Pan Tealight i Wiedźma Plącząca…

„Właściwie, to…

Widzicie, jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, to trudno jej coś przetłumaczyć do tego zatłoczonego książkami łba. No właściwie jeszcze nikomu się to nie udało, więc kiedy, obciążona kamieniami i nową łódką, wybrała się na spacer, po prostu poszli za nią. Żeby przypilnować i jej i Wyspy. Nie bacząc na huraganowy wiatr i co chwila odrywającą się od ziemi istotność…

Nie no… spoko!!!

Poleciała przecież tylko trzy razy, znaczy tak naprawdę, że ganiali za nią uczepieni jej wielkiej, włochatej, zdolnej pożreć wszystko torby… Nie pomagały wzięte kamyki, bo tak, w końcu ona nigdzie się bez nich nie ruszała, ni książka tak na wszelki wypadek. Nie pomagały cukierki, też na trolli wypadek, ni nic obciążającego sumienie… a przecież miała na nim wiele!!! Nie chodziło tylko o ten dziwny sen, którego macki wciąż w sobie czuła. O owe obrazy i słowa…

– Dzisiaj wydaję na świat państwa twoje oddechy aniołowi…

To właśnie usłyszała ostatnio we śnie i jakoś nie mogło jej przejść. Ni anioł, wielki i raczej nader mocarny, ni grobowiec dziwny, wielki, może i Aztecki, może i nie do końca chornologicznie przystający, a jednak… do końca nie wiedziała, czy śniła, bo na kostce miałą dziwny siniak w kształcie mapy… może powinna była go opisać nim zniknie? A może nigdy nie zniknie?

Dlatego właśnie szła… by wyrzucić z siebie, wywiać to wszystko. Plątała siebie, ale i samą Wyspę, wplatała wszystko w jakąś pokrętną historię, która może i nie powinna była się wydarzyć? Może? A może już dawno się wydarzyła? Bo od pewnego czasu granice się nie zacierały, one… zanikały. Już niczego nie można było być ot tak po prostu pewnym, ot tak zwyczajnie… bezpiecznym w swoim własnym widzimisię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6893

Z cyklu recenzja: „Legendy z Kociewia i Borów Tucholskich…”

IMG_6279

Zieleń…

Spoglądaliście kiedyś na pole. To późnowiosenne, które się zieleni. Nie ma w sobie jeszcze kłosów, ale pod różnymi kątami, zależnie od padania słońca, wiatrów i wszelkiego nawodnienia, zieleni się we wszystkie względy tematu. Najpierw na zwyczajnie zielono. Świeżo, ale jednak jakoś nudnie, potem na świeżo zielono, zaskakująco, ale wciąż znajomo. Aż w końcu, pod przechyłem własnego ciała widzicie te wnętrza trawek, które rechoczą się owym neonowym zielonym. Jakby wiedziały, że nie wolno, ale z dziecinną naiwnością pewne były tego, że nikt ich nie złapie za przekraczanie zielonych norm barwnych. A może wiedzą, że nawet jeśli ktoś je złapie, to przecież nie będzie się mógł na nie gniewać? No jak? Na biedne, maleńkie traweczki, co mają być chlebkiem? Toż to byłaby okrucienność powalająca!!! Któż się na to odważy? Oj nikt!!!

A tak.

Zieleń rodzącego się życia przebija wszystko. Obok niebieskiego koloru to chyba ta najbardziej radosna i zmienna odcieniowo barwa? A może jednak wszystkiemu znowu winna jest Wyspa? Bo przecież to ona ma owo NAJBARDZIEJ niesamowite światło ukochane przez artystów i damy w słusznym wieku, w którym to już raczej się dba o to co i kiedy nas obświetla? Światło, które zdaje się pozwalać kolorom szaleć. Mieszać się i spowalniać swoje obroty. Jakoś tak dojrzewać, albo zwyczajnie odpuszczać i blednąć w rajcujących momentach promieniowania. Tylko skąd się to wszystko bierze? Czy to wina nasłonecznienia? Dookolnej wody, a może jednak skał, promieniowania z granitowych odłamków? A może piasku z południa Wyspy?

A może jednak specyficzna garderoba wyspowych trolli i krasnali, która doprawdy sporadycznie dba o bieliznę na pośladkach, a i kiecki czy spodenki ma w małym poważaniu kochając trącanie pokrzywowych parzydełek… ma na ową swietlność czystą, na owe zamglenia miejscowe, tą poetykę promienistości i ciąg wiekuistej niemroczności, jakiś nagminny wpływ?

IMG_6277 (3)

Wyspa się wietrzy…

Co jak co, ale dawno nie było tak słonecznie i powiewowo jednocześnie. Dziwne to. Gdyby nie chłodny, szczypiący lekko wiatr, co wydusza nie tylko z oczu łzy, byłoby gorąco. Może nawet skąpałby człek nie jeden półdupek w morzu, a tu… nic z tego. Wietrzność wymaga targanie ze sobą bluzy, co kocham. A tak. Jak się nie lubi nadmiernego ciepełka to taka huraganowa bryza może ocalnić niejedno istnienie. Istenienie upierdliwie tłumaczące, że przecież powinno być gorąco, bo ona tak chce… urżnę jej łeb później!!! A co!!! W końcu nie wolno tłumić w sobie emocji, co nie? No i Wyspa wpływa na nie nie mocniej niż ta cholerna pełnia księżyca!!!

Wychodzi człowiek w naturę, porzuca swoje telepiące się na aitrach domostwo… i wietrzy się. Nie żeby ograniczało to prysznice. Co to, to nie!!! Higienę sorry, ale zachować trzeba!!! Wietrzenie ludzi polega jednak na czymś innym, czymś więcej, czymś, co jest tak podejrzane, że raczej nikt nie chce o tym wspominać. Po prostu idziesz i starasz się utrzymać ziemi, a jak już się nie możesz jej utrzymać, to lecisz. No chyba, że właśnie wietrzenie zatrzymuje cię w jednym miejscu i nie możesz nic. Ni cofnąć się ni iść na przód. Tkwisz tak, z jednej strony bezwolny, z drugiej jakoś tak… jakby na prochach droższych i z wyższej półki, no i się kielczysz. Bo wietrzność wpływa na poczucie humoru. Otrzepuje je, odmuchuje i wydziera z tych czeluści ciebie samego, w które zamiotły je owe nowe normy społeczne i zaprzeczanie samemu sobie.

Stoisz pomiędzy wiatrem a wiatrem niczym namacalny dowód na molestowanie człowieka naturą… i się nie skarżysz. Bo wiesz, że w końcu puszczą, a nawet jak polecisz, to rechocząc się złośliwie… Wyspa ściągnie cię z powrotem.

No chyba, że nie…

No to pa!!!

IMG_6316 (3)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.