Pan Tealight i Underjordisków Plemię…

„Nic się nie mogło wydarzyć bez ich opieki.

Nic się nie mogło przydarzyć bez ich zezwolenia…

Nic nawet nie mogło zostać zjedzone nim… one nie spróbowały. Nim one nie oceniły i jak im zwykle niezbyt smakowało… oddawały.

Nic.

Underjordiski na Wyspie stanowiły prawo, ale stanowiły je tylko wtedy, gdy zwyczajnie się im chciało. Nie zawsze wtedy, gdy wykładano im piwo w dziuplach, nie zawsze wtedy, gdy jesienią chowały się przy ludzkich pleckach ciepłych i spiżarniach. Nie zawsze wtedy, gdy tego się oczekiwało stojąc na polu i siejąc pietruszkę… Ale wtedy, gdy chciano postawić kościół… zrobiono to tam, gdzie na to zezwoliły, postawić Hammershus, czy też zwyczajnie owce wypasać. Po prostu one jeździły na owieczkach, więc chciały mieć je na parkingu, czyż jest w tym coś dziwnego? Były prawem i były ponad prawem, właściwie… to chyba były wymówką, ale Pani Wyspy pilnowała się, by im tego nie powiedzieć. A nawet jeżeli coś usłyszały, to wiecie… ludzie są dziwni!

Lepiej ich nie słuchać.

Szczególnie wtedy jeśli jest się specyficznie odzianym, niskim człowieczkiem. Szczególnie wtedy, gdy jest się ludzką, porzuconą duszą, duszą lekko post best before, duszą całkiem mało wygodną. Szczególnie wtedy… gdy dzikość w owej duszy gra i wszelakie więzy człowieczych praw ma się gdzieś… znaczy tam, gdzie powinien być ogon, ale go nie ma, bo wiecie, no odpadł?

Pan Tealight, mimo iż Całkowicie I W Pełni Przedwieczny, mimo że Pierwszy i Ogólnie Mówiąc Wywyższany… dobrze wiedział, że lepiej zostawić im kilka tabliczek czekolady koło Seniora Windmilla. Że po prostu nawet mniejszy jest gniew głodnej na słodkie Wiedźmy Wrony Pożartej Ptaszydła, niż ich podstępne pomyślenie… nawet jak ta ostatnia była na PeeMeSie!!! Jak dziś na przykład. Gdy z dziką wściekłością w prawym ślepiu i radośnie obmyślaną zemstą w lewym, po prostu piła soczek… zamiast żreć białą czekoladę, oj taką z cytrynowymi smakami, albo białą z truskawkowymi, lekko kwaskowymi, albo z migdałami taką… mlaczną z laskowymi, albo nie, może mleczną z koniakiem, z ową cukrową poduszeczką w środku, albo jagodową, albo taką z toffi, albo pięć kilo krówek!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6949

Z cyklu przeczytane: „Przysmaki na psie smaki” – … książka. A może bardziej album? A może… zaskoczenie. Bez urazy, ale wychowałam się w czasach, gdy psom się gotowało jedzenie. A tak! Oto jak karmiliśmy psiaki, które pracowały tak jak ludzie. Jadły kaszę z mięskiem, kupowało się dla nich kości w mięsnym, zwyczajnie, często skosiły coś ze stołu, no wiadomo, ale gotowanie dla psa było normą. Szczególnie gdy chodziło o te w większym rozmiarze. Albo jajko na dobre futro…

Dlatego sorry, ale mnie ta książka trochę denerwuje. Szczególnie w czasach, gdy większość jedzenia to śmieci, Monsanto chce nam zabrać każde ziarenko, a wszelakie korporacje decydują za nas co wsadzamy do brzucha. Kolejne mity się obalają kolejne rodzą. Dopiero aspartam był bogiem, teraz puste ma mieć świątynie… A ja wciąż pamiętam gar kaszy na kościach, wielki gnat dla wilczura, który kochał obgryzać, opiekę na psiakiem, który nas chronił… głównie rozmiarem, ale chronił… Czy naprawdę w czasach, gdy z psa robi się kompletnie nieżyjącą z ludźmi rasę, gdy karmi się go jakimiś chemikaliami z woreczka potrzebujemy takiej książki? Ot zbioru przepisów na ciasteczka i wymyślne potrawy? Kiedy tak naprawdę samych nas stać ino na wczorajszy chleb?

Dobra.

Psy mają i ludzie bogaci i biedni. Na biednych spogląda się krzywo, gdy dzielą się kanapką ze swoim przyjacielem… przyjaciel ma to gdzieś, bo ma człowieka. Nawet słyszałam teksty w stylu: przecież to gluten, kierowane do starszej babuleńki z równie starsutką przyjaciółką czworonożną… Czego nie rozumiem? Dlaczego ta książka mnie tak denerwuje? Nawet kolorowe zdjęcia jakoś… nie oszukują czegoś w środku. Czegoś, co mimo deklaracjom autorki sprawiają, że zapominamy iż pies wybrał nas… ludzi. By żyć z nami. Z naszym jedzeniem, choć wiadomo – bez przypraw, czekolad i cukrów, ale z okazjonalnym chłodnym przysmakiem i ciastkiem zwędzonym z niedzielnego obiadu. Bez owej demonizacji? Nagle psa nie może mieć ktoś, kto jest biedny i nie stać go na kaczkę dla pupila, gdy sam gryzie mur?

Indyk i chuda wołowinka w burakach, płatki owsiane i miodek, serek mascarpone w marchewce? Wiecie co? A może zwyczajnie jadajmy zdrowiej, wtedy nasi kochani czworonożni członkowie rodziny będą mogli wylizać nam palce! Bo przecież o to powinno chodzić… o wspolnotę? A może stara jestem? I całkiem nie kumam tego świata? A może… cóż, nie, chyba nie rozumiem.

Chuda książka, sporo obrazków – dziwne zdjęcia, niewiele tekstu, dziwne przepisy w stylu marchewki z serkowymi paćkami. Można spróbować, można też nie. Czasem wystarczy przejrzeć, czasem po prostu spojrzeć psinie w oczy i zapytać babci jak to było w przeszłości? To psy nas wybrały i serio, raczej nie dla wymyślnych serduszkowych ciasteczek.

PS. Chyba serio nie rozumiem świata, w którym tak zwanemu członkowi rodziny zwyczajnie obcina się jaja… i tyle. Najpierw zmienia się jego, a potem… cóż, zapomina o jego wzbogacajacej zwierzęcości.

IMG_9489

Sol over Gudhjem

Przede wszystkim ludzie. I więcej ludzi i jeszcze ich więcej. Pomiędzy przyjezdnymi da się rozpoznać miejscowych. Albo przyleźli coś sprzedać, albo robią zdjęcia dla internetów, albo przemykają się boczkiem, sobie tylko znanymi uliczkami puchnącymi z zarośnięcia i uciekają w cisze swoich ogródków. No i są oczywiście tacy, co to wolą jednak odrzucić ziemskość i wsiadają do łóki. Bo chcoć pochmurnie, to jednak potliwie… cóż, powiedzmy sobie szczerze, że potliwość wzmaga jeszcze duszny zapach hyćki. Znaczy się hyldeblomsta, znaczy się no kurcze no… bzu co nie do końca jest czarny. Gdzie niegdzie stara się przebić jaśmin, ale przegrywa. A bez w tym roku wali szczególnie niczym zapocone, stare paszki!!! YYYY!!!

No więc w owym wszędobyslkim aromacie paszekblomstów gniotą się ludzie. Wiecie, jak z jednej strony skała, z drugiej morze, to się wszyscy od razu dotykają… jedni wciąż gadają przez telefon, inni niczym zaspane muchy nie wiedzą co gdzie i jak, a jeszcze inni są w ciązy i pchają wózek z dzieciakiem. Ech! Jakby nie wiedzieli, że ciasno! A już udusiłabym tych, co przytargali małe i większe pieseczki! Nie dość, że milusie bestie zdenerwowane ludziami, to na mniejsze co rusz ktoś nadeptuje!!! Rozumu ludzie! Rozumu! Nie ino do wypełniania puszki, ale do używania!!! Co prawda dookoła smaki wszelakie, ale kochane czworonogi cierpią!

Aj te zapachy.

Może i na głównym podium gotują ci, co ich w telewizji transmitują, ale i tak o wie ciekawsze rzeczy dzieją się dookoła nich. Po prawej, prosto z kutra można nabyć rybeczki. Takie i owakie, jest coś flądrowatego i śledziowego i ogólnie mówiąc rybą nie jedzie. Po lewej już wersja smażona i wędzona, w takich ziołach i innych, a jeśli chodzi o zioła, to od wyboru do koloru! Ja w tym roku skusiłam się na miętę pomarańczową. Ha ha ha! A co. Czekoladowa jest, truskawkowa jest… podobno jest też cytrynowa, ale czyż to nie jest już melisa taka? No nic, tutaj hot dogi, znaczy tam buła i kiełbaska, tam chlebek na zakwasie, a tam lody, czekoladki… no cuda wianki i pióropusze! A jak ktoś się upaprać nie chce, to na miejscu może i zakupić dywanik oraz zestaw ręcznie toczonych kubeczków i miseczków i innych cud. Nawet widziałam jaja smoków! A może to podinozaurze były? No kto tam wie? I puste, czy jeszcze nie wysiedziane?

Pełne porty.

IMG_6774 (2)

Właściwie to wszystko pełne.

Nagle Wyspa w rejonie Gudhjem stała się jednym, wielkim parkingiem. Nikomu nie przeszkadzają pojedyncze, zabłąkane krople deszczu, bo przecież lać ma dopiero wieczorem. Niech tam rosi, chociaż nie wiem jak inni, ale mi się serio zdaje, że to te kursujące dookolnie mewy nad nami! No wiadomo gadziny z żółto-czerwonymi dziobami polują na żarełko. A ludzie wiecie… dają się skusić tym mordusiom. No dobra, więcej wróblowym, bo wiadomo małe i puchate, ale i białym żeglarzom niebios coś tam skapnie!!! Oj tym dzióbkom to się oprzeć nie można, żesz przysiąc bym mogła, że na tym żółciastym dziobie kropla krwi jest, ale… no na pewno się mylę! No na pewno! Ale i tak lepiej coś rzucę, lepiej wiecie nie zadzierać z tym morderczym błyskiem w oku…

Znowu duchota, napierają na nas rozmaite zapachy, a w samym porcie cicho. Są ludzie i oczywiście głośni są, na podwyższeniu nadal coś się gotuje, ale jednak… cisza. Morska cisza. Dziwnie gęsta toń jest nazbyt zwodniczo dziś płaska. Jakby nic nie wiadło, jakby wszelkie wodne potwory i innokształtni, a może i te syreny, po prostu zasnęli. Nie oddychają nawet, nic się w nich nie porusza. Jakby wszystko skamieniało. Jakby na chwilę ruchliwość mocna i wszelaka, po prostu nagle odmówiła ruszania się, jakby sama była zmęczona i miała już dość…

Uciekam z centrum. Od tych wciąż palących ludzi, no co jest z tymi papierochami. Matka, czy ojciec, dziadek i babcia dmuchają na swoje pociechy. Serio? Już nikt tego nie piętnuje? Ja rozumiem, że jesteś na dworze człowieku, ale sorry, w takim ścisku to cholery z tym smrodem twoim idzie dostać!!! Weź no idź się utop kurna, pośmiertnie se możesz palić w Zaświatach, na pewno tam na dole potrzebują wszelako dobrych palaczy, co kochają swoją pracę… na zabój. Uciekam… Nie wytrzymuję i natłoku ludzi i dźwięków i smrodów. Na szczęście wystarczy się zagubił w tych wąskich ścieżynkach i dróżkach, zboczyć w te mało uczęszczane, teraz tak bardzo zarośnięte, ale już mniej rozświergolone… i po prostu wszystko zwalnia. Wszystko cichnie do zwyczajowego poziomu. Do drzew i ptaków. No dobra, jeśli chodzi o te ostatnie, to już wysiedziały co miały. Niektóre młode jeszcze czepiają się rodziców, ale już raczej jak upierdliwe nastolatki, niż pytlujące maluchy, takie zawsze głodne…

Lato mamy.

IMG_8762 (6)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Underjordisków Plemię… została wyłączona

Pan Tealight i Domowy Przywynajm Nissenów…

„Chyba w końcu Lato… tego sezonu brodaty, zadziorny mężczyzna z wyraźną brzuszną nadwagą, chudymi nóżkami i gołym zadkiem, którego nie był w stanie okryć przykrótki podkoszulek z napisem: I’ M sexy and you are not… podkasało przyrodzenie i postanowiło, eee zaświecić. Oczywiście od razu też podniósł się raban na trawniczkach, gdzie porażone zmiennością pogodową i chłodem kwiecenia odmawiały współpracy. Twarde szyje i tępe głowy nie chciały się dać ściąć.

To wtedy ludzie, zwyczajni, całkiem wyspowi i tubylczy miejscami, a nawet całkiem wierzący w różne różnistości nikczemne, zaczęli przybywać do Białego Domostwa w sprawie pomocy. Jakiejś takiej doczesnej i natychmiastowej. Bo przecież jeżeli nowoczesność daje dupy, to jakoś trzeba do magii powrócić. A Pana Tealighta znali wszyscy. Wiedźmę Wronę Pożartą też, ale kto by się tam zbliżał do baby z pluszowym niedźwiedziem o rozbieganych oczach, prawe przy kostce, lewe w okolicach karku… i gadającej do siebie… Zresztą ona często syczała na tych, co stawali jej na drodze, pluła i kopała… a Pan Tealight nie.

To wtedy szary w odcieniach Przedwieczny postanowił coś ukręcić. Jakiś nowy interes, coby kasa na nowe skarpetki i herbatę była. A może i na dżemik jakiś? Z czegoś całkowicie nielegalnego i pradawnego? I udał się do Nissenów. Wybrał Klan Landrynka, który to, płodny i niezborny leciutko, wysoce nieprawdopodobny a jednak namacalny… osiedlił się niedawno koło mostu i często gromadnie moczył sobie stopy i prał tam onuce, gawędził, kopcił i wciąż czymś cmoktał. Dogadali się i w ten sposób powstał pierwszy nie niesamowity interes. Przywynajm Nissenów.

Czy w ogrodzie,
czy w oborze,

ufaj jemu,
on pomoże.

Czy w łożnicy,
czy też w stani,
on nie brzydzi,
on się zajmie!!!

To wtedy ponownie chudziunka i mocno niewyraźna, świeżo wybudzona z ostatnich wypadków, Zwyczajność Nienatury doznała poważnego wylewu, paraliżu i zasnęła na kolejne wieki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3815 (2)

Z cyklu – POKARM NADJCHAŁ – i cieszy. Bo w końcu to papier, to książki, to słowa… to nowe sny, bo głowa powariuje od takiej zmienności.

IMG_9460

Lato.

Znaczy wiecie, w końcu chyba można schować kurteczkę do szafy. Chociaż no nie wiem, ale nie marudzę!!! Bo mi dobrze z pogodą, która nie wypaca ze mnie ostatnich kropli wody. A pływać można przecież zawsze i to bez meduzów, czy innego, jakże dziwnie nieruchliwego, galatowego tałatajstwa.

Jednak na pewno mamy lato, nowych ludzi na ulicach, nagle nie zna się już kazdej mijanej twarzy, nagle wszystko jest jakieś inne, bardziej zatłoczone, ale i… pootwierane. Czy kurze bingo, czy miejsca nieznane, oto czas na odkrywania. Ostatnie, to maleńki park w Svaneke. Wiem, może się wydawać dziwnym, że w takim miejscu, tuż nad falami, gdzie rośnie cudowny zagajnikolas przy barwnej, choć wyłączonej już, latarnii… gdzie wspaniałe skałki, młode łabędziątka, które wcale nie wyglądają na brzydali… makolągwy dziwnie ogniste na tle owych wszelkich niebieskości nasłonecznionych… a tam, za dwoma pasmami kolorowych chatek… Park. On, jakoś tak się go męsko czuje mimo okrągłej fonatnny w srodku, mimo owej maleńkiej wielkości, tych drzewek z powiązanymi koronami, jesionów powykręcanych, czy czego tam jeszcze. Oj tak, tutaj, z jednej strony otoczone nasypem, czy raczej wzgórzem nadmorskim, z drugiej pilnowane przez domki i wąskie wejście, z tym miejscem przeznaczonym na wytchnienie, z ową szemrajskością, tym cieniem, ochronką przed skwarem… jeśli ów taki miałby zamiar przybyć… męskim się zdaje. Jakby był wojownikiem, który na chwilę przysiadł, otarł pot z czoła, krew pokonanych z niego skapuje i granici się.

To taka perełka zieleni.

Nie skalana właściwie kweiciem poza stokrotkami. Pewnie wiosną bieli się koloruje, ale teraz w początkach lata tylko zieleni. I spokojni się. Bo mimo bliskości wszelkich zamętów wodnych otchłani, jakoś tutaj aż nazbyt spokojnie, jakoś tak dostojnie i zmysłowo. Jogowo i medytacyjnie. Jakoś bardziej myślowo niż ruchliwie. Chociaż przy niezłej gonitwie myśli można oszaleć od tej ciszy nagłej. Ptasiej tylko muzyki. Okien wysoko stojących domów, które dziwnie podejrzliwie na nas zerkają.

A może to jednak całkiem inny świat i w końcu się zgubiłam? A może to jednak bliskość odmienionej przychodni zdaje się być tak leczniczym?

A może… no nie wiem? Leki?

IMG_3862 (3)

Wychodzisz z domu i czujesz się nagle turystą.

Jakoś tak. Nagle możesz mieć wakacje. Jakoś nie można się oprzeć po prostu odrzuceniu codzienności, gdy wszyscy dookoła są na wakacjach. Można się zamknąć w domku, ale po co? Zewnętrze piękne takie, Sol over Gudhjem od jutra!

Po co?

Może i to wydarzenie wyłącznie na miarę duńskości, ale wyobraźcie je sobie. Błękitna granatowość portu, widok na fale, z drugiej strony milusio różnobarwne kamieniczki, mur pruski, te dachy niby ceglane, większość drzwi otwarta, zapraszająca. Pod białymi, cienkimi namiocikami gotują się smakołyki. Dookoła wszelaka zielenina. Tu kupisz, tam sprzedaż, a tu popróbujesz. Tutaj wygranie Sol over Gudhjem znaczy więcej… niż tylko coś. To sława nad sławami. A samo Gudhjem, cichutkie, spokojnie dostojne, zdaje się mu przyklaskiwać. I chociaż nie znoszę tłoków, to może w tym roku dam się przekonać i sobie coś obejrzę? A może nie? Może tylko wystawię łeb za okno i po prostu się zaciągnę… powącham?

Bo wiecie… mimo otwartych sklepów, maleńkich przydomowych stoisk, gdzie wciąż tylko wrzuca się drobne do słoika lub pudełeczka i w garść bierze się swoje teraz skarby, wolę jednak iść w las. Albo między skały. W ową rozgrzaną sosnowymi igiełkami pękalność. Bo szyszki wciąż jeszcze pykają. Jakby miały problemy dietetyczne, czy coś? Wolę wąchać i słuchać, bo przecież wszelakie ptaszencje wciąż za friko dają koncerty. Bo przecież nadal coś wisi w powietrzu…

Oczekiwanie…

Czy tylko na to jakie będzie lato, czy jednak na to, jaka będzie zima? A może ma nadejść coś, co… zwykle nie nadchodzi? Chociaż chyba nadchodzi cyklicznie co lato… A może po prostu zbyt wiele myślimy? Oj tak, całkiem możliwe, że to wszystko nie ma znaczenia, a spacer ma! Spacer ma zawsze znaczenie i na dodatek można odwiedzić wybudzone z zimowego snu sklepiki. A są one przesłodkie. Większość z nich znajduje się w starych rybackich chatkach. Wciąż jeszcze natknąć się można na śledziową łuskę, na skarb ogromny… zajrzyjcie do antykwariatów po fajną kotwicę albo zabytkową skrzynię, może po pirackie z Barbadosu? Albo nie, wybierzcie maleńką galeryjkę i obrazek, który na zawsze będzie miejscem schowanych wspomnień.

Nawet jeżeli mieszkasz na Wyspie… nagle zobaczyć możesz wszystko inaczej. Na chwilę. A potem… wrócić do codzinności.

IMG_3816 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Domowy Przywynajm Nissenów… została wyłączona

Pan Tealight i Rajcujący Korpusik…

„Właściwie nikt się jakoś nie zdziwił, gdy o poranku Ojeblik – mała, ucięta główka – przytargało bezgłowy korpusik. Prawie kadłubek, ale jednak przy nóżkach i rączkach raczej wskazujących na męskie… no korpusik. Przytargała go główka i ułożyła w swoim pokoiku na swoim posłaniu nie mogąc zrozumieć dlaczego… on jest przy niej taki nieżywy. A ona… wprost przeciwnie.

Nikt nie mógł jej powiedzieć, no nikt nie był w stanie, bo to jak powiedzieć szczeniakowi, że ganianie za ogonem nie ma sensu… odebrać ukochaną zabawkę, nadzieję i możliwość marzenia… ale wszyscy się zastanawiali skąd go ma. Wszystkim się ów korpusik zdechły zdawał takim znajomym. Jakby go znali, na pewno widzieli kiedyś. Te porwane porcięta, dziwnie jarzeniówkowe buciki w typie pepegi. Owe szczupłe, ale silne ciało i dłonie dziwnie małe. Tak małe, że przez chwilę szukali Wiedźmy Wrony Pożartej, ale ta znowu całowała się z kamieniami, więc bez urazy… nie ona. A już niektórzy z nich mieli nadzieję… Bo nawet ta bluza i torba, chociaż nie, ona przecież ma inną… i raczej był to chyba facet. Hmmm…

Ale kto?

Ojeblik tylko tuliła Rajcujący Korpusik i nic nie mówiła. Ani jak bezręcznie całkiem dotargała go do Domostwa, a nie dlaczego i kiedy go jednak trochę przetrze i antyperspirantami natrze, bo zaczynał jakoś wonieć… wiecie tak całkiem żywo, nie że zgnilizna, czy coś… zombie może? Nie!!! Jakoś tak zdechle, ale i żywo zarazem, jakby naprawdę coś w tym jeszcze się tliło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0177

Z cyklu przeczytane: „Srebrzyste wizje” – … boję się. Boję się, że więcej nie będzie. Że ona przestanie pisać, że nagle zniknie. Bo chociaż mogę wracać do tych książek, chociaż tak naprawdę nie pozwalam im z siebie wyjść… to chcę też nowego. Świadomości, że on może mnie zjeść, ale na razie tego nie zrobi, bo wiecie, a niedźwiedź Bu choć pluszaty zęby mieć może…

Nie rozumiecie?

Ech!

To znaczy, że nieznajomą Wam jest Namid i Thaisia, Simon Wilcza Straż i wieszczki krwi i AROOOOOOO!!! Bo czy można nie znać tylko autorki? Takiej, która obydwu płciom pozwala być sobą. Kobietą na humory, mężczyznom na złości. Pozwala żyć intuicją i naturą, oddzielać dobro od zła, ale i uznawać szarości… zjadać ludzi i lubić niektórych z nich. W końcu Namid wiedziała co robi…

Trzeci tom serii… niesamowitej. Tego pisania, które znamy z „Czarnych kamieni”. Spokojności i człowieczeństwa. Prostoty zwierzęcej i naturalności. Żywiołów ucieleśnionych i… wszelkiej intuicyjności. Człowieczeństwa, które jest zdolne odrzucić własne wady i zwierzeceństwa, które pragnie poznać to, co niegdyś tylko jadło… poświęceń, walki o siebie samego, walki o świat i decyzji, które mogą wszystko zmienić. Czy zjeść ich, czy jednak… polubić?

To już trzeci tom, a ja ponownie, jak przy poprzednich łkałam z każdą kartką wiedząc, że mimo narzuconej sobie OKRUTNEJ powolności czytania… i ta opowieść się skończy. Ale przecież bohaterowie ze mną zostaną, muszą!!! Nie pozwolę im odejść – NIGDY. Nawet misiowi Bu! Nawet tym, którzy jednak zakończą swoje życie… Bo przecież w tej historii jest wszystko: i śmiech i łzy i potknięcia tych, których uznaliśmy już za świętych. Naturalnie…

„Pete i Eve wyglądali tak, jakby właśnie kucyk kopnął ich w głowę. Simon nie chciał, żeby tak wyglądali. Lepiej byłoby dla planu, który właśnie nabierał kształtu w jego głowie, żeby ich mózgi nadal pracowały.”

Polecam Wam nie tylką tę serię, ale wszelkie dokonania Autorki! Spróbujcie. Może i Was ujmie prostotą i naturalnością? A jednocześnie… niesamowitą wyobraźnią czerpiącą nie tylko z mitologii… ale i cze goś nieuchwytnego…

IMG_8475

Deszcz pada…

I cieszy. Cieszy mnie i moje nieśmiałe ogórki. Suszki muszki i oczywiście ziela wszelakie co to się plenią jak szalone między kamieniami i kwitną. Oj ale to jest radocha, jak kwitną. Niby Wyspa słynie głównie z lawendowych kłębuszków, ale prawda taka, że pełza po kamieniach i mięta czekoladowa i truskawkowa, odmiany wszelakie szałwii i innych cudów. Tymianki i wszelakie ropuszki, znaczy się tam te no… rozmaryny! Upadek w takie zielsko to po prostu cudo pachnienia. A i pszczółki inaczej jakoś pachną i bzykają, gdy się karmią takim zielskiem.

Dzicza…

Może i Turyścizna pomarudzi, że ukropu nie ma, że słonko chowa się za chmurkami, ale czy ich interesują ogóreczki? Oj nie. Ale Wyspa wie, że nie da się zadowolić wszystki i serio olewa to szerokim strumieniem i pluskiem. Pada na samotną piwonię i maczki, co to mają coraz bardziej zjadliwe odcienie pstrokatości. Pada na kamienie, które serio są w stanie przykuć mnie do plaży na szerzej rozumiane FOREVER. By je głaskać i macać i przebierać niczym w tych definicyjnych powiedznkowo ulęgałkach… A z drugiej strony leżeć na nich, bo jakaś dziwna niemoc mnie ostatnio opadła i w końcu chyba byłabym w stanie tylko leżeć i pachnieć. Ziołami. Ale najpierw muszę się w nich wytarzać. Po prostu. Jakby w końcu schodziła ze mnie ta zeszłoroczna gorączka. Owo dziwne przegrzanie. Jakby tylko chciała opływać owym letnim chłodem tak po prostu…

… tak zwyczajnie.

Sct. Hans… płonie. Znaczy, bez urazy, raczej próbuje. Przy smętnie wędzącym dymnie ognisku tulą się do siebie zmarznięci ludzie i mokną. Kolorowe kapelusze parasolek się poroztwierały… No cóż, wiecie, z pogodą nie wygrasz, a ta w tym roku wyraziście mało letnia. Ale ognisko być musi. Na szczycie siedzi wiedźma i bardzo utyskuje na to wędzenie, bo za nic miotła jej nie chce odpalić, coby na ten Bloksberg się wybrać. Wiecie mają tam wiedźmy wielce zlot i żarcie i śpiewy i hulańce… ale by napędzić miotłę to trzeba neistety ogienia wielkiego, a przy tej pogodzie to ino se wiedźma spodenki odświętne pod kiecką uwędziła. Z drugiej strony będzie pachnieć jak szyneczka na Jul!!!

IMG_4311 (2)

Oglądam, a raczej robi za tło rozpraszające myśli, program o możliwości istnienia syren, a dokładniej jakiegoś morskiego życia nibyludzkiego… i wiecie co? Mówią o Bornholmie! No patrzcie! Ja tam głęboko wierzę, że mamy i syreny i syrenów i olbrzymy, skrzaty i trolle, ale co tam. Teraz posłucham o tym NAUKOWO!!! Ha ha ha. Z drugiej strony… przecież to racja, że bardziej ludziska zbadali Księżyc niż nasze dna morskie. Wolą je zaśmiecywać, niż kurcze zabawić się w płetwowszelakonurków. Oj wiem – ciśnienie – ale jakoś brak powietrza im nie przeszkadza w kosmosie, to dlaczego? Dlaczego nie bada się morskiego dna, które jest aż tak tajmenicze, że… mogłoby mieć tam ludziopodobne stwory. No przecież tyle jest rzeczy na niebie i pod nim, o którym się nawet królom nie śniło… A może tylko im się śniło?

Aż szkoda uwierzyć, że w tych pięknych toniach nie ma czegoś więcej. Czegoś nieuchwytnego, czegoś, co sprawia, że lekko drżymy skacząc w fale. Czegoś, co wyjaśnia pozostawione w wodzie narzędzia i dziwne pozostałości ludzkich odzień tuż przy linii dzielącej wodę od Wyspy…

W końcu natura pustki nie lubi!

Może i mamy lato, ale chłodek przemiły nadal mnie pieści i rozleniwia. Najchętniej schowałabym się pod kocem i zwyczajnie przespała wszystko… śniąc. Nie wiem dlaczego. Może chodzi o ową niską słoneczność, a może nastałą letniość, ale jakoś nie chce mi się. Nie latam dookoła, nie staram się nie przeciągam własnych strun. Może w końcu zwyczajnie potrzeba mi wytchnienia… niemyślenia? Ale czy w takim miejscu da się tak długo? Bo przecież tyle mam do zrobienia, zobaczenia, zmacania, tyle mam do dokonania i uwypuklenia… tyle mam.

IMG_6775 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rajcujący Korpusik… została wyłączona

Pan Tealight i Teoria Niejednooznaczności…

„Ot tak zwyczajnie padła na ziemię.

Na placka, na plecki, przytykając się do zimnej wciąż ziemi, nogi w górę podrzuciła by zawisły podeszwami dotykają nieba i drzew koron. Ot tak. Leżała na tej zimnej niczym serce niekochające ziemi, wciąż wzrastającej, chrupiącej narodzinami, zapominającej o rozkładzie…

Wiedźma Wrona Pożarta leżała i spoglądała na świat z innej strony. Tak od tyłu, od dołu, wąchając kwiatki, ale też i muskając się korzonkami. Stopami w wielkich buciorkach macając chmury, przebijając się przez korony drzew i wszelkie sposoby myślenia. W końcu nadszedł Midsummer. Tak jakoś jak zwykle dziwnie po kryjomu, pomiędzy ochotą na pływanie i tym dziwnym strachem przed falami. Pomiędzy grzechem przeciwko wpojonym tezom, a czymś, co dziwnie woła spoza przeszłości, gdzieś zza tej zasłonki otulającej mądrzejszych, starszych, zaprzeszłych…

Uciekła tutaj od Nieśmiałych Ogórków i Natrętnych Własnych Leśności, od Męskich Wielce Krwiożerczych Poziomek i Skalpowanego Ziela Lubczyku… znaczy od domu. Jak zwykle odziana w wianki i kwiatów bukiety, po prostu oddała się Wyspie. Ta ją wciągnęła w siebie, przekształciła jak chciała, no i w końcu wiecie, wypluła. Jakoś po ostatnim procesie trawienia zdecydowały, że wychodzenie tą drugą stroną nie jest fajne, oj nie!!! Bo przecież wciąż się poznawały. Obie zmienne, obie szalone, obie dziwacznie żeńskie…

Niejednoznaczne.

Ani takie, ani takie, poddane tylu definicjom, że serio lepiej się nad tym nie zastanawiać. Lepiej… nie myśleć. Dlatego, gdy wszystko się skończyło, Wiedźma Wrona i Pani Wyspy udały się do drzewnego domku, gdzie z rodziną Nissenów obaliły Julowe Piwko. Bo przecież ziemia zimna, a o wszelakie katary łatwo!!! A potem… zjadły to i owo, w końcu dieta, wiadomo, no i wróciły do życia. Potem Pani Wyspy wróciła i kopnęła świat… jak zwykle zapomniała o tym, że zawsze się zatrzymywał, gdy zaczynały, jakby nie chciał patrzeć na takowe bezeceństwa, ale co tam…

… jedno kopnięcie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6963 (3)

Siedzi sobie człowiek, niczym bardzo, ale to bardzo bardzo starsza matrona, na drewnianej ławeczce z przeceny, we własnym ogródku, co to serio bardziej jest trawnikiem z ziołami, niż czymś więcej… i czuje się całkiem dziwnie. Jakoś tak. No zaskakująco dziwnie. Bo z prawej wylazł Pan Jeż i się człowiekowi matronie przygląda, oj patrzy z minką nawet nie zaskoczoną na pyszczku spiczastym, gdy przelatująca Panna Mewa właśnie rozpoczęła bombardowanie… aj uchylił się człowiek, no szkoda. Ale może ta wielka, Czarna Wrona siedząca na dachu zdoła wcelować? Bo raczej nie ta Pliszka Niewiadomej Płci z lewej, co to podskakuje jakby na jakimś dopingu była. Nie, ma małe, więc raczej nie pobawi się z Panem Jeżem w celowanie w człowieka. A człowiek taki milusio dziś nieruchawy. No łątwo by było, ale Pliszka ma inne sprawy na głowie. A może i na dziobie? A Pan Szpak? Oj on chyba też nie. Właśnie zarył dziobem w mój niegdyś równiutki trawnik i wyciągnął z tamtą taaaaką wielką i taaaaką Grubą Dżdżownicę!!! Mówię Wam jak stek jakowyś. Znaczy tak porównując wielkość. Albo i coś większego. No po prostu gigantyczna jak na robala. Wije się jeszcze leciuchno w dziobie ptaka, ale chyba nie ma nadziei na umknięcie spożywczemu przeznaczeniu. I raczej też nie dopadnie jej człowiek, którego mogłaby by obsrać. Ogólnie mówiąc, wijąc się i próbując uwolnić choć cząstkę siebie, która mogłaby opaść na trawę skróconą Babunią Kosiarką, jak zwykle 3 centymetry, umknąć w ziemię, ocalić choć coś z siebie…

Ale nie… nie uda się!!!

Pan Jeż miał nadzieję, że może Panowie Kosowie będą chętni na konkurs: Obsraj Człowieka, Wywróż Sobie, Co Cię czeka… ale oni też nie chcieli współpracować. Raczej zaczęli przeganiać się wzajemnie z owego trawnikowego talerza… Nie dla nich zabawy iglastego czoworonoga. W końcu jeszcze nawet nie zapadł zmrok! W końcu jeszcze przecież dzień pracowniczy. Ptaki nie mają wolnego. Jeszcze nie. Jeszcze dzieciaki należy douczyć latać, jeszcze w niektórych gniazdach są maleństwa niezbyt zainteresowane dorosłością, jeszcze nie czas.

… więc siedzi sobie człowiek i patrzy na zieleń dziwną, niemrawą, oczekującą na polach. Na owe przebłyskujące w niej czerwienie nie bławatkowości. Może i nieczęste, może nawet i niecodzienne, ale tutaj, w pobliżu wiatraka, na starożytnym bardzo polu, obecne. Piękne takie, boskie w swojej barw soczystości. Dlatego gapi się człowiek i już. A nawet jeśli ktoś go obsra, to czyż nie będzie to NA SZCZĘŚCIE? No przecież, że tak! A zresztą widzi cżłowiek znajomego jeża, który co jak co, ale też podpada pod amulety, więc dobrze będzie…

IMG_0141

Czasem się zastanawiam, czy życie na Wyspie skłania mnie ku lekkiej olewalności tego, co nazywamy pechem i wszelakim złem? Czy Wyspa sprawia, że szklanka zawsze jest w połowie pełna? A może jednak tylko udowadnia, że kontrola to mit?

Bo przyrody nie obejdziesz.

Jeżeli wieje, statki ustawiają się po niewiewnej stronie Wyspy i zwyczajnie czekają. Nie można nic zrobić. Gdy coś się w planetach przesuwa nie tak, wiadomo, każdego GIK AMOK. A gdy pada, albo zbyt gorąco, no cóż, zwyczajnie starasz się to przetrwać.

A może tak naprawdę Wyspa daje coś więcej?

Inny punkt widzenia? Może po prostu pozwala myśleć mniej o tych pierdołach? Może to przez kamienie na plaży? Bo widzicie, śliczne są takie. Zapatrzy się człowiek, zaczyna sobie w nich grzebać i wyjmuje cuda całkiem za darmo… i rozgląda się i przerzuca te ułamki. Jedne bardziej, inne mniej obrobione przez fale. A jakie mają kształty, jakie obłości i gładkości, jakie cuda kolorowe ujawniają… Jak to miło cieplutki, przeistoczony przez wodę kawałek kamienia w dłoniach trzymać. Jak on miło coś tam w duszy głaszcze, a może w umyśle? A co tam…

… ważne, że głaszcze.

A te fale.

Ech, zapatrzy się człowiek w te odcienie niebieskości i zieleni, w te młodziutkie kaczęta puchate takie, a jednak dzielnie sobie radzące z wielką dla nich każdą falą, no i samo falowanie. I ten dźwięk, który tak fajnie czyści mózgownicę. Nage te dziwaczne dźwięki z niej umykają. Nagle wszystko jest jakoś takie prostsze, a to co nie proste, przynajmniej jakoś tak… łatwiejsze do zniesienia… A przecież to tylko fale. Morskie tańczenia. Rzeczne zawijasy, czy też te strumyczkowe szemrania. Albo pola… falujące, tak bardzo gdy małe, falujące tak bardzo, gdy już wyrośnięte, gotowe do zebrania.

Takie to wszystko… lecznicze.

IMG_8154

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Teoria Niejednooznaczności… została wyłączona

Pan Tealight i Anioł Bezglutenowy…

„Nie no… pewno, że chodzili do sklepów. Tutaj po mięsko, tam po jaja i serki, tam znowu po ęwieczki i inne sprawy, te, których lepiej nie wypowiadać, wiecie… jak czekolada i babskie sprawy, aczkolwiek przecież i czekolada onymi sprawami była, więc i po maśło maślane też… Może i Białe Domostwo było względnie samowystarczalne, ale jednak… czasem musieli.

I wychodzili.

Ale jednak tego dnia, gdy z wrzaskiem wielkim, pąsem na malowanych policzkach i roziskrzonymi oczami – pewno znowu coś popiła po drodze – Pjurella Ząbista, jedna z Wiedźm z Pieca wróciła z zakupów do Białego Domostwa, wiadomo było, że musieli rzucić na ladę coś specalnego. Ale jednak wyciągnięta z koszyczka biała dłoń, cięta przy nadgarstku nie wyjaśniła niczego. No, może jednak tylko odgłosy mdłości i dziwny chlupot z prawego, lewego i środkowego kąta?

Już w drzwiach, rozdygotanym głosem, pąsowa i lekko podenerwowana wiedźma piecowa wyrzuciła z siebie, że na kilogramy rzucili w markecie nowość!!! Anioła Bezglutenowego!!! No i że w sklepie zostały jeszcze trzy nogi, pięć ręków, dwie dupki i kilkanaście łokci… łokci. Są też palce nizane na łańcuszki, oraz takie niczym cukiereczki, wiecie w tytkach takich. Ale wszystko z jednego egzemplarza. Podobno z Niebiańskich Sfer rzucili, bo jakoś u nich nie ma takich na diecie, wcale a wcale, najwyżej tylko ktoś czasem pawia puści z przejedzenia.

Widzicie, nic w tym nowego. Pan Tealight dobrze wiedział, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wciąż miała w spiżarni weki od czasu, gdy to boga sprzedawali. Najpierw niby było tylko kilo na człowieka, ale potem… to ona sama została z całą dostawą. Jakoś nikt nie chciał, a może nikt nie wierzył? A może zwyczajnie nikt nie zrozumiał… ale z tym Aniołem to serio było coś nie tak. Nie że członków miał tyle w mnogości, nie że się jednak jakoś sprzedawał, ale… że był bez gluta!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9181

Z cyklu przeczytane: „Pieśń Kwarkostwora” – … ale baja!!! Naprawdę baja. Po prosty baja. Mimo młodej postaci pierwszoplanowej – w rzeczywistości nad wyraz i nad wiek rozwiniętej, mimo wszelkiej stworowatej baśniowości i magiczności… niekoniecznie tylko dla młodszych. A może… raczej nie dla młodszych?

Bo widzicie, tutaj świat jest niby nasz, zwyczajny taki. Niby jakoś niegdyś coś się rypło, magia zabrała większość udogodnień, ale cała reszta działa. Działa na magię oczywiście. I dzięki występkom występnym tomu poprzedniego: „Ostatni Smokobójca” wiemy, że magia będzie istniała. Ale jeśli nie czytaliście tego tomu, to spoko koko, nadal możecie zacząć od tego! Nie ma boja.

Bo tutaj wszystko jest logiczne…

Jest potrzeba, jest i magia, są i ci, którzy magię robią. Do tego mamy dwie przesłodkie sierotki, pojawiające się nagle stwory i potwory, wszelakie klątwy i dziwacznych magów. Albo i mnie trochę dziwacznych, a poza tym hulaj dusza, piekła nie ma! Aczkolwiek ktośby mógł złapać pojawiającego się czasem Szefa, bo głupio tak, jak ludziom z kredensu dżemy wyżera!!! I do boju!!! Mosty przestawiać!!!

Zabawa.

Po prostu.

Cudowna przygoda, inteligentna i szalony pokaz pomysłowości!!! Polecam szczerze i bez boja tym, co kochają dobre książki, tym, co kochają magię lekko kreskówkową i tym… którzy kiedyś spotkali damę w nagmiennej czerni i bardzo chcieli jej kota przypalić! He he he!!!

IMG_1903

Kurze bingo?

Oj no wiem, wiem, wiem… ale mamy kurze bingo. Znaczy cała sprawa polega na kratce na ziemi i kurkach. Wiecie, taka tam ekologia, czy coś? Polega no na tym, że po ogrodzonej siatką kratce z liczbami chodzą sobie kury i… srają. I na kogo wypadnie na tego BINGO! Znaczy, na który numer upadnie kupa, ten wygrywa!!! Oczywiście kurencje być muszą najedzone, no wiecie, nie da się inaczej i raczej też być muszą dobrze komunikatywne. Ale zabawa jest… i tylko ja jej nie rozumie. Jeszcze gdyby to było jajo, to rozumiem, ale kupa? No nic, oto jest wyspowa zabawa. Mamy też chowanie jajek na Wielkanoc i wyścigi, ale bardziej zawrotnego hazardu ze świeczką tutaj szukać!

Czekajcie, mam filmik…

Od dwóch dni cudownie się chłodzi. A raczej od tygodnia temperatura mnie po prostu rozpieszcza i pieści. No i muska, a już w nocy to ino spać i śnić, chociaż dzisiaj dziwne koszmary miałam, ale winię za to ustawiane stosy i wszelaką Midsummerowość. Stosy oczywiście stoją gotowe na Sct. Hansa. Co jak co, ale lubią dymić na Wyspie, oj lubią. Przygotowane dyszą oczekiwaniem już od kilku tygodni. W niektórych miejscach właściwie zaczyna się wielkie ognicha stawiać zaraz po zimie. Bo przecież trzeba i odpędzić zło i ułatwić wiedźmom podróż na górę wszekakiej, lubieżnej i może, zabawy! A niech sobie dziewczyny kurcze podogadzają! A co?

Zazdrościcie?

Pewno, że we mnie trochę krew zamiera i lekko mnie raczej skóra pali… wiecie, te diabelskie nasienia tak mają, ale nic to! W końcu są pośród nas wiedźm i takie, które kochają ogień. A ja z chęcią bym sobie coś zjarała! A co!!! Jestem babom, a babom to wszystko wolno. Musowo!!!

IMG_6042

Letnia pogoda… podobno zacznie się za tydzień!

Jak dla mnie, to wiecie, może się i zacząć nigdy. Nie przepadam za ukropem. Niby fajnie się pływa, ale co tam… można przecież pływać i bez ukropów. Fale są o wiele bezpieczniejesze… a tak i do nas dotarły te teksty o jakiejś tam wielce bakterii, co mięsnych zeżera, ale i wegetariań, bo i oni z mięska. Spoko koko. Temperatura wody, by takowa bakcyla się rozrosła musiałaby mieć ponad 20 stopni, a u nas to tak sporadyczne, jak kurcze spotkania bez kawy i jedzenia. Z tego co pamiętam, to tylko kwitnące glony sprawiają, że ludzi do wody nie ciągnie…

Dzisiejszy dzień był z gatunku tych w kratkę nieforemną. Albo łatanych i ogólnie mówiąc all included. I było pochmurnie i było deszczowo i było słonecznie, duszno i ukropowo. Ale za to jakie niebo miało kolory. Coś pięknego!!! Błąkałam się w tej niesamowicie barwnej pogodzie po miasteczkach i podziwiałam. Nie ludzi, nie Turyściznę, ale wiecie… nowe. Bo mimo owej przesłodkiej niezmienności Wyspy, to jednak powstają nowe. Rodzą się nowe sklepy, nowe pomysły, odnawia się stare, zmieniają się i kolory ścian i twarze za oknami. A i cuda w oknach, w których sporadycznie ujrzeć można firanki czy zasłonki… cuda. Tutaj patyczaki, tam kwiaty, rzeźby i dziwne figurki, kamienie o kształtach fantazyjnych i szklane misterności, drewienka zbierane przez kobiety i wspomnienia z marzeniami. Drzewka i krzewy… i to światło z okna na przeciwko. Tak rzadko jest za szybami ktoś, zwykle tylko i wyłącznie jest dom patrzący na nas… dom, w którym okna są na przestrzał, tak, że spoglądając w jedno, patrzy na ciebie inne.

Widzicie, na Wyspie nic ni jest tak jak gdzieś indziej. Nic nie jest znane, znajome i zużyte. Niechętne poznaniu, niechętne zmianom.

Innościom.

Tutaj wszystko jest takie skomplikowane. Wszystko jest takie zaskakujące. Intuicykne, jakieś takie nieprzypadkowe. Jakby Wyspa wiedziała… o wszystkim, także o tym, co i kiedy komu powiedzieć, pokazać… i jak co przystosować, gdy zjawia się tutaj świeżutkie i nowe, całkiem niewinne. Bo przecież co roku się wszystko zmienia, oczyszcza i staje się na nie gotowe, a jednak… wciąż wydaje się Wam, że nic tutaj się nie zmienia. Przyznajcie się. Wszyscy tak mówią…

PS. Nauczona dzisiejszym wydarzeniem chciałam wyjaśnić… ceny w sklepach są podawane w DDK. Duńskich koronach, nie w euro!!! Ogólnie mówiąc u nas płaci się koronami. Oj pewno, w niektórych miejscach przyjmą wszystko, nawet złotówki, ale nie bądźcie do tej myśli nazbyt przywiązani!!!

IMG_1935

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioł Bezglutenowy… została wyłączona

Pan Tealight i Punkt Widzenia…

„Z jednej strony… po prostu patrzysz i widzisz, albo nie widzisz. Jesteś w stanie to opisać, albo i nie, a może jednak po prostu olewasz sprawę? Bo przecież teraz częściej ludzie robią zdjęcie komórką, nagrywają na komórkę, ale nie obmyślą tego, co inne zmysły obmacały. Może dlatego Punkt Widzenia zapukał pewnego słonecznego i wietrznego, aczkolwiek i z chmurkami dnia, do Białego Domostwa. Tego, w którym właśnie Pan Tealight wisiał do góry nogami w kąciku kuchni.

Punkt Widzenia mógłby wiedzieć, że to wszystko tylko coroczna norma. Ot zwyczajowe wyczesywanie, obtrząsywanie, przed równonocne osprzątywanie Pradawnego, ale Punkt Widzenia nie pyta przecież. On ino punktuje i patrzy, nie kiwa się, nie skłania, nie zgina… ino patrzy w ten swój własny jeden punkt. Niektórzy mawiają, że jakby tak punktów była nieskończona ilość, wiecie taka wielodzietna rodzina, to w końcu ktoś mógłby zobaczyć wszystko, gdyby ich skleić… ale… Komu by się chciało i kim trzeba by się stać, by nagle oglądać tylko prawdę?

Dlatego Punkt Widzenia był tylko jeden. Jeden dla każdego, a ten, który pojawił się niezapowiedziany w Białym Domostwie był ich Królem. A Pan Tealight po raz pierwszy dał się przyłapać na swojej największej… albo może jednej z owych najwyższych azaliż, tajemnicy. Cóż, wiecie… higiena, te sprawy, wiecie na pewno, tu gąbusia, tam żyletka, a tam znowu ino miękką szczoteczką, wiecie, o taaaak mi rób, oj mocniej, tak, teraz, teraz, teraaaaaaaaaaz!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4725

Maki, bławatki i kokorycze.

To jest tak… niby wszelako wszystko u nas przycięte na te trzy centymetry od ziemi czy skały, a jednak są miejsca, gdzie wszystko rośnie. I to nie tylko wiosną, gdy wszelako przecież mało kto wyłazi z kosiarką do trawy w plener. Nie żeby nie wychodzili niektórzy, bez urazy, ale pobocza i ścieżki mamy ładnie wyrównane… jedzie sobie facet na maszynce i je ciacha. Ot po prostu, a główki kwietne spadają i Rewolucja Francuska jest z nich dumna, bo krzyczą nawet po ścięciu. Hmmm, ciekawe, co nie? Ale są i miejsca, gdzie wszelako wszystko może sobie porosnąć. Ot tak po prostu jak na przykład maki i bławatki i te tam rumianki. Jakież to słodziutkie jest, jakie piękne.

Widzicie, dawno dawno dawno temu maki i bławatki, wszelkie cuda pnące i przyszłe rumiankowe herbatki rosły sobie pomiędzy źdźbłami. Tak po prostu. Mieliśmy też pola maków… ech, co to były za czasy, jaka wolność, a teraz? No cóż, mamy te tam cuda odchwaszczające i kolory znikają z pól. Bez urazy, pewno, że to rozumiem, ale i tak tęsknię. Za tymi złotymi podkładami dla czerwieni i niebieskości, dla bieli i żółcieni, a nawet i fioletów. Jakie to wszystko było piękne. Jakie zboża kiedyś były wysokie i kłosy miały jakieś takie cudowne, jakieś takie pełne. Zrywał je człowiek, rozcierał pomiędzy dłońmi i zjadał. Mączyste takie, gorące od słonka, siedząc na kupie zwożonego zboża… Ekhm, no dobra, dawno to było!!!

Za czasów dinozaurów.

A jednak miejscami wciąż na Wyspie można złapać i maki i bławatki. Co zaskakujące są i żółte maki i pomarańczowe i wielkie takie giganty, które zapewnie niegdyś uśpiły Tchórzliwego Lwa, jak sobie pomykał do Oz. Gigantyczne ich pąki przypominają, ekhm sorry, ale jednak owe seksualne elementy anatomii, które to bardzo, ale to bardzo zwykle siedzą w majtkach. Wiecie takie wielkie, kuliste i owłosione dość specyficznie. Z lekkim rozpęknięciem się szczerzące ku słonku… no nie da się obok tych pąków ot tak przejść. Albo te żółciutkie maluchy, które na błękitcie szalonym wyspowego nieba wyglądają jak pierniczone bursztynki na chudych nóżkach. Nierealnie…

IMG_8767 (2)

Jakby nie patrzeć mamy lato.

Po naszemu zaczęło się 1 czerwca i trwa. Może i po kilku cieplejszych dniach znowu noce zboczyły poniżej 10 stopni C, ale jeżeli chodzi o mnie, to jak najbardziej za to dzikuję! Nie lubię, nie, ja nienawidzę upałów! Po prostu nie znoszę! Nie oddycham, nie myślę, nie egzystuję w takich temperaturach. Wyspa ujęła mnie kiedyś tym, że nie pociła. Jakoś tak zawsze ochładzała, jakoś tak obwiewała i doświeżała. I chociaż nasze pierwsze spotkanie było upalne i potliwe, co nie przeszkodziło w zakochaniu się, to jednak… lubię zimno! Kocham zimno!!! Nie czuję winy za swoje miłości, ale jednak lubię sobie popływać. Tylko… że mi wystarczy chłodna woda, a nawet mroźliwie zimna jednak. Byle czysta, byle gęsta od owych słoności, byle bez meduzów!!! Panicznie boję sie tych pływających cycków. PANICZNIE!! Serio serio serio… dlatego dla mnie lepiej, jeżeli pogoda nie gotuje fal, nie floryzuje glonów i ogólnie mówiąc nie poci.

Oj tak… Turyścizna.

Są. Rodziny z dziećmi sprawiają, że wszystko jest głośniejsze i tłoczniejsze i wiecie co… fajnie. Bo przecież my mamy Wyspę tylko dla siebie przez cały rok, a ona może mieć trochę innej rozrywki poza tymi ciszami, co nie? Nie żebym była taka kochana, po prostu tutaj zawsze można znaleźć miejsca, które są ciche, niechętnie odwiedzane przez innych… Mimo wszystkiego Wyspa nie jest jednak aż taka malutka. Bez obawy. W końcu nie wszyscy chcą się smażyć na plaży. Są i tacy, co wolą połazić po uliczkach i znaleźć malutkie gallerie, czasem tylko obrazki wywieszone na ścianach, i zwyczajnie kupić sobie sztukę sztuki!!! Albo dwie lub trzy nawet!!! Naprawdę i szczerze zachęcam Was do tego, by dać szansę sztuce. W końcu tutaj naprawdę mamy jej sporo, czasem więcej niż tej całej chińszczyzny, wystarczy poszukać i przekonać się do tego, że można mieć w domu coś, co jest inne, jedyne w swoim rodzaju, co mówi o was: patrz, oto jest człowiek, który dał zarobić człowiekowi, który stoi wyżej, może i ja powienienm być taki? Bo sztuka, jakakolwiek, czy to obrazy czy ceramika, czy coś ponad to wszystko sprawia, że karmicie coś więcej niż człowieka… pozwalacie duszy artysty latać, a sami pokazujecie, że jesteście wyjątkowi!!! I potraficie dostrzeć w świecie więcej…

IMG_7313

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Punkt Widzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Gang Zimisława…

„Właściwie, to na imię miał Gienek, wiecie od uGieniusz. Bo się Matce przy zapisach rączka obsunęła, E nie wlazło w linię, no i tak zostało. W końcu Ugieniusz jakoś nikogo nie przekonywał, więc tak zostało, że się U pominie… zresztą z czasem smarkacz jeden porządnie zaznaczał swoje racje…

Nikt więc nie oponował.

A jednak, niczym w indiańskiej tradycji, gdy dotarł do owych dziestu lat zmienił sobie imię na Zimisław, bo podobno lepiej brzmiał, a w gangu brzmienie ma znaczenie. Wiecie, klekot jąder na mrozie, nóżki w betonie stukające i ząbki się obsuwające, nutę jątrzącą wydzielające… norma. A Gienek, znaczy Zimisław, wybrał sobie właśnie taką karierę. I chociaż z wyglądu ów ogromy, barczysty, owłosiony mężczyzna zawsze miał w kieszeni lizaki i przeprowadzał starsze panie przez ulicę, a kotkom z oberwaną nóżką funodwał wózeczki… to jednak krył się w nim mrok. Jakby zawstydzony swoją mocą, wolał nie wyłazić na zewnątrz, by on mógł być nadal… misiem. Stworzeniem, co to mechate, kudłate jest i dobrotliwe na rzut oka, ale jak rzucisz dwa oka, to domaga się rosołu i to najchętniej z ludziny, bo czemu nie…

Zimisław ogólnie mówiąc miał zapał do pracy, ale i pasję, z którą się przed wszystkimi krył. Otóż… namiętnie kochał i kolekcjonował… klamerki do bielizny. Do tego sznury też zbierał, a już w orgazm wpadał na widok cudownie rozwieszonych damskich utensyliów, ale nie na widok niewymownych, miejscami wstydliwych, śliskich takich, jasnych, a i czarnych, w koronkach i pliskach, ale właśnie na ów pokrętny sposób, w jaki drewniane spinacze głaskały jedwabistości. Albo te plastikowe w fantazyjnych kolorkach, albo te zabawne, nowoczesne o dziwnych kształtach, albo te… I marzył o tym, by tak powiązać sznury w lesie i zwyczajnie leżeć pod nimi i skrzętnie notować jak też one tańcują, jak brzmią dotykając się, jak błyszczą, jak się zmieniają…

A Wiedźma Wrona Pożarta wiedząc, że znajomych dobrze mieć, zwyczajnie tę pasję w nim pogłębiała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4470 (2)

Z cyklu przeczytane: „Meduza” – … dobre. Intrygujące. Niestety potem znowu włącza się wyłączna sensacyjność Cusslerowa… Naprawdę szkoda, bo cała magia meduzowa strasznie mnie zaintrygowała. Spiski państw, totalne dezinformacje, honor jednego człowieka, który jest tak małą ceną za kłamstwo całego świata.

Proste.

Tym razem ponownie Kurt Austin. Zadziorny i niezniszczalny. No i Zavala! Ech, milusi z niego koleś! Do tego epidemia, porwania i wszelakie nurkowania!!! Dobra sensacja, niestety trochę leżąca w kwestii epidemiologicznej. Trochę „Głębia”, miejscami z lekka nawet „Epidemia”. Wiecie, dla każdego coś miłego. No i on i ona, bo przecież bez tego wątku byłoby nudno, co nie?

Ponownie odrobina przeszłości, w której oczywiście tlą się wszystkie odpowiedzi, ponownie wynalazki, sensacja, no i ratowanie świata! Bo przecież to jest najważniejsze. Zrobić wszystko, by wciąż się kręciła ona… ziemia. Tylko kto jest tak naprawdę złym, a kto dobrym? Czy zawsze walczymy z definiowalnym złem?

Jazda bez trzymanki. Na pewno świetna na lato!!!

IMG_1908

Mam solsorty w ogródku.

Czyli wiecie, kosy. Skacze toto z dziobem wypełnionym TŁUSTYMI glistami i się gapi na człowiek. No niby znamy się kilka lat, one mają gniazda w żywopłocie, my karmimy je w zimie, ale i tak jest między nami pewna niepewność. Jakaś taka nieśmiałość. One sobie skaczą po trawce, skak skak skak, niby, że wiecie nic się nie dzieje, a jednak… jakby szpetały: no co tam człowiek. Się nie patrz człowiek, j ty ino szczebioczę i skaczę. O, a jak skaczę, to mi się robale wysypuja z dzioba, jak szczebioczę też, więc się na mnie nie patrz!!! Skaczę, skaczę, skaczę, popiskuję nawet, a ty człowiek co? No czemu się na mnie człowiek nie patrzysz? No patrz się patrz się patrz się na mnie ty człowieku no! Bezpiórcu ty no patrz się na mnie. Co? Patrzysz się już! No i dobrze, taki mam fajny dziób żółty, ale weź no, nie gap się na moje glisty! O nie, nie podzielę się z tobą… idę do gniazda, ty kurcze człowieczy podglądaczu ty! Zobaczysz, znowu będę cię podglądał przez okno, jak się po prysznicu wycierał będziesz, zobaczysz!!! Ech! Ludzie!!!

Norma.

Bo przecież tutaj nie może być nudno. Mamy nową wronę w ogródku. Powiem wam, że to albo genetyczna pomyłka w corwiksowym gronie, albo kurcze mutacja Monsanto wrony szarej i kaczki! No serio… przylatuje to ciągle i kwacze mi w ucho!!! I to jak głośno, a jak wymyślnie!!! No i całkowicie po kwaczemu!!! Już człek nie może dojść do ładu z tym całym zwierzowaniem… I na dodatek znowu urodził się mały żubrek. Niby logiczne, sprowadzone żubry są teraz największymi ssakami tutaj, mają masę jedzenia, więc spokojnie mogą się zajmować rozpłodową miłością. Ale i tak jakoś człowieka rozczulają i małe bizoniątka i źrebiątka i owieczki… Ludzie już nie tak bardzo wam powiem, jakoś, mało włosia mają na sobie chyba!!!

IMG_6899

Golasy…

No i kurcze nie wiem, ale… Widzicie serio nie mam nic przeciwko golasom, co mnie obchodzi, ale facet machający przyrodzeniem, to chyba troszkę dla mnie nazbyt wiele. Nosz niczym ten paw swym ogonem. Ja rozumiem zaloty, ale serio? Ekhm. Zresztą do kogo on się chciał zalecać tam? Strach się bać, aż od razu się człowiekowi przypomina ta wiecie ryba coto w Amazonce do penisa wpływa. No ryba w prąciu no!!! Jakoś tak, pierwsze skojarzenie. A potem dziwny dreszcz, gdy włazi się do wody. Niby wiadomo, że toń morska nadal lodowata i w ogóle nie mam penisa, a jednak jakiś się lekki, drażniący strach w mej duszy rozlewa… ekhm.

Kładę się więc mokra i zlodowaceniem alpejskim obłożona na gorącym piasku i wglapiam się w świeżowyklute muchy. Cała ich masa. Kota można dostać jak tak człowieka obłażą i macają tymi kończynami i skrzydełkami i w ogóle.

Gwałt na mej cielesności!!!

Krewetka zaś sobie obok mnie skacze i nic.

Taka jest goła. Całkiem dziwnie mleczno-biała, ale i kremowa i taka waniliowa się mi zdaje. I skacze. No kurka skacze. A przecież te odnóża ma takie mikro całkiem i ciałko spore, więc jak ona kurna skacze? Może ma spężynkę w dupce? A może czeka na patelnię? Bo widzicie, podobno one są smaczne, ale ile takich musiałby człek zeżreć, by choć smak poczuć? Miliony? No nie wiem… patrzę jak ona skacze i powoli staram się małpiszonę zagnać do wody… niech popłynie, bo jakoś sucho wygląda. Bardzo sucho!!!

Hmmm, dziwnie sucho…

12 milionów koron… wygrało małżeństwo z mojej Wyspy. I wiecie co powiedzieli? Że w końcu będą mogli sobie kupić okulary i rowery. To dla tych, którym się wciąż wydaje, że ludzie w Danii nie mają problemów. Mają.

Normalne…

IMG_6920

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gang Zimisława… została wyłączona

Pan Tealight i Utopielnica…

„Nie mówiła.

Z ust wydobywały się tylko bąbelki, bączki i wszelakie wodne kreacje. Tak po prostu leżała, unosiła się na wodzie, jakby ta była czymś więcej, niż tylko powierzchniowym napięciem, siłami, których nie rozumiała. Szczupła, a nawet koścista, bez wyraziście zaznaczonych babskich cech, o długiej, pociągłej twarzy i bardzo jasnych, jakby wybielonych, zmęcoznych kolorami, włosach. Unosiła się, a włosy tańczyły dookoła niej. Z zamkniętymi oczami, z leciutko rozchylonymi ustami… w szacie, która przypominała kreację balową, ale o lekko zmodyfikowanej, pomniejszonej objętości. Coś pomiędzy nocną koszulą, za pradziadka Tadka, a czymś, co w dzisiejszych czasach uchodzi w blasku dnia na ulicy, czy nawet promocji w wymyślnej galerii.

Wernisażu Niedochrzczonych…

Unosiła się na falach i przeszkadzała Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki, co to się bardzo mocno pływo-kąpać chciała. Przez chwilę może i służyła usłużnie za wymówkę, by dalej, powyżej ud zanurzyć kuliste, wiedźmie ciało, ale po pewnym okresie stało się to już nudne… Wiedźma nie mogła tak po prostu pływać, gdy ta wciąż się do niej zbliżała i zahaczała o jej obcisły strój swoimi długimi paznokciami… w pogrążonym, krwiście-buraczkowym odcieniu. Nie żeby mogła go zniszczyć, chociaż szkoda by było, no i na pewno ukróciłoby to kąpiele letnie, jako że Wiedźma Wrona Pożarta nienawidziła zakupów szczerze i całą nadwagową sobą, więc wolała uniknąć i tego… a poza tym zwyczajnie niecierpiała jak się ją macało. I to jeszcze tak za darmo, bez niczego, bez prezentów, ogólnie mówiąc jej trzeźwej…

A ona nadal się unosiła.

Bąbelki z jej ust zaczęły się gromadzić w powietrzu i tworzyć dość filuterne kształty. Przechodzący obok Golas Stareńki z pierścieniem mocy na przyrodzeniu aż zagwizdał. Na pewno nie na Wiedźmę… która wiadomo, ze względu na ograniczający jej lęki specyficzny wzrok, na szczęście tego nie widziała… Gdyby nie aparat fotograficzny, który zawsze miała przy sobie… ech, może nie miałaby teraz tego obrazu w sobie? Może? Może gnijąca panna w toni morskiej bardziej by ją przejęła? Bo przecież miała jakąś historię, coś się jej przydarzyło. Coś musiało ją zmienić… może i te ślady na jej szyi, ten sznurek odchodzący niczym zerwana kolia z jej gardła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4666 (3)

Z cyklu przeczytane: „Drażliwe tematy” – … tomik. Tomiczek, tomiczunio. Twarda, intrygująca okładka, długi wstęp, sztuka sama w sobie. I krótkie formy literackie. A tak, bo to nie tylko opowiadania, to też wiersze, myśli i wtwory, które serio nadałyby się na kolejną powieść. Szkoda, że nią nie będą…

Ten tomik, to stracone złudzenia i odepchnięte marzenia. Przynajmniej dla mnie, bo tęsknię za Gaimanem w dłuższej formie, za jego rozwojem opowieści, narracją specyficzną, za owym pisaniem pełnym i bogatym. Za wyobraźnią, która sprawia, że nie tylko nie ma tego, co niemożliwe, ale i tego, co zwyczajowo istniejące. Że nic nie jest pewne, stałe i zwyczajne.

Tęsknię za takim Gaimanem. Za jego powieściami, za tymi cudami przygody zmieszanej z zatrważającym człowieczeństwem, mitami, które ożywają, które stają sie codziennością, zrywanymi welonami oddzielającymi światy… baśniowością dla dorosłych. Tęsknię, bo opowiadania to nie to samo. Tak, jest w nich pomysł i intuicja, jest wyobraźnia, ale… brak mi słów.

Bardzo brak… podziwiam pomysł, intrygują mnie osobowości, ale jednak… za mało, a ciężko, za bardzo nie tak. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co? Nie do końca rozumiem zamysł wystawiania takiej pozycji. W jendych formach się zakochałam, inne mnie poirytowały. A jednak… nie można nie poznać ich i kochać tego autora, więc… polecam tym kochającym.

Czekającym na więcej.

IMG_1904

Duszno i nieduszno?

W dzień, gdy słonko mocniej przygrzeje opada lekka duchotliwość. Gorącośc, którą zdaje się może ochłodzić tylko morska toń. Ale gdy wieczór powoli oplata codzienność, jakoś tak wszystko się chłodzi, jakoś tak milusio się rozpiera w owej mroźliwości wszelkich tematów i… nagle się oddycha. Jakoś tak inaczej, naturalniej, bardziej logicznie. Jakby tak naprawdę liczyła się tylko… zmienność. Owa ciągła fluktuacja. Ciągłe susze i wiatery, deszcze i słoneczności. Jakoś tak jest fajniej, gdy nie podąża za nami nuda? A może jednak nie? Bo ja chyba kiepsko sobie radzę z niespodziankami. Naprawdę kiepsko. Ale… chyba tylko w przypadku, gdy ktoś, kto uważał, ze tak dobrze mnie zna… dał dupy na całej długości. Wyspa tego nie robi. Wyspa jakoś tak wie, a może pyta, śledi i ogólnie mówiąc stalkuje na całego? Nie wiem, ale wie. Wie co zrobić, byś się uwalał w błotku, a potem uśmiał tak, że obciążone gatki spadają i wie, kiedy zwyczajnie dać ci spokój.

A może tylko sobie tak wmawiam?

Czy antropomorfizacja kawałka skały wystającego z morza, bo serio widziałam formę dna i nawet przecież nie pływamy – ha ha ha – jest potrzebna? Czy to ma sens? Czy widzę więcej niż inni, czy mniej i sobie zwyczajnie, po ludzkiemu dopowiadam ogarnięta jak zwykle horrorem vacui? Może? A walić to, nawet jeśli, to who cares? Nawet jeśli zmitologizowałam tę przestrzeń pod czarownym nieboskłonem, to co w tym złego? Komu to przeszkadza? Komu to ubliża, czy coś zabiera? Przecież to tylko intuicyjna wyobraźnia. Tylko myślenie odziane w słowa. Każdy może, a i pewnie każdy sobie, tworzy prawdę. To co widzę ja nie jest tym samym, co widzisz ty. Nigdy nie było i nigdy nie będzie. Zresztą, gdyby było, byłoby serio smutno i nudno… więc może to sprawa nudy? Może jest jakaś Bogini Nudy, siedzi i zwyczajnie się nudzi, a cała dookolność jej nudzi się wraz z nią i wszystko ich boli z tej nudy i serio nie wiedzą, co ze sobą zrobić… Może Bogini Nudy też przybywa na wakacje na moją Wyspę? Ale jakoś serio nie wierzę, że się jej udaje złowić nowych użytkowników swojej mocy właśnie tutaj. Nie przejdzie mi to nawet przez sito wyobraźni. Nic z tego moja droga, tutaj zawsze jest o czym marzyć, śnić i w co łapy, nosy i kolana wsadzić.

Zawsze!!!

IMG_7291

Turyścizna

Przyjeżdżają i już nie jesteś bezpieczny na scieżkach i chodnikach. Po prostu nie jesteś. Miejscowi wiadomo, jeżdżą jak zwykle, uważając i wiedzą, ale Turyściźnie ktoś do łbów wbił, że rower ma wszędzie pierwszeństwo? No serio? Kto nam takową niedźwiedzią, czy też wężową przysługę zrobił? I dlaczego cudowny, duński, czy też północny zwyczaj ZAWSZE zatrzymywania się przy pasach, jeżeli ktoś tam czeka, albo zbliża się do nich radośnie, by przestąpić granicę między światem prawej i lewej strony… wymiera? No dlaczego? Czyżby już nie uczyli dzieci uprzejmości? Bo chyba tych na rowerach to wcale jej nie uczą… A może ludzie zachowują się jak prosianiuchy ino na urlopach? Tylko dlaczego? Nawet papierki potrafią wyrzucić pod siebie!

Na otarcie wszelakich łez i szaleństw przeludzkich są ptaki.

Zauważyliście, że takie mewy, to dostają zawsze to, czego chcą, ale jak wrony łatwo je spłoszyć… a takie kawki kurcze, inaczej niż sroki, które umykają i ogólnie sporadycznie są powolne, patrzą na człowieka zimnym, błękitnym okiem i czekają na jedzenie. Na okruszki, na cząsteczki i kawałeczki. I trudno się im oprzeć.

Pewno przez to oko.

Na Wyspie mamy szalone kawki! I mówię to z pełnią wszelakiej swej własnej szaleńczości, są ponad wszelkie normy. Kroczą jak specyficzne damy, albo mocno zadziorni panowie i tylko łypią. Zauważyliście jak bardzo inaczej widzą świat. Bo przecież jak taki ptak patrzy na wprost? Jak ryba? Znaczy bokiem, czy inaczej? I jak wszystko widzi? W jaki sposób obe zawsze wiedzą, kiedy idziesz i kruszysz? No kurcze jak? I czy ta pani zięba, która ostatnio przebiegła mi drogę miała na myśli tylko mnie, czy jednak pozostałości ciastka na mojej torbie?

Wyspa jest czarowna. I nigdy nie jest nudna!!!

IMG_4470

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Utopielnica… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowa Wiedźmienka…

„No sucho no…

Stokrotki opuściły trawnik i gromadnie, lekko tylko pochylając główki, udały się w zacienione i wilgotne jeszcze miejsca. Jakiekolwiek miejsca. Nikt i nic nie było przed nimi bezpieczne. W owych pożółkłych kłaczkach, niegdyś donośnie i nadmiernie dosadnie zwanym trawnikiem, nie dało się wytrzymać. Może i nie było aż tak gorąco cały dzień, może i jakoś tak wiało chłodno, ale bez popitki nie da się żyć. Nie. I stokrotki to wiedziały. Dlatego sprowadziły się w większość pod Białe Domostwo, gdzie gdzie nadmiernie do tego skore Połamane Królewny, coś pędziły. Nie ważne co i nie ważne na czym, ważne, że za czynsz tym płaciły i było to płynne!!!

A ona tańczyła.

Całkiem niezbornie, całkiem pomieszanie, plącząc kroki, rytmy i ruszając rękoma, niczym maniakalny i żądny krwi policjant drogówki. Tańczyła nie bacząc na odgłosy i nagłe Wyspy wyciszenie, na chochoty i całkiem oficjalne i nieskrywane rechotania. Nie mierziły jej wglapione się w nią oczy ni wytykające palce, maszyny i nagrywajki. Nie widziała stawiając kroki na czubkach wyschniętych ździebełek, języków i czerwieniejących się policzków. Nie widziała nie tylko z powodu kijowego wzroku, ale zwyczajnie trans ją ogłuszył. Przyszedł z tym wielkim, gumowym młotkiem i walnął ja w łeb. Potem poprawił, gdy wciąż stała, ale dopiero trzeci cios wprawił ją w taki ruch. Oj pewnie, że Brunio – tak ma na imię – chciał ja ogłuszyć na amen i wiekuistą może ciszę, ale… gdy się nie udało, wykorzystał to.

Puści ją na youtuba.

I może… jednak sprawi to, że deszcz spadnie? Może ten zaśpiew, który docierał do nich od jakiegoś czasu, dziwny i drażniący, sprawiający, że koty nie sikały gdzie chciały, a psy zamiast się dołączyć uciekały… sprowadzi opady? I może w końcu nie będą to żaby, tylko coś bardziej smacznego?

Smażone kurczaki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5919

Recenzja na dziś „Kotek Mamrotek”

IMG_1382 (2)

Milusie jedzonko już jest!!! A w tej cudnej równinie nierównej, wzgórku przygodowości… jest WEGNER!!!

IMG_7476

Światło i ciemność…

Wyspa potrafi wsiąknąć, zatonąć w ciemności. I nie chodzi tylko o zimę, kiedy to wydaje się być aż nadmiernie na miejscu. Nie chodzi też o czas, gdy havgus jakoś tak czarnieje i zdaje się przytłaczać wszystko. Nie. Po prostu wszystko nagle czarnieje. Chmury się zbierają, światło odchodzi. Nie jest nie wiadomo jak ciemno, to nie noc… zwyczajnie tutaj ciemnością jest brak światła. Brak tego zaskakującego, mocnego, tańczącego na płatkach i skałach światła. Zmieniającego wszystko, tworzącego na liściach dziwne kształty, pokazującego i wróżki i tak zaskakujące, mityczne, magiczne stworzneia, że w pale się nie mieści. A jednak to przecież nie jedyna światłość.

Przecież nie jedyna…

Noc i dzień.

Tak rozróżniamy to wszystko. Jasny dzień, teraz, na krok przed latem zaczynający się tak wcześnie i tak głośno i ciemna noc. Dzień… wiadomo, większość z was kocha, gdy nie wstaje ze zmrokiem, gdy pierwsze promienie łagodnie muskają twarz, gdy zwyczajnie chce się wam wstać, umyć i wyleźć w dzień. Ja nie. Wolę pochmurność i deszcz uderzający o szyby. Ale nie ja wybieram. Dlatego teraz szczególnie czekam na noc. Chociaż… nie przychodzi szybko, a nawet jak już przyjdzie, gdy księżyc gdzieś tam ją oznacza, gdy zwyczajnie jakoś tak po prostu świat ucicha, poza tymi kilkoma ptasimi głosami, poza jeżami baraszkującymi na trawniku… jeden obiega drugiego dookoła i człowiek nie ma pojęcia, czy to seks, zaloty, czy jednak coś innego. I nadal nie jest ciemno. Nadal noc o tej porze roku jest jasna. Jakby nie było ucieczki od tego całego światła. Noc nie jest czarna, nie jest nawet szara. Ona jest biała. Jasna i dziwnie błękitna miejscami, lekko różowa nawet. Jakby to wszystko postanowiło zaszaleć z kolorami, pobawić się światłami. Jakby… chciało odegrać się za wszelakie zimowe ciemności.

Za zmrok o trzeciej po południu…

IMG_7934

W portach zaczyna się robić ciasno.

Co jak co, ale na Wyspę przecież najlepiej przypłynąć, a jeśli ktoś ma własną łajbę i oczywiście umiejętności, to lepsza przecież taka taksówka. Nabywasz bilecik parkingowy, w porcie masz i kibelki i prysznice, ale… i tak buja. I chociaż cudownie wyglądają gatki na sznurze od bielizny, suszące sie radośnie, to mnie nie przekonują. No sorry, ale zwyczajnie rzygam i tyle. Jak buja, jak nazbyt kręci, a i w ogóle… łatwo rzygam. Ale i tak łódeczki takie śliczne się na tafli niebieskości bujają. Kolorowe takie. Jedne całkiem ino drewniane, ale i jest i zestaw aluminiowych, czy coś tam… są takie bielone i w barwach kremikowych, no i oczywiście są takie bardziej szaleńcze. A na większości z nich cudowne odpryski farb widać, a dzięki nim kolorystyczną przeszłość łajby. No co za raj wam powiem, po prostu skarby i dzieła sztuki. Ten ma paseczki, tamten ma paseczki, obowiązkowe flagi i cały ten myk, na któym kompletnie się nie znam… sterburta, bakburta!!!

Te tam… cumy rzuć!!!

Wyspa z wody wygląda całkiem inaczej. Taka jest dziwnie malutka, jak lekko oklapnięty, ale jednak bogato zdobiony torcik. Bo ma przecież i te chateczki malunie i kolorki na nich radosne i te dachy takie ceglasto-czerwonawe, albo w rozmaitych odcieniach słomy… Jak się od niej odpływa zdaje się smutkować na całego. Ociera chusteczką nie tylko oczy, ale i wydmuchuje nosek. Soczyście i głośno. Ale jak tylko wracasz, ponownie kierujesz się w jej stronę, coś się w niej zmienia. Znowu jest pogodna, może i nawet dziwnie duszna, ciężka. Jakby ponownie chciała cię oblepić, nasączyć i nigdy, ale nigdy, nigdy nigdy nigdy cię już nigdzie nie wypuścić poza swoje ramiona. Niewiele o tym wiem, bo nie lubię wyjeżdżać. Za wiele kosztowało mnie dotarcie tutaj i wczepienie się pazurami. Nie warto tego nadwyrężać. No i jest jeszcze pępowina. Wrosła we mnie, przyczepiła się tak na amen, jakoś dziwacznie przywarła…

… chyba nie ma już dla mnie ratunku.

IMG_8158

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowa Wiedźmienka… została wyłączona

Pan Tealight i Potop Ludzki…

„Oj tak…

Oto i nadszedł czas corocznego Potopu Ludzkiego. Bez urazy, jakkolwiek można wytłumaczyć potrzeby spotykania się i ustalania wszelakich praw, problemów i sfar łagodzenia, to jednak… Widzice Wiedźma Wrona Pożarta wolała chyba jednak monarchię, a nawet tyranię. Bo jak tu się stawiać demokracji?

No jak?

Tym bardziej, że owa demokracja uzbrojona jest w małe, chowane nadzwyczaj bezstresowo, jakby każdy z tych krzykaczy był kurna królem Henrykiem VIII, dzieci, a tych się Wiedźma Ptaszydło boi bardziej niż gęsi!!! Serio! Znaczy żywych i tych w pomarańczach, wiecie, tych bardziej kaczkowatych. Mimo jej oporów… Nadszedł na Wyspę sezon Tupotu Małych Nóżek, a to oznaczało większe ukrywanie się, skradanie i ogólną nieresponsywność na otoczenie. Bo przecież wychodzić jakoś musiała. Mimo owego Potopu Ludzkiego. Macać Wyspę musiała i doglądać ją i wszelako wkurzać swoją dziwnie milczącą, ruchliwą nieobecnością…

Ale jak być sobą, gdy wszędzie one krzyczą i latają, i chcą od razu cię macać i nikt ich nie nauczył, że nie wolno? No jak? Dlaczego nagle dzieci i ryby mają nie tylko głos, ale jeszcze kurna taki donośny i człowieczeństwo olewający?

… więc lata po Wyspie Wiedźma Wrona wielce oszołomiona. Z tym dzikim uśmiechem, który niektórych zniewala, a innych jednak nie odstrasza. Lata i dziwuje się jak bardzo wszystko się zmienia i jak szybko, gdy tylko ścisk się robi na zwykle pustych plażach i w portach. Na tych miejscach, które chowają się przed wszystkimi, i tych, któe zdają się wszystkich przywoływać. Bo mimo Turyścizny i kilkudniowego Potopu Ludzkiego, jakoś tak wciąż jeszcze pozostają te miejsca, które można nazwać wolnymi, tylko swoimi i idealnie samotnymi.

Boi się Wiedźma ludzi przeraźliwie. Jakby nie tylko kryptonit był w nich, co to na nią działa, ale i wszelako nieznana trucizna. Ale przecież ze wszystkiego jest jakieś wyjście, co nie? Zawsze może robić jak wrony i krakać… jak Turyścizna!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1926

Z cyklu przeczytane: „Szpieg” – … niespodzianka. I to jaka!!! To nie NUMA i nie względna podwodność, to USA z przeszłości i nowy bohater!!! Na dodatek jaki intrygujący, przystojny i szaleńczo szarmancki. Jakby serio nie facet, ale raczej jakaś dama go składała do kupy.

A to TYLKO kolejny Cussler.

Może i sztampowy miejscami, może i lekko się powtarzający w układzie rozdziałów i wątków, w owym mordowaniu i ocalaniu… w tym wciąż podrzucaniu kłód, a potem cudownym ocaleniu, ale i tak kręci. Tym bardziej, że cała historia ma ten odcień sepii. I ową naturalność tamtych czasów. A jednak, wciąż jest i zbrodnią i sensacją. Wciągającą opowieścią z przeszłości. Gdy panowie byli szczytem świata, a panie, które nosiły spodnie były, ekhm wyzwolone. A jednak ludzie wciąż kierowali się tym samym: zawiścią, nienawiścią, patriotyzmem i sercem.

Lekko polityczny, niesamowicie nasycony intrygującymi, dobrze wyrysowanymi bohaterami. Dziwnie spokojniejszy, jeżeli przyzwyczailiście się do badań DNA i daktyloskopii. Ot stara, dobra kryminalność z USA. Wyścig zbrojeń, prawnicze utarczki i detektywistyczne obietnice. Po prostu spróbujcie, a sami zdecydujecie, czy warto wskoczyć w wodę, która dawno temu popłynęła. Zasmakować innej etyki pracy i specyficznej męskiej szarmanckości.

IMG_1911

Ucieczka.

Wyspa jest ucieczką. Nie oszukujmy się. Tutaj można się kompletnie wyłączyć i zacząć nie rozumieć odgłosów techniki. Przestać rozpoznawać symbole, powrócić do poprzedniej epoki. W jakiś dziwny sposób się unaturalnić. I choć może ślimaki i tak zeżrą nam truskawki, czy inne próby siewne, ale nic to, bo przecież można żyć ino czosnkiem niedźwiedzim. I gdyby tylko jeszcze przywrócili u nas produkcję wszelakich nabiałowych spraw, to serio byłoby super. Ale gdy tak się żyje w świecie poza światem, rezygnuje z newsów i telewizji, woląc zachody słońca, lasy i morskości… to jednak nie do końca rozumie się te bolączki Turyścizny. Jakoś tak. Jakby ten każdy przybywający tutaj osobnik, pochodził z jakiejś ufiastej Matplanety, czy innego tam uniwersum. Jakby jego bolączki dotyczące internetów, dziwnych ulepszeń życia i wszystkie te telefony, pochodziły z jakiejś Strefy 51. A może to tylko ja? Bo może istnieje wytłumaczenie w posiadaniu rowerów, za które można kupić używany samochód? Czy na takich dupa mniej boli? Nie wiem. Ale najbardziej oducza się człowiek na Wyspie pośpiechu. Bo tutaj jest permanentna astamaniana!!! Serio. Jak w jakiejś Grecji, czy innej Hiszpanii. Tutaj większość serio nie przejmuje się pracą, a i w środku zajęcia gotowa jest na deskę, kąpiel w falach, czy inne rozrywki.

A już jak jest bieganie, to serio robota może poczekać…

… trudno się tego nauczyć.

Jest we mnie wciąż jakiś przymus ciągłego pracowania, może i dziwne wyrzuty sumienia wspomagane podrzucanymi słoami w stylu: ale przecież wy to ciągle macie wakacje. A tak, może i mamy ciągłe wakacje, piękne widoki przejeżdżając z jednej roboty do drugiej, ale jednak… to wakacje wiekuiście pracujące. A tego nie można nazwać wakacjami. Sorry. Ale ludziom tego nie przetłumaczysz, więc tylko kręcę głową, uśmiecham się jak idiota i kończę temat.

A tak, uśmiechania też się człowiek tutaj uczy. Szczególnie, gdy inni próbują ci powiedzieć jak powinieneś żyć. Serio Turyścizno? A ktoś się cię o zdanie pytał? Ale nie bójcie żaby, tutaj każdy się uśmiechnie i… dalej będzie robił swoje!!!

IMG_9300 (2)

Świat robi się cieplejszy…

Nadchodzi lato, czy też raczej po naszemu już jest od pierwszego czerwca. W miasteczka cała masa rodzin z małymi dziećmi i jazgot, a to oznacza, że mewy serio mają mocno wyrąbane na dzioba!!! Serio! Nie tylko możecie być zbombardowani przez ich latające pzoostałości, ale też pilnie pilnujcie swoich smakołyków. Bo mewy są głodne i rozwścieczone hałasem. Jakoś nie są w stanie się do niego przyzwyczaić. Ot tak. Po prostu. A już ujadające maluchy wychowywane bezstrsowo, to po prostu raj dla małych, ptasich móżdżków. Co rusz widzę jakąś pomarańczowodziobową latawicę, która z dziwnym błyskiem w oku spogląda na tłustego, drącego się pod drzewkiem niemowlaka. Albo takiego, co go wystawili na dziób, by po prostu pod pokładem mogło być przez chwilę ciszej. Jej mroczny cień dziwnie się marszczy za rozwieszonym praniem i już, już jesteście pewni, że w końcu nasze Wyspowe CSI się do czegoś przyda… gsy latawica rezygnuje!!! Nosz taka jestem niezaspokojona!!!

Ale chyba mewa przeraziła się wzmożonej aktywności gliniarskiej. Co jak co, ale w zesżłym roku tylu ich aż nie było. Jakbyśmy co najmniej szykowali się na Papieża i Prezydenta USA w jednej osobie, z trzema głowami, ale jednak nie ze stułą i nie w czerwonej sukience. Nie wiem, czy to sprawa całego islamskiego zadymiania, czy jednak chodzi tylko o plucie na zimne, ale się boję. Coś we mnie siedzi i się telepie. Nawet widok starszej pary, która ze ślicznym tęczowym koszykiem – i poduszeczkami pod dupki – przybyła nad morze, by spożyć obiadek, jakoś mnie nie utula. Tym bardziej, że pan zaraz po jedzeniu postanawia popalić…

… gdzie moja mewa, nosz już my mu damy popalić!!!

Ale mewy już nie ma.

Jestem tylko ja w porcie Północnym w Gudhjem i dziwny, wysiany pewno jakimś niepodręcznym sposobem rzepak. I chłodna bryza od wody, a raczej mocno lodowata i czystość fal, kolorowe chatki i jeszcze niebieskoskłon nad moją głową, i zapach z cukierkowni, znowu lukrecja w powietrzu… i jakaś taka dziwna posmutna żałość i oczekiwanie. I straszna susza!!!

Deszczu nam trzeba!!!

IMG_1404 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potop Ludzki… została wyłączona