Pan Tealight i Ta Jedyna Królewna…

„Przybyła nad rankiem, niczym ewidentny, rozczochrany, wielce tam skąpo odziany, a przecież na Wyspie, to raczej zawsze piździ… jak ten dowód rozpusty nocą, i od tego czasu wciąż jęczała… Łkała do ukochanego kubka Pana Tealighta, bo podobno jej łez nie wolno tak ot upuszczać na podłogę, ziemię, a nawet wszelako prochami umarłych uświęconą posadzkę kamienną, milionami kolan wytartą…

… i łkała…

– No bo, kto to widział. Wszyscy mają psychologów, czy coś, a ja? A mnie nikt się nie spytał o zdanie? Skurkowaniec mnie ratuje, mimo iż nic nas nie łączyło, a z Morduniem byliśmy w wieży od nastu lat… ale to on ten pożądany, że niby wielce wieża, że niby smok i potwory. Jakie potwory?!!! Ludzie no! Zwyczajnie inni ludzie, może i mają pryszcze, ale to w końcu rodzina!!!

Wlecze się na tym swoim rumaku – kto to widział, na białym! Nosz przecież każdą plakę i krostkę widać z daleka, i chujowe maskowanie w lecie!!! – odstrojony jak na Boże Ciało i co, że niby ratuje? A takiego!!! I ubił mi ukochanego Mordunia!!! Jak mógł. Zwyzywał go od czarnoksiężników i wiedźminów, jakby było coś w tym złego, ot profesja jak profesja… a potem ubił. Na szczęście dobrą jestem nekromantką! Ale i tak poczekać muszę… to zajebie gnojka!!! Nie przeżyje, nie skończy już codzienności przemiłej innej koronowanej wielbicielki wież!!! Nie!!!

Niby wszystko wiecie, było po staremu i wieża i smok i zły, co rzucił klątwę czarodziej, ale tym razem ona nie pokochała smoka, zresztą to i tak zamężna, starsza pani jest, ale właśnie jego… I przecież żyli obok siebie i ciągle, codziennie się widywali i w ogóle, nosz kto pozwala na takie bezeceństwa, a potem oczekuje, że młody może i przystojny chojrak, zarzuci złotą obrączką na paluch dopiero co wyjęty z ogródkowego bałaganu? No kto uwierzy, że ona tak po prostu skoczy i się zakocha?

No kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6764

Z cyklu przeczytane: „Złodzieje snów” – … nie wiem. No serio nie wiem. Pierwszy cykl tej autorki powalił mnie na kolanach. Mimo tak wielu opowieści o wilkołakach, jakaś była… inna. A a seria? Cóż, jest magiczna, ale… to chyba nie do końca to. Przynajmniej nie dla mnie.

Opowieść o magii, tej, która widzi przyszłość i gromadzie chłopaków toczy się dalej. Tym razem poznajemy resztę tej specyficznej bandy, ich przeszłość, to, co naprawdę ich ukształtowało… ale… No właśnie, ale. To wszystko jest coraz bardziej dziwnie niedorosłe. Naiwne. Jakieś takie sztampowe. Niedojrzałe. Może rzeczywiście ta seria przeznaczona jest dla bardzo młodziutkich nastolatek? Sama magia zaś, nie do końca trzyma się kupy. Jakoś wydaje się człowiekowi, że już, ot zaraz za zakrętem… a tutaj znowu wynurzenia o tym kto kogo kocha i dlaczego… i czemu ona kocha tego, którego kochać nie powinna, mimo iż go kocha przecież…

Zawiodłam się. Naprawdę głęboko, ale wiecie… tylko ja się zawiodłam. Nastoletnim wielbicielkom opowieści miłosnych z drobiną niezbyt uciążliwej magii ta seria na pewno się spodoba!!!

IMG_8864

Nie wiem tego…

… ale podobno jak się leci, to cała Wyspa wygląda jak Simsy. Wiecie, malownicze malunie domki, cudowne pola, żółtawe oczywiście w tym czasie, zielonkawe i brązowawe, no i do tego skały. Wszelakie. Nosz przepiękne patchworki. Co prawda jak się człowiek przyjrzy, to widzi tam jakieś poruszające się pudełeczka… a w nicj ludzi. Dobra, ludzi może z samolotu nie widzi, ale autka jak najbardziej. I może konie, albo te cudne włochate krowinki? Słodkie są takie!!! Je pewno też widać. No i całą resztę, która składa się w nesamowitość. Małą, rzuconą we wszelakie odcienie niebieskości i szarości… falujące, bielejące grzywaczami…

Nie wiem tego, bo zwyczajnie pieruńsko boję się latać. Chodzić wolę. Bo jak się idzie, to nogi się ma własne, to taniej jakoś tak i wszędzie się zatrzymać można i prawie wszystko dotknąć można, no może raczej nie polecamy rzucania się na Turyściznę, która ponownie zapomina że tzw. ścieżki rowerowe najczęściej dzielić należy z tym, co zwie się przechodniami… A tak, Turyścizna już się zjechała. Może niewiele, może i raczej jakieś takie specyficzne jej twory, ale są. W sklepach ser wykupili, nosz czy oni się ino serem żywią, czy co? Chociaż nie, nagle świeczek też nie ma, ogólnie mówiąc bida i kiła na Mniejszym Krańcu Świata.

Na Mniejszym Krańcu Świata, gdzie właśnie zaczynają kwitnąć bzy… i pachnie tak mocno wszystko i nagle jest jakoś tak lżej, choć serio przecież wciąż trzeba założyć cieplejsze giezło na grzbiet… Ale pachnie, więc wszystko jest jakoś tak lepiej. Jakoś tak owa aromaterapia działa na wszystko i wszystkich!!! Na wielki autokar, który zaparkował koło Melstedgaardu i, który pożera właśnie wyplutych wcześniej osobników w wieku średnim. Taki kurna bulimik, czy coś? Nigdy nie wiadomo. W końcu co wolno autobusowi, to i człowiekowi!!!

Zresztą… bzy kwitną, więc wybaczone wszystko…

IMG_3252 (2)

Wszelako chmurne niebo zmoczyło lekko swoje zielonkawości i przepyszne kolory kamienistych plaż. Widzicie… znalazłam dzisiaj pośród skał ametysta. Pewno, że nie czysty i nie wydmuchany wychuchany, ale jakby gościa szlifnąć, klejnot będzie! Oto i jest cudowność twardych skałek. Potrafią trzymać w swoich szarościach barwności, linie i wszelakie krystalizacje. I szare i białe, we wszelkich bieli smakach i fioletowe i rdzawe, burgundowe i czerwonawe…

Bo mogą?

Na Wyspie to kurcze jest taka ideologia, że jak można, to się robi, no chyba, że się nikomu nie chce to się nie robi, a czasem sie robi, a potem płomień się wypala i się nie robi już… albo się w ogóle nie robi, ale… żeby nie było!!! Nadchodzi czas sprzątania linii brzegowej, więc wszyscy do roboty! Bierzemy rękawiczki, patyczki i worki na śmieci i do roboty. Samo się raczej nie zrobi, a nawet jeżeli fale i wiatry zrobią to za nas, to wiecie, lepiej niech się bawią liściami, kamyczkami, abo cudnymi szkiełkami, które tak pięknie fale potrafią zmienić…

Plastiki do kosza!!!

Wiecie, jak się ma Wyspę, może i nie na własność, może i tylko na chwilkę przecież, to i tak trzeba o nią zadbać przecież!!!

Bo piękna jest i niech taką zostanie!!!

IMG_0138

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ta Jedyna Królewna… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Wyrocznia…

„No tak…

Chyba czas się do tego w końcu przyznać. Może i ze wstydem lekkim, rumieńcem na organach… znaczy policzkach tych i tamtych, może i z wahaniem, azaliż i trzęsącymi się kolankami… może… bo widzicie, jest to tajemnica wielka, ogromna i potężna. Taka, co serio nie za bardzo pragnie się ujawniać, ale i tak wciąż jątrzy i jątrzy i strupki zdzira, krostki profanuje.

Tajemnica…

Czy tajemnice nie są z gruntu rzeczy tajemnicami, bo mają być odkryte? Jakby nimi nie były, to byłyby odkrywajkami, co nie?

Mniejsza. Wiadomo, że cała magia na Wyspie mieści się w szczupłych i jasnych dłoniach Pani Wyspy – cielesnej jej formy, znaczy Wyspy, awatara, czy co tam teraz w modzie jest? No wiecie onej relikwii najświętszej. Formie miękkiej geologicznego szaleństwa, ale on o to nie dbał. Wiecie, facet… obchodziło go tylko jego własne bycie, jego własne zamieszkiwanie, ederkoppery, wszelakie używki dożylne, wpijane i wdychane… oj, przyznaję, że ten koleś dymił!!!

Wciąż i wciąż i wciąż…

W jaskini, w głębiach Wyspy, niczym szeroko zakrojone na prawdziwość utożsamianie się z regułami parytetów siedział on. Pan Wyrocznia. Golusieńki, nawet wiecie, nie owsłosiony, czy coś. Bez opaski na bioderkach, z gołym i łysym… naprzeciwnym elementem dupy. Podobno na imię miał Dżon i był kolejnym z dłuuugiej linii męskich wyroczniów. Nie żeby ktoś sprawdzał, bo widzicie, samo jego istnienie nie oznaczało tłumów wiernych zadających mu pytania. Zresztą. Może i miał trójnóg i ognisko – jak donosiły slogany reklamowe, napary i zielskie owiewy, ale jednak… tylko od czasu do czasu Stareńki Thor do niego przypływał, ale i tak niedobitki Turyścizny, te nie bojące się fal i nie przemęczone wymiotami, te wciąż przytomne, niezbyt były zaintrygowane chudym, białym wariatem podskakującym na skałach i machającym czymś, co wyglądało na stadko przekłutych baloników. Podobo coś też wykrzykiwał, ale wiecie, Wyspa to w końcu dama, nie przepada za wulgaryzmami, więc je zagłusza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6310

Z cyklu przeczytane: „Podróż Turila” – … skonfundowana. Tak, właśnie taka jestem. Poczesana, potrząśnięta, lekko znaiepokojona. Bo widzicie… ta niewielka książka, to z jednej strony cudo. I mitologiczne i obrazowe, opisowe, narracyjne, no i wiecie, ten Turil!!! A z drugiej… cóż, opowieści piękne, ale wciąż coś mi przerywało, jakoś tak się gruzowiskiem w opowieści osypało. Jakoś całkiem mnie nie poruszyło, nie pozwoliło w historię wlecieć, wleźć, zapomnieć się…

No i przecież kurna to nie grabarz!!!

Po pierwsze gość, pozostający w specyficznej komitywie ze statkiem, to nie grabarz, ino spec od narzucanej umieralności. Dobra, mają cech i tak dalej, ale grabarz to grabarz, gość od łopaty i dzwonków w trumnach. Czy tam teraz pewno telefonów?! Bynajmniej… nie grabarz. Dobra, żyje w kosmosie i robi imprezy pożegnalne dla innych, ale wciąż… nie grabarz. Fajny ma może ten kosmos, całkiem niesamowity, pełen intrygujacych postaci, tworów i potworów, ale jednak… I te opowieści o ludach kosmicznych… ach, jakie tu smaczki, ale…

Ale… cały problem w tym, że w tej historii wszystkiego jest nadto. I bohater od umierania i jego statek, całe jego życie i profesja z dawien pradawien. Już to wystarczy na opowieść, a tutaj na dodatek jeszcze niszczyciele światów, polityki dziwne, oj nie. Po prostu za wiele tego. Za wiele. Może w tym pogrzebany… sens? Bo gdy wszystkiego nadto, do tego wiecie, nazwy takie, że mózg się lasuje, to jakoś nie da się mimo najszczerszych chęci, ale… tia, jest kolejne ALE!!! I nie mówimy o piwie! To jest ale, które mówi – zostaw, poczytaj potem. Wróć do tej książki, nie zapominaj, no i tego się trzymam!!!

Wrócę do Turila. Przed śmiercią!!!

IMG_9693

Wodospady…

Płynie Wyspa. Płynie na wodzie i spływa wodą. Wielu to zastanawia, że wyspa Wyspa, a wodę ma. A juści!!! I wodospady ma. Kilka dni temu stałam pod jednym z nich i zadawałam sobie pytania, po kiego ludziom jakieś Hawaje? Bo przecież u nas i robale mniejsze i wszelako mniej jadowite, no i ogólnie mówiąc tłoków takich nie ma, a i woda czyściutka, kolorowa jak trzeba, a w górę jak się patrzy, to niebo błękitne, błękitnusieńkie!!! I ta krawędź, niby między światami, lekko czarniawa, lekko zielonkawa, tnie błękitność na dwie części wyrzucając w nią, głęboko, perełeczki wody. Bielutkie, bieluśne, zimne dziwnie… asz chce się je złapać i naszyjnik jakiś uczynić. Nie mogę uwierzyć, że to tutaj jest, że spływa i szemrzy. Bielunie, głębokim granatem w głębi zaszczycone. A dołem znowu takie… z jednej strony czyste i lustrzane, a z drugiej jednak lekko ziemiste. Ochrą jakby barwione.

Szczególnie tutaj przy ziemi.

Jakby znalazły w podłożu jakieś chemiczne mieszanki i lekko je naznaczając, migoczą.

I te kaczeńce…

W jaki sposób to wszystko rośnie na skale? Niby człek wie o drobinkach gleby, erozji i innych ziemskich czarach i marach, a jednak wciąż się dziwuje. Patrzy na te wielkie skały, na ową plażowość, ukazującą się za cieniutkim paskiem zarośli… na ten kobalt głęboki, nad którym chmura ziwna. Lekko dołem spiczasta, górą rozłożysta, niczym płatek jakiegoś magicznego kwiatu. Jakby gdzieś tak w górze, dziwnie oczywiście genetycznie modyfikowana stokrorchidea, była lekko drżącym paluszkiem zakochanej dziewuszki wyłysiana. Jakby płatek po płatku, powoli zwyczajnie pytanie zadając najstarsze: kocha, czy nie kocha, korzystając z nieobronności roślinki… skalpuje ją.

IMG_3001 (4)

A ona oczywiście jednak nie jest aż tak bezbronna.

Widzicie, roślinka mścić się pragnie!!! Ale ponieważ płatek nie może zadziałać na wredną młodocianą kochanicę, to mści się oczywiście na czymś innym. Może nad jakąś dziwaczną, mistyczną, kosmiczną konstrukcją unoszącą się nad Wyspą? Może to właśnie na nich spływa teraz dziwaczny odór z Niewiadomokąd… duszą się, mdli ich i ogólnie jest im niefajnie, ale płatek nie przyjmuje błagań, nie przyjmuje przeprosin. O nie… zerwano go i brutalnie usunięto ze świata, w imię czego? MIŁOŚCI? Ale jak to? Jak tak można? Smród innym!!! SMRÓD!!!

Płatek nad morzem wciąż się unosi zmieniając pół fal na stalowe, mrukliwe pofałdowania, a resztę pozostawiając mięciutką, pachnącą i specyficznie kobaltową. Niby większość luda widzi w tej chmurce zapowiedź jakiegoś opadu, ale nie ty. Bo przecież nie da się już więcej sikać. No i serio, jak robić to na plaży, gdy z połowy zerka na ciebie ten płatek? No nie da się wystawić pupy na takowe podglądactwo.

A wielkich kamieni niewiele. Zresztą, nawet jak są, to dziwnie widoczne, odkryte ze wszystkich stron, no i te ruiny… Bo widzicie, z prawej spoglądają na was i ruiny i jakoś durno tak sikać pod okiem tych wszystkich wieków. Niby wie człek, że Wyspa dobrze o tym wie, że człowiek sikać musi, ale jednak… wciąż się tremujesz. A na dodatek, ten wodospad wciąż nadaje. Czekoladka pożerana po pokonaniu wielu stopni w dół i przy świadomości tego, iż tą samą drogą trzeba wrócić, na dodatek POD górkę… cóż, trzeba się wzmocnić!!!

IMG_3002 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Wyrocznia… została wyłączona

Pan Tealight i Siusiaczek…

„Ciurkanie.

Szmeranie, cieknienie, szumanie…

Właściwie tylko dźwięk wody, która powoli, niewidocznie właściwie, ale nie zrażając się brakiem natychmiastowych efektów, gładzi i modyfikuje, poleruje i powoli odtwarza na nowo. Tylko płynąc właściwie…

Moczopędność cieków wodnych nie jest czymś zaskakującym. Ilu z Was odkręca kurek, by zwyczajnie popuścić pasa? Ekhm, ale uważajcie, nie siadajcie zbyt szybko na kibelek, się okazać może, że klapa nie podniesiona. Nie dziwota więc, że do owych cieków wszelakość Białego Domostwa uciekała się, znaczy udawała zwyczajnie, dość często. Mimo posiadania własnego strumyczka szemrzącego pod oknami, mimo wszelakiej kamiennej ociekliwości, mszysości, oraz innych działających na pęcherz czynników, odwiedzali wszelakie Wyspy siusiaki. Większe i mniejsze. Bardziej i mniej strome… ale ten ich zaskoczył. Wielkością, ciekiem i rozkropelkowaniem.

No i nazywał się Pissebækken.

Spróbujcie wymówić to i się nie roześmiać… a wiadomo, śmiech to popuszczanie!!! I znowu cieknie, znowu mokro, a przy powiewach wietrznych i przewiewa. Ekhm, ale nic to, w końcu wyprowadzić Wiedźmę Wronę Pożartą na spacer trzeba było, a przy okazji i innym pozwolić po skałkach pobrykać, więc… wybrali się razem. Na wycieczkę. Wszyscy. Może i tworzyli barwną grupę, ale na szczęście nie było zbyt wielu swiadków owego upokorzenia. Dla każdego innego. Bo wiecie z upokorzeniem jest jak z siusianiem. W końcu zawsze musicie szukać Wiedźmy Wrony, która ponownie krzyżując niemiłosiernie nóżencje, szukała jakiegoś ukrycia i skrycia. Tym razem, chociaż dopiero dotarli na miejsce, szukali jej już dwa razy, no i raz starali się wyplątać ją z dziwnych, wrażliwie spragnionych bliskości gałązek dzikich jeżyn i malin.

A było na co popatrzeć.

Dołem, powoli acz radośnie, w rytmie niezdolnym zoczyć ludzkim okiem, ale Ojeblikowym już tak, wspinały się kaczeńce. Niby skały, a jednak jakoś im to szło… miały do wyboru ciek prawy, lub lewy, a do tego odgórnie narzuconą muzykę. I kropelki. Kropeleczki niczym perełeczki odbijające się od czarnych skałek, cudownie białe, wspaniałe, miłosne… roszące skórę i wszelako inne przedmioty. Od razu Smok z Komina zrobił się o wiele bardziej radosny.

Ach jak one mu się podobały… Spadały z tak wielkiej wysokości, a jednak wciąż się unosiły, tańczyły i latały w powietrzu. Piękne, delikatne i wrażliwe. Muskały łagodną gładkość skał, ale tylko przez chwilę, potem odbijały się i unosiły… jakby tak naprawdę nie spadały, nie były wodą…

A niebo było błękitne!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5536 (2)

Z cyklu przeczytane: „Plan na szczęście” – … szczęście. Czy jest możliwe? A może to tylko mrzonka? Bajka… cudowność wmawiana nam przez tych, którzy szczególnie chcą nam sprzedać coś, co je na pewno umożliwi. Bo przecież to życie – czysta i sumienna nieprzewidywalność!

Czy można naprawdę nim pokierować?

Erica James przyzwyczaiła nas do ludzkich, prawdziwych historii i nie inaczej jest tym razem. Z jednej strony dowcipnie i słodko, z drugiej zwyczajnie, brutalnie czasem. Bohaterki są trzy. Niczym trzy twarze Boginii. Starucha, Matka i Dziewica – która właściwie już nią nie jest. Trzy kobiety, w trzech różnych momentach życia. Zagubione, biedne, zniechęcone, a jednak… dzięki wzajemnej sile wciąż jakoś ciągnące swoje krzyżyki. Niesamowite osobowości, z którymi nie tylko nie można się nudzić, ale przede wszystkim nigdy do końca nie można być pewnym tego, co zrobią czy powiedzą. Starucha i Matka dobrze się znają, ale to właśnie pojawienie się tej trzeciej, w jakiś dziwny sposób, w ciągu tak krótkiego okresu czasu, pozwala na… prawdę.

Dobra, sympatyczna, jajcarska miejscami, opowieść. Nie tylko powalająca duchem starszej pani… oj Hermione, moja bohaterka, nią będę, gdy dorosnę. Nie tylko oszałamiająca bezczelnością młodziutkiej Jo-Jo, ale przede wszystkim nieprzerysowana, Prawdziwa i naturalna. Taka, jaka mogła się wydarzyć, lub dziać się wciąż. Nie ma tu wymuszonych happy endów, ale i nie ma za bardzo naciąganych złośliwości. Są po prostu… ludzie. Są one… kobiety. Dobrze napisana opowieść, akurat na ciepłe, wiosenne wieczory, gdy wszystko wciąż w duszy gra, a ptaki w końcu śpią.

IMG_9836

Sny…

Ale jak Wyspa śni?

Na leżąco, czy stojąco. Na prawym boczku, na lewym, unosząc się czy nie? Pod kołderką, z poduszeczką i misiem? A może jednak… przy muzyce? Może zasypia wyłącznie jak ptaki hałąsują, a może nie? Może trzeba jej nucić kołysanki, a może zachowywać szczególną ciszę? A może jednak nie śpi? Nie no… musi sypiać, w końcu ze snów bierze się wszystko. Przecież nie można tak bez śnienia. Ale czy Wyspa ma sypialnię? Czy po prostu nocą zwija wybrzeża i łódeczki do swoich łóżeczek kładzie i sieci porzucone, zapomniane zwija we wstążeczki, no i wiecie, przetrzepuje listki, zamyka oczki okienkom? Potem bierze się za trapy wszelakie i mostki, za nabrzeża, porty i tak dalej. Jednym rozdaje poduchy i materace, innym znowu kocyki puchate, a jeszcze innym po prostu kontrakty, na których to podstawie mewy będą ich puchem ogrzewać bez srania. Bo widzicie, na srania to są inne kontrakty. Podobno wcale nie takie proste…

Spanie na Wyspie jest inne.

Najpierw rzeczywiście trzeba się przyzwyczaić i do ciszy i do dziwnej głośności. Do drzew, które śpiewają specyficzne kołysanki, no i do fal, oczywiście. Ale i do pól, do owych dziwnych połaci, obecnie zielonych, lub żółtych. Wiecie, są i rzepakowe radości. Jedzie człowiek sobie spokojnie i widzi to cudo… po prawej żółcienie i zielenie, po lewej oczywiście kobaltowość spokojnej toni. Ech… ileż jest tego morza, cała masa. Cała, wielka, masa. Czy morze śpi? A może jednak ono nigdy nie śni? Może tylko syreny i krakeny w nim śnią? A może one śnią dla niego? Dla fal i toni… a może chociaż drzemie, gdy sztormy są największe, bo za nic w świecie nie umie usnąć, gdy wszystko jest takie gładkie, jak stół… i ciche.

IMG_5931 (2)

Spaliście kiedyś w namiocie?

Pod drzewami, blisko plaży, gdzie piasek zdaje się robić za jakiś kosmiczny, dziwny czasomierz? Pamiętacie ten chłód poranka? Ową zaskakującą mroczliwość i mroźliwość? Taką, która nie tylko zdaje się zniewalać, gdy maszerujecie do kibelka na campingu, ale przede wszystkim sprawia, że gdy zimno… śpi się najlepiej? Dlatego tak bardzo nie chcesz wyłazić ze śpiwora, tak bardzo wolałbyś nie czuć tego moczu uderzającego do głowy… ale warto. Bo widzicie, można przyłapać Wyspę na drzemce. Nawet jeżeli znowu balowała w nocy, to nad ranem, właśnie w owym chłodzie, zawsze przysypia. Ucina i komara i muszkę owocówkę. Zresztą nie tylko ona. Wszystko jest takie ospałe, aż człowiek się zastanawia, nagle trzeźwiejąc w tym chłodzie, czy nie jest odwrotnie, czy to wszystko nie jest snem? Czy ten biały motylek z pomarańczowymi końcóweczkami skrzydełek, nie jest czymś z pomiędzy czasów i welonów, spomiędzy przestrzeni i zamyśleń? Snem? Bo może na Wyspie mieszkają sny? Tak naprawdę i w rzeczywistości? Może to właśnie one są tutaj autochtonami, tubylcami, uroczo pogrupowanymi skamielinami?

Może…

Naprawdę uważam, że sny mamy tutaj jakieś takie specyficzne. Głębsze, mocniejsze, bardziej koorowe, bardziej takie żyjące. Jakby w rzeczywistości dopiero w nocy, dopiero za zamkniętymi oczami zaczynało się życie. I może tak jest. Bo pod powiekami jest Wyspa. Taka sama, ale nie do końca taka sama. Bez urazy, ale w końcu jest doskonałością sama w sobie, nie musi się zmieniać, zwyczajnie wystarczy zostawić jej czas, nie niszczyć i już… drzewka, krzaczki, kwiatki, roślinki, zwierzątka i wszelakie uczucia. Jest, więc pod powiekami nic się nie zmienia, zwyczajnie wszystko jest trochę bardziej jasne, oczywiste i normalnie magiczne.

A może śnimy teraz?

IMG_9111 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Siusiaczek… została wyłączona

Pan Tealight i Potop Foczi…

„Niby zawsze tutaj były, a jednak… ostatnio pojawiały się częściej, pojawiało się ich więcej, pojawiały się… ponadgryzane dla zabawy ryby. Ryby patroszone we wzroki, z dziwnie umęczonymi oczami. Wciąż lśniącymi morskimi łzami. Te wycinkowane, prawie całkiem w jakieś koronki, w jakieś arabeski i inne cuda wianki. Nadziewane magicznie ukonstytuowanymi masami, oraz te… do których nikt nie chciał się nawet zbliżać. Które już z daleka gromadziły chmury, wyziewy i kałuże dziwnych, swądliwych profesji. Zwodniczki i Ciemiężycielki.

Zapowiedzicielki…

A ekolodzy na to, że nie, nie wolno. Bo przecież foczki są takie malusie i milusie, cudne i puchate, gdy małe, a potem no śliskie, czyściutkie, no patrzcie w te czarne oczęta, no patrzcie, a czy ktokolwiek spoglądał ostatnio w oczy głodnego Ojeblika? Małej, uciętej główki? Ktokolwiek z was? Nie, bo przecież w oczy małych lwiątek też nie spoglądacie, ino w kółko, że ta gazela taka malutka i chudziutka, ślepia ma wielkie, taka młoda, że nie mieści się w duszy człowieka, co olewa własną, starą ciotkę, jak tak można ganiać biedne zwierzątko…

A co z naturą?

Natura… Tak, to ona. W formie niemłodej, aczkolwiek wyraziście rajcownej damy od dłuższego czasu, tak z pięć dni upłynęło, rozpływała się we łzach i pożerała karmelowe lody z miseczki z zagranicznymi truskaweczkami. Pan Tealight jak zwykle nic nie mówił, tylko wysyłał jedną z Księżniczek do sklepu, a potem wsadzał przyniesione zapasy do Uparcie Barwnej Szafy Złamanych Serc. Wiecie, zawsze lepiej wysłać babę do sklepu. Jakoś on sam nigdy nie dostawał takich upustów jak dziewczyny. A już Wiedźmy z Pieca, to wcale nie potrzebowały kasy, ale wyciągnąć je z ciepłego kącika Białego Domostwa wymagało nakładu pracy. Dlatego Genowefa nie mogła być pewną, iż po tym pojemniczku lodów, będzie coś więcej… a tak, wiedzieliście, że Natura ma na imię Genowefa? Gienia, dla znajomych!!! Podobno łączą ją z Panem Tealightem jakieś rodzinne więzy, ale Wiedźma Wrona Pożarta nie doszła jeszcze do tego, czy to kajdany, dyby, czy ino wstążeczki z lekiej koronki.

Widzicie, Natura kochała swoje foczki, bez urazy, strasznie je kochała, ale wszystko musiało być harmonią. I to nie tą od grania. Nie tą fałszującą, ale tą serio harmonijną… a jak ludzie się w coś pakowali, to wiadomo… no i dlatego na Wyspę, która się na nią bardzo obraziła za nieobronność, szykował się Potop Foczi.

I co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8974 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni Lapończyk” – … zimno. I renifery. I brak Świętego w czerwonym, wesołym wdzianku. Raczje mróz, głód, bieda i picie. I chciwość… Ale są i oni… Saamowie. Lód wciąż jeszcze tak bardzo legendarny.

Tak bardzo dyskryminowany.

Kojarzą nam się z reniferami, ciemnością, zimnem. Lapończycy. Saamowie. Ale tak naprawdę niewiele o nich wiemy, tak naprawdę prawie nic. Chyba dlatego ta zbrodnia jest tak intrygująca. Tak bardzo przejmująca. Bo jaki sens ma zabicie człowieka, który tak naprawdę już nie żyje? Jaki sens, poza politycznym, może mieć kradzież saamskiego szamańskiego bębna?

Co kryje przeszłość?

Książka mogłaby być lepsza. Coś w niej nie spaja wszystkiego, coś się nie lepi, ale i tak wciąga. Jacy tutaj są bohaterowie! Nosz kurcze! Na pewno istnieją! Muszę ich poznać! Tą panią geolog, albo starszych Saamów, posłuchać joików. Zwyczajnie dotknąć ich, posłuchać, pozwolić im odmalowywać obrazy ze swojej przeszłości, pozwolić się oczarować ich osobowości. Wejść w nich głębiej, bo przecież jest tam na pewno tak wiele. Spotkać się na rosołku z renifera… no dobra, może bez ciepłej krwi i tak dalej, ale jednak. W dziczy, w namiocie, w pustce.

Ale nie tylko bohaterowie, nie tylko sama fabuła i zbrodnia czaruje, a właśnie te wplecione w nią mity, szamańskie sprawy. Cała ta opowieść o ludziach, o których nikt już nie pamięta, o których nikt tak naprawdę nie walczy… i tylko coś wewnątrz mnie kołacze, coś szepcze: że czegoś tu brakuje!!! Że coś nie do końca zostało wyjaśnione, odmalowane i odśpiewane… Ale może się czepiam? Bo przecież sama powieśc mnie porwała. Zmroziła codzienność, przywróciła wiarę w dzikość i to, że wciąż można w niej żyć. Że wciąż są tacy ludzie…

Warto!!!

IMG_8867

Mglistości…

Czasem słońce jest, a jakby go nie było. Wiecie, jedną malutką duszą… i tak dalej. Jest słońce i właściwie nie ma światła. Błękitne zwyczajowo niebo uderza w tony szarości. Jest takie miękkie, takie dziwnie puchate, aż chce się podskoczyć wystrczająco wysoko, by się od niego odbić. A moze nie odbić, tylko w nie wpaść? Zanurzyć się i już pozostać w tej miękkości, w której nikt nie ocenia, nikt nie hejtuje, nikt właściwie nie ma zmartwień, bo jeżeli wszystko jest miękkością, to ani nie wini miękkich odnajdując w nich swoich, ani tych twardych, którym tak dobrze robi na kąty. Zwyczajnie. Ot najbardziej nieseksualne uczucie świata. Dziwnie… akceptujące samym nie dbając o akceptacje i te wszelkie poprawności, o interpretacje i tolerancje. Po prostu jest. Ni się uśmiecha, ni nie, a może całkiem nie dba o wyraz twarzy, no i czy ma twarz tak w ogóle…

A może polizać?

Ugryźć, wgryźć się… w ową szarość? Skaczesz, po drodze łapiesz łyżeczkę unoszącą się gdzieś w niebycie, wyciągasz rękę i nabierasz szarości. Owego bytu, ale i wszelkiego niedbania. Ach, jakie to musi być smaczne!!! Jak świeże ciaso drożdżowe z kruszonką i lukrem, które Babcia upiekła, no i którego nie wolno jeść gdy ciepłe, ale wiesz, że możesz odłamać kawałek kruszonki, tą gókę polaną słodkim mleczkiem… zresztą ot, no i sama odpadła. Nikt nie widział, nikt nie wie. To, że Babcia się uśmiecha wcale nie znaczy, że jest świadoma owej słodkiej zbrodni. Bo przecież nie mogła zobaczyć, nieprawdaż, w końcu to pierwszy raz, ja robiłem to pierwszy raz, więc i cały świat zaluczył złamanie swej niewinności.

Nie mogło być inaczej.

W szarości płynnej, kochanej takiej, niczym lekki opar znad purchawki, który co prawda ma w sobie zarodniki, ale gołe oko, co to wyleciało sobie z oczodoła, co się toczy radośnie w szarości owej, odbija się od jej kolejnych liniii, nie może ich widzieć. A jak nie widzi to wiecie, nie ma tego, co niewidzialne. A może jest?

Może i szarość, to coś więcej?

IMG_9898

Na Wyspę wróciły ławeczki.

A tak, ławeczki są wielce tam w większości wygodne, no i jak tylko sezon się kńczy, tozwijają swoje deseczki i chowają się we własnym zimohusie. Mają tam podobno masę wygód i jakieś spa, wiecie, lakierowanie i podsuszanie, malowanie i lekkie gilgotanie sęków. A co. W końcu napracowały się przez sezon, tyle dup na nich… znaczy pośladków się uspokoiło na ich brzegach, tyle zmęczonych głów się złożyło, ramion odpoczęło na oparciach, a o niektóre to nawet rowery dyszały, pieski przywiązane się ocierały. Wiecie, zwyczajne życie. Stoją przecież i się nie ruszają. Przy drogach i dróżkach, przy ścieżkach i rzeczkach, na polankach, między laskami, w ich wnętrzu, lub przy wielkich kamieniach. Są te nadmorskie, solą poznaczone i te bardziej toczone robaczkiem leśnym. Są takie, które zawsze wybierają tylko jedne miesjce, ale i takie, które kochają przemieszczać się po Wyspie. Brązowe i zielonkawe, takie bardziej drewniane, no i takie, które mają podpórki z betonu. No i są te rodzinne. Piknikowe cuda, dwie zakochane w sobie ławeczki, na zawsze rozdzielone przez stolik. Jak weszły w ten trójkąt? Cóż, nie wiadomo, ale zaraźliwe to podobno…

Wyspa ma ławeczki w tak dziwnych i zaskakujących miejscach, że sama o nich zapomina, ale one nie… one pamietają. Zapatrzone w jej piękno i ową pór roku różnorodność, po prostu są i podziwiają. Siedzą i są… obsiadywane. Niektórzy mawiają, że zawsze na nich ktoś siedzi, że tak naprawdę półdupkiem zostawiasz tam kawałek swojej duszy, ale… kto by w to wierzył? A może jednak. Bo widzicie, coś jest w tych ławeczkach. Coś więcej, niż tylko i wyłącznie miejsce do odpoczynku, rozpakowania kanapek, postawienia butelki z wodą, lub zwyczajnie odetchnięcia. Jednak… Widzicie, bo może jest jeszcze inna legenda, taka, o któej nikt nie wspomina, o któej lepiej nie mówić, bo wtedy zawsze staralibyśmy się dotykać ziemi tylko i wyłącznie najmniejszą częścią swojego ciała, obutą bezpiecznie, najlepiej jeszcze okręconą folią metalową…

… lepiej nie mówić.

IMG_3866 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potop Foczi… została wyłączona

Pan Tealight i Mrówcza Depresja…

„Przytuli, przytuli, przytuli… może i nie jest z niej zwyczajowa, w podziemiach tkwiąca Królowa, ale przynajmniej przytuli. I dużo jej i ciepło i ogólnie przytuli. Bo może tylko o to chodzi, że utuli. Oj nawet jeśli któreś z nas zginą, stłoczone, przytłoczone, zmiażdżone i wzruszone, wciąż jednak…

… warto!!!

Warto zginąć pod tą wielką masą, warto zeschłym truchełkiem się stać, mało zauważanym, takim, które odpadnie dopiero po prysznicy, a może i nie. Może zwyczajnie się gdzieś zagubi w tarmoszeniach jej własnej ubieralności? Cokolwiek się stanie, jednak warto, dla tej chwili, dla momentu, dla ciepła i dotyku. Nawet jeśli zaraz Wielka Macierz Mrówczej tożsamości utraci miliony z was i tak… warto.

I ruszyły. Wydarły się z ziemi, zapoznały się z jej miejscem pobytu, skołowały sobie kopakę i pod przykryciem piasków i tych wszelakich budowlanych niemocy, sprowadziły się i czekały… czekały na dogodny moment. Przez ten czas mrówcze pokolenia mijały, pijedyncze truchełka znikały w żołądkach kolejnych… ale wiedziały, że mają misję, że ich własna Antychrystczyni Pramatek przybędzie.

I przybyła.

Pojawiła się, ale one wiedziały, że to nie jest czas. Czekały na znak, na mijające pory roku, na kolejnych Fałszywych Proroków. Czekały… aż w końcu wszystko się rozpoczęło. I było lepsze, niż opisywały gryzopisy w liściach wygryzane… I było słodkie i najprzyjemniejsze, specjalne i doskonałe. W końcu nie zbyt często można leżeć w grupowym objęciu z Wiedźmą Wroną Poartą… może i się wyrywającą, jęczącą, drapiącą się i złorzeczącą wszelakim bytom i niebytom kosmicznym, ale jednak… tylko ich, własną, jedyną!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9935

Z cyklu przeczytane: „Clariel” – … oj to były czasy. Bo widzicie, poprzednie tomy cyklu czytałam… sto lat temu. Jeszcze wytedy, gdy cała ta fantastyczna forma nie była nakierowana głównie na niedorostki. Gdy bohaterowie mogli zwyczajnie, być niegrzeczni. Gdy pewne normy nie były ważne, nie było w fantastyce tej całej poprawności politycznej. Wtedy poznałam powieści Gartha Nixa. Nie tylko tę serię, ale potem i tą „tygodniową” i zakochałam się. W tym specyficznym sposobie pisania, zawsze pełnym, drążącym tematy, przepełnionym pasją i obrazami.

Zawsze gotowym… opowiadać.

„Clariel” to czwarty tom serii osadzonej w tym samym universum, pełnym magii dzikiej i tej, którą opętał Kodeks (ale też pierwszy). Pełnym tego, co wolno i nie wolno. To tutaj odnajdujemy świat młodych i tych „dorosłych”, co należy zaznaczyć, bo Nix naprawdę ich rozróżnia. Nie sprawia, że każda z postaci na jedno kopyto opisuje codzienność, ale naszą główną bohaterką jest młodziutka Clariel. Pochodząca z linii Abhorsenów, a jednak nie do końca respektująca Kodeks. Dziewczyna, która ma ukształtowane spojrzenie na świat, która wie czego pragnie. Nie blichtru miasta, nie cechów i władzy, ale właśnie spokoju, chatki w lesie… samotności. To wraz z nią wpadamy w specyfikę wielkiego miasta, w którym władzę przejęły cechy, a ich nadzorca chronicznie pragnie władzy. Nie trudno się domyślić, czego rodzice będą pragnęli od dziewczyny, ale… może jednak uda jej się pozostać sobą… Oj tak, sobą. Gdyby tylko nie magia.

Ale która dosięgnie serca dziewczyny?

Dobra, porywająca, wciągająca historia, którą można spokojnie czytać nawet jako osobną powieść, nie część cyklu. Ze świetnie narysowanymi postaciami, z przepięknie odmalowanymi, nader plastycznie, pejzażami. Zwyczajnie stajemy na bruku miasta, telepiemy się w lektyce i podziwiami. A bełt wystrzeliny z kuszy… dociera prosto w nasze serce, chyba że… zdążymy się uchylić. Nie tyle śledzimy walkę Clariel o samodzielność, co fascynujemy się tym, co ją otacza. Odczuwamy i przyjaźń, jaką ją obdarowano i nienawiść. Wszelkie emocje wypływają ze stron, a my, nagle decydujemy, czy chcemy być poddanymi Kodeksu, czy dzikimi magami. Bo przecież o to zawsze chodzi… o własną osobowość. O bycie… sobą!!! To jest najważniejsze. Bonus – kilka intrygujacych zwierzołakowych postaci, co do których od razu serce z nas mięknie i genialne postacie dorosłych! I chociaż coś mi podszeptuje, że mogłoby być więcej, że chciałabym dowiedzieć się więcej o tym świecie… to jednak wydaje się, iż większe nagromadzenie wiadomości przytłoczyłoby młodziutką bohaterkę.

Warto!!!

IMG_8861

Czekolada, cukierki i ciasta. No i jeszcze oczywiście lody!!!

Mimo wszelakich podatków od czekolady i tłuszczu – ten co prawda znieśli, ale wiecie, ceny nie spały – na Wyspie produkcja smakołyków ma się dobrze. Tylko co z tymi duńskimi ciastami? Znaczy wiecie, te duńskie bułeczki i formy wszelakie pieczyw? Bo widzicie, zwyczajowy Duńczyk, nawet taki wyspowy, to nie zna takich cudów. Oj pewno, że u nas każde święto ma swoją własną bułkę, a na urodziny każdy dostaje straszne ciastko w formie człowieczka, tłuste i kolorowe, z groszkami i posypką i polewką… obowiązkowe. Płaskie i serio nie dla każdego, ale… wszyscy je jedzą. Nadmiar marcepanu gdacze do was z każdej strony, no i te tartopodobne stwory. Oj, albo ciasto śmietanowe, nosz taka forma torcika, żesz Matko Wyspo, zło to strasznie smaczne. Są też chleby… w ciągu kilku lat, tak patrząc od 2003 na Wyspie pojawiły się czadowe chleby. W jakiś magicnzy sposób pieczywa wszelako białe i wiecie, niezbyt różnorodne, przekształciły się w gamę chlebków kolorowych. Od ciemnych i ciężkich, które choć zdrowe, to leżą na żołądku, poprzez marchekowe, dyniowe, kminkowe, po wikińskie!!! Jedliście kiedyś wikingowy chleb? Taki lekko ciemniejszy z całą garścią ziaren, orzeszków i innych cudów. Niezbyt ciężki, przerażająco dziki! Cudny pod ser, albo by wziąć go na spacer i po prostu rwać po drodze, podgryzać, dzielić się bursztynowymi, cudnymi orzeszkami, dumać, co tam tak serio w środku się kryje…

Są też bułeczki i ciasteczka.

Nadal nie mamy tych „duńskich”. Są za to takie dmuchane, półkruche i kruche, lekko maltretowane, czyli w croissantowym typie, wysokie, ale wiecie, więcej w nich powietrza niż kalorii. Z polewką, dżemikiem i cudami. Czasem z orzeszkiem, więc uczuleni na ten twór natury, lepiej niech się nie łaszą. No i oczywiście są kernemelkshorny i hindbersnittery. Kocham je miłością dozgonną, głęboką i ciężką. Bo są słodkie… a poza tym grzeszyć ludzką jest rzeczą, a one są jak takie małe grzeszki, co to jeśli cię nie złapią, to wiecie, całkiem się nie liczą. No i… po prawdzie ciasta samego w nich nie tak wiele, więc nie ciążą na wątrobie, a ryj się cieszy, gdy po chwili znajduje w kaciku ust trochę lukru. Oj tak, lukier na Wyspie to w pewnym sensie święta sprawa.

Razu pewnego – jak mi niemoralnie doniesiono – do pewnego zakładu pracy umysłowej zwykle, jak to w zwyczaju tam mają, solenizant przyniósł poczęstunek. Pech chciał, że przyniósł zestaw owoców! Wiecie co musiał zrobić? Przeprosić i odpokutować przynosząc ciasto!!! I to ja rozumiem! W dobrym tonie – czyli tak ma być i nie próbuj tego zmieniać – jest przyniesienie ciasta. No najlepiej bez okazji, ale jak już jest okazja i nic nie przyniosłeś, albo przywlokłeś witaminy – to sorry, ale lecisz do piekarni modląc się, że coś tam jeszcze jest!!!

IMG_5293 (2)

Czekolada?

W sklepach dostaniecie szwedzkie Marabou albo RitterSport. Nic poza tym. No i gumiżelki. Sporadycznie objeść się można czymś w siecie Netto. Sporadycznie… Tak w ogóle, to raczej w codzienności Wyspa nie rozpieszcza słodką grzesznością. Aczkolwiek gumiżelki jedzą wszyscy, no i lukrecję też. Gdy jednak sezone nadchodzi, otwierają się cukierkownie. Dwie najważniejsze, w Gudhjem i Svaneke, to po prostu rozpusta, zemsta i ogólne sponiewieranie. To jak wlezienie w słodką pajęczynę!!! W takim Svaneke robią twarde landrynki, a dokładniej, to wiecie, coś w tym stylu. Słodkie, niestety z elementami kolorów, więc moc E może niektórych przerazić. Pakowane w pudełeczka, albo takie pradawne, folowet utki, naprawdę oszałamiają szalonymi kształtami i mocą kolorów, oraz obrazków w środku każdego cukierka. Są takie z łabądkiem, w końcu to Svaneke – są i z kwiatkiem, tudzież czymś mało rozpoznawalnym, wiecie… fantazja ręcznej roboty. W Gudhjem dostaniecie toffi. A może raczej coś w formie toffio-krówki? Nie wiem, ale smaczne i mleczno-karmelowe są. Takie werthersy, ale mięciutkie. Oczywiście są i wersje twarde. A tam, to już po prostu szał ciał i uprzeży, jeśli chodzi o smaki. Wszystko też w woreczkach z kokardkami, albo pudełeczkach. Są i batoniki, lizopodobne cosie do wsadzania w kubek… no… Ale najważniejsze jest wejście do takiego sklepu – w Gudhjem na dzięńdobry dostaniecie darmowego karmelka – i oddychanie! Słodyczą… jakby moc wszelakiej dzikości i pragnień maluchów, które dostawały cukierka raz od wielkiego dzwonu, nagle tutaj postanowiła się zebrać i soczyście odbeknąć zadowolenim i tą ulotną szczęśliwością prostoty dzieciństwa. Takiej wiecie, ręcznie robionej, mieszanej, wałkowanej, ciętej… słodzonej. Pamiętajcie, że w Svaneke są też czadowe karmelki w porcie!!! Jakoś o nich zapomniałam? Jak mogłam!!! Kocham ich batoniki. Takie wiecie, cukierki, ino w formie bliższej sercu, które to woli jednak mieć więcej, coby dłużej jeść, ciągnąć, pogryzać, kusić, może i najpierw tylko wąchać, może i wąchać…

Miałam o czekoladzie?

Oj, no wiem. Snogebæk i Gudhjem pachną czekoladą. Co dowcipne każde z tych miasteczek ma ją inną. W Snogebæk dostaniecie taką większą ekskluzywność. Na sztuki i w zestawach, do loda i pod kawkę. Można na miejscu, można kupić na prezent. W sklepie zawsze chłodno, więc cudnie w lecie, a na dodatek mają cudne mieszanki do muesli!!! I taką czekoladę w słoiczku i kawę i herbatę i w ogóle na każdy sezon coś innego… W Gudhjem czekolada i pierniczki. Cuda przetworzone ze słodkości w rzeźby. Wszelkiego rodzaku piankowe buły, pierniczki tematyczne, no i też, każdy sezon oznacza coś nowego, dodatkowego, no i te konkursy!!!

Lody…

Oj lody! Kurcze, nie wiem co o nich napisać, no wiecie są. Są lody i to oczywiście ręcznie robione, które korzystają z tego, co wyrosło na Wyspie. Nie wiem, gdzie lepsze. Ale mam swoich faworytów. W Gudhjem mamy dwie lodziarnie. Pierwszą podstawową i główną, wariacką i drugą, która powstała rok temu i do końca mnie nie przeonuje. Ale pierwsza… to moc. Dostaniecie tam i softice i gałeczki. Coś dal sorbetowców, coś z polewką, dla tych co śmietanowe i tych, co nie mogą, a na dodatek obok sprzedają LIZAKI!!! PRZESMACZNE i w intrygujących kształtach!!! Świetna pamiątka. W Snogebæk mamy lody w czekoladziarni – softice z posypką, polewką, czekoladą różnistą, groszkami, kulkami, orzeszkami. Ale mały, pomarańczowy samochodzik przyjeżdża też czasem do Gudhjem! Te lody mają całkiem inny smak i warto spróbować. Coś jest w nich takiego… bardziej zwięzłego, waniliowego i lżejszego. Ta nasze gudhjemowe są trochę cięższe, tak się człek po nich czuje najedzony, jak ten kotek śmietanką opity. No co kto lubi, ja wchodzę w sorbety!!!

Ale w Svaneke… ech! W starym miejscu, kiegdyś z krową teraz z syrenką, dostaniecie intrygujące smaki razem z wodorostowymi gumiżelkami. W nowym miejscu na rynku – tera z krową – znajome smaki. Wiecie, no kto co lubi. Ważne jednak, że tam gdzie syrenka, zapakują wam na wynos w dwa rodzaje pudełeczek. To jak? Czarny bez, agrest, a może jednak lody kwiatowe?

IMG_5257

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrówcza Depresja… została wyłączona

Pan Tealight i Makolągwa Bźdźwiągwa…

„Miągwa, Bźdźwiągwa Makolągwa… a przynajmniej tak brzmiało zaproszenie. Widzicie, bo to nie tak, że napis ów, jak to mają w zwyczaju, widniał na lekko kremowym, grubym, falowanym papierze, nie, on nie widniał tylko, on brzmiał. Literki złote, lekko się poruszały i zwyczajnie… nuciły. Może i odbiór był całkiem podświadomy, może i była to magia… może… nawet i było w tym coś nienaturalnego? Te wszystkie różyczki, aniołki i złote kóleczka, te wszelakie bukieciki do tego dołączone, no i okrutnie zniewalające, otumaniające zapachy, jakby ktoś serio zastąpił słonia w dziale wszelakiej perfumerii, czy jak to się kiedyś zwało… drogerii?

Ojeblik – mała, ucięta główka, zwymiotowała śniadanie i obiad. Znaczy ogólnie od wczoraj wszyscy się kiepsko czuli, bo coś czuli… ale jakoś nikomu do głowy nie przyszło, że ta cała zniewalająca wymiotnie aura wypływa ze skrzynki na listy. Że te szepty jątrzace miłosne strofy, właśnie tam się skryły. Dopiero dziś rano, gdy Pan Tealight przeszedł się po gazetki, coby wiecie, Smokowi z Komina wyłożyć kuwetę… a Wiedźmom z Pieca pomóc kręcić skręty, sprawa się wyjaśniła. Niestety w wyjaśnianiu brała udział też Wiedźma Wrona Pożarta, więc… tak…

… dobrze, że ona nie lubi śniadań…

I wystawnych przyjęć. I spotkań z bardziej żywymi… zresztą wszyscy niepotrzebni nie lubili. Nie rozumieli pacykowania się dla innych, siedzenia przy stole, owej sztywności i picia, by zapomnieć. Dwóch małp w środku, szczerzących się, lekko poniewieranych przez całe towarzystwo…

Nie no!

Oczywiście, że wszelako żeńskie elementy Sklepiku z Niepotrzebnymi, jak i sama Wiedźma Wrona, charakteryzowały się romantycznym usposobieniem. Czasem, dając się wyliczyć w czasie, ono lekko kulawiło, ale dajcie im serduszko, dajcie róże… przynieście ciastko w kształcie stokrotki, albo i zwyczajne pudełko czekoladek, kartkę z wierszykiem, misia z kokardką. Albo goździki w doniczce… i już…

… rozmiękają.

Ale wesela, to co innego!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9414 (3)

Z cyklu przeczytane: „Geek Girl” – … księżniczką czy mądralą? Tak naprawdę, kim chciałybyście być? Czy wciaż jeszcze liczy się inteligencja? Wykształcenie? Wszelaka mądrość? A może… wszystkie tylko chcecie być modelkami?

Holly Smale, gdy miała 15 lat, została modelką. Raczej chyba się jej nie spodobało, bo wróciła do szkoły, skończyła z modelingiem i wzięła się za pisanie. Tak, to nie ona jest bohaterką tej książki (początku serii), ale Harriet. Jednak… gdy tylko przeczytacie krótki opis i zagłębicie się w internetowe biografie zrozumiecie, że… to jednak opowieść o niej. Mądrej i pięknej. Zwyczajnej nastolatce. Może dlatego jest tak… prawdziwa? Może dlatego tak bardzo… szokuje?

Ta książka to monolog, pamiętnik, coś pomiędzy. Zwyczajne, pełne wątpliwości i pytań życie nastolatki. Życie kogoś, kto wiele przeżył i ma świadomość, że tak naprawdę to dopiero początek, ale też zwyczajna, zabawna historia. Lekka, ale nie głupkowata, dobrze wdzierająca się w codzienność. To opowieść o planach, nadziejach i o codzienności. Zgryźliwe spojrzenie na modelkową codzinność…

Ot opowieść o życiu, współczesnym, młodym.

Może i nawet bardziej niż prawdziwa. Sama autorka opisuje ją jako… nietypowy katharsis. O wszystkim, o codzienności po, o tym, co wydarzyło się potem i, jaki będzie dalszy ciąg tej historii, możecie przeczytać tutaj!

IMG_9826

Zastanawiacie się czasem…

… nad tym, by się nie zastanawiać. By przestać myśleć o tych kredytach, o sąsiadach, co to kupili se nowy samochód, czy co tam teraz jest modne? Widzicie… mieszkając na Wyspie – mimo iż to Dania, gdzie większość szaleje za nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi… gadżetami – człowiek jakoś tak powszednieje i ubiera się jak menel… znaczy w innych częściach świata to się teraz pewno szafiarka nazywa, czy coś? No wiecie, spodnie powycierane, szerokie, porozciągane, zwykła bluza, czy koszulka. Sporadycznie spotkacie kobietę w szpilkach i spódnicy, tudzież całym tym żeńskim garniaku! Znaczy… no dobra, powinnam powiedzieć, że wierzę w to, iż można spotkać taką kobietę. Ja takiej nie widziałam. Serio. Ostatnio widziałam taką, ech… chyba trochę lat temu. A już babkę z makijażem, poza zbuntowanymi nastolatkami oczywiście, to serio wieki temu. Ale bez przesady, wszyscy są śliczni, tacy dziwnie młodzi, zaradni i uśmiechnięci i wyluzowani. Jakby nie potrzebowali tych reklam o odchudzaniu, botoksach i innych szitach. W kończu Wyspa radzi sobie z dojrzewaniem całkiem nieźle.

Może coś z niej i na nas skapuje?

Mój sąsiad nie ma nowego auta i chodzi w dresach. Drugi ma nowe stare i dwójkę dzieci. Żonę też ma. I wiecie co… też im chyba dobrze, bo jak ten facet skacze do małego baseniku z córką i małym synkiem, rechot się rozchodzi, no i lekkie tsunami też. Ale o co mi chodzi? O to, że wszyscy jęczą, iż teraz każdy gapi się w telefon. A ja… a ja jeszcze tego nie widziałam. Za to widziałam ludzi wpatrzonych w morze, wglapionych w skały, kobietę siedzącą na skałach zapatrzoną w drzewa. Nie wiem, ale czy to serio tylko ja? A może naprawdę żyję na Mniejszym Krańcu Świata? Bo widziałam faceta zbierającego kamienie, który jednocześnie gadał przez telefon – na uszną modłę – nie przeszkadzało mu to jednak powoli, kamyk za kamykiem ładować sobie bagażnik. Ekhm… sama też wzięłam trochę kamieni.

IMG_8765 (3)

Nie zastanawiać się…

Po prostu iść do przodu, reagując tylko na to, co się dzieje? Czy to w ogóle jest możliwe? Nie widzieć reklam? Bo mimo braku telewizji, radia, gazet, to wiecie, te reklamy wciąż na człowieka wyskakują. Atakują go, odgryzają kawałek nosa… i nagle stoisz tak, smarki zmieszane z krwią i zmiażdżoną chrząstką ścieka ci po zmasakrowanej twarzy, ale mimo odczuwalnego bólu myślisz tylko, jak możliwe jest życie, takie jak toczysz cały czas, gdy nie masz ajfona?!!! I jak w ogóle możesz oddychać nie fascynując się serialem Gra o Tron, tudzież nowymi Avengersami? Bo są nowi, co nie? Czy tylko mi się wydaje? W jakiś dziwaczny sposób zakochałam się w G. R. R. Martinie, gdy był ino papierem… i wiecie co, to mi wystarczy. Tak, było to wiek temu, ale wciąż… starczy. I wiecie co, kręcić sobie mogą, a mnie to jak woda spływa… po sąsiednim budynku.

Ale zastanawiam się.

Dlaczego kurcze wcale mnie to nie kręci? Co jest ze mną źle? A może to Wyspa? Wdarła się w moją mózgownicę, pozmieniała tam, posprzątała, poukładała po swojemu i co, zwyczajnie jakoś tak… na swoją modłę przekształciła? Ale, chyba nie? Przecież tak naprawdę telewizję rzuciłam już dawno temu. Ale jednak… czemu mnie świat współczesny nie zaspokaja? Zaraz, no przecież miałam się nie zastanawiać?!! Nad tym, że nie mam tego kremu, co mnie ma odmłodzić na zawsze, kasy na operacje plastyczne, tudzież ogólny tuning, malowaie i jakąś tam tapicerkę wnętrza, zewnętrza, pochwy, a może i cienia? Czy odchudzają teraz cień? W końcu ta współczesność taka jest porąbana, że może i do tego doszli, a ja niczego nie wiem…

Albo są te quizy! Wiecie, w typie: zgadniemy twój wiek, wiemy ile ważysz, jakim kwiatem jesteś, tudziez jakim Muminkiem… Wszyscy klikają i się cieszą. Może problem w tym, że wiem jakim jestem Muminkiem? Zawsze od zawsze Buką zmutowaną z Małą Mi!!! Niektórym nie wystarczy jedna strona medalu! Muszą mieć ich co najmniej pięć! A co się będę ograniczać! Tego właśnie uczy Wyspa… nie ograniczać się, wiedzieć czego się chce, a jak się nie wie, to wybierać i pizzę i lane kluski, a na deser lody z sernikiem! Bo czemu nie? Właśnie, czemu nie? Przecież jak można wszystko, to można i zwyczajnie wybrać… co się chce. Można… a jak można i nikt nie zakazuje, to ubaw mniejszy… może o to chodzi z tymi quizami? A może nie? O czym to ja mówiłam? No cóż, o tym, by się nadmiernie nie zastanawiać i po prostu iść. Wybierać drogę, potem wracać, cofać się, a potem… przespać w krzakach może?

Makolągwa zwyczajna i trznadel… ostatnio upolowane. Aparatem oczywiście! Piękne bestie!

IMG_8808

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Makolągwa Bźdźwiągwa… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmobuk…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Ptaszydło Pożarta Przez Książki ogólnie miała istotnie dziwaczny stosunek do świata, jakby ją jakaś anestezja objęła i puścić nie chciała. Jakby tak naprawdę czytała książkę, a nie żyła. Książkę o kimś, kto był dzieckiem, potem dorósł, ale nie dorósł, a jednak się starzał… A jednak zachowywał się czasem inaczej, ale też jakby to nie był on, jakby w rzeczywistości był to ktoś inny, kto na kogoś innego spogląda. Jakby… to serio nie mogła być ona. Nie mogła żyć, nie mogła, nie umiała, nie czuła, nie była nawet…

Ogólnie mówiąc Pan Tealight za wszystko winił pełnię i dziwaczne ustawienia planet, jakieś chmury, promieniowania… na pewno nie specyficzną psychikę Wiedżmy Wrony. Co jak co, ale ona nie mogła tego sama wypróbować. A może to jednak książka? Może któraś z przeczytanych ostatnio książek tak na nią wpłynęła? A może… z powodu skaczącej wyborowości tematycznej, z powodu niegdysiejszego dokarmiania się wyłącznie horrorami, potem westernami, aż w końcu kryminałami, teraz na dobre staruszka mu zdziwaczała. Znaczy bardziej?

Słaniała się i szwendała Wiedźma Wrona z prawej strony Wyspy na lewą, spod drzew wypełzała na plażę, a potem nad rzeką omijała głazy, by znaleźć się nagle na skałach i płoszyć mewy, które serio zajęte były swoim własnym gniazdowaniem. Może i czegoś szukała? Może i jednak… chciała zmienić dietę? Może w końcu odrzuciłaby te książki, szurnęła nimi w kompostowy mniebyt, a sama… zaczęła żywić się różowymi szpilkami, klapkami, blahnikami czy innym tam choo? Może ważne zaczęłyby być dla niej półbuty, kalosze, kroksy, czy coś tam? Może w końcu osiągnęłaby ten specyficzny format nienormalnej normalności…

Pan Tealight, ślizgając się po zawilgłej nocną mżawką skale, oraz wyrywając z ciała uprzykrzająco go kłujące gałązki, dość przerażająco i obrzydliwie, ale jednak całkiem w ukryciu pozostając, jak nigdy, ją śledził. Nie zabrał Ojeblika – małej, uciętej główki, nie poinformował nikogo, by nie przerażać… bo co stałoby się z Wyspą i z nimi, gdyby w końcu ona… Wiedźma wypełzła ze swojego Wiedźmobuka? Gdyby postanowiła być… zwyczajnym opowiadaniem tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2690 (2)

Z cyklu przeczytane: „Blackout” – … czy myślisz? Czy zastanawiasz się? Czy… Współczesny świat wymaga od nas znania się na wszystkim. Idziesz do lekarza – powinieneś być pewien diagnozy i składu wszystkich leków, w spożywczym mieć świadomość GMO, hormonów i kija wie czego jeszcze tam dodają do żarcia, a do pracy, ech, kto by tam jeszcze o tym myślał, co powinien przecież umieć. Ale… czy myślimy o prądzie? Może ja tak, w końcu pamiętam świat w blasku świeczek, ale Wy? Czy znacie zimno i migoczące płomyki? Kibel na dworze.

Wodę ze studni?

Grzanie jej na kąpiel…

Współczesny świat jest wygodny, a przynajmniej tak się nam wmawia. Mamy prąd, mamy wodę, mamy internet. Jedzenie w sklepach, pracę. No mamy, ale przecież nie wszyscy! Mniejsza… nie powinnam wspominać o podziałach, powinnam opowiedzieć o Europie, której ktoś wyłączył światło w zimie. O Europie nagle przywróconej do zwyczajnej dzikości… i o jednym sprawiedliwym, którego nikt nie chce słuchać.

Muszę przyznać, że powieść mnie zaskoczyła. Świetne wydanie, półtwarda okładka, narracja prowadzona bardzo od owej politycznej, sensacyjnej strony, do tego ułamki zwyczajnego życia owych maluczkich. Świetnie napisana, choć mogłoby się wydawać, że będzie nudzić długimi opisami, owymi politycznymi wieściami, telewizyjnymi monologami co kto i kiedy, za ile… ale nie. Sposób pisania jest na tyle płynny, ale nie przytłaczający, że nie gubimy się. Szybko wtłacza się nam w głowę kto jest kim, od razu ufamy jednym, nienawidzimy innych. Rozumiemy. A jednak… cały rozwój sytuacji, te naście dni bez prądu, które spowodowało AŻ TAKIE rozpasanie społeczeństwa, przeraża. Serio? Nie umiecie posprzątać po sobie ludzie? Nie macie w domu zapasów? Nie wiecie, że śnieg można i stopić i podgrzać? To było tylko kilkanaście dni. Tylko… i wystarczyło, by człowiek zapomniał bycia człowiekiem? Czyżby autor starał się nam uświadomić jak bardzo się zagubuliśmy, czyżby tak naprawdę stał nie po tej stronie…

A może…

Powieść fascynująca, wciągająca i… zapełniająca spiżarnię. Sprawdzająca nie tylko stan kieszeni, ale i najbliższą studnię. Książka gromiąca bezpieczeństwo. Pokazująca, jak na prawdę jest ono… złudne.

Dająca do myślenia.

IMG_8862

NIESPODZIANKA!!!

IMG_8707

A tak, znam ją!!!

Ha ha ha, potęga Facebooka!!! Widzicie, znam ją jeszcze z czasów, gdy wraz z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk stworzyły „Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle époque”…

IMG_8708

Tym razem, już sama, Marta Orzeszyna przywołuje niesamowite wspomnienie, o człowieku, który pewno dla wielu was będzie… wielką niewiadomą. I za to należą się jej WIELKIE gratulacje. Za odwagę. Za siłę i oczywiście – CZYTAJCIE! Bo ci, co byli przed nami, byli tak naprawdę tacy jak my!!! Mieli pragnienia, fantazję, mieli… w sobie pasję, z której warto czerpać… ZAWSZE!!!

Recenzja wkrótce!

IMG_8709

Zielono…

… zauważyliście? Zauważyliście, że to zielono pojawia się tak nagle. Czasem jeśli w nocy popada, to już w ogóle jest szok!!! U nas padało. Ba!!! Burza była nawet z odgłosami i błyskami! Pełen wypas. A jednak… zielono zaczęło nagle wybuchać bez tego. Nagle zniknęły zawilce i nagle pojawiły się liście na drzewach. Dotąd kolorowy dywan nasycił się zielonkawością i ciśnie się dookoła dróżki. Rzeczka szumi, ptaszki pracują, pszczółki i bączki też. Aż człowiek się męczy nicnierobiąc od całego tego brzęczącego i bzykająco-ćwierkającego zamętu. Nie, no pewnie, że róże podwiązał, bo ładne są, no i wiecie, plewił coś tam, przyciął i wyrwał… ale poza tym, to wilałby zwyczajnie pójść na spacer, zamiast zajmować się pracowniczą codziennością… Czy ptaki też tak czasem myślą? Że no kurcze, chciałyby na wakacje? A może nie mają takich GRZESZNYCH myśli? Może tylko gniazdo, jajka i młode się liczą? A może… może wiedzą, że to wszystko szybko minie, młode wylecą z gniazda i znowu będzie można po prostu odetchnąć?

Zielono…

Aż człowiekowi się coś w dołku robi od tej zieleni. Chciałby się w nią uwalić, chciałby w niej pływać, ale nie dość, że pokrzywy, oraz wszelakie bardziej szkodliwe roślinki wzbijają się w górę, to na dodatek KLESZCZE!!! Cośmy porobili w naturze, że tak ich wiele i takie są szkodliwe? Jakiego członka owego i tak zwieruchanego łańcucha pokarmowego żeśmy utrupili, że tak nas podgryzają? Że wielkie takie, plennie płodne i ogólnie mówiąc… natarczywe? Przyznaję, że jakoś ze mnie odpadają, ale mojego Chowańca po prostu spijają ile wlezie. I za kija grzyba nie udaje się ich poprawnie jakoś usunąć.

Wgryzają się i nie chcą puścić… jak ja!!! Ha ha ha!!!

Zielono…

IMG_9791 (2)

A jednak nie do końca cieplutko. Podobno w innych krańcach świata tego wymiaru ludziska łażą już golizną łyskając, ale nie tutaj. Nie żeby nie próbowali, wczoraj widziałam, jak sąsiad umykał przed niezłą ulewą w swoich lekko przykrótkich gatkach. Aż sobie pomyślałam, że na pewno zerka z zazdrością na czarnego, włochatego czworonoga, przez którego oczywiście musiał się podjąć wyprawy, z zazdrością na te kudły i wełenki jego… a potem ze smutkiem na swoje nagie i skąpo owłosione kończyny dolne i górne też!!! Usz… ale pomykali obydwaj. Pierwszy kuląc się z zimna, drugi, bo pozbył się zawartości swojego pęcherza, a i sam namoknąć nie chciał.

Zielono w głowach i zielono w ciałach!!!

Nie wiem, czy to z powodu dnia gołego ogrodowania, czy jednak chodziło o coś innego, ale w końcu zdobyłam informacje na temat… golizny. Otóż gołym można być sobie swobodnie w swoim domku oczywiście, tarasie i ogródku. Znaczy wiecie, oczywiście nie w pozie zwyczajowej prostytutki machając utensyliami by być widzianą z daleka, tudzięz naberem reklamującym usługi… dosłownie cielesne, ale można. Raczej też nie należy wpychać swoich krągłości i obwisłości, jeśli chodzi o mnie, nazbyt w paszczę kota sąsiadów, ale można na gołego plewić jak się ma żywopłot. Jak ktoś przypadkiem na nas gołych wpadnie, to już sorry misie, jego problem i jego wizyty u terapeuty i raczej serio, jego koszty i rachunki za zestaw białych najczęściej pigułek… chyba, że trafią się mu te dwuskładnikowe, wtedy wiecie, otoczka żelowa może przybrać odcienie sepii. Ale bez urazy. Siedzieć sobie przy kawce możesz i pogryzać rogalika, bez odzienia. No i fajno… z czasem człowiek coraz bardziej docenia swoją wadę wzroku. Ekhm. Nie tylko wtedy, gdy mu się wydaje, że to, w co rzucił kapciem to jest pająk… a w rzeczywistości zwykła, zwinięta dziwnie, czarna nitka.

Pada.

Częściej pada.

W końcu pada. Wszystko co posiane i posadzone wypuszcza co tam ma w powietrze, a ludzie… ludzie mokną. A jednak i tak idę na spacer. Dziwaczność? Nie wiem… bajer w tym, że gdy pada, świat wygląda inaczej. Jakby nagle napadły na Wyspę różne, różżniste światy. Może i wpały w odwiedziny, może i po prostu jakoś było im po drodze. Malutkie kropelki światów rozbijają się o młode listki, kwiatki i same płatki, wpadają do rzek, stawów i morskości. Rozbijają się i stapiają ze wszystkim w jedno.

W Wyspę.

Ale te większe krople, które wpadają mi za kołnierz, sczepiają się z moimi włosami, nie rozbijają się. Nie, one wcale się nie łączą… one raczej się po nas rozpływają i zamykają nas w sobie. I teraz to już nie wiadomo, czy to my wciąż, tak tylko znajomi my, czy jednak kurcze… coś więcej? A może tak naprawdę alieńskie światło w postaci owej całej wilgoci, postanowiło nas zwyczajnie porwać i już nie ma ni nas ni Wyspy…

Powinno się chyba uciekać przed deszczem, ale i po co? Nawet jeśli chmura z Czarnobyla nas dorwie, to przeca dorwie tak, czy inaczej. Wkurzające, że dorwie mnie, bidoka, co wciąż odmawia sobie prądu, niż innych wciąż świecących, ale wiecie „Black Out” czytam, więc jestem w dziwnym nastroju. Zostaję pod deszczem, pod gałązkami, pod ociekaniem i kapaniem…

Zostaję.

IMG_9791

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmobuk… została wyłączona

Pan Tealight i Panna Walicja…

„… wal się.

Młotkiem, kowadłem, lub skakanką. Biczem, batogiem, albo czymś bardziej frywolnym. Na gołe ciało, albo na ubrane… samotnie się wal kamyczkiem, albo pierścionkiem, albo zwyczajnie zaproponuj komuś ucieczkę od rutyny… Złóż mu propozycję, której się nie oprze, aczkolwiek poprzednie wkurzenie może być aż nadzwyczaj wskazane, wtedy odpuścicie sobie religie i moralności…

Chochlą, kopyścią lub widelcem, choć podobno wałek niczego nie przebije. Albo taki mokry ręcznik… dostaliście kiedy, w tą zieloną noc, gdy klamki ktoś posmarował pastą i to we wstrętnym, dziwnie kwiatowym smaku, zapachu i kolorze, a wam serio w buraczkowym niezbyt do twarzy? No i tak jakoś wiecie, nagle wcale z tego nie czerpiecie przyjemności, ale mała blizna na udzie wam o tym przypomina…

Walcie się w raczej dziczy, bo natura wybacza wszystko, poza głupotą, a w tym nie ma przecież głupoty, ot też i natura. Albo w pieleszach domowych się walcie, bo raczej serio tak przy wszystkich, to trochę rozprasza, no i wiecie, może ktoś zacząć zadawać niewygodna pytania, jak: dlaczego, czy to boli, nie nie pomogę, nie nie mam przy sobie zapalniczki…nie, wcale mnie nie obchodzi jak wyglądasz z tą śliwą, nie nie uważam tego za dzieło sztuki.

Serio…

… się walcie.

Mocniej i słabiej, z odciskiem, czy bez. W końcu siniaki niektóe mogą tworzyć intrygujący i zmienny, a jednak przejściowy tatuażyk. No i jak na wkurwa to magicznie działa!!! Ach i och!!! I jej!!! Do tego masaż, ogólna wydolnoąć cielesna, ruch wszelaki, a i zajęcie się sobą, a nie wyłącznie techniką… chociaż mawiają, że Panna Grzmotanna Izdebka Czochr-Walicja stworzyła w jaskiniach pod Wyspą takiego robota, co przeróżnie i na wszelkie rodzaje i pod kątem, dobrze robi. Mniej lub bardziej, ale zawsze odkrywając wewnętrzne pragnienia. Jak na początku nie wiesz, czego chcesz, to i tak na końcu jesteś pewien, iż to, co otrzymałeś, jest tym, czego chciałeś. A jeśli nie, to sorry, ale wpłaconej kasy ci nikt nie zwróci. O nie. Po odejściu od kasy się reklamacji nie uwzględnia. Zresztą popatrz na Strażników Ederkopperów. Kto by chciał zadzierać z taką nadmiernością odnóży? No, kto odważny?

Kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8349

Z cyklu przeczytane: „Azyl” – … a jednak. Widzicie, przyznaję!!! Ten cykl jest świetny. Intrygujący i specyficzny. Nowy, osobisty, a jednak wciąż zwyczajnie fantastyczny. Taka saga fantastyczna w starej formie. Z bohaterami porywającymi, z rodziną, religią, problemami społecznymi, odrobiną magii i pełnią tajemniczości.

Oto zakończenie… wszystkie poprzednie tomy prowadziły nas właśnie do tego miejsca. By dorośli stali się bardziej dojrzali, pewni swoich pragnień, by stanęli na przeciwko celów gotowi w końcu podjąć ostatnią decyzję. Jedni, ci najważniejsi z bohaterów, muszą jednak zadecydować za wszystkich. Wojna, państwo, rodzina… powieść splata się ponownie, powraca do dawnych tajemnic, znowu korci, nęci, porusza. Znowu zadaje pytania, dziwnie czeka na nadzą decyzję, ale… podejmuje i własną.

Oto prawdziwe fantasy.

Może i pozbawione trolli i skrzatów, może pełne raczej politycznych rozgrywek i społecznych uwarunkowań, może i częściowo odbijające naszą codzienność… ale i zwykła opowieść. Dobrze napisana. Taka, w której każdy ma swoje miejsce, nie tylko gdy ukazuje zależności między uczennicą a jej mistrzem, nie tylko, gdy koronowanym głowom nakazuje opiekę nad maluczkimi. Nie tylko, gdy zderzają się religie i dziwaczności przyzwyczajeń… dziwnie wciąż, z każdej storny zadaje nam pytania o… dorosłość. O dojrzałość. O podejmowanie wyborów.

Naprawdę polecam nie tylko wielbicielom fantastyki, ale i tym, którzy kochają powieści historyczne, bo przy tej książce trudno wciąż sobie przypominać, iż to tylko… czysta fikcja. Naprawdę bardzo trudno!!!

IMG_5583

PS. A tak w ogóle, to czytajcie!!! http://www.tramwajnr4.pl/2015/05/czytanie-za-granica-dania.html Mnie czytajcie 😉 Hihihi…

IMG_6334 (2)

Siedzę pod Czereśnią Strażniczką …

… a tam śnieży. No całkowicie śnieży, ale bez przesady. Znaczy, nie żeby padało, chociaż przyznać trzeba, że całkiem chłodno. Nie. Okazuje się, że wróblowate maści wszelakiej i gładzi, puchate, milusie kuleczki podgryzają całe kwiaty. Nie odrywają od pączka płatki, ale zrywają kwiaty i zrzucają je na świeżo skoszony trawnik. Czyli i na mnie. Na ową kupkę nieszczęścia siedzącą na mchach, chłodzie, trawkach i zbuntowanych stokrotkach, co to przyrzekły Annie Boleyn, że nic, ale nic serio nic nie pozbawi ich głów!!! Nigdy!!! Obok mnie szpaki. Ale bez przesady, dość płochwlie z nich klejnociki. Kurcze… muszę siedzieć na łapach, bo chce mi się je pozbierać z tej zielonkawej powierzchni, pozabierać im te wielkie, ogromne i wilgotne dżdżownice z pyszczków, dzióbków znaczy, no i wiecie, jakoś je oprawić. Bo mienią się niesamowicie!!! Piękne są takie, że aż niemożliwe. Pawiowe, tytanowe kwarce z nich. Aż nie można uwierzyć, że to TYLKO ptaki… a może jednak nie tylko. W końcu to sami faceci, czy nie? I to całkiem płochliwi faceci. Jeśli chodzi o żeńskie elementy, to oczywiście panie kosowe. One jakoś są mniej strachliwe, spokojnie obchodzą siedzącego i cykającego fotki człowieka, robaki są w końcu o wiele bardziej interesujące. Serio!!! A może raczej po prostu takie umęczone są wylęgiem, że nic im nie straszne? Ale w takim razie, gdzie są strojni i połyskujący, ci panowie kosowie?

Na piwku?

No wiecie, gniazdowanie trwa. A na mnie wciąż spadają te czereśnie… znaczy nie owoce, nie drzewka, ino kwiatki.

Widzieliście kiedyś jak spada kwiat? Nie płatek, ale cała konstrukcja płatkowa na patyczku z pręcikami. Cudnie tańczy w lekko ino chmurnej wieczorności. Jak owa baltnica, która albo leci łbem w dół, albo raczje zwyczajnie gumeczka się jej poluzowała, kiecka zatrzymała się na gardle, no i tak dusząc się baletnica owa wiruje. Wiruje na jednej, cieniutkiej nóżeczce, z bucikiem takim lekko zielonkawo-burgundowym, z gardłem obmywanym płatkami połyskująco białymi, lekko prześwitującymi, jakby wszelkie żyłki i tętniczki było jej widać, jakby całe to bicie tak naprawdę nasycało cały ten wieczór muzyką… dziwnie nierytmiczną… jakby była człowiekiem, ale i nie była nim w jednej chwili, raczej może homunkulusem dziwnego maga, który serio powinien był lepiej pilnować swoje twory, umieszczane zwykle w słoiku po śliwkowych powidłach, nie do końca dokładnie wylizanych. Wiecie, w tym słoiku, którego wieczko twistowe lekko jest podbite, lekko tutaj wykrzywione i rzadko tylko dobrze się zakręca, nie pomaga nawet ta kraciasta szmatka przykrywająca je od spodu.

Kwiatki…

Ale wiecie, najlepsze jest to mlaskanie ptasie. A tak, mlaskają wróblowate jak najęte. Aż kurcze słyszy człowiek narzekania rodziców: no przecież tak go prosiłam, dziób przy stole, pazury pod stołem i nie mlaskamy!!! Cóż, widać z dorosłością przychodzi i stronienie od rodzicielskich nauk.

IMG_9788 (2)

A tak, trawnik po pierwszym, wiosennym podcięciu.

Poległy mleczyki, poległy stokrotki, no i niezapominajki też poległy, aczkolwiek nie wszystkie. Widzicie, człowiek z nostalgią taką patrzy na ten równiutki dywanik, mieszany i może dość nieortodoskyjny, ale jednak pluszowy i takie ekstrawagancki… jakoś przytłaczały go te pozostałości po ulipankach i wszelakich wczesnowiosennych tworach, no i trawki i różnej wysokości i kolorach. Patrzy człowiek z nostalgią na ową równość i czystość formy i wstydzi się… bo zostawił sporą plamkę niezapominajek w trawniku. No nie mógł tak po prostu ich zabić. Wyciąć wszystkich, po prostu zniszczyć tej dziwacznej, bardzo magnetyzującej niebieskości. Zresztą, serio wydaje mi się, że zaczęłyby krwawić, ropieć, no i krzyczeć… albo piać jak nasza malutka sąsiadka, co to dorobiła się w końcu huśtawki i za każdym razem, gdy jest na niej pozwala nam starym, zapoznać się z przebojami współczesnych małolatów.

Ach!!! Wiecie, może piszczy, ale głos ma!!!

Na Wyspie czas na kwitnienie, koszenie i ogólne zarazki… znaczy wiecie, Turyścizna przybywa nowa, więc wiadomo, epidemiologia się sroży i trwoży. Naprawdę Wyspa pokazuje w jaki sposób społeczność, odłączona w sporej części od reszty świata – pomijamy tych, co to codziennie latają, albo pływają na kontynent, zresztą i tak zwykle spotykają tych samych zarazkorobów – kmini się we własnej zarazkowej ekologii. Hmm… ciekawe, jak łatwo by nas wybili…

Jutro dzwony na kościołach duńskich bić będą… ale nie na Bornholmie. Ech!!! W końcu dla mojej Wyspy II wojna światowa trwała o 11 miesięcy dłużej. Ech! Co się dziwić tym Germanom, że chcieli tutaj zosta? No a potem co się dziwić Rusom… ekhm, teraz za to więcej tutaj Polan niż Rusów i Czechów… Pamiętacie jeszcze bajkę o Lechu, Czechu i Rusie? Nie każdy może w końcu wyrzymać taką grożę przycinania trawników i to co tydzień w sezonie!!! Nie każdy żyć może w takim kieracie i przy zgniataczach plastikowych butelek!!!

Ech Wyspa… kochana misiowa…

IMG_9814

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna Walicja… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Boga…

„Postanowiła nią zostać…

Bez żadnych wyznawców, bez ofiar – chociaż Wyspa jej świadkiem, że przydałoby się brzęczących diengów, ofiar w postaci czekolady i orzeszków, podniet słodkich i szalonych – bez odpowiedzialności, bez chramów, kościołów, no bez światyń. Ale jednak… Bogą!!! Tylko widzicie…

… od czego?

Są bogi od pieniążków, od pechów, ogólnej płodności, są tacy od dróg znajdowania, od ścieżek, bogi od domowej opieszałości. No i są te szalone, te od winka i wódki, od rozumku niedługiego, no wiecie… bożek taki krótki raczej. Są takie bogi od spraw poważnych i te od frywolnych, a jednak ani jednego, ani drugiego nie możesz traktować lekko nazbyt, lepiej wszystkich mieć obok siebie, choć nie do końca za plecami.

… więc kim być?

Bogiem od rogu poduszki, który kurcze mimo największych trzepań wciąż pozostaje tym niewypełnionym? A może tym od zawsze zaginającego się prześcieradła? Bogiem od zatykającego się odpływu prysznicowego, czy też tym, który zabiera sobie na zawsze nasze owłosienia, a jednak wciąż trzyma je na widoku? A może tym, który zawsze źle ułoży dywanik, tym, który gubi ukochaną rzecz, by potem zwyczajnie tak pordrzuciś ją w najbardziej oczywistym miejscu… Może jednak zostać bogiem najwyższym, najbardziej targającym tym wszechświatem, bogiem ponad innymi bogami, z którym nie tyle wszyscy się muszą liczyć, ale… zwyczajnie bez neigo kroku nei zrobią!!!

Być Bogą Od Nadmiaru Bogów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0065

Z cyklu przeczytane: „Ognisty podmuch” – … bajucha!!! A dokładnie siódmy tom serii Septimus Heap. Niesamowitej. Niby wiecie, piszą, że dla osobników powyżej dziesiątego roku życia, no i jakby nie patrzeć jestem powyżej… od dawna, ale kto by tam wyższą matematykę stosował? No kto? Się nawet nie ważcie!!!

Hihihi…

Siódmy tom, a ja nadal nie wiem, co mnie bardziej w tej serii urzeka. Czy wydanie, niesamowite, klimatyczne ryiny w środku, a może jednak bohaterowie? Dopracowani i to niezależnie od tego, czy są młodszymi, dziećmi nawet, czy starszymi. A może inteligentna fabuła? Tajemnice i smok? A może jednak… magia?

Nie wiem.

Bohaterowie dorośli.

Znaczy wiecie, ci co już byli dorośli to się raczej nie postarzeli, ale ci, którzy byli dziećmi… już nimi nie są. Znowu muszą jednak, ale z humorem, stawić czoła przeszkodom. Mając jednak w końcu siebie, rodzinę i przyjaciół, nie powinno być chyba tak źle? Bo przecież happy endy się zdarzają, czyż nie… nawet wśród tak bardzo różnorodnej gromadki. Takiej, która tak wiele przeszła. W końcu niektórzy z nich dopiero od niedawna wiedzą, co to znaczy przyjaźń i rodzina.

Cała seria Angie Sage, to prawdziwa, pełna, niesamowita, intrygująca światami, wciągająca i porywająca, powieść fantastyczna. To saga, wcale nie cierpiąca na zaburzenia wymowy, która nie uwsteczni młodszych w językowym szaleństwie i nie znudzi starszych. Pełna tak wielu zagmatwanych tajemnic, sekretów i zakrętów, a jednak… nie wkurzająca czytelnika. Jakoś za każdym razem, choć może i opowiada o bohaterach mniej przez nas lubianych… i tak czytasz… a potem koniecznie chcesz dom na Mokradłach i Niebieski Płaszcz. I smoka… Bo widzicie, pewne pragnienia wcale się nie zmieniają z wiekiem. Wcale, a wcale. Może i magia włada tym światem, ale nie jest to magia nudna, taka, do której jesteście przyzwyczajeni. To magia… której cząstkę na pewno macie w sobie. Wystarczy sprawdzić!!!

IMG_9878

Czasem tak sobie myślę…

A co jeśli w końcu skończą mi się nowe ścieżki na Wyspie. Wiecie, takie do odkrywania ciągłego, do niespodziankowania miłego, do bycia podróżnikiem, bez kupowania biletu. Tylko z kanapką zawiniętą w chusteczkę, jabłkiem i cukierkiem w kieszeni i butelką wody. Porzebujesz wtedy tylko samego siebie. Swoich nóg i rąk, no i czasem jakiś krzaków, bo serio w końcu zacznie ci się chcieć siku!!! Zawsze tak jest. Zawsze się człowiekowi chce siku, jak już wylezie z domu i serio, nie ma znaczenia, ile razy odwiedzisz Studnię Życzeń przed wyjściem… ni ile wypijesz, ni ile nie wypijesz. Taka budowa chyba, czy coś. Ale nie ważne, gdy chodzi o odkrywanie nowych cząstek Wyspy. Nowych jej kawałeczków, skał wszelakich, powykręcanych drzew, połaci mchów i czosnku niedźwiedziego i oczywiście listków. Tej urokliwej, niewinnej, wiosennej zieleni… a przynajmniej tak było dzisiaj. Bo dziś, zamiast odwiedzić ruiny… minęłam ją i zlazłam ze skał, a tam ułapiła mnie przeszłość. Widzicie, z przeszłością czasem tak jest, że mocniej działa tam, gdzie nie zostały ruiny, kamienie na kamieniach, ludzkie udoskonalenia powierzchni.

Oj tak, olałam dziś Hammershus i wlazłam w dolinę. I chociaż wiało tak, że łeb mi skakał od prawej do lewej, potem z powrotem, a potem dookoła, no kurcze moje zatoki!!! Po lewej skały, szare, niebieskie prawie i różowe we wszelakich odcieniach, granitowe, kryształowe, po lewej mokrość nad mokrościami, dwa zbiorniczki połączone śluzą, a potem rzeczka wprost do morza… skaliste wybrzeże, kamyczki i cudownie granatowo-kobaltowa woda. Wzburzona, z grzywaczami… pachnąca. Pod nogami trawa, stokrotki, kaczeńce i fiołki, niewielkie kępy zawilcowych niedobitków. I ta przeszłość. Dziwne, ale nie czułam wrogości, tych najeźdźców, co to chcieli wspiąć się na skały, potem na mury, którzy widzieli twierdzę w najlepszym jej wydaniu, w czasie, gdy mury nie były ruiną, gdy wszystko żyło bardziej, niż teraz. Gdy wciąż miało nadzieję… nie, ja słyszałam praczki zbiegające ukrytymi ścieżkami, by spotkać się z kuchcikami. By z młodym rycerzem poromansowała zwykła służąca. By… ktoś się uśmiechnął, by był człowiekiem, by zmienił codzienność. Tamta rzuciła swój wianek, inna znowu go straciła na zawsze, a tam ktoś coś próbował ukryć, ale chyba mu nie wyszło, a tam znowu… młodziutka dziewka skradała się na plążę, na kamienisty występek, gdzie siadała i marzyła… o czymś innym. O innym świecie, innym czasie, o innych ludziach…

… o zmienności, przyszłości…

Mając za plecami ruiny wpadłam w szpaler drzew…

IMG_0056

Wiedzieliście, że mogą mieć one tak powykręcane gałęzie. I jakaż to wspaniała geometria takimi je uczyniła? Bo przecież nie mół to być tylko i wyłącznie wiatr, czyż nie? A może mógł. Włażę między te nagie, lekko tylko w górze poznaczone dziewiczą, lepką, lakierowaną i dziwnie puchatą zielonkawością drzewa i… dziwuję się. Bo cały ten kontrast, pomiędzy ową czarniowością, bo to nie czerń, a właśnie kolor czarniawy… a zielonkawością młodą i naiwną, noszącą spódniczki za krótkie, probującą używek i słuchającą głośnej muzyki, jest co najmniej wyraziscie widoczna. I nie przeszkadza mi to, że stąpam wąską, czasem na jedną stópkę dróżką, która wije się w swojej wilgotności, pomiędzy… czosnkiem niedźwiedzim. Usz, gdziekolwiek spojrzysz, czosnek. W większości, gdy rośnie w takich kupach, kwitnie o wiele później, więc to co widzimy, to zielonkawy, gruby i smrodzący, piękny dywan. Zielony, ale inaczej niz na początku, inaczej niż liście w górze, inaczej niż krzewy. Zielony ową dziwną, przerażającą miejscami zielonkawością dostojników, co wpieprzają ino organiczne żarcie. Bogatych burżujów i pierun wie co tam robiących nibymądrych… których ajkju zawsze wynosi tyle, ile saldo na koncie. A czasem to i mniej nawet… bo wiecie, jak się kurna w głowie jest na debecie…

Stąpając tą dziwną granicą między światami, ścieżynką krętą, kamienistą i korzeniową miejscami, wilgotną i żyzną, czuję się niebiańsko. Dla mnie te pąki czosnku są pieruńskimi liljami! Drzewa cudną architekturą, a kwiaty pojedyncze i liście… najlepszym wystrojem. Widzici, tylko tutaj zielony serio pasuje do wszystkiego!!! Nawet do tych owiec, kurna dwa barany? Uciekać, czy co? Ale przecież czyż ja je coś obchodzę. Tyle dobra mają dookoła, no i biegaczy, więc może jednak nie zaatakują.

Co do tego biegu, to kurna albo się skończył, albo ino jakieś niedobitki się mi na trasie przytrafiły. Siedząc pod łukowato sklepionymi, dotykającymi się wzajemnie drzewami, połączonymi ponad ścieżkowym podziałem, jest pięknie. Niezależnie od tego co jesz, czy pijesz, wiesz, że to uczta. I nie ma znaczenia, że troszkę już się zmęczyłeś, bo przed tobą jeszcze tak wiele do odkrycia. Znowu kamienie, głazy i skały, znowu gałęzie i pnie, a każdy kurcze inny, każdy bardziej fantasmagorycznie fantastyczny… każdy… tym razem doprowadziła mnie ścieżka do polany. Kwietnej i niemożliwe. Nagle wyrzuciły mnie z siebie leśne opary, czosnkowe czosnkowości i błękit nad głową, z zielonymi plamkami, jakby kurcze… wysypkę miały nieboskłony, czy co? Jakby… a za polanką plażą. Kamieniesta, otoczakowa, a nad nią drzewo niczym z Szopenowskiego pomnika. Tam to jednak wierzba chyba była, a tutaj coś kłującego… i morze. Niespokojne, szalone, niemożebnie niemożliwe. Bogate, zimne, ale i tak dziwnie przytulne. Piękne i mądre. Otoczone skałami z tylu stron, z tylu tak bardzo otwrte i nagle czuję to, co inni… pytania, odpowiedzi, zamyślenie… pragnienie płynięcia gdzieś, gdzie jest coś innego, nieznajomego. A potem spoglądam na owo pochylone drzewo i już mi przechodzi. Już się nie zastanawiam, bo odkryłam swoje.

IMG_0197

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Boga… została wyłączona

Pan Tealight i Leć…

„I poleciała.

Noc była zimna, na poły księżycowa, chmury zaś miały dziwne kształty, jak zwykle… kurcze w końcu maj od jutra, czyż nie? Księżyc serio naparzał z tym światłem, ale gdy ją zobaczył, nie tylko skrył się za grubym welonem grafitowych obłoków, ale też zakopał się głębiej, zahaczył o Chiny i… postanowił olać odbijanie, jeśli chodzi o tę część Europy. Nigdy go nie doceniali!!! Zresztą i tak nikt mu za to nie płacił, ani nawet nie czycił mocniej, pomniczkami, a nie menstruacją… Wiecie, jaka to koszmarna robota tak zmiennie odbijać? Wiecie, jak trzeba się pilnować, żeby wszystko wyglądało jak równiutki rogalik? Gdzie tam! A ta serowa iluzja, która sprawia, że wszystkim chce się zapiekanek z pieczareczkami, keczupem… wiecie, takich jak te w podziemiach na Placu Dominikańskim. Ciekawe, czy jeszcze je tam sprzedają? Tanie były… a smaczne jak nieboskłony pokrywające się chmurami po spiekocie dnia…

Ekhm, oto nadeszła ona noc Walpurgi i, czy chciała Wiedźma Wrona Pożarta, czy nie chciała… raczej chyba nie chciała, bo stetrana była straszliwie, a sen się jej zaczął milusi, seksualny… zwyczajnie uniosła się na łóżku w granatowej, lekko podartej koszulinie, w gacioszkach czarnych, cieniusieńkich i niezbyt się opierając, a raczej po prostu opływając na drągu… wyruszyła na miotle. Nikt się jej jak zwykle nie spytał czy chce, no i czy ubezpieczenie wykupiła. Nikt nawet nie zrobił jej kanapek na drogę, ani nie wziął kocyka. Nikt… no dobra, Chochel siedział z nią na tej miotle, ale był w takim samym stanie, więc… nic z tego!!!

Nie ma zbawienia!!!

Walpurga znów nadeszła!!! Palić ogniska, na gołego – no dobra, pieruńsko zimno, więc wybaczymy wielkie gacie, no i nie opalcie se sutków, podnosić te cycki wyżej, może jednak podwinąć?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9931

Z cyklu przeczytane: „Mistyfikacja” – … Bóg? Ale przecież nie istnieje? A może istnieje? Czy naprawdę to my, ludzie, stworzyliśmy sobie boskość, by wytłumaczyć i ogarnąć strach? A może jednak… wszyscy się mylimy i prawdę rzekł w jednym ze skeczów Jaś Fasola: „Jewish were right!”.

A może…

Więcej pytań, więcej odpowiedzi, a jednak sięgając po tę pozycję Douglas’a Prestona, poczułam, jakby już to czytała. Jakby coś takiego właśnie… no tak… „Projekt kraken”. Od razu „Mistyfikacja” poraża podobieństwem do poprzedniej powieści, ale wiecie co, warto je przełamać, bo ta książka jest jednak inna. Głębsza, bardziej niesamowita, drażniąca i zadająca tyle pytań, że jakoś nie można z niej wyjść.

Oto i ona – Isabella.

Akcelerator cząstek. Wielki Zderzacz Hadronów. Maszyna, która ma w końcu odpowiedzieć na pytanie, jak powstała Ziemia i życie na niej… ogromny, betonowy tunel ukryty w górach, jest gotowa. Ale jednak wciąż nie działa. Problem w tym, że jej twórca, geniusz Gregory Hazelius odmawia wyjaśnień. Wszystkiego dowiedzieć ma się nasz znajomy – Wyman Ford.

Początkowo wydawało się, że będzie to kolejna opowieść o SI. W końcu sztuczna inteligencja jest pasją autora… ale z każdym akapitem, każdą stroną powieść fluktuje, by w końcu doprowadzić nas do pytań o boskość i człowieczeństwo. By pokazać jak cierpienie i strata, mogą przekierować człowieka w różne strony i… by uzmysłowić nam jak łatwo doprowadzić do narodzin… religii.

Powieść mimo wszystko pełna wątków sensacyjnych, sprawia, że zaczynamy myśleć. Aż nazbyt wiele. Nie tylko o tym, z jaką łatwością można manipulować wierzącymi, ale też jak polityka manipuluje nami!!! To powieść, która nie tyle jest przygodówką w naukowym zacieciem, ale czymś bardziej ukształtowanym w ramach powieści psychologicznej. Może i nie wciąga jak powieść Prestona i Childa, ale i tak warto. Chociażby tylko po to, by przemyśleć pytanie: czy jeżeli możesz coś zrobić, to powinieneś to robić? A może wystarczy tylko to poczucie… że możesz?

IMG_8865

Pada…

No i powiem Wam, że zimno znacząco. Nawet wczoraj, gdy słonko się rozbuchało, to wciąż człowiek myślał w krzakach ino o rękawiczkach i dziękował sobie, że wielki szalik zabrał, choć zdawało się mu to dziwne… tak w maju prawie. Ale nic to, przecież trza krzaki okwiecone obleźć i sprawdzić jak to wszystko cudnie pachnie. Jak się z gałązek zwisają te kwiatki, z których to w przyszłości będą wiśnie, czereśnie i co tam jeszcze. Jak listeczki gęste, twarde i owłosione… no właśnie, wpadłam wczoraj na listki, a na nich włoski. Szare takie, jakby siwawe, kurcze może to taki Benjamim Button listków? Będzie się odmładzał starzejąc, a może jednak dziw zadziw taki? A te zielone, nosz wyglądają, jakby ktoś zapomniał materiał obrąbić, z którego je wycięto, no i się wiecie, tak posiąpiły się na brzeżkach. Nieuważnie. Tak akurat przy burgundowych pąkach sobie się siąpiły. Piękny widok, niemożliwy taki, gdy niebo walczy o palnmę pierwszeństwa w konkursie: Najniebieściwszy z Niebieskich.

Tarnina kwitnie.

Pachnie niesamowicie i obsypuje człowieka śniegiem mięciutkich płatków. Jakieś to… nierealne wszystko. W tle brzózki wypuszczają, co tam mają do wypuszczenia, no i takie coś zielone kwitnie, a może to liście, nie chyba jednak kwiaty, zielone kwiaty w dziwnych pąkowatych kwietnikach zwieszają się z gałązek. A obok nich pąki takie burgundowe i piękne… Kuchnia. Niby człowiek edukowany był, a jak co do czego, to nie wie do końca jak co wygląda, gdy zaczyna wyglądać. Mirabelki takie piękne. Płatki mają jak zakrwawione środkiem opłatki. Wymowne takie. Ale chwila moment i po płatkach, jedyne co zostaje, to dziwne, wiśniowe dołem, żółtawe góra pędzelki. Niesamowite i dość trwałe. Jak piękne tancerki, bogate swoją niewinnością i czystością, które jednak mając diabła za skórą, lubią po prostu zrzucić w końcu szatki. Ale bez boja, nadal dotykać ich nie można… w końcu przecież ktoś je dotknie, by były owocem, ale wiecie, musi to być ten jeden i całkiem wyłącznie jedyny!!!

Bączek prawdopodobnie, bo to ich najwięcej… bzyczy w pąkach.

Ale… najważniejsze, że wolne dziś!!!

IMG_7216 (2)

Można wyjść na długi spacer, pomacać świeżą korę i listki, zapatrzyć się w te zielenie, a może i nawet wypatrzyć na nieboskłonie coś o szalenie wielkich skrzydłach? Kurcze no!!! Nie udało mi się zzoomować cuda latającego, ale stawiam na sporego myszołowa. Tylko dlaczego on się zabawiał z wroną? Serio się z nią ganiał, a może raczej za nią ganiał? Może było coś w tym więcej? Może coś ponadgatunkowego, no wiecie, wiosna w końcu, więc chce się wszystkim… nie wiem też jak się owe ganianie zakończyło, bo kurcze kark mi zesztywniał, w głowie zaczęło huczeć, a i wszelaka młoda zielonkawość zaczęła włazić w górę po moich portkach. A tak, nagle wszystko wybiło w górę. Wykorzystując, że wciąż korony drzew nie są gęste, najniższe piętro roślinności wykorzystuje swój czas. Robi co może, żeby zwyczajnie nadgonić wzrastanie. I zagęszczanie…

Gdy tak człowiek, zapatrzony w niebieskości i zielenie nagle zostanie wystraszony poprzez pytlujące bażanty, no i oczywiście wyląduje dupskiem w świeżutkich pokrzywach dowie się, iż serio… młode parzy bardziej. A i współczesna bawełna nie jest taka, jak kiedyś. Usz… długo parzy powiem wam. Ale co tam, miejmy nadzieję, że to pójdzie dla naszej zdrowotności, chociaż podobno bardziej polecają sałatki i napary z pokrzyw, niż parzenie się nią na gołego. No dobra, prawie gołego!!! Ech… wiecie, ta natura bolesna bywa czasem, a i tak lepsze to niż plastik…

Store bededag dziś!!!

Celebrowane co roku w czwarty piatek po Wielkanocy. Korzenie tego Dnia Modłów sięgają XVII wieku. Co prawda wtedy były to trzy dni postu i modlitw, ale wiecie… wiosna, Beltane, poganie się podnoszą, więc kurcze trzeba było jakoś uspokoić narody. W XVIII wieku, pewno za podszeptem Struensee zostało to przyklepnięte jako święto narodowe… ech, nie wiem dlaczego, ale coś mi się wydaje, że ktoś miał wyrzuty sumienia z powodu grzechów własnych i cielesnych!!! Nie ma to jak poganie!!! Ale oczywiście… powiązane są z tym świętem różne, niesamowite obchody, jak na przykład te pomiędzy braciom studencką w Kopenhadze. Wspominanie tych, których już z nami nie ma… no i KONFIRMACJE!!! Cudne są konfirmacje, muszę Wam powiedzieć. To powiązanie motywów bardzo współcześnie chrześcijańskich z tymi uznawanyni za pogańskie – nie wchodźmy w definicje, błagam, wszystko to i tak pogańskie – jest tak bardzo harmonijne i odświeżające!!!

A w nocy była Walpurga… wybaczcie przewiane członki!!!

IMG_7220

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Leć… została wyłączona