewione, bo dotyk ziemi, nawet jak glizda się trawi… uspokaja, pożera nasze lęki i nadmiary hormonalne… żarłoczna taka. A może zwyczajnie starsza niż my? A po deszczu mi się fajno plewi. Jak się plewi, to głowa myśli… o egoiźmie. Usłyszałam to kiedyś, nie spłynęło po mnie, bo taka mało gładka widać jestem…

… i teraz myślę…

Czy ucieczka rzed światem to egoizm? A może zdrowy egoizm? A może tylko pragnienie życia… powolniej, bliżej świata natury? Czy u innych to tylko zazdrość, czy brak zrozumienia, że można żyć inaczej? Bez reklam, bez telefonów, bez wszelakich bilbordów. Bez… nadmiaru rzeczy?

Można?

IMG_0119

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Sen… została wyłączona

Pan Tealight i Randka z Obrazami…

„Wyspa jest ich pełna…

Kolory i barwy, cienie i odcienie. Kształty i odbicia codzienności. No i ramy… bo widzicie bez ram, bez nieskutecznego ograniczenia tego wszystkiego, świat już dawno by nie istniał. Tylko dzięki ramom, wciąż możemy oddychać w miarę płynnie.

Tak jest z obrazami.

Małymi i dużymi, tymi strasznie wielkimi płachtami w lekko odrapanych drewienkach, i tymi mniejszymi w plastikach. Tych za szybkami i tych przed nimi… ale wiecie koniecznie, no podstawa to farba i płótno. Szmatka, podkład i szaleństwo. A potem dziwne zapatrzenie i mamienie zwyczajności człowieczej wszelakimi możliwościami. Widzicie, te na drewienkach, czy papierkach to już nie to samo. Jakby zawsze istniała możliwość zawinięcia się i ustrojenia w owe kiecki obrazowe. W dziwne wdzianka, szaty i omamy barwne. Jakby ramy tylko próbowały ograniczać, a jednak… jakoś do końca im to nie wychodziło.

Wiedźma Wrona Pożarta kochała z nimi chodzić na randki. Bo widzicie, na takiej randce jeść nie było trzeba, wcale się stroić i ogólnie starać, a jednak było niemożliwie cudownie. Wciąż ktoś ci się patrzył w oczy, wciąż odkrywał sobą to, co w tobie najlepsze, albo zapomniane, nowe, albo tylko i wyłącznie lekko prószone kurzem zaprzeszłości. Jakby… nagle przed tobą, za tobą, obok ciebie… znajdował się cały świat i chciał być tylko z tobą, za tobą, obok… i dla ciebie.

Dziwne to…

Szczególnie ten ciemny, mroczny, głęboki twierdzeniem, poszarpany spękaniem… noc z księżycem i gwiazdkami, jakby jej druga strona tak naprawdę. Noc wywinięta by pokazać szwy i nierówne cerowanie łatek, by ujawnić nieprzycięte niteczki i nierówne farbowanie, bo w końcu kto by się ubierał na lewą stronę? Byli tacy… ale… kto by chciał teraz? Widzieć wszystko bez ogródek i upiększeń… Ale najgorsze było to, że był on, ten nocny i ten drugi, ogniście świetlisty…

Ale na randce z obrazami nie musisz przecież się ograniczać do jednego partnera!!! Oj nie. Wprost przeciwnie, nie jest to wskazane!!!

Nie na Wyspie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8352

Z cyklu przeczytane: „Burza nad Hawaną” – … przygoda. Bo czemu nie? Dorośli też się mogą bawić, próbować, zdobywać i kminić… a może rozkminiać? Dlatego czytają Cusslera. By przeżyć przygodę, bo z wiekiem nie traci się zainteresowania niesamowitością lekko umaczaną w mistyce, archeologii, historii… no wiecie, wielce pokrętnej nauce!

Tym razem wpadamy w ramiona ciepłych klimatów, podwodnych poszukiwań, pewnej legendy, przepołowionego kamienia, Azteków, Majów, Olmeków… Ogólnie mówiąc nie ma głównego bohatera poza dziwnym kamieniem i kodeksem. Bo przecież obserwujemy odkrycia całej rodziny Pittów. Ich ucieczki, kolejne hipotezy, problemy, wpadki, owo balansowanie na granicy życia i śmierci…

Ta powieść pędzi i nie można jej przerwać. Skacze w czasie, przestrzeni: Jamajka, Kuba, USA… naukowcy, szabrownicy, zwyczajni ludzie. Pościgi, więzy, ciągła walka, stawanie na granicy swoich możliwości. A wszystko… by uzyskać odpowiedź. Wszystko przez ciekawość? A może… przez zwyczajną nieumiejętność życia bez adrenaliny. Bez tego ciągłego odkrywania nowego. Pewno, że chciałoby się umieścić tutaj coś więcej, więcej opisów, więcej dywagacji, więcej napięcia, mniej oczywistości, ale nie o to chodzi. Bo chodzi tylko o zabawę i przygodę, a z opisywania tego Clive Cussler uczynił swoją najświętszą markę!!!

IMG_1909

Wieje wiater…

Wieje wiater, wieje, oj wieje i całkiem Wam powiem, że i dmucha i chucha. Majta ludziami, autkami, a wiatrakami to tak kręci, że w mące się ładunki elektryczne pojawiają… i trącają siedzące na skrzydłach wiatraków trolle, no i zwodniczo, bardzo kręcą im włoski. I to nie tylko te na główkach. Bo wiecie, trolle to mają włoski w różnych, różnistych miejscach. Nie żebym je macała, nie do końca o to chodzi, znaczy nie do końca… serio! Ale i tak cała ta wietrzność mile wszystkich przedmuchuje. Siedzi sobie człowiek w domku spokojnie, robi co ma zrobić, pracuje póki nie padnie, wyłazi na zewnątrz i… leci!!! Bo widzicie, można nawet latać, ale sporadycznie kto się na latanie decyduje. Jednak do latania trzeba mieć długie gacie, no i wiecie, wygolić się, ogólnie tam dobrze podetrzeć. Założyć jakieś rajtuzki, pelerynkę, a na wierzch gatki i to najlepiej czerwone!!! Bo w końcu trzeba mieć styl, co nie? No i odróżniać się od mew!!!

Jak sobie tak lecisz nad Wyspą i milusio cię podwiewa i przestawia ci w środku różne sprawy… to miło jest. Wolność może to i nie jest, ale na pewno intymne przeczyszczenie. Może i nawet… duchowe. Bo widzicie, wietrzność jest szalona. Wszystko w niej jest możliwe, nawet to… co nie jest możliwe, lub takim się wydaje? A może jednak chodzi tylko o ten podwiew? Wiecie, chłopcy i dziewczynki, tak nawet na mojej Wyspie, są różnie zbudowani, więc każdy odczuwa to inaczej…

Wiatr jest fajny!!!

Może i wietrzność jest dla wielu wyłącznie strachem, porwanym praniem i rozsypanymi śmieciami, albo gorzej… tymi trzeszczącymi, niczym kości wielce nie nawykłe do aktywności fizycznej, pokryte mchem, albo takie wiecie, które od dawna już leżały w otwartym grobie, albo lepiej, w otwartym grobie i… MAJĄ NA SOBIE współczesne opakowania po chrupkach, a chrupki w zębach!!!

IMG_0013

Wyściguję się, ty się wyścigujesz?

Tak, Wyspa jest pełna wyścigów. Jak nie bieg, to rowerowy zawrót Gudhjem. Znaczy wiecie, ni nie wjedziecie, ni nie wyjedziecie, a jeszcze na dodatek to u nas serio w tym kierunku jest ino ta droga i jak nie skręcicie wcześniej, to buba!!! Dookoła was różnokolorowe rowerki i ludzie w obcisłych wielce portkach. A te porteczki to mają na takich wiecie świecących, ośligłych nibyrajtuzkach. Do tego jeszcze mają buciki świecące się niczym choineczki, ale nie ma pod nimi prezentów, a niektórzy jak zsiadają z tych rowerków, to kurcze mają te buciki podbite, czy coś, no i jak idą, jak bozia przykazała po ziemi, to stepują!!! A te pieluchy?!!! Ha ha ha!!! Serio, ale dla człowieka co zawsze na siodełku miał ino swoje pośladki, jest to… zabawne.

Tak, dziś był wyścig.

Trwało to krótko, ale zamroziło ruch w tej części Wyspy. Niby nic, a jednak zlazło się ludzi i wiecie co… przy okazji reklamowali SAMOCHODY!!! Ha ha ha… niby nic śmiesznego, ale jednak ironia!!!

Zwyczajowo wyścigi mamy ludziowe, znaczy nanóżne. Biegają jedni i drudzy, idą, czołgają się i tak dalej. Oczywiście są też wyścigi te nawodne, ale wtedy to ludzie ryby łowią, więc to pewno raczej wyścig dla tych skrzelistych, pływalnych, no i oczywiście skrzelowych, co nie? Wiecie jakie trofea dostają ryby? Same haczyki? A może same robaczki… a może człowieka na haczyku? To by było przynajmniej dowcipne. Taki człowiek zlatujący ze skały, przewracający się o korzenie, albo co się zapatrzył na owieczki…

Wiecie, na Wyspie wszystko rozciąga się dookoła pasji i sportów. Dlatego dziś poszłam do muzeum. Dokładnie do Oluf Høst Museet. Bo to w końcu moja pasja. Kolory, posesja z cudownym ogrodem, widokiem na port, fale, niebiańskie niebo… Tak w ogóle, to potrzebuję miękkich pędzli, zna ktoś sklep? I z dobrymi podobraziami? Takimi grubszymi, lniane są cudne!!! A zmieniając temat, by uwzględnić sport, to poleźliśmy z buta i dookoła świata, więc sorry, ale muszę się zdrzemnąć przed snem!!!

PS. Tia, no pewno, że polazłam do muzeum, bo był wlaz za darmo!!! Ale co ważniejsze, był tam znowu mój ukochany obraz!!! Wypożyczyli go!!!

IMG_0041

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Randka z Obrazami… została wyłączona

Pan Tealight i Muzeum Świętej Spalniości…

„Alleluja, biją dzwonki.

Kląskają ważki, niczym chude aniołki.

Dookoła całkiem ino jest kadzidło…

Oj jakże w modlitwie mi życie zbrzydło

Ojeblik, mała ucięta główka, nuciła sobie taką pioseneczkę nie od rana. Nie od wczoraj, ale właściwie od dnia, w którym wszyscy się poznali. A dokładniej wtedy, gdy Pan Tealight i Ojeblik spotkali Wiedźmę Wronę Pożartą i postanowili ją przerobić na aniołka. A co… wiecie trzeba się mierzyć z przeciwnościami losu i wciąż próbować innym uprzykrzyć życie.

A tak.

Od razu jak ja zobaczyli, te pulchne rączęta i nóżeta, owe dziwne loczki w króciutkich włoskach, to spojrzenie lekko owcze, jakby nie wiedziała, że cokolwiek na tym świecie może nie pachnieć różami i nie mieć konsystencji waty cukrowej. Takie na nich robiła wtedy wrażenie. Dopóki raz się nie wkurzyła i nie plunęła jadem na sto metrów… tia, wtedy schowali uprzednio przygotowane skrzydełka i aureolkę i wprowadzili ją w tajemny obrządek Kościoła Muzeum Świetej Spalniości.

Nie opierała się…

… w końcu kto nie lubi śnić i się z tego nie spowiadać? Kto nie lubi czcić posłania, wielbić poduszeczki, kto z Was pierwszy zdolny jest rzucić Jaśkiem? W przypadku Wiedźmy Wrony drugim tego imienia. Pierwszy niestety się rozsypał. Po ponad dwudziestu latach opieki zmienił się najpierw w lekko skotłowaną szmatkę, potem malał i malał… i malał, aż w końcu zniknął. Dokonał jednak Zpowrotem Wpiórach Się Osadzenia i znowu jest przy Wiedźmie… i znowu powli mija dwadzieścia lat. Bo widzicie, sen ma znaczenie, a Jasiek jego najwyższym Awatarem. Mu najprzyjemniejszym, najupoddańszym, najmilejszym.

Chodzący Śniący… tak się nazywali, bo gdy chcieli, nie przestawali śnić… Może i bez poduszki, kołderki, kocyka i misia, może… A jednak śnili. Wyznawcy najprawdziwszej wiary i Ona pomiędzy nimi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9968

Z cyklu przeczytane: „Ślepy demon. Sieciech” – … że fanatycznie? Ha ha ha! A może jednak prawdziwie? Ale o czym to w ogóle jest, posłuchajmy może autora. W jednym z wywiadów Jabłoński tak odpowiada na to pytanie: „O ślepym demonie, bezwzględnie ambitnym woju, pięknej niewiernej dziewczynie, okrutnie perwersyjnym królu i młodym złym czarowniku. „

I prawda.

Oto jest opowieść – a dokładnie drugi tom dylogii – która nie baczy na wtłoczoną nam w głowy historię. Która niczym czytane mi za młodu legendy, dziś nie do odnalezienia, inna jest niż ta zapisana w podręczniku historii. Taka, która nie tylko przywraca wiarę i żywot w zapomniane chramy, zagajniki i kamienne kręgi, ale przede wszystkim… tłumaczy, że świat, historię, zawsze piszą zwycięzcy. A przegrani? Cóż, przegranych najczęściej wsadza się w granice teorii spiskowych, lub tuszuje słowami: a czy ty do szkoły nie chodziłeś? A tak!!! Autor ma odwagę by wrócić do tamtych czasów, by przywrócić temu, co obecnie zwiecie pogaństwem, prawdziwe oblicze. Opisać, pokazać… opowiedzieć. Właściwie, ta to jest atypowa Stara Baśń. Pełna magii, stylizowanego języka, niesamowitości, ale i dziwnie znajomych nut. Jakby wkraczał w to nasze śmieciowe DNA i pozwalał przodkom przemówić…

Jednak powieść Witolda Jabłońskiego nie jest łatwa. Jest dość powolna, pełna miejsc, w których się zagłębiamy i zaczynamy nadmiernie myśleć. Nagle dociera do nas jak wiele ma w swoich pieleszach kultura Słowian… i jak wiele nam odebrano. „Sieciech” nie jest też spójny, to raczej zbiór wiążących się opowiadań, w których jednak powoli odnajdujemy nici tej samej tkaniny. Tak, jeżeli jesteście wierzącymi katolikami, może Was urazić. Co więcej, może sprawić, że zwątpicie. Ale zawsze możecie czytać to jako zwyczajną fantazję… w końcu któż może być pewnym przeszłości? Czy istnieje wiara, która na pewno zapewni nam szczęśliwość wiekuistą…

Kto może przewidzieć pewną przyszłość?

Ot… dola.

Warto przeczytać i przemyśleć…

IMG_1910

Pada deszczyk, pada…

Wiecie jak pachnie rozgrzany beton po pierwszych kroplach deszczu? Jak kurz wiąże się w drobinki i mami zmysły. Z jednej strony podtyka ciepło, z drugiej orzeźwia wczesnym zimnem. Jakie to jest niesamowite!!! A już jak wali w mój gigantyczny krzak lubczyku, to oszaleć można. Takie to wszystko magiczne. Do tego znad morza nawiewa jeszcze trochę bzem, a zza domu lekką podsyła nutkę konwalii… i już wiesz, że wszystko będzie dobrze, że nie trzeba się bać. Że wolno… zwyczajnie być. Bez metki, ceny, składu chemicznego, no i oczywiście daty przydatności do spożycia. Oj tak. Deszcz potrafi o skropić i zatopić, zmyć, rozwodnić, podlać, ochrzcić i wybaczyć… może nie wybielić, ale skrupulatnie zmienić nastawienie mokniętego do codzienności.

A może to Wyspa…

Księżyc właśnie osiągnął coś ponad swoją połowę i dostał jakiejś takiej poświtay. Może i kupił ją na wyprzedaży, a może jednak skorzystał z oferty wysyłkowej? Kto to tam wie, jak działają niebiańscy kurierzy. Czy Księżyc zamawia książki, herbatę i jadalną bieliznę na swoją ciemną zawsze stronę? A może jednak gustuje w poradnikach o zdorwym odżywianiu i fitnesie, nocami przeskakując z modowego bloga na bloga, i czekając oczywiście na ten moment, gdy znowu chudziuńki będzie się mógł zmieścić w te skórzane, obcisłe spodenki. Bo widzicie, Księżyc ma ten problem z przybieraniem wagi. Niby wie, że i tak przytyje znowu, a potem schudnie, no jak w zegarku, ale te reklamy tak go przeraźliwie namawiają, są takie przekonujące, że… wiecie, że gdy Księżyc przeczytał opowieść o Arielce, to zamarzyły mu się nogi? I to dwie!!!

Cóż, Księżyc nie do końca jest od nas daleki.

IMG_4718

Na Wyspie wszystko podlega naturze.

Sorry, ale jeśli planety tańczą, to nam odbija. Jeśli sztorm trzęsie ziemią, w ludziach luzują się śrubki i trzeba je mocniej oliwić. A jeśli Księżyc pełni wolę Pełni, to ogólnie mówiąc, wszyscy o tym wiedzą. Jakaś taka dzikość przechodzi z Wyspy na mieszkańców i Turyściznę. Na tych aktywnych i tych, którzy po prostu przyjeżdżają i śpią cały tydzień, czy nawet dwa tygodnie. Pod namiotem, pośród drzew, na plaży. Bo Wyspa wie, co robić z ludźmi. Radzi sobie z nimi i zwięrzątkami doskonale. I może nam się to nie podobać, ale czasem wydaje się być nawet brutalną. Jednak jeśli chodzi o żubry, to super jest. Stadko sprowadzone kilka lat temu z Polski podwoiło sowją cielesną objętość. Maluchy się rodzą swobodnie i radośnie, by potem spędzić zwyczajne życie w swym małym, bezpiecznym plemieniu. Nic im nie zagraża. Są największymi ssakami tutaj. Właściwie królami, gdyby nie to, że ludzie muszą zająć się ich liczebnością. No sorry, środowisko nie zniosłoby większego jeszcze stadka… i choć się nam marzy wolność, to jednak… Czy żubry są smaczne?

Tak, na Wyspie się poluje. Sporadycznie i oczywiście podług wszelakich praw, ale jednak. Może mi się to nie podobać, ale przecież… czy nie jest tak lepiej? Wiecie, zwyczajnie jeść to, co miało fajne życie, miało rodzinę, leżało na łączce, żarło szczęśliwe ździebełka i ziarenka, seks uprawiało – a tak, zwierzątka lubią seks też – przecież jesteśmy tym, co jemy. Gdybyśmy tak pałaszowali mniej mięska, moglibyśmy powrócić do tych czasów bez niewolniczej pracy krowinek skulonych w pudełkach i jajeczek z klatek.

Gdybyśmy…

Świat mógłby być lepszy. Może by tak zacząć od Wyspy? W końcu u nas krowiny tańczą na polach razem z owcami, konikami różnej wysokości, które też się bzykają. Ekhm. Niektóre mikrokonisie próbują nawet przelecieć wysokie kobyłki, ale… rzadko są pegazami!!! A co… na Wyspie istnieje seks! BUHU!!! Wielkie mi to co. Jakby te wszelkie jajeczka i wkurzające obecnie pisklaki, co to oczywiście budzą się o barbarzyńskiej porze i wszelako wrzeszczą, by je karmić, ale nie możesz w nie rzucić kanapką… tylko wkuty patrzysz, jak ci biedni rodzice kursują w te i wewte… i głupio ci niby, ale potem one znowu wrzeszczą, ty nie śpisz. No wiecie, zwyczajna zwyczajność – co wzięła się z seksu!!! Zresztą, seks jest dobry na wiele więcej…

IMG_9966

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muzeum Świętej Spalniości… została wyłączona

Pan Tealight i Zmyślona Mała Wiedźma…

„Tak było zawsze.

Może i chodziło o to, że za wcześnie nauczyła się czytać, że nie mogąc zaiwerzyć dorosłym wzięła ową część swego istnienia od początku w swoje ręce? Może? A może jednak było w tym coś więcej? Potrzeba gawędy? Tudzież zwyczajowego jedzenia, pożywania się, normalnego budowania siebie samej, albo i całego świata?

A może jednak jej ciągłe prośby o KONIECZNIE zmyślone bajki, w rzeczywistości, była dziwacznością? Niespójną anomalią dziecięcości? Nikt tego nie wie, ale ci dorośli za jej dzieciństwa wciąż z lękiem spoglądają na swoją przeszłość, która nakazała im nadmierną eksplorację wyobraźni i tworzenie opowieści o łyżeczkach i traktorkach. A wszystko przez dziewczynkę o krótkich włoskach z nadmiernie skąpymi sukieneczkami i pragnieniem kogla-mogla w oczach.

Nic dziwnego, że teraz, gdy świat nagle mimo nadprodukcji tak zwanej twórczości papierowej, nie potrafił jej nakarmić. Nie pozwalał się jej rozsmakować w książkach, a jeśli nie one… to czym ma się odżywiać? Snami? Kamieniami? A może dziarskimi dmuchawcami na łączce?

Oj tak. Świat produkował, ale jeść się tego nie dawało. A to przynosiło ze sobą całą masę frustracji i lekkie zanikanie Wiedźmy Wrony Pożartej i… coraz częśtsze myślenia w linii czysto nekromanckiej, oraz tej, która budowała Piwniczkę Pisarzy. Wyposażała ją w nazwiska, rysopisy, smakołyki, maszyny, komputery i ołówki. Ryzy papierów, nadmiar kawy, herbaty i bąbelków…

Bo gdy się nie ma co się lubi, to w końcu trzeba przywrócić z martwych tych pisarzy, co mówili, że nie są MARTFI. Przynajmniej Jego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0694

Z cyklu przeczytane: „Klątwa Tudorów” – … ona. Kobieta. Niegdyś księżniczka, możliwa następczyni tronu, teraz… niby kuzynka króla, a jednak, zagrożenie. Opiekunka, przyjaciółka, małżonka, wdowa, matka… siostra. Kto o niej pamięta? Kto wspomna wciąż Białą Różę Anglii?

Tak naprawdę ona się nie liczyła, czyż nie… tylko mężczyźni. Tamte czasy, zresztą, nie oszukujmy się, zawsze wątpimy w siłę kobiecości. Nie inaczej musiało być z Małgorzatą Pole. Zwykłą mężatką, matką, przerażoną biedną istotą, niegdysiejszą księżniczką, biedaczką, przegraną, potem ponownie wspinającą się na szczyt. Kochającą Katarzynę Aragońską, popierającą ją całą sobą, aż w końcu opiekunkę jej córki Marii. Tą, która żyła w okresie najbardziej zakręconego panowania Henryka VIII.

Jaka była? Cóż, przekonajcie się. Odrzućcie narzucone definicje, zwiejcie z lekcjii historii i poznajcie kobietę. Specyficzną. Silną, a jednak… wierzącą tak naprawdę wyłącznie w rodzinę. Jedną z Plantagenetów.

Ta historia jest inna. Obserwujemy życie, a raczej przysłuchujemy się Małgorzacie, która nam o nim opowiada. Spotykamy ją jako matkę, już mężatkę. Henryk jest mały, Artur szykuje się do ślubu. Wszystko przytłoczone jest panowaniem króla Henryka VII. Wszystko jest strachem. Czy kiedykolwiek się to zmieni? Cóż, wiemy że tak, a jednak wsłuchując się w ten specyficzny język, wchodząc do głowy tak myślącej kobiety… to jak otwarcie tych Wrót Czasu i… nie do końca rozumienie o co chodzi. Bo my dziś nie do końca potrafimy pojąć i patriotyzm i rodzinę. Odebrano nam to, ale dzięki pisarstu Gregory z łatwością możemy powrócić do innych czasów. Innych norm moralnych… ale wciąż dziwnie tych samych ludzi.

Warto… choć nie do końca tak porywa. Mniej w niej magii, ale przecież życie lady Pole właśnie takie było. Dla wielbicieli czasów i pisarstwa Philippy Gregory.

IMG_1906

Breaking News!!!

W Gudhjem z domu umknął legwan. Policja jest na jego tropie. Wiecie, w świecie, w którym na szczęście niewiele się dzieje, policja zwyczajnie lubi się zabawić. Ze zwierzątkami. A taki legwan… wyobraźcie sobie, że idziecie plażą, a tam mały smoczek. Niby nic, ale jednak zawału można dostać. Przejaśnienia jaźni, nagle uwierzyć, że nie jest się na Północy, na Wyspie, którą co prawda zwą może Północy Grecją, ale jednak pogodowo… wiecie sami. Może i ostatnio serio robi się coraz bardziej ciepło, przedwoczoraj było nawet duszno lekko, gdy przypadkiem całkiem i w wyniku wrodzonej ciapajowatości skąpała się w Bobbeå… mokra wracałam jakieś 5 kilometrów z powrotem, podziwiana przez wielu, nieschnąca raczej. Duszno było, dech odchodził z płucek, a jednak… zimno.

Czy legwan powrócił do domu? Czy poszukiwał sobie ukochanej, a może zaromansował z jakąś jaszczurką, tudzież w skalistych rozpadlinach odnalazł ślady smoczych przodków… nie wiem. Ale wydaje mi się, że na pewno chłopak się dobrze bawi! Co jak co, ale zabawy Wyspa proponuje przednie. Naturalne, dzikie i nieokiełznane w emocjach. Nie tylko pływanie w kamienistym strumieniu, nie tylko dziwne światełka w wodzie i zabawne porosty na głazach… nie tylko skały pełne rubinów i ametystów, nie tylko kryształowe ścieżki, nie tylko… Tak naprawdę zebrać to wszystko do kupy jest niemożliwością, ale może przekona was do odwiedzin miejsc zwanych muzeami fakt, że w ten weekedn do większości WSTĘP WOLNY!!! Kto się skusi? Bo ja na pewno. Tylko nie wiem jeszcze co obejrzeć… tyle korci, tyle zwodzi, tylu jeszcze nie odwiedziłam. Niby wciąż człowiek coś ogląda, poznaje nowe, wciąż tu go zapraszają i tam… niby mała

Wyspa moja, a przecież tyle jeszcze do zobaczenia.

Tyle jeszcze…

IMG_0059

Idę brzegiem, poprzez skały i biało-zielone tunele.

Myślałby człowiek, ze to niemożliwe, przecież to skała, moja Wyspa to skała, a jednak… wciąż coś tutaj rośnie. Może i drzewa niezbyt stare, ale tunele robią przecudne. Dołem białe pełne kwitnących kwiatów niedźwiedziego czosnku, górą młodolistkowe. Pochylone gałązki tworzą cudowny baldachim, przejmujący daszek, który tuli i chroni. Już nie bieli się kwiatami, tylko zieleni. A owej zieleni jest tak wiele. Mimo iż człek maluje, to jednak wciąż się mu wydaje, że nie jest w stanie sam sprokurować tylu odcieni jedne barwy. Ale natura potrafi. I wszystkie do siebie tak muzycznie pasują. I choć po lewej przepaść, to jednak się nie boję. Choć ścieżka tak wąska, osaczona ową aromatyczną czosnkową kwietnością, to jednak…

Idzie człowiek taką ścieżką i dziwuje się jej wirowości, jej tasiemkowości, wstążkowości, owym idealnym zakrętasom, owym falom czystej, niesamowitej ziemi. Owej lekkiej niemrawości pośród wszelakiej ruchliwej, zielonkawości. Idę i nie mogę się napatrzyć, jak z każdym krokiem wszystko się zmienia. Jedna gałązka sprawia, że tunel zmienia się w katedrę, inna znowu przygina nas lekko do ziemi, ale nie poniża. Tamte wyglądają jak filiranowe kolumny, ale te… pochylone ku ziemi, wciąż się kręcące, zdają się podpórkami niesamowitości.

Zwykła Wyspa?

A może wszystko, tylko nie to? Bo przecież jak opisać miejsce, które nie tylko wciąż się zmienia samo, według własnego planu, a jednak pozostaje dziwnie zawsze znajome i pradawne, to na dodatek… jakoś wszystko utrzymuje w kupie? Czy to tylko natura? A może jednak coś więcej? I jak w ten cały misterny plan wpisują się ludzie… niepokorni i dziwaczni, rozwydrzeni i zaabsorbowani sobą?

IMG_0140

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmyślona Mała Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Lord Lortshit…

„Wszyscy się tak rozpływają nad ową tolerancją, jednak na dźwięk owego słowa Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dostaje Wielkiej Wysypki w miejscach dziwnie intymniejszych… oj bo wiecie, gadanie jest łatwe. Internety są łatwe. W końcu każdy tłumaczy się dysortografią i dyssapiensowością i czym tam jeszcze… no i wszystko można wyfotoszopować. A Lorda Lortshita jednak nie przyjmujecie do siebie łatwo i z uśmiechem? Nie? Tym bardziej, że gość, dość wysuszony, a jednak dziwnie wilgotny mężczyzna, zawsze w skórzanym płaszczyku i meloniku, z nieodłączną walizeczką na kółkach, zdobioną wstążeczkami kolorowymi… wszędzie podróżuje z najpiękniejszymi okazami swojej kolekcji.

I zawsze jest gotów by ją pokazać. Właściwie zaczyna od tego każdą rozmowę. Czy chcecie czy nie. Nie, wcale nie jest nachalny, on zwyczajnie tak bardzo kocha swoją kolekcję i chce się nią dzielić. Po prostu. Chwalić, pokazywać, uczyć, opowiadać…

O niej.

Miał w niej okazy starsze i młodsze, kamienne prawie, ale i takie, wiecie świeże. Dokładnie zawinięte i zapakowane w pojemniczki na żywność, ale wciąż kupy. Rzadsze i gęstsze. Te psie i kocie. Ptasie i robalowe. No i oczywiście ludzkie. Tak, w nich cenił najbardziej kształt i twardość, choć miał też słabość do tych bobkowych. Nie tworzących całości, a raczej subtelną układankę… tak, kochał swoją kolekcję i bawił się nią. Podziwiał struktury i faktury, kolory i nie do końca przetworzone cząsteczki jedzenia.

Kochał niespodzianki…

Niegdyś w jednym kawałku znalazł całą szpulkę nici… bajer był w tym, że i szpulka i nici były osobno. Bez igły, bez zszywanych kawałków, ale jednak osobno. Kto je rozplątał, no i kto związał na czerwonej nitce aż dziewięć równych supełków?

Kto?

Badał swoje okazy codziennie, jeśli tylko był w domu. Głaskał je, mówił do nich, katalogował i czyścił. Zawsze oczekiwał pytań i gości, a jednak nikt nie przychodził, tylko Pan Tealight od czasu do czasu przysyłał mu zaskakująco niesamowite okazy, ale nigdy nie powiedział od kogo je miał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5975

Z cyklu przeczytane: „Alice” – … stracharz. On uczeń Stracharza, ona wiedźma. Jak to często w życiu bywa ci, którzy nie powinni się związać, tak właśnie robią, niczym dowód na to, iż przeciwieństwa się przyciągają.

Jednak kim ona jest naprawdę?

Alice, to specyficzny, kolejny tom sagi Josepha Delaneya „Kroniki Wardstone”. Opowieści o młodym Tomie Wardzie i jego perypetiach. A może raczej niesamowitościach bycia siódmym synem siódmego, do tego przeznaczonego by być… stracharzem. Pogromcą wszelkiego zła, wszelkiej niesamowitości. Ale tym razem mamy szansę wysłuchać jej… dziewczyny w spiczastych butach, tej, która potrafi, a jednak stara się nie być złą. A może zło to jednak tylko przykrywka?

Może…

Niesamowite jest to inne spojrzenie na historię, aczkolwiek nie pierwsze w serii. Już spoglądaliśmy na ten świat oczami Grimalkin, ale jednak… nie jest to to samo. Alice jest bardziej jak Tom. Opowiada o swoim życiu od początku, przybliża wszelkie swoje problemy, ujawnia nieścisłości, pokazuje demony i przytacza obawy. Przyznaje się do każdego dreszczu, każdego wydarzenia, które ją naznaczyło. Opowiada o sobie, o sowjej walce, swoich wątpliwościach. O tym, w jaki sposób dojrzewała. Jak spotkała Toma… jak pokochała go.

Jak zwykle dobra i mroczna historia. Takie coś nowego, świeże spojrzenie na znaną opowieść. Nie tylko dla młodszych. Oj nie!!!

IMG_9775

Świeci się…

Morze po prostu buzuje żółcieniami i zieleniami. Jakby ktoś wydał miliony na zlewające się w jedną falę, dyskretne światełka. Zresztą widać je przecież, u dołu skał w momencie odpływu, ale jakoś nikt nie może ich dotknąć. Jakby chciały tylko powiedzieć, zakrzyknąć: nie jesteśmy ułudą, ale nie pragnęły być namacalnymi. Tak, to wszystko jest niczym lekko już ścięta cytrynowa galaretka, którą ktoś rozlał w kobaltowość morskości, a która jednak nie wymieszała się. Dziwnie tylko utraciła swoją gęstość. Zmieniła się i przystosowała, może? Ale nie tylko chodzi o kolor, raczej o owo dziwne światło w tych czystych wodach okalających Wyspę. W ubraniach nurków, którzy skaczą z czerwonego pontonu mimo wiatru, mimo wciąż zimnej aury. Ale przecież… jakoś tak bardzo się chce wejść do tej czystości kobaltowej. Jakoś tak, mimo zimna, chcesz się zanurzyć, gdyby tylko kości tak nie bolały, oj popływałby człowiek. Bo w wodzie nie chodzi o jej ciepło, ale o coś więcej. Może właśnie o to światło? Odbicia piasków, glonowe kałuże, porostowe drzewka.

Przystajesz nad falami, w tej nieocienionej zatoczce Salomons Kapel i patrzysz na piaszczysto-kamieniste dno. Bo możesz? Bo je widać? A może zwyczajnie odczuwasz taką potrzebę zapatrzenia się w tą ciągłą zmienność? Po drodze mijasz ludzi już zapatrzonych. Cichych, nie robiących nic poza podstawowymi funkcjami ciał. Patrzących, a może słuchających? Zaczarowanych, oczarowanych, zapomnianych i zapominających? Siedzą na głazach, na wpół pochyleni, po prostu patrzą, czują, nie widząc. Tworząc w sobie obrazy, w których się zatapiają. W których cząstka z nich pozostanie, a pustge miejsce wypełni się ową błękitnością, niebieskością i granatami.

Co robi z nami morze?

Nie wiem. Czym do końca jest, cóż, nie wie nikt z nas. A jednak… spróbujcie się nie zasłuchać!!! Spróbujcie ni zapatrzeć się w te fale. A przecież są tak bardzo nudne! Po prostu płyną, poruszają się, robią grzywacze, odbijają się od kamieni i głazów. Od tych specyficznie ukształtowanych, od tych wciąż jeszcze chropowatych, jakby nowych, świeżych, któe nie wiedzą jeszcze co je czeka. A może wiedzą? Jeżeli one nie są pewne, jak my możemy być? Jak wytrzymujemy ową „nudę”? Dlaczego uznajemy ją aż za tak FASCYNUJĄCĄ, że w niej toniemy nawet nie zanurzając palca, czy włosa. Tak po prostu i na zawsze… częściowo, lub do końca.

IMG_6677 (2)

Wietrzność na skałach, jaszczurki pod łapkami.

Oj jak dobrze po prostu wyleźć z domu i iść. Pomiędzy skałami, które porośnięte porostami zdają się być mechate, ale niech was nie zwodzą oczy!!! Oj nie!!! Wystarczy się oprzeć i już krzyczycie, bo owa miękkość jest tulko zwodnicza, a poza tym, mimo zimnego wiatru, słońce potrafi naprawdę nagrzać granitowe wypustki. Jeśli chodzi o mchy, to spokojnie. One aż proszą, machają do was tymi kuleczkami na włoskowatych patyczkach. Tak bardzo pragną by się nimi zainteresować, a może i potem zabrać na butach kawałek i zwyczajnie jakoś tak… poroznosić je po świecie. Do tego drzewa… z których każde jest inne. Dumne, ale nie zanurzone w sobie, nie zarozumiałe, piękne, tymi specyficznymi kształtami. Ileż w tym wszystkim inspiracji… ileż w tym wszystkim swobody wybierania drogi. Oj no pewno, że wdpeniesz w owcze kuleczki, nie można inaczej, ale przecież to wszystko prosi się aż o owieczki. Cała ta nagminność żywieniowa, bogactwo i rozkosz owczego podniebienia, chce być chrupana i podskubywana. Ale nie bójcie się, owce nawet na was nie zerkną. No, może troszeczkę. Jak na kolejnego, irytującego motylka? Ptaszka może? Za to jeżeli macie zamiar coś zjeść, szykujcie się na towarzystwo i nie mówię tutaj o mrówkach, oj nie… mam na myśli ptaszencje.

Siedzi sobie człowiek pod wielkim jałowcem, we względnym spokoju i kości grzeje, tutaj na czubeczku Wyspy, pod wielką, różowawą w kamienistości swej latarnią, a tu co… no dobra, pewno, że przy okazji coś zje, ale żeby tak od razu przyłazić, przylatywać i domagać się nie tyle okruszków, co raczej całego ciastka? Wrony i mewy to jedno, są wielkie, więc człowiek od razu rzuca gryzione cudowności, a potem ucieka… ale te kawki? No co z wami? Patrzycie na nas tymi jasnymi, błękitnymi tylko w odcieniach bieli oczami, no i jakoś tak neizbornie, już człowiekowi ni jedzenie ni trawienie nie idzie. Musisz oddać ciasteczko!!! I nie, one nie pytają czy to bezglutenowe, czy jednak coś z otrębami, zwyczajnie chcą, więc się poddajesz!!!

Wyspa nas może i rozpieszcza?

Może niektórych bardziej?

IMG_0055

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lord Lortshit… została wyłączona

Pan Tealight i Krakena Światło…

„Właściwie to… na początku hipotezy było różne. Szybko zaczęła wygrywać ta sił połączonych: Wiedźmy Wrony i Ojeblika – małej, uciętej główki – krzycząca, iż to wszystko, to galaretka cytrynowa! Bo widzicie Wiedźma kocha galaretkę, ale na Wyspie jej nie ma, więc tęskni… za poziomkową i wiśniową, za brzoskwiniową i z leśnych owoców, agrestową, cytrynową i truskawkową oczywiście. I jakie tam smaki jeszcze być mogą? Jagodowa? A może ananasowa?

A może ptaszydłowa?

Kurcze… czy są galaretki buraczkowe, albo ogórkowe? A może tak mizeria w galaretce? Mizeria jest super!!!

Stali tak wszyscy w Północnym Porcie i spoglądali w fale, a te jak zwykle robiły swoje, falowały i się burzyły, górą białawe, w głębinach dziwnie migoczące, jakieś takie inne, zajęte, ale i bacznie obserwujące. I te kamienie. Jakoś tak inaczej dziś obmywały. Może i miały jakiś konkurs? Czy jest Pucharek Fali? Ojeblik uznała, że jeśli jest, to ona chce też wystąpić, bo czemu nie?

Stali tak gromadnie, a cała owa mokra kobaltowość i mroczna granatowość, owe błękity pokręcone i szamragdy w jednym miejscu przecinały galaretkowo żółte, choć może i kanarkowe – czy przypadkiem nie rozpuścił ktoś kanarków w morzu? A może z jakiegoś statku się wydostały, zmieniły w Kanarkowe Syreny i… Widzicie, wiele można mieć hipotez, wiele można mieć pomysłów, gdy nic ni nikt cię nie ogarnia, gdy tak naprawdę niekt nie powie… nie, to nie może być to. Bo to się zmienia, wiruje i pasami dziwnie oplata skały. Żółtość głośna, taka radosna, świeża…

A potem nagle znika. I znowu się pojawia… jakby ktoś pstrykał, jakby ktoś zwyczajnie próbował? Może i coś się zdarzyło w tych płytkawych, przybrzeżnych skalistościach? Może i morskość ma nowego mieszkańca?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4310

Książki… przyszły. Jedzonko kochane. Pachną tak, że wszystko zdaje się być lepsze, łagodniejsze, bardziej przyswajalne…

IMG_1902

Moja Wyspa…

Miejsce, gdzie z powodu gniazda solsortów facet nie wchodzi do szopy. W związku z tym ogródek mu zarasta, bo przecież nie może. Bo przecież mają młode. Bo przecież jak to tak? One tam są malusie i golutkie, latać nie umieją, piórek nie mają właściwie, różowiutkie, miejscami szarawo-czarniawe i bezbronne takie… cóż za rozterka? Walić ogrodnictwo!!! Nie ma żadnej. Bo przcież cóż znaczą grabki i haczki, gdy tam niesamowicie kwiląc, życie się rozwija?

Siedzę na klopie i przez wywietrznik słyszę owe, świeżo wyklute pisklaczki. Trochę to irracjonalne, ale po tym, jak z sarną kupę człowiek robił – zboczona podglądaczka – to nic mnie już nie zaskakuje w tej intymnej sytuacji. Po prostu siedzę i słucham. Niczym szapnerwskiej muzy. Nie rozumiem co gadają, a może rozumiem, ale wciąż udaję przed samą sobą? Kto to tam wie.

Możliwe to jednak ino tutaj!!!

A potem idzie człowiek sobie spokojnie do ogródka, a tam co? A nowa Wrona Wariatka Wrzaskunka. Nosz kurcze. Co było złego w posiadaniu ino dwóch wron dolatujących? Bazylii, co zawsze pięknie kroczy i Rubina Oczopląsa? Widać coś musiało być, bo Bazylia przeniosła się na drogę, gdzie łazi za zającem, co mieszka za sąsiadem wraz z rodziną, a ta nowa siedzi mi na trawniku i wrzeszczy. A jak toto się nadyma, by dźwięki wydawać? Nosz kurna!!! Ta szarość się jej podnosi i puszy, wielki dziób się rozwiera. Krrraaaa… to pikuś, bajer w tym, że później ona tokuje i jodłuje, by przejść do… ekhm miauczenia. A tak… oto moja nowa znajoma, wrona co miauczy. I co wybiera mi kasztany z doniczek!!! Tylko po to by je nadgryźć, a potem… przynieść mi nowego kasztana i wsadzić prawie w to samo miejsce, z którego wzięła ten poprzedni. Ekhm! Czy ktoś wie, co mogła mieć na myśli? A może w końcu spełnię swoje marzenie o posiadaniu lasu stumilowego i mocno zróżnicowanego?

Bo mi się las marzy…

IMG_3473 (2)

Duńskie prawo się zmieniło.

I pewno, fajno, że nie zastrzelą waszego kota, czy psa, choć czasem sama mam ochotę sąsiadowego osrajca zapakować do wyrzutni rakietowej… ile można być cudzą kuwetą? Ale przez tą lekką prawność – choć wciąż ta część obowiązuje – Duńczycy przestali prowadzać psy na smyczy!!! Bez urazy, kocham psy, ale co zrobić, jak nagle dwa brytany rzucają się z dziwnym wyrazem pyska, śliniąc się i serio pragnąc kotleta z mojej dupy? Co zrobić, gdy człowiek idzie ścieżką, a tu nagle bydlę wyskakuje, warczy, szczeka, a właściciele wcale nad nim nie panuje. Woła go, ale wiecie, psu za jedno kogo zje… więc co robić? Kłaść się i czekać, aż odgryzie nogę, czy rękę, czy jednak olać sprawę i rzucić się na niego. Wiecie, prawo puszczy takie? No i w trakcie, jak już będzi gryzł, no przecież kurna nie uderzę psa!!! Człowieka może, ale psa?

No nic.

Idzie człowiek i ma nadzieję, że jednak tym razem nic go nie zje. Po prawej woda, pod łapami ma lekko fioletowe wrzosowisko. Pięknie jest. Niby wieje mroźny wiater, niby fale, a jednak… słonko przygrzewa. Kaptur więc na łeb i w długą. Nie myśląc o drodze, skacząc ze skały na skałę… bo przecież tutaj zawsze się gdzieś dojdzie. Tak naprawdę wszędzie i daleko i blisko. Bo idziesz, mijasz dwie morskie latarnie, a wciąż nic… po prawej kamienne układanki, po lewej dąbki. Karłowate pięknie. Powykręcane, z porozrzucanymi dzieciątkami dookoła. Maleńkie sadzonki znajdują sobie ziemię wszędzie. Chcą żyć, rosnąć, piąć się, a może i skręcać?

A wszystko porastają porosty. Jakby każda roślinność i głazowatość musiała zostać zaaprobowana przez nie. Przez wodność. I te mchy… patrzysz w nie, a tam całkiem inne światy. Dotykasz je i cząstka ciebie tam już zostaje na zawsze… no chyba, że zachce ci się siku, to sami wiecie!

Uważajcie na kleszcze! Żerte są bardzo!!!

IMG_4723 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krakena Światło… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Wkurzacz…

„Zwykle Wiedźma Wrona Pożarta, zwana przez pluszaki Ptaszydłem, nie alienowała się od wszelakiego ptactwa – czytaj wron. Gdzie ona, tam i one. Szare w szczególności, czarnookie, puchate i specyficznie głośne, a jednak czasem… ciche i atakujące z nienacka. Badb!!! Oj tak, oto i była ona. Ale on… pojawił się nagle. Chociaż może zwyczajnie był tam od zawsze, ale jakoś tak nie doszło do poznania? Ekhm, nie wiadomo, na razie przynajmniej, bo może uda sie go w końcu zmusić do jakichś rozmów? Może… na razie ino lata, biało-szaro-stalowo-czarna włochata, rozwrzeszczana kulka, wielkości śreniego psa… i dziobie. A jaki czerwony na ryju!!! Nosz jak nic problem alkoholowy, albo problemy z ciśnieniem. Mówię wam, źle z nim będzie.

Na razie, jeszcze, siedzi dumny za kratką z siatki z wielkimi oczkami i patrzy się na nią… na Wiedźmę. Nastroszył czub, dziób lekko przetarł piórami. I gapi się w nią… jakby nie zauważał tych wszystkich pobocznych kur, jakby… może i miał misję wynikającą z jakiegoś poplątania z połamaniem, nadmiaru jaj, kwoczek i całej tej żeńskości, ale dlaczego tak bardzo się gapił. Dlaczego owym patrzeniem się ujawnił i piórkiem pozostawionym na progu Białego Domostwa i… kupą.

Siedzi tam i myśli, jak to fajnie by było, gdyby ją w panierkę wsadzić, doprawić podstawowo solą i pieprzem, wyluzować uprzednio, umyć i opalić, potem ponownie w przyprawy, może i te bardziej orientalne, może i lekko pikantne, panierkę i na głęboki tłuszcz. Oj jakże skwierczy Wiedźma… do tego frytki, sałatka, no i kubełek. Musi być kubełek. W końcu i tak lubi niebieski…

Pan Wkurzacz ma wciąż takie marzenie. Wciąż też siedzi za kratkami z siatki z wielkimi oczkami, w Starym Gårdzie… jak się oczka powiększą, albo puszczą, wiecie, jak w rajstopach z dawnych czasów, pogubią… co wtedy? Ile w Ptaszydle jest tych udek i skzydełek? W końcu to magia… A Wy nie oceniajcie. W końcu każdy winien mieć marzenia, czyż nie? Nawet stare kogucisko!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3480

Cuda!!! Może i nie mogłam być na Targach Książki – zresztą sorry, ale tłumy, ludzie, ściski i ogólnie mówiąc spotkania cielesne, to nie dla mnie… ale i tak coś mam! Dzięki cudownemu Furiatowi, może go znacie, cztery łapy, ogonek, dużo skóry… no i oczywiście dzięki Sil z bloga Słowa duże i małe, i ja mam coś!!!

IMG_1860

Bo jestem zboczeniec na magnesy!!!

IMG_1861

I kartka!!! DZIĘKUJEMY!!! Kochani jesteście!!!

IMG_1862

Coraz więcej słońca…

… nie żeby cieplej było, bez przesady. I nie żebym marudziła, w końcu co jak co, ale dla mnie zima może trwać większą część roku. Kocham śnieg… a jednak te niespodzianki. Znaczy kurcze, niezapominajki. Ten rok serio do nich należy. Pożarły fiołki i wszelkie tam wiosenne wczesne wyrostki kwiatowe, a jednak… to one panują. Człowiek nawet nie wiedział, że pamiętliwe umieją tak bardzi się mutować i są tak wytrzymałe!!! Próbowaliście kiedyś trzymać je w wodzie. No wciąż siedzą tam i tylko zmieniają kolor na lekko rżowy. Taki jak te płyny wszelakie na niestrawności, czy coś w ten deseń. Ale… trzeba w końcu to przyznać, niezapominajki opanowały Wyspę. Idzie sobie człowiek w prawo i w lewo i co chwila są one. Grupują się w dziwnie drażliwie, zbrojne i waleczne podgrupy i ino czekają, kogo by tutaj ułapić i nastawić po swojemu. Wiecie, na niebiesko go przerobić, dowalić mu kilka płatków, a potem… pozwolić mu zapomnieć. Bo widzicie, wszystko tutaj kręci się wokół myśli, wspomnień… może one się nimi żywią? I tymi marzeniami, które umykają, wiecie, wtedy, gdy kurcze już zasypiasz i nazbyt ciężka głowa nie pozwala zapisać, odrzucić snu, bo przecież to sen, już czeka, już otwiera drzwi i welonu uchyla. Głupio tak odpuścić. Zresztą, może to jednak nic.

Głupi pomysł, może jednak straszna pomyłka?

Może zawsze powinno się jednak… nie spać? A może te sny jednak wrócą? Może te pomysły pozolą na chwilę odetchnąć? A może tyko się wydają takimi ważnymi? Może tak naprawdę nic w nich nie ma?

Może… to tylko sen?

A te niezapominajki? Jak mogą być takie malunie i takie ogromne. Jak mogą tak patrzeć na człowieka, jakby nie tylko wiedziały, ale i dość dobrze podsłuchiwały. Jakby były w posiadaniu tej Wielkiej Mądrości, ale też i Świadomości, która pozwala im się uśmiechać z tym wyrazem płatków głośno dowodzącym, że: my wiemy, ale nie powiemy… nawet gdy śpią.

IMG_3274 (3)

Może Wyspa to sen?

Ech! Chyba coś mi nastrój się zmienił na taki bardziej szalony. Chyba jednak na przerażająco szalony… bo zaczyna mi się wydawać, że tutaj, tylko tutaj, czas często przystaje. Robi sobie kanapki, spędza wieczór na plaży, albo na skałach. Tak po prostu jest tylko dla siebie. Nagle bierze wolny weekend i zwiedza stojące kamienie, albo tak po prostu błąka się po Almindingen. Tu skoczy na lody, tam znowu przysiądzie, by wypisać kartki do znajomych, znaczki z Królową nakleić…

… a właśnie, czy ludzie wciąż listy piszą?

Jak ja? Kochają kupować kartki, może i nie liżą znaczków, bo teraz są te samoprzylepne i nie trzeba po Królowej jęzorem latać, ale jednak. Wciąż jest to zabawne!!! Czy zastanawiają się co napisać? A potem te kartki, jeśli ktoś niezbyt zwyczajny, błąkają się w książkach, albo między pitami i po wielu latach przywracają uśmiech na twarzy, która nagle przypomina sobie… przeszłość?

Kocham pocztę. Starą, może i skostniałą, może i totalną przeszłość, choć używają samochodów, nie koni już… ale rozpoczęcie dnia od pudła książek, czekoladek z innego krańca świata – wciąż przecież można dostać coś, co nie jest popularne na całym świecie – magnesu z innego zakątka, którego, całkiem możliwe, że sama nigdy nie zobaczę… albo listu. Z tym charakterem pisma, po którym widać dokładnie kto jaki jest, z tymi zawijasami, dorzuconymi rysunkami. No i pocztówki!!! Niby zdjęcie, ale coś innego, niż to samo na Facebooku. Takie to wszystko bardziej osobiste, bardziej niesamowite i magiczne. Skryte, a jednak jakże tłumaczące, z dziwną łatwością, kto jest kim gdzieś tam, gdzie teraz tylko jesień, a nie wiosna. Gdzie śnieg, a skały mają bardziej wygładzony styl… no i gdzie są palmy. Bo co do meczetów, to wiecie… ekhm.

Kochałam w świecie różnorodność. Szkoda, że tak się ją morduje…

IMG_3475

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Wkurzacz… została wyłączona