Pan Tealight i Wietrzne Anomalie…

„Uciekała przed wiatrem, bo nie dość, że on nią majtał, to jeszcze obalał to na smoka, to na trolla, to na drzewo, a potem w tą kałużę bez dna, która się okazała przejściem do bardzo dziwnego, porządnego świata, w którym wszyscy siedzieli na krzesłach, nikt nie jadł palcami, a białe kołnierzyki i dokładnie zapięte bluzki były jedynym strojem. Bo widzicie, majtek tam nie nosili… Mimo wszystko było to aż nazbyt wiele dla Wiedźmy Wrony Pożartej i… uciekła stamtąd. Nie pamiętała jak się jej udało z tego dziwnego miejsca wydostać, spomiędzy owych wyfokiowanych par, które góry miały okey, ale dołem już niezbyt, ale nagle była znowu na Wyspie, w lesie i pomiędzy wiatrami. W końcu dotarła do Dziwnej Dziury Awietrznej i tam się rozłożyła. Bo widzicie na Wyspie jest wszystko dla wszystkich, nawet miejsce, które nie wieje, gdy cała reszta furczy.

Oj Wiedźma Wrona Pożarta miała dziwne stosunki z wiatrami. Zwykle ciągłe, mało przerywane, ale jednak atypowe. Podrywały ją one to z tej, to z tamtej strony. Majtały nią, nawet wtedy, gdy pamiętała, by do kieszeni naładować więcej kamulców. Nawet wtedy. A jednak… mimo częściowych nazbytnich podenerwowań i wkurzeń, strachów, które wiatry upuszczały na Wyspę, jakoś tak nie umiała bez nich być… ale czasem nawet ona musiała wytchnąć pomiędzy pniami w lekkim zagłębieniu, tuż przy smoku co lubił dzieci saute, nawet bez soli, przy starym murku… I się nie bujać. Nie przewiewać, nie szorować dupskiem po mokrej trawie, nie powiewać sobą…

W takie dni, gdy wiatry uprawiały dziki seks grupowy z Panią Wyspy, Wiedźma Wrona wolała jednak dziwną spokojność swojej Chatki, niechętnej wietrzanym umizgom, aseksualnie spoglądającej na wszelkie podrywy, niż ową chuć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5067 (2)

Z cyklu przeczytane: „Umrzeć po raz drugi” – … cudo! Serio! Znaczy ogólnie lubię Tess Gerritsen, ale ta powieść… miodzio! I nie chodzi tylko o to, że znów w niej Rizzoli i Isles, ale przez zbrodnię. A może tak naprawdę kilka ich? Bo przecież jedno ciało wiosny nie czyni, ale kilka…

Oto opowieść wielowarstwowa, z jednej strony Boston, z drugiej Botswana, tutaj zwłoki świeże, tam pamięć o tych, co już nie wrócą. Tutaj zwierzęta, dzikie, w pełni swej wolności i Zoo, a do tego wypychacz zwierząt potraktowany tak jak one… Tylko, czy rzeczywiście jedna zbrodnia może  być dowodem na seryjnego mordercę? Czy naprawdę ciała z trzema nacięciami na dwóch kontynentach, można powiązać?

Dwie kobiety, a właściwie trzy. Każda ze swoją traumą, każda ze swoim koszmarem. Każda coś przeżyła, co ją zmieniło, ale nie każda sobie z tym poradziła. Jak zwykle pasjonująca opowieść i choć można się domyślić kto zabił, wciąż wciąga!!!

IMG_6120

… i ucichł.

Dziwnie jest, gdy wiatr ucicha po tygodniu wiania. Nagle coś nie pasuje, czegoś brakuje, nagle wszystko jest inne, dziwnie ciche i nieruchome, jakby.. świat się skończył. A przecież to nie jest możliwe? A może jest? Może po każdej wichurze, huraganie i wszelkiej sztormowości świat się odradza? Może tak naprawdę wszystko się skończyło i świat był kompletnie wyłączony przez pięć wietrznych bardzo dni? I tylko ludzie niczego nie zauważyli, bo nie dość, że byli zajęci swoimi dziwacznymi, martwymi sprawami, plastikowymi zabawkami, plastikowym jedzeniem i wszelką plastikowością, to na dodatek dawno już utracili to coś. Ową własną naturalność, dzikość i wszelką ludzkość? Zapomnieli o niej i o tym, że są częścią tej planety, tej Ziemi i tego Kosmosu. I nie zauważyli, że świat się skończył. Znowu. Tak w ogóle, to od dawna już tego nie zauważają. Niektórzy tylko czasem czują ból w dziwnej kostce, tudzież jakieś zawroty głowy, mają koszmary, albo czują strach całkowicie nieuzasadniony. Cała ta naukowość strasznie wszystko spieprzyła. Pewno, że jutro odwołają to, co uznali dzisiaj za naukową prawdę, ale kto o tym pamięta. To co dziś naukowo święte, potem zostanie zdetronizowane… Znam to.

A wcale tak długo nie żyję!!!

Nie wieje.

Nawet nie pada. Temperatura nadal nazbyt wysoka na zimę, co oczywiście usprawiedliwia dziwne zagmatwania Tubylców. Skarżące pienia Listonosza Gburka, który narzeka na technikę i co rozumiem… Paczki zaginione i te, które przyszły zbyt wcześnie. Świat się potrząsnął i obsypały go plastikowe płatki. Wiecie, jak tą śnieżną kulę, ino Wyspa w tej kuli chyba stała na słońcu i nazbyt się podgrzała. Czasem tak myślę, że co jeżeli jesteśmy taką sporawą śnieżną kulą z wymiennym wkładem? I dziwny, owłosiony olbrzym czasem nią potrząsa, a czasem ona sama jakoś tak mu wypada z dłoni, toczy się po kamienistej podłodze, wpada na dywanik wypleciony z ludzkich włosów… przecieka. A on tego nie widzi? A co, jeżeli czasem zapomina o nas na dłużej? Wtedy mamy lato, bo stoimy na tym oknie i jest nam ciepło, znaczy Wyspie jest… a czasem bawi się nami, podrzuca, zabiera na spacerek, może nawet wiruje nami i wtedy mamy wiatr. Może i czasem gra kulą w siatkówkę, czy inną piłkę?

IMG_6568

Tia…

Melduję brak skandali w ostatnich dniach. No poza tym całym czymś o biedzie. Bo widzicie, nagle się okazało – co większość już wiedziała i czego boleśnie była świadoma, że jesteśmy biedni. Znaczy ogólnie mówiąc Wyspa jest. Bo tak naprawdę ceny mamy ogromne i mało kogo na co stać, a Turyścizna i tak wolałaby za nic nie płacić. Czy oznacza to bankructwo Wyspy? Czy rzeczywiście wolno nas zasypać uchodźcami i odpadami radioaktywnymi? Kurcze… martwię się. Bo szkoda Wyspy. Wiem, jak to brzmi, ale serio mi jej szkoda. Przyrody, spokojności i chwiejności, owej mokrej rzeczności i źródeł no i całej… urody. Tej ciszy i ciemności, a potem rozświetlonych nocy. Tego braku sklepów i względnej dzikości…

Tak, jestem sentymentalna i ważniejsze są dla mnie drzewa niż fabryki rzeczy kompletnie idiotycznych. Bo tak serio… nie da się żyć bez natury, bez drzew i tlenu, ale bez plastikowych obrzydlistw da się jak najbardziej! Serio! Żyłam tak i to było całkiem dość niedawno. Całkiem… a może tak naprawdę był to inny świat i inne życie i całkiem daleka przeszłość? Serio! Spacery po centrum handlowym nie są tym samym, co spacer przez las! Całkowicie. Pomijając fakt, że las jest właściwie za darmo! Macie tylko wydychać, a w zamian wdychać i tyle. Finał pieśni.

A teraz czekamy znowu na wiatr. Na wichurę wszelaką, niesamowitą i podobno znowu nadzwyczaj bardzo silną. I wiecie co? Cieszę się z tego, nawet jeżeli rąbnie mnie ona znowu w psychikę, bo to jest Wyspa. Inny świat w innym wymiarze wszystkiego. Wyspa, czyli schronienie. Jedyne miejsce, gdzie można uciec, schować się i zwolnić, choć i u nas nie brakuje wariatów, co chcą techniki, jeżdżą jak wariaci i ogólnie mówiąc narzekają, że Wyspa nie jest Kopenhagą. A cała reszta… cała reszta jest normalna, chociaż może dla innego świata zachowujemy się lekko nieszablonowo? Może zbyt często patrzymy w morze, gadamy do skał i głaskamy drzewa, na dodatek pijemy z drzewami zostawiamy skrzatom nie tylko cukierki, no i trollom oczywiście, ale i piwo! I to najlepsze, nie jakiś bluzgi, o nie!!! A pogaństwo wciąż tutaj trwa… właściwie, to wszystko to, co nim nie jest, jest tak naprawdę bez sensu.

IMG_6441 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne Anomalie… została wyłączona

Pan Tealight i Przeterminowane Królewskości…

„Włacha!

Bo widzicie bycie piękną księżniczką, czy królewną nie jest takie złe. Masz smoka, więc da się pogonić od wieży tych brzydszych, czy mniej majętnych, a sypianie ze strażnikiem nikomu nie wadzi, co nie? No i te wszelkie zadania, które starający się o rękę ma wypełnić. Serio, można przyznać, że da się poznać w ten sposób przyszłego małżonka. Nie ma boja. No i baba przez większość czasu jest górą, a kobiety to lubią. Serio!!! No i ten smok… Wszystko jest takie proste jak on się stara, a co potem? Gdy już ją zdobył, gdy ona w jego ramionach? Po pewnym czasie już to nie jest to, więc może taką księżniczkę, ili królewnę, należałoby zamykać w wieży cyklicznie? By jemu się znowu zamarzyło, a ona… ekhm, mogła zmienić swę zdanie? A może po pewnym czasie zamykać jego? Tylko, czy wtedy smok nie zmieni koncentracji uczuć?

Niczego nie można w życiu być pewnym i wszelakie koronowane więzione, dobrze o tym wiedziały. A może jednak nie wiedziały? Może żyły nadzieją, że jednak nie będzie z nimi jak z innymi? Że on będzie kochał zawsze, na zawsze, a w końcu zwyczajnie… gdy jej się znudzi, będzie mogła go wymienić na tego zgrabnego, młodego strażnika, który to się pręży zawsze przy jej balkonie? Bo przecież jako królowa zawsze możesz… więcej! Zresztą nie oszukujmy się, przecież i niekoronowanym można i wolno wszystko. Wystarczy tylko użyć wyobraźni. Tylko… i aż.

Z czasem Koronowane traciły swoją młodość i urodę, a jak już wydały męskiego potomka, to wiadomo, mało były zauważalne, no chyba że dało się być regentką, albo… samotną królową? Przecież cóż w tym złego! Baby potrafią rządzić i władać, zwyczajnie czasem im się nie chce…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6605

Słonko i wieje!!!

A potem tylko wieje. Niczym stado duchów, dusz potępionych, które nagle zerwały się z piekielnych czeluści i wybrały się na Potępioną Eurowizję. A może Piekłowizję? Kurcze? Wyspowizję? Nie wiem, ale śpiewają. Wyją, jojczą i postękują. Wydają z siebie takie dźwięki, które sprawiają, że pamięć wyciska Wam z umysłu obrazy z dzieciństwa, o których nigdy nie chcieliście tak naprawdę pamiętać. Wszystkie te koszmary senne, któr ukształtowały w Was strach przed zegarem, otwartymi drzwiami szafy i cieniami… Te, które sprawiają, że uderzenia serca budzą w was duszący grało strach, ową ciężkość dziwną, siedzącą na piersiach…

Oto otuliły Wyspę wiatry. Niestety te straszne, które potęgują doła, zabawiają się z depresją sprawiając, że rzucacie się od rechotu i dziwnej radosności, do piekiełka woskowej straszności. I zbyt wiele myślicie, jakby tak naprawdę wiatr niósł te wszelkie, dziwne myśli narodów, których nikt nie chce, bo bolą, dodają zmarszczek i nadprogramowych kilogramów. Bierze je, znaczy te myśli, miesza z rchotem potępionych dusz, tudzież zwyczajnie wykupił prawa do ich muzyczności, wiecie soundtrack taki i… i macie przekitrane. Spożycie czekolady wzrasta oczywiście! Pieczenie i gotowanie, wszystko co smaczne i tłuściutkie! Eeeee… no i oczywiście przeciwbólowe, co u nas łykają jak groszki. Nie ma bata, nie dostaniecie przeciwbólowych tutaj w większej ilości niż opakowanie za jednym podejściem. Nikt nie chce wleźć w nasze skarpety i buty i zażyć tej dziwnej, gumowej i pluszowej migreny, specyicznej dla właśnie takich aur. Takich powiewów… Oj serio, przydałyby się jakieś fajne używki. Może i hodowla milusich roślinek z charakterystycznymi listkami, to coś fajnego? Może jednak mogliby to zalegalizować właśnie z powodów meteorologicznych?

Może?

IMG_4805

Wieje…

A może to jednak coś innego? W końcu łączy się z aż nazbytnim wzrostem temperatury? No i oczywiście pokasowanymi promami. Znaczy promy zostają w porcie, ich trasy z powodu fal bujnych i rozrośniętych zamykają swoje podwoje. Nie ruszysz się z Wyspy. Ni hu hu. Po prostu musisz siedzieć w domu. Znaczy, możesz spróbować pójść na spacer, ale lepiej przywiąż się do kamieni. Do głaza, kamienia, albo budynku! Koniecznie! Zresztą, nawet w środku, w swoim pokoju, kuchni, czy sypialni, czuję się jakbym nie dotykała podłogi. Jakbym unosiła się ponad nią, nic w końcu nie ważyła…

W Norwegii ten sam wicher bije właśnie rekordy powiewów. A ja… mimo iż zastanawiam się nad tym, czy dach nie odleci mi wraz wiatrem, jakby kurcze czuł się jakiś poderwany, czy co? A może wiatr właśnie oświadcza się mojej dachowości? Kurcze, co będzie, jeżeli dach przyjmie oświadczyny? Co będzie, jeżeli zabierze się ze swoją miłością? No co? Przecież luty nadchodzi, Walentynki za progiem!!! Nawet dach może się dać porwać uczuciom. A czemu nie?!!! A może mnie by tak ten wiatr porwał? Oj pewno, że pozostaję w wartkim związku, ale jednak miłoby by było mieć takigo… ekhm, zalotnika? Czyż nie? Może podrzucałby kwiaty, tylko nie z cmentarza, no bez przesady, weź wiatr nie idź na łatwiznę, do sklepu, wyciągaj kartę krdytową! I misie oczywiści i kartki i może jeszcze fajne kamyczki, ale niezbyt wielkie, w końcu ty wietrze wiejesz, durnie byłoby zginąć od cegłówki, czy kawała granitu! I jak już, to zostaw przed drzwiami, nie rzucaj mi w twarz, jak tamtych róż! Piękne były, ale oberwać po oczach kolcami, to serio nic miłego! A i jeszcze jedno… rozumiem mój drogi, że chodzimy wszędzie razem, że śledzisz mnie nawet w kibelku, widzę jak zaglądasz przez wywietrznik, ale… jak jesteśmy na zewnątrz weź mnie tak publicznie nie podwiewaj. No i błagam, nie obejmuj mnie znienacka, bo się zwyczajnie przewracam i mają mnie za pijaną. I jeszcze jedno… jak już, to wiesz, ja jestem tylko na wyłączność! Jak już, nie życzę sobie byś podrywał innych, zaciągał na głowy cudze spódnice i zwalał panny z rowerów. Nie, nie nie! W taki coś się nie wplątuję! Sorry, ale ja się zalotnikami nie dzielę!

Wieje…

IMG_4808

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przeterminowane Królewskości… została wyłączona

Pan Tealight i Horror Wyspy Story…

„Wszyscy wiedzieli, że Wiedźma Wrona Pożarta ma ducha, a raczej… wiecie, to Duch miał ją. To on ją zaprosił, on też wciąż pilnował, a raczej ona… Zawsze obecna, nocą kopcąca papierosa za papierosem nad zlewem w kuchni. Zamykając oczy Wiedźma Wrona zawsze ją widziała i dzięki temu czuła się dziwnie bezpieczniej. Może nie do końca okej, ale jednak trochę lepiej. W końcu niektórzy nie mogą być nigdy w pełni szczęśliwi, a nawet zadowoleni. Zwyczajnie, dla niektórych to nie działa. Nawet jakby szczęście kopnęło ich okutym butem w nos, uznaliby to za wypadek, obsunięcie nawierzchni, tudzież inwersję kosmiczną… Tia, kosmitów to można o to obwinić, czemu nie? Duch za życia kopcił w łazience, siedząc na Studni Życzeń, wciąż jeszcze czasem dymiła się metalowa popielniczka przytwierdzona do ściany, wciąż czasem chmurki nikotyny wyglądały ze ścian, gdy tylko nisseny w ścianach zabierały się nazbytnie sprzątanie… Tak właściwie, to Chowaniec utwierdzał się dzień w dzień w przekonaniu, iż duchy nie istnieją, Chochel przeglądał się w niej niczym w lustrze, gdy kradł gaci Chowańcowi, a misie, no misie wciąż były sobą. Jednak od czasu, gdy na chwilę sprowadzili się do Chatki Wiedźmy Pan Tealight i Ojeblik – mała, ucięta główka… Duch czuł się lekko zaniepokojony. Jakby uznawał, że teraz zostanie zbyt mało Wiedźmy tylko dla niej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6344

Z cyklu przeczytane: „Nie gaś światła” – … Servaz. „Bielszy odcień śmierci” i „Krąg”. Kurde, jak można tak pisać? Jak można włazić w tak wiele dusz, krzesać z nich iskry, pleść nici i tworzyć nowe tkaniny?

Z taką łatwością?

Bernard Minier. Jeśli go nie znacie, zacznijcie od samego początku. Tak po prostu, bo jest, bo nie warto kochać kryminałów i thrillerów, opowieści o ludzkich pokręceniach i go nie czytać!!! Poznajcie Servaza, specyficznego glinę po przejściach, a może wciąż w ich trakcie? Z jednej strony przebywa w ośrodku dla zdepresjonowanych, z drugiej, jakoś nie jest w stanie odciąć się od pewnej sprawy… tym bardziej, jeżeli owa sprawa przesyła się do niego bijącym prawie sercem, kluczem i dziwnym zdjęciem. Ale, czy wciąż jeszcze leczący się Servaz powinien podjąć się śledztwa w sprawie ewidentnego samobójstwa? Czyżby istniał sprawca zdolny zmusić kobietę do popełnienia go? Jak odnaleźć ślady, jak pomóc tej, która już stoi na krawędzi swego istnienia…

Trzecia część serii z tym bohaterem. Wciągająca, przejmująca i przerażająca. Tak naprawdę każdy tutaj może być przestępcą, każdy może zostać ofiarą, albo TYLKO wariatem. Czy gorsze więzienie, czy psychiatryk? Ułuda i głosy, czy nóż w dłoniach? A może obydwie te rzeczy? Do kogo się zwrócić, gdy nikt ci nie wierzy? Kto uwierzy, gdy wszelkie dowody wskazują na ciebie?

IMG_6121

Wiosenność w powietrzu… taka dziwna, nieoczekiwana. Po tych kilku dniach niezłego mrozu, znaczy jak na Wyspę niezłego, taka wiecie, nie na miejscu. Ptaszki świergolą, robaczki w powietrzu, wszelakie zagmatwanie w krzaczkach. Na niektórych liściach już jakieś pączki i listki, a przecież to dopiero koniec stycznia. A może już AŻ koniec stycznia? Rok leci, jakby na końcu czekała na niego jakaś nagroda? Może dziewczyna, albo torcik czekoladowy? Kto to tam wie, co taki Rok lubi? Czy dla niego hurysy w rajskich ogrodach, dziewice pragnące wyuzdania, czy jednak spokojność i mało ludziny? A może jednak ten torcik? Może tak naprawdę biedulek Rok przez cały rok jest na diecie, wiecie jedynie kapucha i sałata, a gdy grudzień dobiegnie końca, w końcu i on może popuścić pasa i zwyczajnie się nażreć? Bo przecież tak niewiele przyjemności ma zwyczajny Rok. Gapi się na tych ludzi, co to se obiecali w Sylwestra, że schudną, będą sławni i piękni, no i w końcu może i mądrzejsi, chociaż nie, może to nie raczej… i patrzy jak z czasem z tych obietnic, marzeń i postanowień pozostaje marchewka i wiadro z wodą. Wiecie, tak jak z bałwanem do samodzielnego montażu. To może zdołować. A jeszcze kurna ta sałata… nic dziwnego, że pędzi.

Pogoda pogodą, a na Wyspie kolejne skandale. W Pedersker problemy z wodą. Znaczy, z tym to w ogóle jest jakaś dziwna afera. Bo widzicie, no nagle się okazało, że zużycie wody skoczyło o całą jedną rodzinę! Znaczu o cały dom… a płacić kurde nie ma komu. Podejrzenia były różne. A to, że Sven bacha się całymi dniami, wiecie Freda moczy, albo że Kim postanowił zrobić sobie basen w swojej szopie… Oczywiście okazało się, że zwyczajnie rurka pierdykła i się woda święta wyspowa lała w przestworza, ale jakoś nikt tego nie zauważył. Oto cudowne problemy małego świata. Ale żeby nie było od razu afera!!! Bo przecież ktoś mógł się przyssać do naszej kochanej kranówki, a trzeba nadmienić, że kranówkę mamy zajebistą. Powiem Wam, że jak czasem się człowiek przytknie do kranu, to po prostu ciągnie i ciągnie i ciągnie, i puścić nie może. I nie chce nawet! Bo ona tutaj taka smaczna!!!

IMG_6572 (2)

Tiaaaa… Wprowadzono nowe prawo co to dotyczyć ma tych no, wiecie imigrantów. I tak wyrywają zęby na granicy i tym podobne… znaczy żartuję, ale czasem to sobie myślę, że tę biedną Danię, to kurna tak łątwo bić. Jak w Japonii muslimizm zakazany, to nic się nie dzieje, Australia odmawia przyjęcia uchodźców, jest okej, Holandia nakazuje ileś tam procent oddawać pracującym uchodźcom na swoje utrzymanie (75%) tyż okej, ale płacenie pół miliona miesięcznie za ogrzewanie obozu dla małego kraju to koszmarna buba i tyle. Bawaria i Szwajcaria tyż odbiera przedmioty i co? Na nią nie krzyczycie? Ja muszę płacić! Więcej, jako imigrant musiałam wykazać się dochodem i odłożoną kasą! Dlaczego więc nie ma równości, co? A ja tam nie mam wypasionych portków i srajfona jak ci imigranci! Bo mnie nie stać!!! Nie stać mnie jak większości na mojej ulicy… co to wiecie, wyrośli z duńskiej ziemi. Co się nigdy naprawdę nie migrowali… Co wiecie, muszą bulić 100% podatku za auto, podatek za cudze powietrze, podatek za zasyfianą przez innych ekologię. Kurna, ta Dania to serio ma przesrane, nic dziwnego, że Duńczycy opowiedzieli się za opcją mniejszej EU.

Ogólnie mówiąc, wiecie, bez dalszych wielkich zmian. Wyspa nadal stoi, choć mi wciąż się wydaje, że pływa. Przy tej nagłej, ogromnej, huraganowej wietrzności trudno raczej uwierzyć, że się nie ruszamy. No takie wielkie fale Wam mówię… TAAAKIE!!! To musi coś znaczyć. Jak nic, ponieważ powietrze aż nazbyt gorące, zbliżamy się do jakiegoś zwrotnika, czy coś? Albo może tylko jakiś smok na nas chucha? Dobrze, że nie jada czegoś produkującego smrodliwość paszczową…

… a może jada?

Żeby nie było, z wodą problemów ciąg dalszy! Jutro braki w H2O zaobserwują mieszkańcy Svaneke i Listed! Nici z kąpieli za dnia moi drodzy!!! Kurna, tyle leje, a w wodę nagle jesteśmy ubodzy? O co w tym chodzi? Spisek jakiś podejrzewam. No jak nic butelkują naszą wodę i sprzedają za zagramanicę!!! Ciekawe ino za ile? I czy ci butelkowcy czasem nie współpracują ze śmieciarzami? Bo znowu nam śmieci nie zabrali!!! Co za czasy! Jak nie urok, to się czym podmyć nie ma! Jak nic trza będzie do morza chodzić na kąpiele nawet za zimy! A i segregować wszystko do końca! Może da się spożywać tą folię plastikową, co to ją teraz dodają do wszystkiego? U Was też tak zawijają każdego kalafiora, czy innego tam buraka?

No co za czasy!!!?

IMG_7117

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Horror Wyspy Story… została wyłączona

Pan Tealight i Mgła Anormalna…

„Wejść w mgłę, rozpuścić się w niej, rozpaść się na miliardy miliardów kawałków, w których już nie da się mnie rozpoznać. Rozpaść się, zawisnąć w powietrzu i dotknąć wszystkiego i wszystkim być, jednocześnie dotykanym i dotykającym. Przemykać się między drzewami, powoli przesuwać się ponad polami, albo przewalać się kłębami po drogach nie bacząc na podatki od szos i paliw. Być i nie być, namakać i być namakanym. Po prostu mieć i nie mieć…

Ciężko wisieć nad kamieniami, ale i wznosić się dookoła, dziwnie lekko, blednąć i wzmacniać się niczym roztwory… być nasyconym i nasycać wszystko sobą, tylko… po co? Z drugiej strony, może tylko po to, żeby być mgłą? Ową możliwością niemożliwych? Niemożliwym, które ma jednak jakieś znaczenie? Tłem zdjęć, ale też i głównym aktorem, czyż nie? A może tylko wypełnieniem świata, gdy nie stać już nikogo na złote powietrze i wszelkie diamentowe perełki.

Tylko wodą w innym wymiarze marzeń…

Właściwie, to co jest takiego w tej mgle, że zmienia wszystko? Że posiada tak niesamowitą umiejętność uwypuklania prawdziwości, ale i zmiękczania zmarszczek, wybijania wszelakich pryszczy. Może i tylko nasącza, może tak naprawdę wyłącznie zmienia się tło, nie my sami, nie pnie, nie skały… Może? Może tak naprawdę chodzi o całkiem coś innego? Coś nienamacalnego? Coś niewidocznego dla tych nazbyt naukowych?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9298

Całkiem nowe, fajne pożywienie!!!

IMG_6125

Mgła, zieleń i ptaszki. Po śniegu pozostało tylko kilka białawych plam i mocna mgła powietrzu i jeszcze to dziwne uczucie, że przecież kurde za wcześnie na wiosnę! Że się jeszcze człowiek nie wyziębił, nie namokrzył, nie wymroził!!! Oj pewno cała okoliczność wyspowa nie do końca się zgadza z moim punktem widzenia, ale co ja na to poradzę, że nie czekam na lato? Nawet na ten koniec marca, gdy lodziarnia się otwiera, ja jakoś kurcze nie czekam! Wolę tą szarą spokojność Wyspy. Ową bezturystyczność, zapomnienie, powolne oddychanie i wymyślanie coraz bardziej pokrętnych marzeń. I śnienie o wszystkim tym, co reszta świata uznaje za zbyt niemożliwe. Powolność wszelka. Czas na to, tamto, na spacer zbyt długi, na bolące nogi i jeszcze na przytulanie, bo przecież jak żyć bez przytulania? Na podgladanie ptaszków dobierających się do karmnika i na spoglądanie z góry na opadłe liście, a potem wpajanie w siebie ich punktu widzenia. Na brodzenie w butwiejącej ściółce… na czekanie.

Kocham Wyspę o tej porze roku, która nie jest ni wiosną ni zimą. Temperatury może jak dla mnie trochę zbyt wysokie, ale ta cała niepewność w powietrzu tłumaczy mu po raz kolejny, ze serio wszystko jest możliwe, a to, co możliwe nie jest, to takie będzie później, bo spóźniło się na pociąg, samolot, czy kuter… nie zdążyło być na miejscu na czas, ale będzie. Bo dla niego nic nie jest niemożliwe. I wszystko będzie dobrze… a to serio przeraża, bo czego się bać, jeśli wszystko będzie okej?

Ten czas jest tak bardzo spokojny. Wilgotny, pełen oczekiwania… albo na mróz, albo na coraz większą ciepłotę. A może jednak oczekiwania na coś więcej? Na coś innego, całkiem niespodziewanego? Ludzie o tej porze roku ślajają się po lesie jacyś tacy zamyśleni. Niektórzy w stanie narkoleptycznej euforii. Zdają się przytulać do drzew, one pozostawiają im na kurtkach zielonkawe ślady, ale nikomu to nie przeszkadza. Bo przecież tak naprawdę wszyscy jesteśmy jedno. Końcówki czegoś, przytroczonego do wspólnego środka. Może i niezbyt empirycznego, może i metafizycznego, może i wymagającego odrobiny mózgoklepania, ale jednak… środka. Trudno w to uwierzyć, trudno to zaakceptować, a inni czekają na nowego ajfona, a tam jeszcze nie ma takiej apki, dzięki której mogliby akurat to zrozumieć, więc…

IMG_8568 (2)

Gdy na spacerze w lesie mija człowieka kolejna para zamyślonych, a jednak uśmiechniętych człowieków Tubylców, zaczynasz się zastanawiać nad opętaniem. No bo to musi być opętanie, jeżeli skrolując internety nie znajdujesz tam kompletnie nic ciekawego, za to wychodząc z domu, stapiając się w jedność z błockiem, drzewami, mchami i skałkami, wszystko jest takie fantastycznie zajmujące. Ostatnie listki głaszczą ci twarz i nagle te dębowe i bukowe drobinki, owe brązy czyste stają się głównym bohaterem dnia! I te cuda wystające ponad wszystko to, co zgnije i wyrośnie na nowo… ech, koło czasu, koło życia i w kółeczko…

Takie to wszystko fascynujące.

Takie opętywujące… Istnieje w ogóle czasownik od opętania? Ja opętuję, ty opętujesz, on, ona, ono… opętują?

A te elfie maluszki, co to się przebudziły, te robaczki, to czy one już tak na dobre, czy jednak jeszcze przekimają z miesiąc, lub dwa? No bo serio, mi się tam nie spieszy do zaganiania turystycznego, do tego dziwnego czasu, gdy Wyspa wciąga w siebie ludzi, zmienia ich, oczyszcza, nasyca, a potem oddaje reszcie świata. Ja chcę jeszcze tych wakacji od ludziny. One są serio mega!!!

Dookoła mnie ciemność, zmrok zapada coraz później. A i dzień wstaje dziwnie nazbyt wcześnie. Na dodatek ta pełnia, te pięć planet wiszących człowiekowi nad głową… dziwnie tak, gdy się pomyśli, że w ogóle jest inny świat poza Wyspą. Że kiedyś było się jego częścią, kontynentów, mórz i wszelkich zamieszań… ale jak się pomyśli, że jesteśmy tacy maleńcy w tym całym kosmosie, to kurde… lepiej o tym nie myśleć. To przytłacza. Ten cały kosmos, chociaż dziwnie znajomy, ot powiększony płatek śniegu, tamto drzewko w przekroju, moje oko galaktyką, ale jednak… zbyt wiele tego. Czasem mało jest lepiej! Mniej znaczy czasem więcej. Może nie wtedy, gdy serio chce się czekolady, ale jednak czasem!!! LOL

IMG_6396

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mgła Anormalna… została wyłączona

Pan Tealight i Kohulet…

„Wyspę pokryła mgła. W powietrzu zawisły drobinki kryształowej wodnistości, powoli zmuszając zaśnieżenie do odejścia. W tej całej wilgotnej mleczności, pnie drzew przypominały bardzo wysokich i wyniosłych chudych mężczyzn, którzy nie zwracają uwagi na niskie, korpulentne i całkiem nie w młodym wieku wiedźmy. Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nawet na to nie liczyła… no dobra, może gdzieś głęboko w duszy miała jakąś nadzieję na cokolwiek więcej, ale nic z tego, za to ten Kamień, oj tak, to całkiem inna historia. On czekał na nią! Czekał na nią już od dłuższego czasu, a nawet kiedyś widział ją poprzez drzewa i liście, ale nie zdążył wyciągnąć swoich zdrętwiałych, kamiennych łap z ziemi… Tym razem jednak to ona przyszła do niego. Dobra, może i dała się Chowańcowi wyciągnąć na mokry spacer i opłakiwać śnieżne zaspy… ale przecież przyszła właśnie tutaj. Przyszła do niego i Tego, Który Mu Towarzyszły… może nie sama, ale jednak przyszła. Patrzył na nią wszystkimi swoimi kamiennymi twarzami, jak zachwycona wpatrywała się w niego, dotykała. Drżącymi – dobra, może i z zimna – palcami przeczesała mu mszaną grzywkę, poprawiła kilka porostów i zgrabnie ułożonych gałązek. Nawet wyczochrała mu… nosek! Ale najważniejsze, że jednak tutaj była. I była taka, jaką ją wszyscy opisywali.

Nie wiedział Kamień, że na Wiedźmę Wronę Pożartą czekało coś jeszcze, a cosia imię było Kohulet!!! Zasypana śniegiem, dziwnie wciąż jeszcze świeżym, dziwnie niezbrukanym mgłą… dziura. Dziura wypełniona… no właśnie, nawet on nie wiedział dokładnie czym. Tak naprawdę nikt nie wiedział o co chodziło Kohuletowi, ale w krzakach i spróchniałych pniach szeptano, że trzymają tam mleczne krowy, by kąpać się tam mogły one… Kleopatry. Wiecie, te dziwne elfickie wróżki, co łapią tych, którzy podsikują ich domki, gdy im się zachce w lesie nagle, i oczywiście tych, którzy nadmiernie łamią gałązki bez potrzeby, a i tych, co nie płacą swojego przejścia jakimś smakołykiem, wiecie tych, którym się wydaje, że wszystko co naturalne mogą mieć dla siebie i wcale, ale to wcale nie muszą tego szanować…

Znacie jakąś Kleopatrę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2264 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trzy wiedźmy” – … no tak mówią. Serio! Mówią, że czytający dzielą się na tych od straży i tych od wiedźm. Kocham Straż Miejską, ale Wiedźmy to po prostu, zwyczajnie i przeraźliwie… uwielbiam. Że wielkie litery? A bo widzicie, w tych określeniach jest coś więcej… o wiele więcej, niż się może komukolwiek wydawać, a i jakoś tak, niezwyczajnie… To po prostu inne światy.

Nie pamiętam od której książki zaczynałam przygodę z pisaniem Terry’ego Pratchetta, ale wsiąkłam po pierwszej stronie. Wciąż mam pierwsze wydania, ale mocno sczytane, poplamione, pełne wspomnień, ale i… wiecie, trochę zjechane, więc skusiłam się i na tę serię, bo ona jest taka mała. Wiecie, cudowna twarda okładka, świetny papier, a w środku te same słowa i ryciny, to samo cudowne tłumaczenie…

… i one, Wiedźmy!!! Niesamowite, kobiece nadzwyczajnie i jak zwykle, lekko inne, niż w innych książkach. Jest Niania O. i Babcia W. i Ta młoda. Bo ich zawsze powinno być trzy. Znacie te bajania o: pannie, staruszce i matce? Oj tam, wszyscy je pewno znają, więc i tutaj one są trzy. Oczywiście nie mieszkają w mieście, nie takim jak Ankh Morpork, ale jednak okolicznościach specyficznych.  I sam są nietuzinkowe, jak wszystko w pisaniu Terry’ego. I jak zwykle płaska ziemia tyka ziemię krągłą wszelakimi niedopowiedzeniami i alegoriami i… wszystkim tym, co daje do myślenia…

Może od tego zaczniecie znajomość z Pratchettem?

IMG_2641 (3)

Topnieje.

Czuję się strasznie oszukana, ale przecież tego nie powstrzymam. Sprawdziłam. Rozdzieranie szat, leżenie na progu, darcie szat pozostałych, zaleganie na wszelkich drogach, łańcuchy, a nawet głodówki… nie działają. Śnieg topnieje. Nikt mnie nie słucha, znikąd pomocy, żadnego zrozumienia dla mnie od zimna uzależnionej!!! Nagle dzisiaj temperatura podniosła się ze swej ujemności i od razu wszystko się zazieleniło. Gorzej! Nawet jakieś robale nad wodami powstały, jakby plus pięć było tym, na co czekają. Łatwo widać gady zadowolić?!

Topnieje… ale jakoś dziwnie. Jakby nie zmieniał się w wodę, ale szedł do góry i mglił się. Czy to jest możliwe, by śnieg zmieniał się w mgłę od razu z bycia… śniegiem? A może czegoś nie wiem, w końcu fizykę i chemię człowiek miał w szkole, a oglądanie Big Bang Theory raczej nie przyniosło odpowiedzi na to pytanie. Może i tutaj to jest możliwe, w końcu chyba wszystko jest, więc wchodzę w las. Nie wiedząc dokąd idę i właściwie po czym, bo zapadam się co krok w wysokie po kolana zaspy pełne i śniegu i liści dołem złożonych i odkrywam całkiem inną Wyspę. Biało-czarną. A może jednak szarawo-zmyśloną? Może w rzeczywistości jest tż taki kolor… zmyślony? Ni to czerń ni szarość, ni nawet zieleń. Wszystko połączone znaczy proste pnie, ustawione niczym żołnierze na paradzie dla władcy, na którym im zależy…

Wpadam w ten las, pokonuję kolejne wzniesienia i staram się nie potknąć na kamieniach. Dookoła mnie gste mleko, nie wiem, co czeka mnie za kolejnym wzniesieniem i gubię się. Wypatruję żółtych kropek znaczących tutaj główny szlak, ale jak dojrzeć ich w tej mgle pełnej rudawych perełek? Niesamowitych, cudownie nieruchomych, zawieszonych niby w gęstym budyniu. Śmietankowym… waniliowy pachnie inaczej…

Kolejne kroki, kolejne potknięcia, powoli namakają mi buty i już nie ma znaczenia, szczególnie po tym, jak wpadło mi do nich i trochę miałkiego śniegu, czy wpadnę w wodę, czy nie? Bo woda czeka dookoła. I szepcze o niej tylko roślinność. Pojedyncze drzewa na niby polani, kępki wikliny, wciąż jeszcze giętkiej, wciąż jeszcze niesamowicie żwawej. Gdyby tak przysiąc na omszonym, mokrym głazie, zdołałoby się wypleść koszyczek, a może nawet i dwa? Ale przecież tak mokro dookoła, a i po co koszyczek, jak ni jabłek ni grzybków nie ma… czy pakować do niego śnieżne czapy i kule i próbować zatrzymać je w lodówce? Próbowałam… topnieją!!!

IMG_7139 (2)

Jeziorka, bajorka, stawy… zasadzki i dziury. Gdy tak się idzie drogą niedrogą… pokonuje się pieczołowicie i z bólem ud kolejne wzniesienia i bardzo zaśnieżone miejsca, człowiek naprawdę czuje się inny, wolny i dziwnie młody. Może to sprawa pokonywania własnych słabości, a może jednak… coś więcej? Tylko że dość trudno wypatrzeć te znaki, owe rzezane kamienie, napisy… nagle przede mną wyrasta kamień. I kolejny. Stoją tutaj nie wiadomo od kiedy, ten większy chyba dłużej, zdaje się być rzeźbiony w twarze, które spoglądają na mnie spod swoich mszanych fryzurek, grzywek i nader mocno omszonych brwi. Ich zieleń zdaje się promieniować swoistą poświatą w tej całej mgielności. Kto je tutaj postawił i dlaczego? Czy wyczuwam jakieś kości pod nimi umieszczone, a może tylko informację o złożonym skarbie, tudzież drodze, która nie czeka na mnie? Zdają się być elementami większej całości, kręgu nawet… ale jakiej? Czy mogę to jeszcze odkryć? A może nie ma takiej potrzeby? Na co temu światu badania przeszłości, jeśli nie uczy się na błędach tych, którzy żyli przed nami? Na co im skarby, jeżeli zaraz ktoś je zniszczy z dziwnych i pokrętnych powodów religijnych?

Po co to wszystko?

Wystarczy przytulić się do kamienia i zachować jego historię dla siebie. Może kiedyś ktoś zechce jej wysłuchać, a może nie? To już nie ma znaczenia. Twarze na kamieniu zdają się szeptać i robić miny. Ciekawe ilu ich mija i nie zauważa? Ilu zostawi chociaż swój oddech, albo coś więcej? Ilu będzie pamiętać? Z drugiej strony może już nie ma potrzeby? Może to wszystko nie ma znaczenia, w końcu za to się ni płaci, to nie wysyła rachunków, to całkiem jest dla wszystkich i za nic…

Przeskakując ze ścieżki na ścieżkę, mijając wszelki portale do innych światów ukryte pomiędzy pniami, nie wchodząc, bo nie ma dziś takiej potrzeby wpadam w kolejną dziurę. Wypełnioną wodą oczywiście… ile kurcze ich jest na Wyspie? Tych stawów, jezior, zagłębień i wszelakich dziur wypełnionych wodą. Szczególnie tutaj, dookoła Lilleborga i tego Starego Borga. Jakby zapewniały każdemu odosobnienie, ale i zawsze pozostawanie nawodnionym. Jakby odmienne plemiona, zachowania i wszelkie aspołeczności mogły żyć sobie w krzaczkach i nie włazić sobie w drogę? A może chodziło tylko o składanie ofiar albo… wiecie co? Te wszelkie dziury i te kamienie trollowe do potrząsania? Może mają coś ze sobą wspólnego? Może rzeczywiście Stadko Szatanie zabawiało się rzucaniem ich? No wiecie, taki specyficzny quidditch?

A czemu nie?

IMG_2257

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kohulet… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Chmurka…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki szła przez Wyspę. Szła ostrożnie, lekko pochylona, balansując na pobielonych skałach i lodowych, zdradliwych kałużach. Szła nie bacząc na ludzi, ale zwracając uwagę na psy… nawet baczną. To z nimi się witała, z nimi potrafiła rozmawiać. Szła… ciągnąc za sobą małą chmurkę wypełnioną specjalnymi śniegowymi płatkami. Jej buty były przemoczone, szalik ciągnął się za nią niczym nieposłuszny piesek, czepiając się co rusz jakichś gałęzi i kolców, kamieni i co bardziej namolnych porostów.

Chmurka unosiła się nad nią całkiem nie bacząc na sznurek. Poruszała się to w tą, to w tamtą, jednak nie roniła płatków. Może chowała je na później? Na jakąś specjalną okazję? A może jednak… zwyczajnie była aż nazbyt skąpa? A może w rzeczywistości nie chodziło o to, by coś opuścić, ale by coś wciągnąć w siebie? Kto to może wiedzieć, jak to jest z chmurkami? Chyba tylko one same… Po co jednak ciągnać za sobą chmurkę, jeśli nie ma się zamiaru niczego z niej wypuścić? Niczego w nią schować? Czy wyprowadzanie na spacer chmurki działa jak w przypadku psów? Czy jednak z chmurkami jest bardziej jak z ludźmi? Chodzą, patrzą i chłoną?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2447

Z cyklu przeczytane: „Miecze cesarza” – … ale baja! Serio! Przyznaję, że nie miałam wielkich nadziei. Gorzej, ostatnio mocno się przejechałam na powieściach fantasy, więc… raczej się bałam, ale jest nieźle! Więcej, jest super! A to dopiero pierwszy tom „Kronik Nieciosanego Tronu”.

Wejdźcie do specyficznego świata, choć i znajomego. Mamy tutaj różnorodne społeczeństwa i osobowości, mamy też władcę, a raczej go… nie mamy, bo cała historia rozpoczyna się w momencie jego śmierci. W momencie, w którym wszystkie jego dzieci, rozrzucone po świecie, otrzymują jedną wiadomość… ale czy rzeczywiście wszystkie? I czy tak naprawdę coś nie zaczęło się wcześniej? Jakieś cienie, trupy, dziwne zachowania… Córka i dwaj synowie.

Czy naprawdę są w stanie władać Annurem? Zróżnicowanym światem, w którym tajemnice są wszędzie?

Ta książka, mile ciężka i obszerna, jest nie tyle przebogata, co aż ocieka smaczkami. Niczym tłusta szynka nadziana boczkiem, słoniną i jeszcze z zasmażką. Mamy tutaj i żołnierzy i fanatyków religijnych, mamy i mnichów i podziały religijne. Każdy bohater to inna osobowość i nie mówię tylko o nich, głównych postaciach. Tutaj każdy, na kogo się natkniemy, coś w sobie ma.

Fascynuje.

To tylko pierwszy tom, a już mnie mają. Wciągnęłam się. To jest to, na co długo czekałam. Obszerna, skomplikowana historia, która wymiata codzienność z mojego życia. Pełna pasji, napięcia, walki. Pełna życia! Niesamowicie różnorodna. Tutaj pod każdym kamieniem coś się kryje, wszystko ma znaczenie…

Co będzie dalej?

Czekam na dalszy ciąg rozsmakowując się w języku tak opisowym i plastycznym, a jednocześnie „dorosłym”, znowu wierzę w fantastykę…

IMG_2632 (2)

Rzucić wszystko i iść czochrać się w śniegu, czy nie? Być owym dorosłym, ciągle zapatrzonym w pracę, czy jednak olać sprawę i moczyć dupsko? Zbudować bałwana, a może całą armię? Może w rzeczywistości ułożę z nich makietę chińskich wojowników? Wiecie, terakotowi żołnierze w bardziej wodnistej wersji? A może po prostu zbuduję kogoś/coś większego?

Może olać życie i w związku z białym puchem, no dobra, obecnie lekko zmrożonym, ale to przecież wciąż śnieg, zwyczajnie olać codzienność i zostać w lesie? I może zbuduję sobie igloo? Nigdy żadnego nie zbudowałam. Może czas spróbować? Bo przecież to zaraz stopnieje i znowu trzeba będzie wrócić do codzienność. A codzienność, nawet w takich okolicznościach przyrody, to przecież wciąż… codzienność. Może zastąpić ją śniegowymi anomaliami w moim człowieczeństwie?

Śnieg sprawia, że wszystko się zmienia. Nawet tutaj, gdzie nic nie jest takie, jak w innych miejscach. Wycisza, nastraja, zatrzymuje. Nagle z jednej strony idziesz, twoje nogi się ruszają, mokną i zbyt często się ślizgają, ale głowa jest w całkiem innym miejscu. I wcale nie chodzi o to, że właśnie pupskiem ucałowałeś ziemię, a raczej lodowisko pod śniegiem, na całkiem skalistej nierówności. Było się nie gapić na zaśnieżoną Szarą Mrówkę. Znaczy Gråmyr! Ale jak się nie gapić, jeżeli ślady wyraźnie wskazują na to, że ktoś wlazł na taflę, szurał łapami, grzązł w śniegu, a potem… chyba zniknął, bo ślady się urywają, jakby poderwał się w powietrze, a może jednak utonął? Ale takich śladów nie ma również, to co? Zniknął? Może to tylko zagłębienie w ziemi, lekko kamienne, z pozostałościami stojących niegdyś skał, z liliami latem, szeptami jesienią… które było skarbnicą lodu w przeszłości… ale jednak owo zagłębienie przyciąga. Nie tylko mnie. Też niezłego, sporego, białawego miejscami psiaka z małym przyjacielem. Cóż, psiaki też chcą na dwór i w śnieg. Wcale się im nie dziwię.

Moje miasteczko, czy raczej wioska, może osada… zaśnieżona. Czy ma to znaczenie jak nazwiemy skupisko domów? Jak opiszemy względną pustkę? Raczej nie… a jednak tak wielu przywiązuje do tego tak wiele. A dla mnie, w tej chwili liczy się tylko śnieg i to, że Wyspa mnie totalnie przemoczyła i raczej potrzeba mi będzie trochę jakiegoś paracetamolu na gorączkę. Może w końcu dopadła mnie Wyspowa Grypa? A pewno, istnieje coś takiego jak wirus specyficzny. No dobra, obecnie dostępny i dla innych terenów tgo umiarkowanego świata, ale wciąż… można być dumnym?

IMG_2256

Ale wiecie co… może i wielu się dziwi, że tak można mieszkać, żyć. Wiecie, w pewnym odosobnieniu, chociaż co to za odosobnienie, gdy ma się internety? A jednak, wciąż się ludzie dziwią, bo przecież hipermarketów i wszelakich giga centr handlowych tutaj nie ma? Czy bez nich nie da się już żyć? Zatkanych dróg, bo tutaj korek, to trzy auta przed Tobą na światłach… Dlaczego tak bardzo wszystkim się wydaje, że Wyspa jest nudna? Czyżbyście nie umieli bawić się… sami ze sobą?

Sami z Wyspą?

A tak właściwie, to jak się bawią ludzie na świecie, no wiecie… zabawiają? Co jest teraz największą rozrywką? Nawet nie wiem. Przepływają mi przed oczami nazwiska jakiś polityków, dziwnych postaci z takimi, czy innymi tyłkami, z cyckami, albo bez nich, a ja nie wiem do kogo owe części ciała należą. Dziwnie tracę umiejętność śmiania się z obecnych żartów. Może rzeczywiście żyję w dziczy? Ale co złego w tym, poza zawieszającą się konwersacją i odpowiadaniem na „Halo”: is it me you’re looking for? Okazuje się, że to nie odpowiedź, na którą wszyscy czekali…

Wyspa zmienia, naznacza i sprawia, że czasem sobie odpuszczasz, ale i my mamy problemy. Całkiem spore.

Uchodźcy… chociaż tutaj chyba już ich tak niewielu nazywa. No… może poprawna ponad wszelką miarę, a przez to totalnie niesprawiedliwa prasa. Ponieważ Wyspa ma niewielu mieszkańców, poniżej 40000 co to jest!… no więc rząd wpadł na pomysł, by utworzyć tutaj nowoczesne getto, czytaj: wioskę dla imigrantów. Na razie wszyscy są przeciw, ale kto by tam słuchał głosu ludu. Zresztą powiedzieć dzisiaj NIE w tym temacie, to jak stryczek na szyję uwiązany przez tak zwaną Opinię Publiczną. Cóż… miejmy nadzieję, że jednak nie zwalą nam na głowę tego problemu. Już ledwo sobie radzimy z tym, co jest. Może jeszcze dorzucicie te odpady radioaktywne co? A może w ogóle nas wysadźcie potem, kilka problemów z głowy jak nic! Współczesność chyba nie trawi spokojności i naturalności. Czytania, pisania, tworzenia i bycia…

… mówienia: HI napotkanym osobom, nieznajomym, a jednak przecież w pewnym sensie znajomym… przecież użytkujecie tą samą ścieżkę, czyż nie? Stąpanie po tej samej ziemi sprawia, że w pewnym sensie się znacie, czyż nie? Więc do cholery jasnj podnieś ten papierek, nie śmieć, nie niszcz… to też twój świat. Niszcząc tę ławkę nie będziesz miał na czym siedzieć, zakładając ładunki pod bipczącą rzecz możliwe iż kiedyś ktoś nie obudzi twojego serca…

Wyspa ma problemy. Takie jak cała reszta świata, a może i większe, bo tym, którzy są łagodni łatwiej wcisnąć każde zatrute ziarno. Odosobnienie sprawia, że łatwiej też zamieć coś na taką wyspę. Na jakąś oddaloną skalistość… ot zwyczajnie tak. Bo przecież to tylko wyspa. Jakieś miejsce poza miejscem, które ktoś uznaje za swoje.

PS. Kościół Latającego Potwora Spaghetti chce być uznany za… religię w Danii. No wiecie, czemu nie, jak wszyscy to wszyscy!

IMG_6784 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Chmurka… została wyłączona

Pan Tealight i Zaśnieżenie…

„Padało.

Wydawało się, że śnieg potrafi dokonać naprawdę niesamowitych cudów. Nie dość, że przykrywał to, co brzydkie, to na dodatek nie wypuszczał brzydkiego z domów, a nawet jeżeli wyszło, to kto by je tam dojrzał w zadymce. Miło było i zimno. Właściwie, to tylko ona wyłaziła z domu i pętała się po okolicy. Żarła śnieg, wdychała go… dobrze, że tak szybko topniał w okolicach nosa, bo ktoś mógłby sobie pomyśleć… coś innego. Goła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była więc bezpieczna, a raczej inni byli. Głupio tak oślepnąć od takiego widoku.

Śnieg…

Dla takich jak ona było to coś więcej, niż tylko opad. Niż tylko piękne, niesamowite i idealnie różnorodne płatki. Niż coś zimnego, a jednocześnie tak bardzo subtelnego i słodkiego. Kolorowego, a jednak w bieli… hmmm, ale może Wiedźma Wrona była tylko jedną jedyną, na którą śnieg i zimno ta działało? Może i lepiej tak… bo gdyby każdy dostawał kociokwiku na widok zawiejki i zamieci, to świat pełen byłby łatwo rozpoznawalnych, kręcących bączki na lodzie… wariatów? Z drugiej strony i ludzi, których łatwo rozpoznać, a nawet… ucieszyć?

Zima postanowiła dopieścić Wiedźmę Wronę i ofiarowała jej śnieg i trochę mrozu, a nawet i słońce. I ona z tego naprawdę korzystała starając się zamknąć uszy na jęczenie tych, co mają piece – jakby ona kurna nigdy pieca nie widziała, tych co nie lubią zimna – jakby ona nie miała prawa jęczeć na lato i całej reszty tych, co zwyczajnie są psujozabawowcami! Tak, tych było najwięcej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6938

Dopadało i od razu tak jakoś… inaczej. Niebo przybiera ten jedyny, możliwy tylko dla zimy kolor nieba. Wiecie, taka ultramaryna, ale bardziej chłodna, niby z domieszką różu, ale nie przyjmująca go, błękitna brzegami, ciemniejąca na granicach, stykająca się z wodą, jakby nie potrafiła się zdecydować, czy być lotną, czy jednak nie…

Wypełza człowiek spod kołdry i w powietrzu czuje ową smaczną mroźność i czasem, ale tak wiecie miejscami, coś na kształt prawdziwego dymu drzewnego. Wiecie, onych suszonych trocin żywicznych, które sprzedają w takich sprasowanych cegiełkach i które kocham wąchać… pachną tak cudownie, kremowo i smacznie, a z drugiej strony swojsko i bezpiecznie. Aż się chce mieć kominek. Oj pewno, że komu by się tam chciało latać do pieca, ale jednak jest coś w ogniu. Coś swojskiego i zwyczajnego. Coś tak niesamowicie domowego, ale… jakoś tak lepiej walnąć sobie świeczkę, niż jednak ognisko na środku pokoju i dziurę w dachu. Byliście kiedyś dokładnie owędzeni? Od ognia? Od prawdziwego ogniska w zamkniętym pomieszczeniu? Wiecie jak to strasznie śmierdzi potem, a wcale nie jest ci cieplej! No wcale a wcale!!! A na dodatek, jak dobrze się Wam papier nie sfajczy, to na pewno znajdziecie gdzieś taką śliczną, ciemną kropkę, którą przez przypadek oczywiście poruszycie i rozsmarujecie po sobie! Eeeee…

Dlatego kocham ogień, ale i dobrze wiem, że kaloryfer działa lepiej! Ogień za szybką jest super, trzaska sobie i w ogóle, pewno, że można dostać zawału, jak trafi na jakieś dziwne drewienko, albo wylewu, jak wrzucisz suche wodorosty i te zaczną bombardować… no wiadomo, natura… A jednak tutaj na Wyspie nie można żyć bez ognia. I nie chodzi tylko o wielkie ogniska świętojańskie. Nie. Tutaj po prostu ogień jest częścią domu. Muszą być świeczki i to zapalane niezależnie od pory dnia i roku. Muszą być jakieś trzaski, zapachy, ogień musi być… nawet jeżeli to tylko zwykła, zapachowa świeczka. Jakby bez niego, bez płomienia, zapachu, poruszających się cieni, to wszystko nie istniało? A może jednak tylko nie było prawdą?

Ogień… taka niby zwykła sprawa? Bierzesz zapałki, nie myślisz o krzesiwie, ni o patyczku, o hubce i całym tym ustrojstwie. Nie myślisz o strachu wygaszonego pieca. O braku i światła i ciepła. Nawet tutaj, na Wyspie, gdzie serio ciemno często jest tak, że se i oko wykol i w dupie u… wygaszonego golema? Nawet tutaj, a może właśnie tutaj ten pierwotny strach jest bardziej namacalny? W końcu jak wyłączą światło zimą, to zamarzniemy. W większości domów, z powodu EKOLOGI nie ma już pieców. Dym z komina jest taką rzadkością, iż zdaje się być czymś egzotycznym… Zaczynam się zastanawiać nad tym wszystkim i wiecie co? Szybko przestaję, bo tego jest zwyczajnie za dużo! Za wiele jak na niskiego człowieka.

IMG_5015

Oj Wyspa to jest ekologiczna…

… aczkolwiek ino na papierku i jak trzeba całej Danii podwyższyć średnią, to wtedy wszyscy sobie o niej przypominają. Gdy zapominają, to chcą nam zrzucić odpady radioaktywne – i tutaj dziękujemy za to zeszłoroczne trzęsienie ziemi, może i małe, ale przypomina o tym, że serio sejsmiczni to jesteśmy wszyscy… albo obdarzyć nas wszystkim tym, co niewygodne dla kontynentu.

Wkurza mnie to!!!

Oczywiście, że ekologia to cudowna religia, dzięki temu kolejny pomysł wielce trendy, fensi i ogólnie faszyn… to czipsy ziemniaczane. Oczywiście ekologiczne. Ekhm. Pamiętam czasy ja nie było ekologii. Hmm… po prostu wsadzało się ziarna czy bulwy do ziemi, a potem łapało się stonki. Obrzydliwa robota, ale fajnie pykały te jajeczka. No mniejsza, jakby ktoś był zainteresowany, to może jednak nie podam ceny… Bo wiecie, ekologia się ceni. Ale co tam, ekologię będę miała też za płotem, bo pewno moje zioła ekologiczne to nie są, kto je tam wie, nie chcą gadać ino rosną jak dzikie… no więc za wiatrakiem będzie ekologiczna super uprawa robiona przez naukowca!!! Ha ha ha. Ciocia Zosia miała 3 klasy podstawówki, ledwo pisała, a jakie miała bulwy!!! Ekhm. Bynajmniej uprawa za wiatrakiem będzie ino dla miejscowych, nie dla sklepów, jakby kurcze można było sklepy wyżywić z małego poletka, no ludzie, odrobinę pomyślunku… ciekawe kurcze, ile będą kosztowały owe wiktuały?

W ramach ekologii będzie też kolejna woda… znaczy wiecie, no taka w butelkach z Wyspy. Cóż, źródeł przecież mamy masę, ale tyle płacić za wodę? Chociaż z drugiej strony to w końcu woda, która przesączyła się przez najcudowniejsze miejsce na ziemi, więc… a może Wyspa sama ją z siebie… wysikała? Aaaaaa… taka perspektywa już Wam tak bardzo nie odpowiada, co nie? He he he!!!

IMG_8391

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaśnieżenie… została wyłączona

Pan Tealight i Strach na Dzieci…

„Właściwie, to był to i Strach i Strachowa, ale kto by się im tam do majtek dobierał? Głupio tak przy pierwszym spotkaniu. Chyba? Czy zasada trzech randek ma zastosowanie też w przypadku interesantów odesłanych z Białego Domostwa, wielce rajcująco bezbożnego od czasu przeprowadzki Pana Tealighta, czy nie? Znaczy odesłanych do Chatki Wiedźmy, wiecie, niczym to kurze jajo, co to zbyt długo leżało i niczym snajper niesiesz je, by podrzucić komuś innemu, kto, może i całkowitym przypadkiem, sprawdziłby jego datę ważności… i zachował wiedzę dla siebie?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki otworzyła drzwi myśląc, że to Listonosz. Nim zdążyła je zamknąć, widząc swoją pomyłkę, Pan Tealight przejął obowiązek gospodarza. Zaprosił gości do środka i dyskretnie wypychając Wiedźmę do pokoju, zajął się wszystkim. Wysłuchał opowieści, uzgodnił, gdzie będą mieszkali i odesłał ich z powrotem do Białego Domostwa. Może i od Annasza do Kajfasza, ale poskutkowało. I tylko zapomnieć nie mógł… W jaki sposób dzieci współczesne nie boją sie niczego? Zagłębił się w trzewia internetów, nie zważając na wiedźmie się krzątanie, i postanowił jakoś to wszystko naprawić. Bo w jaki sposób układać ten świat bez owego specyficznego, dziecięcego strachu? Nie tego szkodliwego, prawdziwego przerażenia, ale tego lekkiego, małego, dziwnie otępiającego i dające większym prawdziwą przewagę. Na przykład, gdy ktoś sika ci w twarz, albo rzuca w ciebie owsianką, tudzież… podkłada klocki i gdy idziesz w nocy do kibelka, nie możesz powstrzymać krzyku umierającej stopy! Przecież nie możesz im powiedzieć, że obetniesz im kieszonkowe, bo go nie mają, prezenty też wiedzą, że dostaną, no zawsze dostają, jak nie dać dziecku prezentu…

Długo się zastanawiał i długo myślał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9694

Z cyklu przeczytane: „Na glinianych nogach” – … bo twarde. No pewnie, że nie po raz pierwszy, ale jakoś tak fajnie wrócić do tej książki jakos tak od nowa. Nie do końca dziewiczo, ale jednak… pozwolić sobie odkryć w niej coś więcej.

Z Pratchettem to działa zawsze!

Czytanie od nowa.

Odkrywanie perełek. W tym przypadku pytanie się po raz kolejny, czy to opowieść o człowieku, czy władzy, o koronie, czy osobowości? O płci, czy też o… człowieczeństwie w ogóle? Naprawdę? A może jednak o chciwości, albo może to pochwała życia z zasadami? Zwykłej świadomości jakimi drogami się chodzi?

Nauczyłam się już, że Prachetta albo ludzie kochają, albo totalnie nie tolerują. Nie zachęcam do czytania jego książek. Po prostu, lubię się czuć dziwna i nietypowa. Jedyna w swoim rodzaju i totalnie zakochana w powieściach tego autora. Uwielbiam do nich wracać, pozwalam sobie zapomnieć co było gdzie, pozwalam sobie nawet czasem na dziwne zaskoczenie w stylu: ale jak to, to on o tym pisał? To było wtedy? A może jednak później, co czekam mnie za kolejną stroną?

Jeśli chcecie zacząć czytać Pratchetta, to nie od tej książki. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele przed Wami, „Straż! Straż!” lepsza. Jeżeli lubicie tego autora, to tym bardziej guzik Was obchodzi moje zdanie LOL… a jeśli jeszcze tego nie czytaliście, ale znacie cykl, to powiem Wam tylko, że Marchewa tu jest i Nobby i Vimes oczywiście. I golemy!!! A poza tym Vetinari w swej mega formie! I miasto…

Bo wiecie, TO miasto gra tutaj główną rolę.

IMG_2643 (3)

No kurcze…

Niby nie po raz pierwszy mnie Wyspa zaskoczyła, ale i tak czuję się lekko oszołomiona. Wysupłuje się człowiek z domu, wyłazi w dzicz, dociera do Almindingen, a tam śnieg… i choinki i śnieg a na gałązkach sopelki kryształowe… I śnieg. Może i lekko skostniały, ale jednak. Może i pod nim tak spora warstwa liści, że z łatwością zapaść się można w błotko, ale wciąż. To on. Śnieg. I górka działa… nosz kurna niczym w Austrii, czy innych tam zwyczajowo śniegowych miejscach. A na dodatek temperaturka właśnie opadła poniżej – 6 Celków… Może i będzie mroźność zimowa, jakowaś? A nie tak jak dzisiaj, ino – 1. No ale ten śnieg… Powiem Wam, że odkrycie śniegu w Almindingen mnie rozkosznie rozbawiło. Takie to wszystko tutaj bajowe, takie znajome. Idzie sobie człowiek śniegową ścieżką, a dookoła choinki, lekkie przecinki między nimi wpuszczają słonko, a górą niebo błękitne tak, jak tylko zimą być może.

Na choinkach, niczym jakieś skarby, wyłącznie w rejonach nietykalnych nawet dla tych bardziej wyrośniętych osobników, wiszą sobie ogromne, podłużne szyszeczki. Od czasu do czasu można zauważyć popłoch między zielonymi gałązkami, obsypującą się śnieżność i chrupanie. A potem w łeb dostaniesz, bo przecież jak się wyjada orzeszki z szyszeczek, to łupinkami fajnie celować w ludzi, co nie? Gdy tak idziesz, wszystko dookoła jest pełne szmerów i szelestów, a jednocześnie ni śladu. Na trawach i niskich krzewinkach wciąż siedzi sobie śnieg. Nie może tutaj być ktokolwiek, no przecież to niemożliwe, a jednak… więc może tutaj, o tutaj pod tymi sosnami, tutaj, gdzie śnieg zamienił się w lodowe kuleczki, a mszany las wybił się ponad nie i karmi się teraz wszelaką, zimową promieniością? Może… może te szmery słyszę tylko ja? Kto to wie? Jak to opisać, jak to znieść? Jak nie uciec?

Jak wyjść z tego lasu? Po prawej maciupkie brzózki. Naprawdę miniaturki z przyjaciółkami, maciupeńkimi sosenkami i świerkami. Takie to wszystko miniaturowe! A po lewej… ogromne sosny! Giganty, ciemne miejscami, prawie czarne, gdy wchodzisz między je wiesz, że zaraz coś ci spadnie za kołnierz, za szalik, odnajdzie najcieplejsze miejsce na twoim ciele, które zachowałeś sobie na potem, by pamiętać, że suche i ciepłe istnieje i jak wygląda i jak smakuje… a śnieg to zniszczy. Zwyczajnie. Aaaaaa!!! No i oczywiście na pewno nie zauważysz tego rowu z wodą, czy też drążącego sobie drogę strumyczka zasilającego wszelaką żywotność. Nie zauważysz go, a raczej dostrzeżesz dopiero w ostatniej chwili, gdy zmoczysz buty, ale i tak zapatrzysz się w tej głęboki granat wody i jakby nakładające na nie miód, słoneczne promienie… Nawet jeżeli mokniesz i tak cię to zachwyca. Po chwili, gdy lekki mróz zmienia twoje członki w lodowe sopelki… cóż, urok mija, ale nie do końca. Zamykając oczy nie pozbędziesz się tego wrażenia, tych kolorów, tego wszystkiego…

IMG_6576

Biegówki…

Znaczy wiecie, dla jednych górki, dla drugich ino ścieżki, drzewiej zwane rowerowymi… a dokładniej, to znowu będą rowerowe, gdy białość zniknie. Na razie specjalnie przygotowane rowki – sorry, nie znam się na terminach deskowych – czekają na tych, którzy mają i czas i ochotę, i jeszcze narty odpowiednie. W końcu pomiędzy drzewami aż chce się odepchnąć. I mknąć. Po prawej mijają lasy mocno zmieszane, po lewej pewno kurhan z epoki żelaza, a może i nawet brązowy on? Okolony brzozowym młodniakiem zdaje się podglądać każdego i wszystko. Ciekawski się zdaje, ale i dziwnie… mało góruje nad wszystkim. Naprawdę bardziej mi przypomina milusiego, włochatego, zwiniętego sennie pluszaczka.

Biegacze…

Nadal obecni. Mimo dość zwodniczej nawierzchni, ośnieżenia miejscowego, błotnistości w miejscach, które… no, są błotniste, oni wciąż są. Może trochę bardziej odziani i mają fajne czapeczki, ale są. Tacy sami. Zwykle łatwo odróżnić tych, którzy mieszkają na Wyspie od tych… przyjezdnych. Bo nasi się uśmiechają i mówią CZEŚĆ!!!

Zagłębiając się w te leśnie ścieżki, w większości bardziej przypominające dobrze utrzymane drogi, ubite i mało grząskie, całkiem proste nawet, człowiek idzie trochę po omacku. Wącha i się dziwuje temu co po bokach, temu co nad nim i po czym stąpa. Jakby po raz pierwszy to widział, co widzi i… może tak jest. Jakoś serio czasem mi się wydaje, że widzenie znajomego drzewa z innej strony, to całkiem odmienna przygoda. A potem nagle… szosa. No wiecie, jakkolwiek byście się nie rozpędzili zawsze dojdziecie do jakiejś szosy! I może do czerwonego domeczka, wiecie tego w postaci zastarzałej lekko krwi, typowego dla Wyspy.

A teraz znowu prószy.

Pięknie prószy… Kiedy ostatnio słuchaliście, jak pada śnieg? A deszcz? Nie no, pewno deszcz częściej słychać, mocniejszy i bardziej agresywny lubi walić… By dosłyszeć wszelkie rytmy i rymy w Pieśni Upadających Płatków, trzeba po prostu niczego nie mówić i wszystko wyłączyć. Być samym sobą i tylko ze sobą… a to przeraża. Naprawdę. A jednak… warto! Posłuchajcie!

IMG_6698 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Strach na Dzieci… została wyłączona

Pan Tealight i Nic ino Zima…

„Dzień rozpoczął się całkiem nieźle. Na podłodze własnej Chatki, omijana przez Ojeblika – małą, uciętą główkę i Pana Tealighta – któremu na razie nic nie ucięło, leżała sobie zamroczona kolejnym śniegowym rożkiem Wiedźma Wrona Pożarta. Żarła od kilku dni ile wlezie, przerażona tym, że mrozy zaraz się skończą, albo gorzej… wiosna nadejdzie zbyt wcześnie i śnieg odbiorą. Co prawda wszelkie znaki na ziemi i niebie, a i na Wyspie czasem, wskazywały na to, że zimno może jeszcze nadejść, ale nie chciała ryzykować. Postanowiła zeżreć cały śnieg i w końcu się jej udało. Z chrupkami czekoladowymi, soczkiem i kremem… bo czemu nie. Jadła go paluchami i ładowała sobie do miseczek, sięgała po śnieg swoją ukochaną, małą łyżeczką i wpychała go do flaszek. Nie chciała przegapić ni płatka.

Ojeblik tylko się jej przyglądała. Ogólnie ostatnio, znaczy po zwiększeniu się smoczego obrotu w Białym Domostwie i po tym, jak w Podziemiach pojawił się jakiś kolejny Alchemik i modził coś ze Świętymi Mikołajami… wolała przebywać tutaj. Powoli zaczęła sypiać w kuchni, na stołku, w wielkich, różowych papuciach i jakoś nie spieszyło się jej z powrotem. Zresztą Pan Tealight, wraz ze swoim małym, śliniącym się wilkołaczkiem, też często tutaj przebywał. Co jak co, ale Białe Domostwo ostatnio czuło się chyba lekko przeciążone… Może czas był na jakieś przemeblowania? A może jednak w końcu… na jakieś transakcje?

Zmiany wisiały w powietrzu, ale ni Wiedźma Wrona, ni ci, których znała, często tylko ona, nie byli na nie gotowi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0069

No i stopniało.

Zło i demony, no jak tak można człowiekowi śnieg zabierać? Jak tak kurcze można? Przecież to bardziej okrutne niż to zagranie z lizakiem i dzieckiem… chociaż patrząc na współczesny świat, to zabranie dziecku lizaka, czy innych cukierków, obecnie jest uważane za coś dobrego, więc… Kurcze!!! Mniejsza o świat, mi tutaj zielona trawa znowu wygląda znad wilgotnej ziemi! W nocy tak deszcz walił, że się spociłam. I jak tutaj wierzyć zapowiedziom mocnej ujemności temperaturowej na dniach? A raczej na nocach!!!? No jak? Dobra, może i o poranku chodnik jest oblodzony, ale obecnie to bardziej wiosna niż wszelaka zima…

Czekam na śnieg.

Nie mam go dość, więc sobie czekam upierdliwie, na pohybel wszystkim tym, którzy ciągle tu mi ino jęczą, gdy tylko z nieba coś białego spada i nie jest to lód z toalety samolotowej, tudzież lekko przemrożony osobnik, co z owych linii korzystał. Spoglądam w szarawą niebiańskość i złorzeczę wszelkim klimatycznym zmianom. Kurcze, no wiem, że ocieplenie klimatu zwykle wzmaga postęp intlektualny, ale nie u mnie! Ja lepiej myślę, gdy mocniej marznę!!! I nie przepadam za winem. Winogrona tak, ale winne winnice to ni dla mnie! Świecie zlituj się i sypnij onej Wyspie śniegu! No zlituj się nad moimi przegrzewającymi się trybikami.

Zastanawiam się nawet nad otworzeniem wszelkich lodówek w tej części świata, a może przewożeniem białego puchu na Wyspę promami? No czemu nie? Załaduje się pięć bałwanów do każdego auta, przekręci ogrzewanie na mrożenie i będzie! Potem się gości tutaj rozłoży na części bardziej pierwsze i będzie biało!!! Że co? Że niehumanitarnie? Kurna, w dzisiejszych czasach to już pułapki na myszy mieć nie możesz, bo od razu ci się wpieprza pod kołdrę jakiś mysie amnesty. A gdyby tak myszy były z lodu? Albo lepiej, ze śniegu i zapełniły Wyspę? Czy Mysi Król walczyłby z Wyspowym Popielem? No widzicie, jak na mnie to ciepło działa?!

No szaleję!!!

IMG_6585

– 15 stopni oczekiwane. Ekhm… ja tam nie wiem co oni biorą na tych studiach prognostycznych, ale całkiem zwykle się im kićka ta aura. Dziś na przykład miało być szaro i ponuro, więc sobie zaplanowałam lenistwo i co? No oczywiście, że poranek powitał mnie ostrym słonkiem, które bez skrupułów wykopało mnie spod kołdry i zmusiło do spacerowania. Czasem serio mi się wydaje, że Wyspa to ma jakiś kontrakt podpisany ze Słonkiem. I ono, całkiem wiecie atawistycznie i… jak to słowo, no zawsze zapominam, aaaa… asertywnie, wykopuje Tubylców z wyrek. Zmusza nas do spacerowania, natleniania się i dziwowania.

Tylko…

Tylko widzicie był przymrozek… i jakoś cała droga zmieniła się w totalne lodowisko. TOTALNE!!! Nie mam pojęcia w jaki sposób, ale wodzie nie chciało się spłynąć, ino zmienić się zachciało jej w piękne lodowisko. Dzięki temu wiecie, mogłam się wprawić w jeżdżeniu na własnym tyłku. Szczególnie, gdy wybrałam się na wycieczkę dookoła wodospadu. No cóż, są wariaci na tej ziemi, czy tam Wyspie. Tacy, którzy wspinają się na skały, zjeżdżają z nich, potem tańczą na mostkach z dziurami i bardzo starają się nie wpaść do rzeki. A owa rzeka… zmienia się w końcu w wodospad. Kamienisty, zawalony drzewami, omszony miejscami, pokryty lodowymi rzeźbami i czapami zlodowaciałego śniegu. No mówię Wam bajka taki wodospad zimą. Chociaż zimny… i chociaż nie można do niego dojść, bo wszystko było tylko lodem…

Co jest takiego w tej naturze, że nie da się bez niej żyć? Bez powietrza, odgłosów, powiewów, dotyku kory, liści, ziemi… wody. No kurna no! Nie da się żyć bez natury. Nie da, całkowicie!!! Nawet jak człowieka obłazi ta natura, nawet jeżeli ścieżka jest i kamienista i oblodzona i błotnista jednocześnie… nie da się bez tego żyć. I wiecie co, nie można się powstrzymywać od tych kontaktów. Nawet jeśli w połowie spędza się ją na dupie, drżąc na cieniutkiej warstewce ziemi nielodzonej, nawet jeśli już nogi bolą i oddch pali… to takie świetne uczucie, gdy mroźność pali członki.

Ale – 15 Celków… nie no, nie wierzę? Będzie?

IMG_7240

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nic ino Zima… została wyłączona

Pan Tealight i Legenda Karminowa…

„Gdy wczesną zimą przyłożysz ucho do zimnej ziemi, gdy odważysz się pomoczyć kolana i brzuszek, gdy po prostu się wyciszysz, wyłączysz, zmrozisz, możesz usłyszeć jedną z najcichszych legend, ale i jedną z tych najbardziej karminowych i żelazem pachnących. Ową legendę o królu, który nie szukał królowej…

Był raz sobie król. Może nie miał pod sobą wielkiego państwa, może i maleńką, kamienistą miejscami Wyspę, ale… był dumny ze swoich włości. Ludzie na niej byli może nieliczni i pokręceni, wierzący w to, że kiedyś przybędzie na wielkim statku Niemożliwy Wybawiciel i każdemu da nową żonę, chatę, oraz kilka krów… ale byli jego. Pracowali co prawda dziwnie i miejscami leniwie, ale wierzyli w to, że tak naprawdę tylko ta Wyspa może być ich światem. Nie negowali tego. Nie chcieli wypływać w dalekie Niewiadomogdzie, nie pragnęli robić zakupów w zamorskich ikeach. Po prostu żyli tutaj, sarkali, ale nie chcieli zmian. A na Wybawiciela to czekali tylko tak, bo na coś czuli, że trzeba czekać. I wiecie, z powodów religijności… bo podobno gdzieś tam za wodą ludzie wierzyli i mieli więcej krów, więc może ta wiara się opłaca?

Król miał na imię Eryk, bo tutaj wszyscy królowie mieli tak na imię i nie miał niebieskich zębów. No ani jednego, ale miał czerwoną brodę, którą obdarzyła go Boginka Nyguska znad Kobbeå. Działo się to latem, gdy nie tyle był na świecie, co radośnie kopał w brzuchu matki. Widzicie, matce zachciało się siku i jakoś tak, nieuważnie całkiem, brzuch wielki był, zasłaniał wszystko… no nasikała Nygusce na pranie i ta się wkurzyła. Na szczęście udało się ją przebłagać kasztanami, żołędziami i paroma niewolnikami męskiego rodzaju, ale… klątwa i tak pozostawiła znak. A dokładniej trzy znaki. Pierwszym była czerwona broda. Nie ruda, nie rdzawa, ale czerwona. Bujna i okalająca większość twarzy władcy. Drugim jego niechęć do zamążpójścia, chociaż tutaj głosy były podzielone, a trzecim… cóż. Trzeci znak był najgorszy! Najstraszniejszy, o jakim możecie pomyśleć… Król Eryk nie umiał pływać!!! Tonął od razu, nawet jak zanurzony zaledwie do kolan. W wodzie czuł się bezpieczny tylko wtedy, gdy sięgała niewiele powyżej jego owłosionych blondyńsko kostek. Gorzej, bo nawet na łodzi… tonął. A łódź wraz z nim, jakby dno go przyzywało, jakby tak bardzo pragnęło go dotknąć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7272 (2)

Z cyklu przeczytane: „Madonny z Bari” – … oj Bona. Kurcze, trzeba przyznać, że poznanie jej, Bony Marii, najpierw na lekcjach historii, potem grzebiąc w książkach, trochę mną potrząsnęło. Wcale nie była tylko żoną, wcale nie tą, która sprowadziła wszelakie włoszczyzny do Polski, oj nie…

W swojej powieści, Renata Czarnecka wprowadza nas w życie jej i jej matki, księżnej Mediolanu. Poznajemy je, gdy Bona jest malutka, a życie Izabeli Aragońskiej drastycznie się zmienia. Obydwie na wygnaniu starają się nie tylko przeżyć, ale przede wszystkim ukształtować swoją przyszłość. Dzięki temu poznajemy nie tylko dojrzałą matkę, ale i młodziutką córkę, od początku przygotowywaną do czegoś wielkiego…

Problem z tą książką jest jeden. Naprawdę fascynująca, intrygująca fabuła, dobrze opisana, z tymi cudownymi perełkami przeszłości jak nazwy nakryć głowy, czy opisy wnętrz, niestety jest… za krótka. Prawdopodobnie obmyślona, jako coś dla każdego, niestety powieść na tym traci. Jest raczej jak oglądanie powiązanych ze sobą obrazów, brakuje tutaj czegoś… więcej. Po zakończeniu czuję OGROMNY niedosyt! Chciałabym wersji rozszerzonej. Czegoś, co powiązałoby ze sobą matkę i córkę naprawdę. Czegoś, co zajęłoby mi więcej dni i nocy! Więcej owego życia przed Polską.

Warto przeczytać… szczególnie jeśli zaczynacie tę drogę. Warto przeczytać, jeśli szukacie opowieści o kobietach, o miłostkach i przeszłości. Warto, aczkolwiek chce się dorwać autorkę i wymusić na niej dorzucenie czegoś więcej. Powiązanie tych obrazów, jakieś dopowiedzenia, jakieś dodatki. Więcej opisów, więcej wszystkiego… Przecież i język tu giętki i świat opisywany niesamowity. Oj, oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że powstałaby cegła, ale ja kocham cegły!!!

IMG_2635 (2)

Wydrzyk wielki na lotnisku się… nie przeleciał. Czyli wiecie, zwyczajne opowieści z Wyspy zaczynami dziś od ptaszka. No bo wiecie, życie z ptaszkiem jest serio super!!! No i lepiej mieć ptaszka, niż go nie mieć, co nie? Ale wróćmy do wydrzyka. Zwyczajowo nie oddala się on od Atlantyku i przylegających terenów, ale jakoś… znalazł się w Rønne. Jakoś. Niestety znalazł się tutaj w postaci całkiem martwej, więc nie polatał sobie Liniami Wyspowymi niestety. Ale, jakby zobaczył ceny biletów pewni i tak by padł. Na zawał dzioba, albo coś zbliżonego?

Jak już jesteśmy w temacie ptaszków, to solsorty obrodziły!!! No strasznie!!! Idzie sobie człowiek alejką… z jednej strony drzewa, z drugiej może pole, ale wciąż to alejka… na pokręconych krzakach i krzewach i wszelakim cokolwiek, co wciąż ma na sobie jakieś owocki, czyli wiecie głogi i róże i inne cuda, kręcą się one. Najpierw, to kurcze widać ino owe żółte, a czasem bardziej żółto-pomarańczowe dzióbki. I te oczojebne obwódki wokół ich czarnych ślepiów… dopiero po chwili wyrąbuje się wam w oczach obraz, a raczej kształt ptaszka. Dość kulistego grubaska ze średnim, cienkim ogonkiem. Całkiem cichego, zdawałoby się pokojowo nastawionego gościa. I ślicznie celującego sobie owockami do dzioba. No po prostu stoi człowiek, i jeżeli się uda, że ich nie spłoszy, to ino patrzy. Owocek, na kręconej gałązce ptaszek, co się kręci, rozgląda dookoła, jakby wiecie, był tutaj przez przypadek całkiem, jakby może kradł, znaczy wiecie, na szaber przyszedł… Jakby w rzeczywistości te ostatnie, zimowe już bardzo owocki, należały do kogoś innego, kto tylko czyha, by go za ogon ułapić… a potem hop siup i już ma w dziobie. Nie gryzie, ino wiecie, połyka od razu.

Bez popitki nawet!!!

Staje człowiek na drodze, która czasem niestety jest też chyba dla motorynkowych, więc powinien uważać, ale mu się nie chce… i się gapi. Na czarnych panów pragnących owocków i ich brązowo-rudawe panie. O wiele bardziej zajadłe, wojownicze i zaskakująco odwzajemniające spojrzenia. Gdy tylko umykam spomiędzy gałęzi i krzaczków, w końcu nie boję się już tak bardzo, że w końcu mnie obsra coś jeszcze większego… czuję na sobie jej spojrzenie. Siedzi na ośnieżonej rynnie i patrzy na mnie. Jej lekko zaróżowione pazurki wczepiły się w aluminium, czy z czego tam teraz te rynny robią… i się patrzy. Z blachy ocynkowanej? Kurna, no chyba nie z plastiku, chyba… znaczy rynny, bo Pani Solsortowa, to jak najbardziej naturalna. Może chce pogadać, może i serio ma jakieś plotki pragnące wydostać się z jej dzioba, ale mi tu śnieg topnieje… Ja nie mam czasu psze pani, ja może potem, gdy będę wracać?

IMG_0104

Bo w końcu mam trochę i słonka i śniegu, więc nie mogę się zatrzymać. Muszę po prostu dobiec do drzew i zrobić zdjęcia. Nie mogę tak po prostu być bez zimy. Muszę się pomoczyć, pomarznąć odrobinkę, jakoś tak wchłonąć w siebie śnieg… i to nie tylko w formie lodowego, czy raczej śnieżnego rożka.

Wychodzę, tańczę na może solonych, ale olodzonych chodnikach, dziękuję bóstwom wszelakim za to, że wciąż jeszcze istnieją ziemskie pobocza… i zatapiam się w zimę. Boję się oddychać, żeby nie zniszczyć tego bardzo mokrego, cudownego poszycia, białych kolorowości, który wygląda teraz jak mrożone tęcze… pięknie jest. Wszystko się ośnieżyło. I powalone drzewa i wysokie wciąż, słomkowe trawy, które przykryte śniegiem zdają się być owymi wieżami z księżniczkami… ale tymi, które nie czekają na księciów, ale na psa, czy kota, albo myszkę. Bo wiecie, im nie potrzeba faceta, ale włosy wciąż im rosną, więc… jakoś tak, może pazurkami, ktoś mógłby powybierać z nich gnidy?

Wysupłuję się spomiędzy śnieznych krzaków, gdzie niegdzie poznaczonych wciąż owocami dzikiej róży i wypływam na pole. Po prawej mam całkiem gęste gęstwiny i stojące kamienie, za sobą Gudhjem, po lewej pola, a przed sobą morze. Stoję tak na tym moim osobistym punkcie widokowym i nie wierzę. Zresztą, nie oszukujmy się, często nie wierzę, że mogę na to wszystko spoglądać. Nawet krocząc tą ścieżynką, wijącą się trochę, starając się nie zaplątać w druty od ogrodzenia, nie wierzę. Ponownie wkraczam w lesistość, ale tylko na chwilę. Gałęzie tutaj tworzą i ściany i dach, i pięknie jest. Znowu zaczyna prószyć, cicho tak, a ja mogłabym tutaj zostać, nawet z tym pełnym pęcherzem i oczywistością przemoczonych skarpetek.

Wypływam na skarpę, bo sorry, ale już nie chodzę, w butach mi chlupocze… ale zapatrzyłam się na morze. Granatowo-szare. Piękne i dziwnie spokojne. Gdzieś w oddali Szwecja… ciekawe, czy i ktoś się tam tak jak ja błąka? Może na morzu jakieś statki, tudzież inne cuda pływające. Może? Ale co mi tam, słońce mnie pogania, więc rzucam jeszcze spojrzeniem, okiem za daleko i palce zmarzły, na domki przytulone prawie do samego brzegu i uciekam do siebie.

Marząc o lesie…

PS. Jak na razie to Starbucks powoduje największe napady dzikiego śmiechu na Wyspie. No sorry, ale stoisko z kawą z proszku ładowanego z tyłu, no dobra, w czaderskim kubeczku z zieloną mitologią, to jednak ubaw. Morze i McDonaldsa nam tak przyniosą. Będzie stoisko z mrożonkami i bułkami do wykończenia w domu. A do tego pyra dla każdego z keczupem w proszku…

Ech! Ta cała cywilizacja.

IMG_7658

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Legenda Karminowa… została wyłączona