Pan Tealight i Wiedźmia Eucharystia…

„Wszędzie drzewa i kamienie. Często nie można odróżnić jednych od drugich, jakby wzajemnie postanowiły się nie wyróżniać, jakby przejmowały kolor skały, czy testurę kory… a może zwyczajnie moda taka? Unifikacja, brak odmienności i seksualnych dywagacji? Albo tradycja?

Tudzież przenikanie społeczności…

A może zwyczajnie kamienie były kiedyś drzewami i teraz od czasu do czasu wracają do… korzeni? Może tęsknią, a może zwyczajnie pokazują drzewom jaka będzie ich przyszłość za miliony, miliardy lat… Może… Ale najważniejsze pośród tego jednak było człowieczeństwo. To, które je połączyło. Poprzez tysiące lat turlało skały tutaj, niektóre macało częściej, inne znowu odkształcało, a czas drzew przemijał. Aż w końcu przyszedł ktoś, kto znowu je zasadził narodziły się nowe trolle i krasnale i potworzone zostały nowe ołtarzyki dla wszelkich bytów… A kamienie wciąż były sobą. Zmieniały się, ale nawet do nich to nie docierało. Tak po prostu, transformowały się w okręgu swojej narzuconej może, świetości. A może nie narzuconej? Może nim ktoś ukształtował tą katedrę z zielonym sklepieniem i uczuciem, że naprawdę musisz tutaj się pomodlić i jeszcze zostawić jakąś ofiarę, to one zapragnęły nia być? I wykorzystały ludzi? Drążyły w nich pragnienie poprzez miliony lat, czy raczej tysiące ludziowego dojrzewania… aż w końcu dopiekły swojego!!! Dostały miejsce najświętszych zachowań!!!

Ogromne i pełne kamieni i drzew i traw i kwiatów… i poddanych im ludzi. Małych i wielkich, zadziwionych nie tylko ogromem skał i głazów, ale też i dziwnością ich umiejscowania i oczywiście… kształtami niektórych. Większość z nich, znaczy ludzi, kląkała. Może i niektórzy lekko przymuszeni skałami i trawami, rowkiem biegnącym poprzez ziemię… a niektórzy nie. Wszyscy jednak się modlili. Jakby wiedzieli, że ktoś wysłucha i zmieni ich codzienność…Jakby mieli w sobie coś więcej, niż tylko wiarę i przerażenie, strach przed złym i okrutnym bóstwem, życie po tym życiu, albo i jego brak… jakby wiedzieli, byli pewni owej największej świętości…

Świętość…

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stała pośród tego wszystkiego z lekko obrzydzoną i zdziwioną miną, bo właśnie połkła niechętnie i przypadkowo… muchę. Tłustą, niebiesko-srebrzystą i nadzwyczaj latającą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0429

Z cyklu przeczytane: „Smilla w labiryntach śniegu” – … kryminał i matematyka. I Grenlandia. I wszelaka niesprawiedliwość społeczna i Dania… tak inna od świata, który Wam opisują. Od owej wszelakiej szczęśliwości, ludzi uśmiechniętych… od tego świata, w którym nie ma odrzucenia…

Biorę tę powieść do ręki i wsuwam się w zimową Kopenhagę. W dziwny, nieznany całkiem świat. Inny od tych kolorowych zdjęć turystów, od owej wszelakiej mocy rowerowego szaleństwa. Kopenhagę, która krwawi i śmierdzi. Której kompletnie nie znam. Spoglądam z dachu na krople krwi i pochylającą się nad tym Smillę. Smillę, którą powoli poznaję dzięki jej retrospekcjom, monologom. Bo tak naprawdę zbrodnia to tylko przyczynek do tego, by pokazać ją i jej życie. I matematykę. I owo dziwne spotkanie w swiecie wszelakiej niesprawiedliwości. Dziwnego ojca, dziwną rodzinę… potomków Grenlandczyków. Wszelaką niesprawiedliwość.

A ja nie potrafię się w to wczytać. Nie chodzi o to, że książka jest zła… ona jest egocentryczna i zadufana w sobie. Widzi ból, kąpie się w nim, ale wciąż woli krzyczeć o tym, że najbardziej zranioną jest ona sama. I tak jak czasem ów efekt przerysowania wzmacnia narrację, to tutaj… zniechęcił mnie!!!

Nie chodzi o moja prywatną miłość do Danii, ale o…

… modę!!! A tak Panowie i Panie, oto typowa stronniczość, która się sprzedaje. Tutaj wszystko jest napisane według tego cholernego plany, który większość z pisarzy ma, i którym się nie kryje. Tak, bohaterka jest intrygująca, a Grenlandia dostała w dupę… ale czy aż tak to wygląda? Nie!!! I nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta powieść, to tak naprawdę kolejna piosenka na Eurowizję… utwór, którego się nie czuje, którego nie tworzy się z potrzeby serca, ale jest wyliczeniem komputerowym, średnią z poprzednich wygranych i innych hitów… Tia. Bo powieści tego typu istnieją. Gorzej, matematyka w nich też była!!! Naturalizm też… więc co zostaje?

Śnieg?

Śnieg też był. I nie przekonuje mnie fakt, iż książka zwyczajnie jest „niełatwa”… ona manipuluje wrażliwszym czytelnikiem i nakazuje pewną opinię… i choć jest ciekawa, czuję do siebie obrzydzenie, że w ogóle po nią sięgnęłam…

IMG_1905

Kąpanie…

To nie jest tak, że lubię, czy nie? Po prostu muszę. Muszę się moczyć. Znaczy nie żeby kurcze tak w pieluszkę, ale wiecie… pływać. Unosić się. Nawet jeżeli tylko przez chwilę, nawet tak po prostu, zwyczajnie, koszmarnie koślawie… zalać się, zanurzyć, ale zawsze łącznie z głową. Zanurkować głęboko, dotknąć dłońmi piasku, złapać kamyka, albo wodorosta. Pomachać nad wodą stopami, a potem wrócić na poweirzchnię parskając i cieszyć się jak wariat. Albo chlapać. Bo czemu nie? Nawet jeśli woda zimna, tak zwyczajnie chlapać, robić fontanny, a z siebie niezłego wielorybka. A potem znowu płynąć, macać dziwną, często oleistą przestrzeń, robić BULGOTY!!! Bawić się. Niczym dzieciak, całkiem wolny, nie martwiący się wszechświatem, oczami innych, tym jak wygląda kim jest, jaką ma rasę, jaki ma status społeczny, stopień naukowy… Jakby woda, w owej swej pełnej babtystości mogła wszystko wybaczyć. Mogła wszystko unieść, ale i wszystko zatopić. Jakby po prostu, tak zwyczajnie, mogła… W tej swojej czystości, zmienności. Pośród tych wszelakich włochatych kamieni. Tych z zielonymi grzywkami i czuprynkami. Tych cudownie mięciutkich i tych oślizgłych bardziej i tych, które całkiem jeszcze nie do końca wiedzą jakie chcą być…

Wskoczyłam wczoraj do takiej wody.

Jakoś tak zwyczajnie.

Całkiem świadomie, ale i nieświadomie. Wskoczyłam na dodatek bez uprzednio przygotowanej koafiury i stroju… ot tak prawie jak Bozia stworzyła, wiecie. No dobra, gacie miałam, ale co tam te gacioszki… zimna, lodowada toń zaraz zresztą je nadmiernie zamoczyła, obciążyła, a że wcześniej wybachałam się w piasku, to błotko wyszło. Ale i tak bosko było. Choć dech zaparło, choć dziwnie nie wiem, czy wciąż mogę oddychać, bo płucka lodowej są Królowej… to bosko było.

Dobra, przepłynął człek kawałek i zaraz wyskoczył, bo już kostki przejmowały bóle, bo ścięgna traciły sprężystość, ale ta chwila nurzania się w ciężkiej, gęstej od soli i wietrzności toni, czystej tak mocno, z tymi wszelkimi odcieniami niebieskości, zieleni i wszelkich sieni palonych… hihihi… była boskością płynną!!!

IMG_0143

Nagusy…

Niegdyś Skandynawia żyła nagusowo!!! Ale od kilku lat kurcze już nie wolno? Nie można aż tak, dziwnie, nagle ludzie boją się przebierać jak kiedyś, może nie wsadzając innym klejnotów w oczy, ale jednak bez przesady i namiotów ręcznikowych… No bez przesady. Mi tam jakoś nie przeszkadzają pływający nago. W końcu to morze, dużo go jest, nikt się nie maca wzajemnie, a i ślepa jestem, więc… wczorajszy facet, co to już się wycierał mi nie straszny, a i sama grzeszyłam nadmierną nagością…

A morzu chyba bez krępacji?

Starsze osoby, na szczęście wychowane w tych innych czasach, nie tylko się kąpia, opalają, ale też gdzieś mają to, od kiedy się kąpać… Nie baczą na mityczną datę 24go czerwca i po prostu, tak zwyczajnie, skaczą do wody. Włażą do niej drabinkami, ot wprost z mola, w porcie, czy gdzie im bezpieczniej i bliżej. Gdy tylko fale niezbyt wielkie, po prostu pływają, nie bacząc na temperatury!!! Może dlatego babeczki na Wyspie doprawdy jakieś takie się niestarzejące. Osiemdziesiątka tutaj, to późna pięćdziesiątka. Nosz nie można być pewnym nigdy kto ile ma lat.

Jeśli tylko osoba taka kocha przyrodę…

… nie przemija!!!

Gęsta, jeszcze taka nieturyściznowa woda morska oblepia człowieka i po prostu go odnawia. Karmi jakoś tak dziwnie, pozwala nie tylko się siebie napić, nawąchać się minerałów, ale przede wszystkim wciska się przez naszą skórę, prosto do krwi. I chyba o to chodzi, bo jeśli nie dopadniesz tej toni przed sezonem, gdy dzika jest, nieznająca człowieka całkiem… jakby dziewicza i czysta zimowo… z tymi włochatymi kamyczkami, skałami tak idealnie wypolerowanymi drobniutkim piaskiem, albo w innej części wyspa pełna jaskółczych chlebków, cudownych krzemyków… cudem jest.

To wszystko takie jeszcze dzikie i niepełne nowych przybyszy zdaje się być też najpiękniejszym prezentem, jaki mogę sobie wymyśleć. A to chyba coś niesamowitego, czyż nie? A może jednak…

IMG_0180

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.