Pan Tealight i Legenda Karminowa…

„Gdy wczesną zimą przyłożysz ucho do zimnej ziemi, gdy odważysz się pomoczyć kolana i brzuszek, gdy po prostu się wyciszysz, wyłączysz, zmrozisz, możesz usłyszeć jedną z najcichszych legend, ale i jedną z tych najbardziej karminowych i żelazem pachnących. Ową legendę o królu, który nie szukał królowej…

Był raz sobie król. Może nie miał pod sobą wielkiego państwa, może i maleńką, kamienistą miejscami Wyspę, ale… był dumny ze swoich włości. Ludzie na niej byli może nieliczni i pokręceni, wierzący w to, że kiedyś przybędzie na wielkim statku Niemożliwy Wybawiciel i każdemu da nową żonę, chatę, oraz kilka krów… ale byli jego. Pracowali co prawda dziwnie i miejscami leniwie, ale wierzyli w to, że tak naprawdę tylko ta Wyspa może być ich światem. Nie negowali tego. Nie chcieli wypływać w dalekie Niewiadomogdzie, nie pragnęli robić zakupów w zamorskich ikeach. Po prostu żyli tutaj, sarkali, ale nie chcieli zmian. A na Wybawiciela to czekali tylko tak, bo na coś czuli, że trzeba czekać. I wiecie, z powodów religijności… bo podobno gdzieś tam za wodą ludzie wierzyli i mieli więcej krów, więc może ta wiara się opłaca?

Król miał na imię Eryk, bo tutaj wszyscy królowie mieli tak na imię i nie miał niebieskich zębów. No ani jednego, ale miał czerwoną brodę, którą obdarzyła go Boginka Nyguska znad Kobbeå. Działo się to latem, gdy nie tyle był na świecie, co radośnie kopał w brzuchu matki. Widzicie, matce zachciało się siku i jakoś tak, nieuważnie całkiem, brzuch wielki był, zasłaniał wszystko… no nasikała Nygusce na pranie i ta się wkurzyła. Na szczęście udało się ją przebłagać kasztanami, żołędziami i paroma niewolnikami męskiego rodzaju, ale… klątwa i tak pozostawiła znak. A dokładniej trzy znaki. Pierwszym była czerwona broda. Nie ruda, nie rdzawa, ale czerwona. Bujna i okalająca większość twarzy władcy. Drugim jego niechęć do zamążpójścia, chociaż tutaj głosy były podzielone, a trzecim… cóż. Trzeci znak był najgorszy! Najstraszniejszy, o jakim możecie pomyśleć… Król Eryk nie umiał pływać!!! Tonął od razu, nawet jak zanurzony zaledwie do kolan. W wodzie czuł się bezpieczny tylko wtedy, gdy sięgała niewiele powyżej jego owłosionych blondyńsko kostek. Gorzej, bo nawet na łodzi… tonął. A łódź wraz z nim, jakby dno go przyzywało, jakby tak bardzo pragnęło go dotknąć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7272 (2)

Z cyklu przeczytane: „Madonny z Bari” – … oj Bona. Kurcze, trzeba przyznać, że poznanie jej, Bony Marii, najpierw na lekcjach historii, potem grzebiąc w książkach, trochę mną potrząsnęło. Wcale nie była tylko żoną, wcale nie tą, która sprowadziła wszelakie włoszczyzny do Polski, oj nie…

W swojej powieści, Renata Czarnecka wprowadza nas w życie jej i jej matki, księżnej Mediolanu. Poznajemy je, gdy Bona jest malutka, a życie Izabeli Aragońskiej drastycznie się zmienia. Obydwie na wygnaniu starają się nie tylko przeżyć, ale przede wszystkim ukształtować swoją przyszłość. Dzięki temu poznajemy nie tylko dojrzałą matkę, ale i młodziutką córkę, od początku przygotowywaną do czegoś wielkiego…

Problem z tą książką jest jeden. Naprawdę fascynująca, intrygująca fabuła, dobrze opisana, z tymi cudownymi perełkami przeszłości jak nazwy nakryć głowy, czy opisy wnętrz, niestety jest… za krótka. Prawdopodobnie obmyślona, jako coś dla każdego, niestety powieść na tym traci. Jest raczej jak oglądanie powiązanych ze sobą obrazów, brakuje tutaj czegoś… więcej. Po zakończeniu czuję OGROMNY niedosyt! Chciałabym wersji rozszerzonej. Czegoś, co powiązałoby ze sobą matkę i córkę naprawdę. Czegoś, co zajęłoby mi więcej dni i nocy! Więcej owego życia przed Polską.

Warto przeczytać… szczególnie jeśli zaczynacie tę drogę. Warto przeczytać, jeśli szukacie opowieści o kobietach, o miłostkach i przeszłości. Warto, aczkolwiek chce się dorwać autorkę i wymusić na niej dorzucenie czegoś więcej. Powiązanie tych obrazów, jakieś dopowiedzenia, jakieś dodatki. Więcej opisów, więcej wszystkiego… Przecież i język tu giętki i świat opisywany niesamowity. Oj, oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że powstałaby cegła, ale ja kocham cegły!!!

IMG_2635 (2)

Wydrzyk wielki na lotnisku się… nie przeleciał. Czyli wiecie, zwyczajne opowieści z Wyspy zaczynami dziś od ptaszka. No bo wiecie, życie z ptaszkiem jest serio super!!! No i lepiej mieć ptaszka, niż go nie mieć, co nie? Ale wróćmy do wydrzyka. Zwyczajowo nie oddala się on od Atlantyku i przylegających terenów, ale jakoś… znalazł się w Rønne. Jakoś. Niestety znalazł się tutaj w postaci całkiem martwej, więc nie polatał sobie Liniami Wyspowymi niestety. Ale, jakby zobaczył ceny biletów pewni i tak by padł. Na zawał dzioba, albo coś zbliżonego?

Jak już jesteśmy w temacie ptaszków, to solsorty obrodziły!!! No strasznie!!! Idzie sobie człowiek alejką… z jednej strony drzewa, z drugiej może pole, ale wciąż to alejka… na pokręconych krzakach i krzewach i wszelakim cokolwiek, co wciąż ma na sobie jakieś owocki, czyli wiecie głogi i róże i inne cuda, kręcą się one. Najpierw, to kurcze widać ino owe żółte, a czasem bardziej żółto-pomarańczowe dzióbki. I te oczojebne obwódki wokół ich czarnych ślepiów… dopiero po chwili wyrąbuje się wam w oczach obraz, a raczej kształt ptaszka. Dość kulistego grubaska ze średnim, cienkim ogonkiem. Całkiem cichego, zdawałoby się pokojowo nastawionego gościa. I ślicznie celującego sobie owockami do dzioba. No po prostu stoi człowiek, i jeżeli się uda, że ich nie spłoszy, to ino patrzy. Owocek, na kręconej gałązce ptaszek, co się kręci, rozgląda dookoła, jakby wiecie, był tutaj przez przypadek całkiem, jakby może kradł, znaczy wiecie, na szaber przyszedł… Jakby w rzeczywistości te ostatnie, zimowe już bardzo owocki, należały do kogoś innego, kto tylko czyha, by go za ogon ułapić… a potem hop siup i już ma w dziobie. Nie gryzie, ino wiecie, połyka od razu.

Bez popitki nawet!!!

Staje człowiek na drodze, która czasem niestety jest też chyba dla motorynkowych, więc powinien uważać, ale mu się nie chce… i się gapi. Na czarnych panów pragnących owocków i ich brązowo-rudawe panie. O wiele bardziej zajadłe, wojownicze i zaskakująco odwzajemniające spojrzenia. Gdy tylko umykam spomiędzy gałęzi i krzaczków, w końcu nie boję się już tak bardzo, że w końcu mnie obsra coś jeszcze większego… czuję na sobie jej spojrzenie. Siedzi na ośnieżonej rynnie i patrzy na mnie. Jej lekko zaróżowione pazurki wczepiły się w aluminium, czy z czego tam teraz te rynny robią… i się patrzy. Z blachy ocynkowanej? Kurna, no chyba nie z plastiku, chyba… znaczy rynny, bo Pani Solsortowa, to jak najbardziej naturalna. Może chce pogadać, może i serio ma jakieś plotki pragnące wydostać się z jej dzioba, ale mi tu śnieg topnieje… Ja nie mam czasu psze pani, ja może potem, gdy będę wracać?

IMG_0104

Bo w końcu mam trochę i słonka i śniegu, więc nie mogę się zatrzymać. Muszę po prostu dobiec do drzew i zrobić zdjęcia. Nie mogę tak po prostu być bez zimy. Muszę się pomoczyć, pomarznąć odrobinkę, jakoś tak wchłonąć w siebie śnieg… i to nie tylko w formie lodowego, czy raczej śnieżnego rożka.

Wychodzę, tańczę na może solonych, ale olodzonych chodnikach, dziękuję bóstwom wszelakim za to, że wciąż jeszcze istnieją ziemskie pobocza… i zatapiam się w zimę. Boję się oddychać, żeby nie zniszczyć tego bardzo mokrego, cudownego poszycia, białych kolorowości, który wygląda teraz jak mrożone tęcze… pięknie jest. Wszystko się ośnieżyło. I powalone drzewa i wysokie wciąż, słomkowe trawy, które przykryte śniegiem zdają się być owymi wieżami z księżniczkami… ale tymi, które nie czekają na księciów, ale na psa, czy kota, albo myszkę. Bo wiecie, im nie potrzeba faceta, ale włosy wciąż im rosną, więc… jakoś tak, może pazurkami, ktoś mógłby powybierać z nich gnidy?

Wysupłuję się spomiędzy śnieznych krzaków, gdzie niegdzie poznaczonych wciąż owocami dzikiej róży i wypływam na pole. Po prawej mam całkiem gęste gęstwiny i stojące kamienie, za sobą Gudhjem, po lewej pola, a przed sobą morze. Stoję tak na tym moim osobistym punkcie widokowym i nie wierzę. Zresztą, nie oszukujmy się, często nie wierzę, że mogę na to wszystko spoglądać. Nawet krocząc tą ścieżynką, wijącą się trochę, starając się nie zaplątać w druty od ogrodzenia, nie wierzę. Ponownie wkraczam w lesistość, ale tylko na chwilę. Gałęzie tutaj tworzą i ściany i dach, i pięknie jest. Znowu zaczyna prószyć, cicho tak, a ja mogłabym tutaj zostać, nawet z tym pełnym pęcherzem i oczywistością przemoczonych skarpetek.

Wypływam na skarpę, bo sorry, ale już nie chodzę, w butach mi chlupocze… ale zapatrzyłam się na morze. Granatowo-szare. Piękne i dziwnie spokojne. Gdzieś w oddali Szwecja… ciekawe, czy i ktoś się tam tak jak ja błąka? Może na morzu jakieś statki, tudzież inne cuda pływające. Może? Ale co mi tam, słońce mnie pogania, więc rzucam jeszcze spojrzeniem, okiem za daleko i palce zmarzły, na domki przytulone prawie do samego brzegu i uciekam do siebie.

Marząc o lesie…

PS. Jak na razie to Starbucks powoduje największe napady dzikiego śmiechu na Wyspie. No sorry, ale stoisko z kawą z proszku ładowanego z tyłu, no dobra, w czaderskim kubeczku z zieloną mitologią, to jednak ubaw. Morze i McDonaldsa nam tak przyniosą. Będzie stoisko z mrożonkami i bułkami do wykończenia w domu. A do tego pyra dla każdego z keczupem w proszku…

Ech! Ta cała cywilizacja.

IMG_7658

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Legenda Karminowa… została wyłączona

Pan Tealight i Pieczone ze smoka…

„No bo wiecie, istnieją i światy równoległe i światy, które nie są przez ludzi zmacane, a jednak… jakoś tak nie każdy miał tego świadomość, gdybyś starał się kogokolwiek przekonać – wyśmialiby cię! Bo czyż możliwym jest, by istniał świat, w którym to księżniczki polowały na księciów w wieżach zamkniętych, na smoczyce zazdrośnie ich pilnujące i jeszcze na dodatek każda miała swojego konia!!!

A tak, oto kwintesencja feminizmu, za którym Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie przepadała. Za księżniczkami samowystarczalnymi, co to i konia miały i księstwo i wiecie, jeździły po świecie i po tych wieżach łaziły i sobie księciów wybierały. Jednego zmacały w szklanej trumnie, a może ona była kryształowa? Drugiego zaś znalazły pod opieką dziwnych ciotek, trzeci gubił części odzienia, a czwarty miał problem z nadmiernym owłosieniem. Ten, co mieszkał wciąż z niziołkami, to jakoś odpychał każdą z nich, więc… w końcu pewno z nimi zostanie. I może zmaleje? Może tak naprawdę książęta, którzy mieszkają z krasnalami, w końcu i nimi się stają? No wiecie, dziewczątka, ale wiedzące czego chcą…

… i każda z nich wpieprza burgera ze smoka!

Oj nie… Wiedźma Wrona może miała problemy ze swoją kobiecością, która to nie uznawała kiecek zwiewnych, makijażów i ploteczek przy winku, ale jednak uwielbiała grać nieprzystępną, miłą, dziecięcą, ale sprośną i na dodatek wymagała żeńskiego traktowania od każdego z księciów nawet w tym wieku, ekhm, w jakim nagle była. Domagała się konia prowadzonego, smoka na uwięzi, albo w formie przystępnego poczochrańca, no i co najważniejsze, by zawsze przed nią otwierano drzwi wieży. Czy była w środku, czy na zewnątrz, ale… rozbestwieni księżniczkowymi zachowaniami księciowie wszelacy stali się miałcy i dziwnie… babscy.

A bab żadna wiedźma nie tolerowała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5789

Z cyklu przeczytane: „Anatomia zbrodni” – … zabij. Zabij i już. Koniec, kropka i tak dalej. Po prostu zabij. Bo dlaczego nie? No właśnie? Ktoś stoi ci na drodze, ktoś zwyczajnie wkurza, albo po prostu to lubisz, coś w Tobie krzyczy, by być bogiem… Czyż nie jest to totalnie przerażające?

Pomyślcie!!!

Val McDermid, świetna autorka kryminałów, ta, która ofiarowała nam niesamowitego Tony’ego Hilla, tym razem opowiada o przeszłości kryminologii. O odciskach palców, historii trucizn – trochę mało, o badaniu zwłok, miejsca zbrodni… tego wszystkiego, co dla wielu z nas zamyka się w odcinkach CSI. Opowiada o początkach, zawsze za tło stawiając jakąś intrygującą sprawę z przeszłości. Przytacza fakty, kąpie nas w nich, nasyca odczynnikami i… szuka.

Na pewno jest to pozycja dla wszystkich tych, którzy kochają kryminały i to nie tylko owe książkowe. Z jednej strony naukowa opowieść, z drugiej jednak i same zbrodnie. Poznać można „wybitnych” morderców i uświadomić sobie ile tak naprawdę trwa to, co na ekranie telewizora trwa zaledwie kilka minut. Na pewno intrygująca i bardzo ładnie wydana książka dla dociekliwych, albo tych… eee, których teściowa denerwuje!!! LOL Ale też coś dość przystępnego, co bardziej wżartym w temat może wydać się powtórzeniem materiału. Jednak wydaje się, iż i jedni i drudzy mogą znaleźć tu coś dla siebie… może i teściowa czyta, więc uważajcie!!!

IMG_2637

Mgła jest wszędzie.

Gęsta biała. Opadła na Wyspę nagle… całkiem niespodziewanie. Ot budzisz się, no i po chwili, gdy już jako taka jasność się rozpierniczy dookoła, znaczy na zewnątrz, widzisz ją. Gęstą i mleczną. Dziwnie smaczną, ale jak wyłazisz z łyżeczką i miską do ogródka, to nagle się okazuje miękka, lepka i taka jakaś… pierzynowa. Może nie daje ciepła, ale też i nie smakuje lodami śmietankowymi. No za każdym razem czuję się dziwnie zawiedziona. Posmutniała wracam, a potem sobie uświadamiam, że w takiej mgle, to już całkiem nikt mnie nie podejrzy, końca własnych cycków nie widać, więc co jak co, ale mogę zostać dziś w łóżku. A co… przecież i tak nikt mnie nie podejrzy. Mgła obejmuje wszystko i satelity szpiegowskie i wszelkie kamerki, a i pewno nawet skype’a. Trochę jak ten śnieżący obraz w starych telewizorach.

Mogłabym przysiąc, że podobnie nawet szumi…

Mgła sprawia, że świat się zaciska, zmniejsza i jakoś łatwiej sobie ze wszystkim poradzić. Nie przynosi ze sobą klaustrofobicznego wrażenia, oj nie. Po prostu jest raczej jak te ściany szpitala psychiatrycznego, o które można się obijać, bo przecież są miękkie. Bezpieczne, a jednak i pozwalające się wyżyć. Przetrzebić myśli, poddać się popędom. Naiwnej leniwości… Jest bezpieczna, niczym snestorm. Niczym zamknięcie w szklanej kuli, której jednak nikt nie potrąci, której nikt nie poruszy, a jednak pyłki, płatki i wszelkie cekiny wciąż w niej fruwają.

Pod taką mgłą i wszelką wilgotnością, co prawda plusową, to jakoś chce się aż spać. Nic nie robić, po prostu śnić, jakby za to płacili. Śnić może innych? Może w rzeczywistości Wyspa nie istnieje i nasza pani burmistrz nie powiedziała właśnie, że królowa jest głupia? Może to, że wielce otwierają Starbucksa, co w rzeczywistości oznacza ino jedno stoisko kawowe na stacji paliw, nie ma już sensu? Może psujące się drogi i niszczejące stopnie w lesie też nie istnieją, a jesteśmy tylko my… Śniący. Niczym owe Bóstwa Kamienne Śniące, które oto mają wyznawców nieświadomych swej religii? Może… my tylko śnimy, a istnieje tylko to, co się nam przyśni?

Może?

IMG_7190

Oto i zima na Wyspie. Śnieg tylko w mrzonkach synoptyków, a w rzeczywistości temperatura, która raczej nie zbliża się do zera. Ciepło i wilgotno, łatwo o pleśń i butwienie. Może dlatego tak się wszystko u nas dobrze rozkłada? No taki klimat, czyż nie? Kamienie nadal stoją, brzegi Wyspy wciąż się zmieniają, a woda nabiera szmaragdowości niemożliwej.

Prosto.

Ot zwyczajna natura robiąca w liściach koronki, bawiąca się z lokówką i gałęziami, no i oczywiście te trawy zielone. Gdzie niegdzie jeszcze co bardziej buntowniczy Tubylcy pozostawili na krzaczkach lampki świąteczne, jakby chcieli zaprotestować przeciwko temu całemu zaciemnianiu i krótkiej świąteczności, ale… Mikołaj już od dawna drzemie w swojej jaskini razem z reniferami i co bardziej wyzwolonymi cieleśnie elfami. Podobnie Pani Mikołajowa, równość rządzi. Tylko wiecie, ona woli innych. Reniferów!!! Raczej nie przyjadą 24go stycznia raz jeszcze.

Są zajęci.

Obydwoje.

Z braku temperatur wielce zimowych, bujny zjeżdżalny stok niedaleko Gudhjem, oczywiście znowu jest nienaśnieżony. Jak ktoś chce, to turlać się chyba może ino. A miało być tak pięknie. Miało być tak romantycznie i sportowo. Ale nie jest. Gdy się na to patrzy, to łeb pęka, gdy się pomyśli ile na stok, naśnieżanie, wszelkie maszyny i cuda wonne wianki wydano. Cóż, widać Unia Europejska uważa, że pewne rzeczy są ważniejsze niż drogi, zamykanie domów dla młodzieży specjalnej troski, czy domów spokojnej starości… widać. No wiecie, Wyspa jest cudem, ale mieszkają na niej ludzie, a tym daleko do cudowności. Nawet tym nader w niej zakochanym.

Kurcze… nadal czekam na zimę. Ja się nie dam przekonać do lata, nic z tego… wciąż czekam na moje własne „Pojutrze”.

IMG_0077

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pieczone ze smoka… została wyłączona

Pan Tealight i Pantofelek…

„Ojeblik – mała, ucięta główka, się obraziła. No zwyczajnie i na całego. Do końca i na zawsze zawsze. Trudno ją za to ganić. Poczuła się całkiem niekobieca i niezauważalna i ogólnie mówiąc, dotąd pewna swojej urody i frywolności, nagle przygasła, a wszystko przez cholernego kaloszka w różowe cętki.

I to bez pary!!!

Kaloszka zapakowanego w folię całkiem prześwitującą, z dołączonym pierścionkiem, suszonymi kwiatkami w typie potpourii i przewiązanego wielką, krzykliwo-rdzawą kokardą z perełeczkami. Zaadresowanego do: stópki najpiękniejszej panny. Kaloszka, który wprowadził zamęt w Białym Domostwie, bo chociaż do wiosny jeszcze daleko, to nagle wszyscy zaczęli ją czuć, znaczy wszyscy babskiego rodzaju… I zaczęło się strojenie, mazianie, gotowanie miłosnych eliksirów, pacanie maziajowatych maseczek, szycie, walki o koraliki, bitwy o pończoszki i potrząsanki o wszelkie świecidełka, które można było do siebie przyszyć, lub przylepić.

Pan Tealight od razu, gdy tylko nadepnął na ową różową paziaję wiedział, że coś jest źle i będzie jeszcze gorzej, dlatego ewakuował się i zamieszkał w Spiżarni Chatki Wiedźmy. Tam może nie miał takiego zamieszania jak w swoim fotelu, ale miał spokój, jedzenie, no i raczej mało obliczalną Wiedźmę Wroną pod nosem. Ta przynajmniej nie była zainteresowana przymierzaniem, czy cokolwiek z tym robieniem, no kaloszkiem. Nawet nie popatrzyła na pierścionek… guma ją odpychała chyba? Ni nie sztachnęła się płatkami. Po prostu… kopnęła to, naraziła się kobietom Białego Domostwa i umknęła, porywając ze sobą furkoczącego inwektywami Ojeblika. Teraz obydwie siedziały nad herbatami gęstymi od cukru i syropu i użalały się nad sobą…

A gdzieś tam był drugi kaloszek i tiurlilował swoją miłosną pieśń, wzywając swoją połówkę, by powróciła z wygnania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3067 (2)

Na Wyspie fajnie jest!!!

Serio. Znaczy, jeżeli chcecie wielkich marketów to nie. No i wszelakich głośności, to też nie. A i lubicie łazić w szpilkach, to raczej, no wiecie… chyba że nakładacie na nie kaloszki, to może? No i jeżeli uwielbiacie wyjeżdżać na chwilę gdzieś tam, to też nie. I… właściwie, to chyba już wszystko, w końcu w tych czasach moża większość zamówić przez internet, więc stan sklepu ma małe znaczenie. Oby było mięsko jakieś, chlebek i masełko, to gra gitara. Aaaa… leki, tak, te też lepiej zamówić. I jeszcze, no dobra, wielu takich spraw na Wyspie nie ma, ale przecież w zamian dostaniesz coś innego…

Ciszę, spokój i nagłe do natury się przywrócenie. Możecie też sobie tatuaż zrobić, czy zostać wymasowanym, więc bez boja, mamy spa i siłkę. Zresztą, komu potrzebna siłka, jak można pobawić się w lesie, lub kamienie ponosić na plaży? Wszystkiego czego na pewno potrzeba, to woda czysta, powietrze i dach nad głową. To jedzenie i… no cóż, dla niektórych i internet, dzięki czemu mamy rozkopane drogi ostatnio i wielu klących ludzi. Ekhm, wiecie, zwyczajowy Tubylec, może i chodzi w odblaskowych ciuszkach, kaloszkach, czy też trepkach, ale jednak potrzebuje internetu. I to nie tylko dla porno! Zresztą, tutaj przecież każdy w końcu znajduje sobie kogoś, by się ogrzać…

No dobra, Wyspa… w okresie, w którym wszystko śpi jest serio całkiem intrygująca. Mały Antropog Kulturowy miałby niezłą zabawę. Gdyby tak sobie łaził po uliczkach i ścieżkach, po drogach i sporadycznych chodnikach, czasem mógłby kogoś spotkać. Kogoś z pieskiem, Obywatela Turyścizny, który zagubił się tutaj i nazbyt boi się powrotu promem… Wiecie, szczególnie po ostatnich problemach promowych. Wyobraźcie to sobie… siedzicie na środku morza w sporej puszce aluminiowej, na dole auta, ludzie dookoła i nagle… gasną światła!!! Nagle wszystko spowija idealny mrok. No dobra, może kilka ajfonów trochę to rozgania, ale jednak, na środku morza siedzisz w ciemnej puszce. Co wtedy czujesz poza wielkim strachem? Nie wiem i nie chcę się przekonać. Albo fale takie, że nikt nie jest w stanie ustać i każdy, ale to każdy… rzyga!

Widzicie, Wyspa jest cudowna!

IMG_0071 (2)

Naprawdę jest cudowna.

Bo widzicie, w życiu można się obejść bez wielu rzeczy. Ale i bez wielu nie można żyć, więc dlaczego Wyspa? Może dlatego, że cisza i ciemność jest fajna. Oczywiści jak nie buja i stoisz na ziemi. I gdy potrafisz zwolnić trochę i zapatrzeć się na liści i skały, na gałązki i drzewa, na rzeczki, a nawet na kałuże?

A nawet popłakać, bo śnieg topnieje. Umierają małe Śnieżynki i Panowie Śnieżynkowie… a może tylko powracają do domu? Może byli tutaj przelotem, przejazdem i wszelaką przepadnością? Może były w drodze na dół, może naprawdę tylko się zatrzymali na chwilę na Wyspie? Ot zabawiły się ze sobą i nami? A może… może to rzeczywiście rytuały godowe? Może Wyspa jest Galapagosem dla wszelkiej śnieżnej płciowości? No dobra, a może to jednak miejsce, z którego pochodził cała wyobraźnia tego świata? Gdzie uwięziony w wieży książę zjadł Księżniczkę, która chciała go uwolnić i poślubić oczywiście, a potem puścił się ze smokiem?

Czasem się zastanawiam jak to jest z Wyspą i domami? Czy przenika ona przez ściany, czy pozwala każdej rodzinnej tak, czy inaczej, komórce tworzyć swój własny ekosystem? A może nie można się na Wyspie schować przed nią samą? Czy wyglądając przez okno widzę to, co widzę, czy też to, co Wyspa chce pokazać… Oj dobra, po prostu, gdy dookoła ślisko i mokro i człowiek boi się wywinąć papugę na chodniku, to tylko wyglądani przez okno mu zostaje. I patrzy na ten topiący się śnieg, szaloną zieloną trawę wyglądającą spod owych smętnych resztek… to jakoś mu to wystarczy, ale też goni człowieka do wszelkich przejawów artyzmu. Może dlatego istnieje taki czas spokojnej senności? Senności dla Wyspy, ale nie dla wyobraźni? Czas, by utrwalić wszelkie wspomnienia, ale i jednocześnie pracować nad nowymi. No i wiecie, zapełnić galerie, w końcu tutaj jak wszędzie, wszystko się kołem kręci, więc i znowu nadejdzie sezon i Turyścizna…

Fajna jest taka cykliczność… nawet jeśli za nic nie mogę dostać czekolady Milka… no nigdzie jej nie ma!!!

IMG_7235

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pantofelek… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Jaga…

„Niewiele o nim wspominają baśnie.

Właściwie, to tylko w kilku miejscach można odcyfrować jego odbicie, zauważyć porzuconą skarpetkę, niedopite mleko i ciasteczko, które już miał przełknąć, ale wilk zapukał… Te portki z łatą na tyłku, w czerwone muchomorki, które na spranym, znoszonym, ale czystym dżinsie wyglądają tak rajcująco, niewinnie właściwie. Tak dziwnie rezonują i z miotłą i domkiem na kurzej łapce, i wielkim piecem na dzieci. Kraciasta koszula i nieodłączna, gigantyczna, biala i obrąbiona koroneczką chusteczka do nosa. I jeszcze ten szeroki pas, skórzany i ciemny, no i oczywiście te jego włosy. Dłuższe na głowie, na brodzie, na… no wiecie, w innych miejscach, to już jego sprawa. I oczywiście te wielki buciory. Pierun wiem, skąd Baba Jaga miała na nie skórę, ale dostał je na którąś tam z kolei rocznicę ślubu, bo widzicie, był jej mężem.

Pobrali się, gdy byli właściwie wciąż dziećmi.

Ot dopiero przeszli okres nastoletnich dni, zakochali się w sobie, oczu nie mogli od siebie oderwać i… tak już zostało. Ona znosiła jego chrapanie i zawsze przyrządzała mu gęst rosołki i maści, a on… cóż, zawsze przy niej był i odpowiadał za inspekcję i pieca i miotły. Był jej mężem, ale i konserwatorem, pomocnikiem, jedynym, który wiedział, kiedy zejść jej z drogi, chociaż… nie zawsze. A jednak zawsze się chował. Zawsze pozostawał w cieniu, niósł noże, wiadra, sprzątał strach i układał zamieszanie w spokój. O niej pisali, klecili legendy, wpuszczali jej imię w przekleństwa, a o nim niewielu wiedziało. A może… może było jednak inaczej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8672 (3)

Z cyklu przeczytane: „Książę Lestat” – … zaskoczenie. Niby wiadomo było, że Anne Rice należy do tych, co się zmieniają. Najpierw wampiry, potem znowu wiara, odnaleziona, a teraz niepewność. Rozumiem. Oto prawdziwa sztuka, pisać tak jak dusza dyktuje… ale tęskniłam do wampirów i Talamaski.

Oto wraca Lestat. Wampir, może nie stary, może nie inny, ale jednak specyficzny. Ten, który spisuje i opowiada. Wampir narrator, ale… nie, ta cała opowieść nie jest tylko o nim, wprost przeciwnie. Tak naprawdę to opowieść o wielu nieznanych i znanych nam postaciach z Krwi. Wszyscy oni są tak rozsypani po świecie, że w końcu owa wampiryczna kasta, zaczyna się chwiać w posadach. A może to jednak współczesność. Przybiła ich nowoczesność? Technika?

A może… Głos?

O tak, Głos, namawiający do mordowania wampirów, to coś co splata te opowieści, miniatury i historię Lestata. Wszyscy mogą zginąć. Niezależnie od wieku i mocy… wszyscy? Ale co zrobią bliźniaczki i Święty Rdzeń? Czy w końcu naukowość wkroczy w wampiryzm i wyjaśni jego specyfikę? A może…

Oto Rice, Pani Wampirów. Ponownie miękka i wrażliwa. Osobliwie rozpisana, drobiazgowa, liryczna. Poszukująca wiecznej miłości, oddania, wspólnoty dusz. Rice… taka, którą pokochałam. Oj, oczywiście, że nie jest to „Wywiad z wampirem”, ale też i nie czas po temu. Oto znowu tęsknota za wiecznym i jednostajnym, którą tak wielu z nas w sobie nosi i zagrażające jej bezpieczeństwo. Nagła spokojność, ale i pragnienie wolnej bezpieczności. Nieumierania, ale i w końcu pogodzenie się w tym, że można przeistoczyć się w coś… nowego, innego. Jakbby w końcu Rice pogodziła się ze śmiercią, ale nie z samotnością?

Dla wielbicieli talentu autorki i tych, którzy słyszą Głos.

IMG_2640 (2)

Lód…

No dobra, morze nam nie zamarzło. A szkoda. Przecież mieliśmy takie cudowne minusy, no nawet poniżej 5 stopni, a tutaj to się nie zdarza zbyt często. Ale nic to, na szczęście skały trzymają nadal wilgotności i potworzyły się na nich bajeczne, aczkolwiek wysoko niebezpieczne, lodowe czapeczki. Jak nic, można się wyłożyć, szczególnie jak się człowiek zapatrzy, na te wciąż wiszące na gałązkach liście… złotawo-brązowe. Cudowne, malutkie dzieła sztuki. Niektóre już się robią koronkowe i oka od nich oderwać nie można, w szczególności wtdy, gdy jak całkowity czubek i totalny krótkowidz, przytknąłeś do nich załzawione rzęsy. Nie róbcie tego. Serio, one długo odrastają, a czasem to w ogóle nie, więc uważajcie naprawdę. Niby można chyba je sobie przylepić, ale wiecie, to nie temat, w którym czuję się swobodnie. Gdy będziecie szukać czarownych czapeczek lodowych na skałach i kamieniach, po prostu miejcie zawsze pod ręką kogoś, kto Was potem oderwie od stanu przymrożenia.  No i pozbiera, jak wykręcicie orła, strzyżyka, czy co tam jeszcze. Bo wiecie, ślisko…

Naprawdę można się zakochać w tej całej wyspowej lodowości. Nawet jak jest płaska i gdzieś tam w podziemiach swej zmarzliny trzyma owcze bobki. Jakieś wciąż to wszystko jest malownicze i fascynujące. Takie, wiecie, błękitne w promieniach zimowego słońca. Takie zniewalające. Jakby nagle, dopiero teraz człowiek pozwalał sobie na zachwycenie się ową całą mroźliwością. A może tylko nie pamięta czasów, gdy było inaczej? Gdy nie goniło się za robotą, nowy obraz, nowe zdjęcia, nowe historie i odkrycia… nowe pomysły, ciągle nowe, jakby każdy miał tylko i wyłącznie jeden dzień przydatności do spożycia, chwalenia się nim i dopieszczania. A przecież pomysły i wizje wymagają o wiele więcej czasu. Po kiego grzyba tak pędzić i gnać. Nie zdążyłeś nacieszyć się jednym prezentem, a tu nowy, nie poznałeś tego programu, a już go zmienili… wiesz, że tego też dobrze nie poznasz, więc zwyczajnie w świecie już się nie starasz…

… przestajemy się bawić chwilą, jakbyśmy od razu czekali na nową, jakby tylko ilość chwil była ważna, a nie jakość… Dlatego warto się zapatrzeć w lód i uzmysłowić sobie ile w nim zatrzymano, nawet jeżeli to tylko owcze kupy.

A co do niego, owego wyczekiwanego, wymarzonego, ukochanego. Tego kochanka, co zawsze wie gdzie i jak dotknąć… no więc w końcu przybył.

ON!!!

Śnieg

IMG_8668

Zadymki na polu, wszelakie zaśnieżanie…

Niby pomiędzy grudami ziemi, teraz zaśnieżonymi, wystają cudowności ostro zielonkawe, niby wszelaka błękitność i seledynowość morska mami, a i szarość oraz jagodowość nieba lekko zniewala… to jednak najważniejszy jest on – śnieg. Może i trochę nazbyt mokry, może i znika, jak się ino do niego nazbyt zbliży, ale to jednak on. Piękny, pachnącey i zniewalający. Może i pyli bardziej niż pada, jakby wydostawał się spod ziemi, a nie spadał z chmur, ale i tak cudny jest, a te zawiejki… No wiecie, na polach takie śnieżne gonitwy. Jakby gromada płatków męskiego gatunku goniła za ową jedną, jedyną. Najpiękniejszą, najbardziej upragnioną, której pragną oni wszyscy i żaden nie odpuszcza… A za nimi gnają te wszelkie żeńskie płatki, które no… nie zostały jedyną, wkurzone o dziwnie, czerwono łyskających końcówkach płatków…

Całkiem to wszystko niesamowite i doprawdy można się zapatrzeć na owe zwyczaje godowe płatków śnieżnych. Zmienia się przy tym człowiek w bałwana, ale bez przesady. Można się poświęcić. Naprawdę. Tym bardziej, że napisanie pracy z antropologicznego punktu widzenia, z użyciem analizy porównawczej, mogłoby być doprawdy intrygującym pokazem własnej siły woli i umiejętności… niezamarzania, oraz wiecie, pracy w trudnych i wymagających warunkach. Naprawdę warto! Ktoś zaintrygowany etnografią śnieżynek i śnieżynków? A może rozpoznawaniem płci u owych?

No wiecie… na Wyspie śnieg, to nie jest coś takiego, jak u innych. Naprawdę! Sami się przekonajcie!!! To jest cisza, niesamowita i piękna, chyba że sąsiad z boku zapragnie odśnieżyć sobie schodek, ale wiecie, schodek mały, szybko kończy. Potem cisza wraca. Bo wiecie, może!!! Śnieg spada, kłębi się, albo wypełza z Całkiem Nieznanych Podziemi i jest. Układa się na gałęziach, dachach, zawiewa go na okna, ściany, płotki nieliczne… całuje przejeżdżające sporadycznie auta, plącze się między skrzydłami wiatraków. Po prostu wiecie – śnieg. Cudowność leniwej opieszałości i bałwaniczna perwersja!!!

A jak Wasz śnieg?

IMG_6701

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Jaga… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Kapryśności…

„Raz białe raz czarne, może różowe… bo przecież dlaczego nie? W końcu, czyż to nie dziewczyński kolor? Babski i kobiecy, delikatność wzmacniający i słodkość wszelaką aż do omdlenia? Bo przecież takie winny być żeńściny, czyż nie? Delikatne, ale zarazem i silne. Omdlewające, ale i zdolne ponieść męża, jak mu się piwko obsmyknie, jak się mu życie nagle ziemią na głowę zwali. Zawsze pod parasolką, w mitenkach… w kwiatach nie ostach, pachnące i apetyczne.

… więc i Wiedźma Wrona, czyż nie?

Czasem dopadała ją kobiecość właśnie taka, wiecie, wybitnie literacka. Łkająca kryształowymi łzami z balkonu, wsłuchująca się w poetyckie szemranie fontanny bezchlorowej i zapatrzona w lusterko powlekane morską pianką i wysadzane perełkami. Oczywiście uzbrojona we włosy, bardzo długie, kręcone miejscami i chyba blond raczej i suknię… ale nie ciężką, raczej zwiewną, liryczną, romantyczną romantycznością podglądacza, księcia, który chce wiedzieć dlaczego akurat dziś wyprowadził swojego rumaka ze stajni. Bo widzicie, nawet kobiecość, objawiająca się w Wiedźmie Wronie Pożartej tak sporadycznie, była kapryśna!!! Nie zawsze chciała bieli niewinności, często mamił ją biczyk i wszelaką podwładność, albo ta matczyność… choć nie, jeśli chodzi o kobiecość matczyności, to chyba nigdy jej nie pokazała światu. Kurcze, nie, no nie mogę sobie przypomnieć. A ten biczyk to i tak był tylko raz, więc… chyba przez te książki zawsze była taka… dziwnie niewinna, ale i pewna tego, czego chce.

Srebrne ozdoby i tiary, warkocze na głowie i tylko na głowie, krzaki obsypane kwieciem i dzięcielina i parów oblany światłem zachodzącego słońca, chociaż kurcze to chyba nie było możliwe? Chociaż, może? I arie. On wspinający się po wieży z mieczem z zębach, albo chociaż sztyletem? Odziany w obcisłe gacie i długie buty, ale bez babskich wkrętów, bez przesady! Tego nigdy nie miała w planie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3040 (2)

Z cyklu przeczytane: „Obelisk kładzie się cieniem” – … nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego ta seria tak mnie wciągnęła! Przecież bohaterka to dzieciak! No dobra, już nastolatka, ale wciąż dzieciak! Czy to sprawa jej rodziny, jej chemicznych pasji, jej wścibstwa… a może tej posiadłości?

Nie wiem. Wiem jedno! Kocham Flawię!!!

Flawia właśnie, po raz pierwszy w pełnej świadomości staje twarzą w twarz ze swoją matką i nową zbrodnią, nową tajemnicą. Wiemy, czujemy, że wszystko się kończy, że jeszcze tylko jeden tom dzieli nas od końca tej opowieści, a tak naprawdę od początku jej życia… bo przecież przygody tego dziewczęcia, to zaledwie przygrywka przed niesamowitą dorosłością. Nie może być inaczej! Inteligentna i odważna, może nie dama, ale zawsze potrafiąca sobie poradzić osóbka, musi stać się kimś dorosłym w specyficzny sposób. Jednak, czy będzie jak matka i co do tgo wszystkiego ma Churchill? I co z posiadłością? I jej przyjaciółmi, rodziną…

Niewielki tom pozostawia w lekkiej niepewności moją już stęsknioną, czytelniczą osobowość. Czekam na ostatni tom, ale i nie chc go dostać. Pragnę zakończenia, ale i… wiecie, w tym tomie tak wiele się dzieje, ale i zarazem niczego nie ma. Z jednej strony rozwiązują się pewne nici, z drugiej, po raz pierwszy Flawia przegrywa – mini spojler. I spotyka coś więcej, niż tylko swoje odbicie…

Naprawdę… cudowna seria!

IMG_6705

Wodospady…

Bo Wyspa je ma. Jakby nie chciała pozostawać wyłącznie rzekami i kamieniami, polami i lasami. Jakby nie mogła tak po prostu miękko się wszystkiemu pozwalać toczyć. Musi mieć też coś grzmiącego, szemrzącego, lekko ciurkającego pod różnymi kątami i oczywiście rozpryskiwanie… oj tak, rozpryskiwanie niesamowite. Maleńkie i większe krople wzbijające się w powietrze, a potem opadające w dół. Mgiełka i szmer w dziennej i nocnej ciszy, ale i głośniejsze rozdźwięki. Ciągła praca, ciągłe gładzenie kamieni, powoli i coraz szybciej, zależnie od tego, ile wody ma w sobie rzeka, ale jednak… niezmiennie i ciągle nawet podczas susz…

… zawsze są tam jakiś krople.

Ale teraz, zimą, wraz z całym tym oszronieniem i mrożeniem, woda chociaż ciurka, to jednak już nie tak jak latem. Lekko zniewolona we wszelakich czapach, katedrach, piernatach, poduchach i wszelkich zamarszczeniach. Wielkie, gigantyczne bąblowe konstrukcje wzmagają moją wyobraźnię… już się człowiekowi zdaje że co najmniej któryś z szalonych artystów z dawnej przeszłości przebudził się i namodził coś na swoje pokręcone widzimisię, ale przecież nie tylko oni mają wyobraźnię, woda też. Bo woda pamięta wszystko, obok czego, lub też i przez co, przepływa. Pamięta letnie dmuchawce, ale i późnowiosenne mleczyki. Pamięta pąki wczesnej wiosny, ale i wszelkie pokrętności późnej jesieni. I oddaje je w lodzie. Z jednej strony zawsze dobra w tworzeniu tafl, skraplających się, pociągających sopli i wszelakich, zbereźnych form fallicznych, lubi też owe kuliste dzieła. Jakby chciała zatrzymać w sobie ten moment, gdy kropla jest w powietrzu, gdy zbiera się, gdy się krągli, gdy jest wszystkim, czym może być skupienie i… wzajemność. Nakłada na siebie owe krople, niczym swoiste bałwanki… i już nie ma Pissebæken takiego, jakim pamiętam go z późnj wiosny, jest przestrzenna i brzmiąca, białawo-błękitna konstrukcja bliższa katedrom, wielkim świątyniom i pałacom, niż tylko wodzie i skale. Ale… uważać trzeba, bo przecież woda spadająca też w końcu gdzieś spływa i nawet pod taflą, wciąż drąży. I łatwo zatańczyć nagle na dość niewidocznej ślizgawce. I lepiej być ostrożnym, szczególnie, gdy z aparatem próbuje się ułapić mocno filuternego, lodowego stalaktyta.

Niesamowita jest ta zimowa możliwość konstruowania cudów. Oj, gdyby tylko mróz był większy, gdyby tylko wody było więcej, śniegu, możnaby sobie niezły pałacyk zbudować, a i wiecie, zakrzyknąć: Let it go!!! Ale wciąż i zimna i śniegu niewiele. Ot odrobina puchu, która i tak zanika mimo temperatury poniżej zera.

IMG_3025 (2)

Liście chrupkie prowadzą i do Ekkodalen, gdzie też azaliż lodowo… a liście chrupkie. Bo dębinki tak fajnie się mrożą, nadziewają od dołu igiełkami lodowymi i chrupią. Serio, jakby się po słonych paluszkach chodziło, aczkolwiek nie, nie smakują tak niestety. Próbowałam!!!

Na ścianie Ekkodalen lodowe upławy.

Mleczno-szkliste cieki zamieniły się w chwilę, zamroziły i czas i wodę i drobinki flory. Niby nie ma na nich rzeki, niby przecież nic nie szumi poza strumieniem w dole zielonkawego wciąż pola, a jednak… lód na skałach jest! Wytrącony z twardości i kamienności, przesączony, dziwnie inny niż w zwyczajowym wodospadzie. Bardziej tajemniczy i magiczny. Źródełko oczywiście w najlepszej formie, woda nie wiadomo, bardziej szklista i czysta, czy jednak lodowata. Napić sie i zaryzykować rechot szkliwa nazębnego, czy jednak… nie? Może jednak nie, kurcze, lubi swoje ząbki i choć one czasem bawią się z soplami, to jednak… podziękuję.

Stoję i wietrznej dolinie wypatruję owych cieków. Świadectwa, że woda to zawsze może! Że nawet jak postawią na jej drodze głaz, to jednak i przez niego się przedostatni, Nawet jeżeli nie górą, nie dołem i nie bokami, to jednak i tak da radę. I to pokazuj tutaj. Sople prężą się w słonecznej aurze za nic mając mróz i wrzeszczące tłumy, które chcą wypróbować owe echo. Ta wodna szklistość nie popęka od wrzasków. Tylko ciepło może jej zagrozić. A ono oczywiście wciąż czai się za rogiem. Gotowe, czeka tylko na sposobność, bo tutaj wszelaka zimność nie trwa wiecznie. Słońce jest zawsze obecne, jakby serio miało gdzieś grzanie w innych rejonach…

Zima… taka dziwna na Wyspie. Tak umiejętnie bawiąca się ze światem, tak tylko na mgnienie oka zajmująca strony gazet.

IMG_3015

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Kapryśności… została wyłączona

Pan Tealight i Ruiny…

„… i chodziło o duchy.

Bo widzicie, na Wyspie wieje. Na Wyspie czasem słonko tak pali i noce są jasne… a czasem ciemno jest tak, że lepiej nie wstawać, tylko tulić do siebie łóżeczko i oddać mu się w całości. A i jak dudni i dmie, duje i huczy, rusza ścianami, wydziera okna, telepie dachówkami, to trudno zwyczajnie się przywiązać do kamieni i krokwi. Niby… można opętać jakiś przedmiot, ale to jednak iście na łatwiznę. Nie przystoi duchowi. Dlatego… no wiecie, trzeba było coś przemyśleć, wymyśleć, coś jakoś tak skołować, żeby się nazbyt nie obijały. No i jeszcze ruiny…

Jak tutaj straszyć w ruinach? Co? Zaczepić się drzewa, ale przecież to takie plebejskie!!! A duch ma swoje poważania, duch się ceni! Duch ma swoje zasady i obowiązki! Duch tak nie może… no bo jak? Nie przystoi!!! I jak się giąć, powiewać, marszczyć świat i rzucać komuś w twarz własny, najwyższej jakości, chłód, jeżeli Wyspa już za ciebie to robi? No jak? Nie dziwota, że Duchy Wyspy zwróciły się do Wiedźmy Wrony Pożartej, bo ta w końcu wolała ludzi w tej, mocno nieżyjącej wersji, o pomoc.

I Wiedźma Wrona przyszła.

Może zalękniona, może i zaczerwieniona od mrozu, może i lekko zszokowana ilością duchowości w powietrzu i… przyniosła igłę i nici.

I zaczęła szyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1085

Z cyklu przeczytane: „Tron z czaszek 2” – … nie umie. No sorry, ale nie umie facet zabijać!!! Nie myślałam, że to jest możliwe, ale dla mnie on nie potrafi uśmiercić swoich bohaterów. Ukochanych może?

A może znienawidzonych?

Tak, w drugim tomie „Tronu z czaszek” wielu umiera. Wielu umiera i niewiele o tej śmierci napisano, za to szczegółnie mocno opisano, jak zwykle, każdy cios, każdą broń, każde pchnięcie. I jak zwykle niewiele się dzieje, chociaż wielu się bije, to naprawdę… oni docierają do miasta, o tamtych ni słowa, a wojna wciąż trwa. Żadnych tajemnic, wiele okrucieństwa i tyle. Tak naprawdę nie potrafię odnaleźć sensu w postępowaniach autora, ale jestem tylko czytelnikiem. Czy mi się podobało… ech, od jakichś dwóch tomów, może trzech, już nie.

Czy sięgnę po kolejny? Nie wiem. Z jednej strony mi nie zależy, a z drugiej jestem ciekawa… Ciekawa nie tyle tego co się wydarzy z bohaterami, ale tego, w jaki sposób autor pchnie treść. Czy skupi się na dzieciach, czy jednak pochłonie którąś z nacji? A może jednak… kto może tutaj wygrać? No kto? Nie ma już najeźdźcy i stron, nie ma dobra i zła… więc co jest?

Dla tych, którzy są z serią od początku!

IMG_6702

Ruiny, wąwozy i szrony…

Czary mary i brak wiary. Czyli mroźne dni na Wyspie! Piękne po prostu i niesamowite. Takie, że nie da się usiedzieć w domu, ludzie mówią, że dziś idą robić zdjęcia i zwalniają się z pracy, żeby złapać i mróz i tą nibyzimę. Żeby skąpać się w tym świecie i zaznać mroźności. By zwyczajnie zmarznąć, skostnieć, doprawić się wiatrem i może jeszcze zawiać, bo przecież… przecież tutaj ludzie są zahartowani! Jakoś tak zwyczajnie. Nie zważają na pogodę, nie boją się fal…

A jednak…

Wychodzę i idę w miejsce, któego jeszcze nie znam. Znowu pakuję się w krzaki, ścieżka nagle się kończy i są tylko skały. Dziwne i misternie poukładane, pokryte mchami, ale i starymi, lekko już dziurawymi liśćmi… Skręcam w prawo, chcę do morza, ale nie wiem, czy dobrze idę. Nic nie wiem, kieruję się czymś w środku mnie. Czymś, co mnie prowadzi, jakbym wciąż była kilkulatkiem, który woli, jeżeli ktoś nad nim czuwa. Nade mną czuwa Wyspa. I prowadzi mnie w prawo, pomiędzy skały i brak ścieżki. Z daleka już słyszę kolejne szemranie strumienia, nawet nie wiem co to za rzeczka. Pakuję się na skały, zjeżdżam na dupsku, a co tam, w końcu spacer jest od tego, coby się pobrudzić i… nie ma drogi. Nie zeskoczę ze skał, więc ześlizguję się pomiędzy trzy połączone drzewa, wciągam brzuch i szalik i przeskakuję na drugą stronę lustra. Prosto w ramiona głębokiego wąwozu. Ale co teraz? W prawo, czy w lewo? A może do góry, tylko jak względnie suchą nogą przejść przez strumień? Jak?

Ryzykuję, skaczę, ale i korzystam z pomocnej dłoni, krzywych konarów, lekkiego pchnięcia trolową łapką. I idę, jednak w lewo. Przed siebie. Raz wbiegam do góy widząc dziwne, nierówne schodki, ale przy ścianie wiem, że nie tutaj chciałam. Wracam więc tam, gdzie woda lekko skostniała, gdzie błękity, brązy, różowości i zielonkawe, fluorescencyjne prawie mchy… I kamienie. Gładkie takie, jakby przed wiekami ten strumień był powalającą potęgą i siłą. Czy on wciąż o tym pamięta? Czy odpuścił już, a może tylko się przyczaił? Idę, ale mam się na baczności. Przekupione żelkami trolle strzegą mnie przed sromotnym się wyłożeniem, ale nie przed poślizgnięciami i potknięciami. Wiem, że się recholą, ale nic to!!! Każdy potrzebuje rozrywki, co nie? To ich świat, a ja to dość komiczna przewrotka teatralna. Macam skały, wypatruję końca, dziwię się każdemu załamaniu, każdej innej barwie kamieni, wszystkiemi i nagle…

Ruiny!

Ale skąd się tutaj wzięły?

W jaki sposób? Wiem, że odległości na Wyspie to temat na osobną rozprawę, ale… skąd one? Tak blisko. Nawet nie wiedziałam, że tędy można dość do Hammershusa. Głębokim wąwozem, kanionem, przy strumieniu, który po wielkich opadach wyłącza trasę nożną. Wdrapuję się znowu na stok i widzę i morze i skały i kamienie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, czyli trudne zejście z powrotem. I szron wszędzie pokrywający złote trawy niczym posypka…

Pięknie tak.

IMG_8668 (2)

Widzę nagle całkiem inny świat.

Starając się jednak w nim nie zostać, odrywając od siebie jeżyny… czepliwe są…  wciąż zapatrzona w zamek. Jakby nie był tylko mieszaniną załamań, jakby tak naprawdę znowu był całością na wzgórzu. Obronnym rajem. Z jednej strony fosa, z drugiej morze, tylko jedna droga dojścia… Widzę go takim, jaki był kiedyś i bardzo chcę tam wejść. Słyszę konie, podkowy stukające o bruk, zwierzęta, ludzi, czuję całkiem mało przyjemne zapachy i nagle wszystko się zmienia i znika. Wokół mnie są tylko tęczowe, niesamowite skały, wysokie niczym wieżowce… i chłodniej się robi, ale już widzę wyjście. Jeszcze tylko ześlizgnąć się z tej skały, przeskoczyć tamtą, tutaj zjechać na dupie, bo tak jest lepiej, bezpieczniej, choć brudniej… i już most. I już zieleń traw i zbiornik i ruiny nade mną i morze w oddali.

Uciekam z tego miejsca, jakbym miała w sobie zbyt wiele opowieści i nie mogła już zmieścić ni jednej, a z drugiej strony tak mnie ono korci, ale nie… chcę na plażę, nad morze. Wleźć w ową wzburzoną granatowość, zatopić się, rozmyć. Po drodze przylepiają się do mnie połamane szkiełka lodowe, jakbym naprawdę przeskoczyła przez lustro, a może i była lustrem? Tylko kto chciałby się we mnie przeglądać?

No kto?

A na kamienistej plaży szum i rzeczka wpadająca do słonej wody i kryształowo-lodowe konstrukcje, które zadziwiają. I mogłabym tutaj zostać… na zawsze. Tylko patrzeć, jak morskość i nieboskłon się dotykają, jak się prznikają, by potem nagle się rozstąpić, rozerwać, jakby kochankowie, nagle mieli dość siebie na wzajem, a potem znowu, od nowa, i raz jeszcze. Odwieczna gra dołu i góry, góry i dołu. I nawet jak leżysz na skałach, w tym miejscu mimo mrozu lekko ciepławych, pamiętasz gdzie góra i gdzie dół. Gdzie miejsce dla stóp, gdzie dla głowy…

Znowu wkraczam w las, tym razem jednak między drzewami widzę i morze i skały. Krętą drogą wspinam się na górę, z której zeszłam, zrzędząc, gubiąc oddech, płuca napełniając mrozem. I czuję się jakbym nagle nauczyła się żyć! Jakbym przez te wszelkie dni, miesiące i lata, nie wiedziała jak się z nim obchodzić. I jeśli tylko się odważę, jeśli się odwrócę, wiem, że zobaczę je za sobą…

… ruiny…

IMG_8671

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ruiny… została wyłączona

Pan Tealight i Peniskowe Plemię…

„Siedzi pod stołem i krzyczy:

– Ja Cię zaraz pierdolnę!!! W dupę sobie wsadź, a dopiero potm podpalaj!!! Wiedźmy są pod ochroną!!! Że też twoja matka najpierw nie pierdolnęła ciebie w łeb, a dopiero potem parła!!!

Strzelają.

Nic nowego, nic nieprzewidywalnego. I ona skulona pod stołem, z kołderką i misiami, też była dość stałym programem tego dnia. No cóż… Sylwester. Jeden z dwóch, a może trzech, najbardziej znienawidzonych dni w wiedźmowym roku. Ona krzyczy, podskakuje i dziurkuje sufit… Jej głowa zagłębia się powoli bardziej i bardziej, z każdą petardą… z każdym durnym bachorem, co to w tym roku postanowił każde okno i każdą dziurkę od zewnętrznego klucza, zapaskudzić pianką do golenia… przybliżała się do dachu. I do nieba… i kosmosu, czy innych wymiarów. Nie rozumiejąc owego ulubienia ludzi dla kolejnego roku, który i tak spaskudzą.

Co za różnica w tym, kiedy coś postanowią.

Czy będzie to pierwszy, czy piętnasty. Dlaczego nie lepiej zacząć nowego w dzień urodzin? Czyż nie jest to bardziej logiczne? A może… to tylko naciska mediów? Skąd miałaby to wiedzieć… telewizor widziała ostatnio przez okno wścibsko zaglądając domkowi do środka. Nie znała reklam, nie znała metek, ogólnie mówiąc była epoką kamienia… Ale na szczęście w tym roku dzienną część Sylwestra Wiedźma Wrona spędziła z Peniskowym Plemieniem…

A to tak odmładza!!!

Jeżeli chodzi o członków plemienia… he he he, członków, to byli rośli i okazali, nie tak jak rok temu, gdy nagłe ocieplenie i ogólny brak temperatur przekraczających w dół minus jeden nie pojawia się na Wyspie. Na szczęście w tym roku opadło temperaturze poniżej minusowej piąteczki, więc członkowie… he he he… Peniskowego Plemienia jawili się Wiedźmie Wronie Pozartej w swych ogromnych, napuchniętych postaciach z zielonkawymi i brązowawymi kręgosłupami.

Piękni…

Dumni, wyprężeni, pochyleni, lekko się czołgający, albo stojący tak wyprostowanie, że można było zwątpić, przy rzeczce. Przy ruinach. Niczym dusze zapomnianych wojowników, a raczej… ich cząsteczki może? A może wyłącznie te ich kawałeczki… he he he. Stali i błyszczeli w słońcu wciąż obmywani przez wody rzeki i opryskiwani morską pianką. No sorry, ale to przecież Peniskowe Plemię!!! Wciąż się powiększali i modyfikowali, i tylko ich kręgosłupy były niezmienne. Wystarczyło dotknąć, coś do nich powiedzieć, by zaczęli niknąć… by ich zniszczyć, zabić, zmiażdżyć, roztopić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9319

Z cyklu przeczytane: „Sisi” – … a nie. Dla mnie to wciąż Romy Schneider. Pamiętam, dziecięciem będąc ten film, kolorowany i te włosy, i ową urodę aktorki. Myślał sobie człowiek wtedy, że przecież to nie mogła być prawda…

I miał rację.

Bo życie Elżbiety było pasmem koszmarnej udręki. Może rzeczywiście była to klątwa? A może zbyt młody wiek… może anoreksja? A może… nigdy się nie dowiemy. Na szczęście opowieść Pataki pozwala nam samym zadecydować. Prowadząc nas od dni przed spotkaniem Sisi i cesarza, aż do chwili, w której dzięki jej pomocy dochodzi do koronowania ich obydwojga na władców Węgier… nie ocenia. Nie dyskutuje. Trzyma się faktów, sięga do pamiętników… stara się przekazać nam jak najbardziej prostą… prawdę. Skupia się na wszystkim, ale nie przytłacza, ofiarowując dość lekką, ale i bolesną historię niewierności…

Opowieść o dziewczynce, żonie, władczyni. Niezrozumiałej, niedojrzałej, nie potrafiącej zawalczyć. O pionku, pięknym może, o włosach, urodzie… o kobiecie, którą świat pamięta wyłącznie poprzez zewnętrze. O tej, która nigdy nie była częścią cesarstwa. Nieszczęśliwej matce i żonie… Sisi.

Z jednej strony autorka ofiaruje nam opowieść o miłości, z drugiej dramat, z trzeciej pozwala podpatrzeć owo królewskie życie, które wcale nie opływa w złoto i frykasy. Niewolę ciała i umysłu. Koszmar codzienności… a jednak i wielkie pragnienie. Allison Pataki pozwala nam spotkać królową, która tak naprawdę nigdy nią nie była. Poznać ją, ale nie jego. Wtopić się w jej świat, ale nie nadmiernie, bo wciąż to tylko… lekka, fabularyzowana opowieść. Ot filmik kolejny, w który główna aktorka jednak krwawi naprawdę.

IMG_2645 (2)

Rok zakończył się dla Wyspy słońcem i mrozem.

Mrozem cudownym, czerwieniącym policzki, ale i dodającym wigoru. Szronem, który postanowił karnawałowo odziać wszystkich i wszystko. Słońcem, które może nie ciepłe, jednak mocno przesadzało ze świetliwością. Szkoda było tak zostawić owo słońce i mrożenie, więc jako wyznawca totalny i Zimy i Wyspy… polazłam w długą. Długą międzyleśną i długą brzegową. Na cudowną wyprawę, bo przecież jak się chce, to zawsze znajdzie się jakąś cząstę Wyspy, której się nie zdeptało. Nawet jeśli przejść trzeba to, co znane, owe dziwnie jeziorkowe lesistości, gdzie niegdzie upięknione szronowymi kwiatkami i cieniutkimi niczym obietnica kochana, lodowymi fantazjami… to warto. Bo przecież każda pora roku zmienia ten niewielki świat. Nawet jeśli raz się trzeba czołgać, potem skakać, zginać się, suszyć poplamione dupsko, złorzeczyć na kolejną kałużę, zapatrzyć się na omszone, obalone pnie… to przecież nie ma nic piękniejszego i za darmo, niż natura!!!

Dlatego się idzie… maca liście, które przeinaczają się w wypasione materiały, z których elfy szyją sobie frykuśne kiecki. Wiecie takie Elfo i Gabbana, czy też Leśsacze!  Znajduje człek maciupkie grzybki i kopara mu opada, bo one takie piękne. Albo t granaty jeziorek, stawów i wszelkich skalnych zagłębień, teraz wypełnione wodą, odbijające błękitny błękit nieba i czerń niesamowitą drzew… Takie to wszystko niemożliwe. Takie zatykające dech, a potem, gdy nagle przypomnicie sobie o istotności oddychania, parzące mrozem płucka. Oj, jak fajnie się zmęczyć i zmachać w mroźnej aurze. Coś pali krtań, coś wierci w nosie, coś serio przetrząsa pęcherzyki… i oddycha się znowu pełniej.

Spacery są tym, czego Tubylcy nie odmawiają. Bo i przecież psa można wyprowadzić, albo i teściową, albo wiecie, po prostu iść dla iścia, macania skał i czarowania siebie ową lesistością. Oj pewno, że trzeba uważać, bo lesistość w takiej aurze łatwo się ślizga, ale warto. Zresztą tutaj każdy ma odpowiednie obuwie i inne elementy wystroju zewnętrznego. nikt się w klapkach na skały nie wybiera, ni w kozaczkach frykuśnych na bagna. No chyba, ze chce być w nich na wieki pochowanym, to wtedy wiecie… proszę bardzo. Zawsze to fajnie namieszać archeologom w łbach. Dorzućcie jeszcze kieszenie pełne konfetti tudzież błyszczących cekinów i już będą mieli za kilkaset lat koszmar katalogowania. Wieki rysowania duperelek…

IMG_6587 (4)

Turyścizna… się pojawiła.

Muszę przyznać, że spotkanie po drodze aut z Włoch, Francji, Szwecji i Niemiec, to spore zaskoczenie… i to w takiej ilości. Ciekawe jak się do nas dostali? Czy przez Szwecję, czy jednak zaryzykowali przez Danię? Chyba, że tak jak uchodźcy mają już swoje pontoniki i śmigają po Bałtyku ignorując fakt, iż ten akwen w tym okresie to raczej niezła szarpanina. Żeglowcy wszelacy i rybacy nie polecają… Z drugij strony, to co się ludziom dziwić. Takim, którzy szukają pustki, niehałasu, wszelkiej wietrzności i naturalności? No i te osoplowane skały! No przecież szkoda tego nie zobaczyć, nie pomacać, nie powdychać. Owej słonej rześkości…

Krążąc tak dookoła Wyspy, jedną nogą w morzu, drugą na śliskich skałach… jak już człowiek tyłkiem przejedzie po zamrożonych owczych bobkach i ślizgawkach z siuśków… to pięknie jest i niesamowicie. Słońce, widać mu wciąż za ciepło, kąpie się w granacie morza, barwi je na złoto i zniewala. Wszystko jakoś się zatrzymuje. Długie cienie wydobywają się z drzew, a to co na górze radośnie połyskuje. Jak te panienki, którym marzą się wszelkie bogactwa każda trawka i każdy listek stara się wciągnąć w sobie ową połyskliwość. Jak już się otrzepałam z poślizgu, jak przyzwyczaiłam do zimna w środkowych rejonach własnej cielesności, to mogłam się rozejrzeć. Stojąc na klifie, po prawej mając jakąś chatkę ratowników i ruiny w oddali, po lewej drogę na Hasle…  skały, krzewinki, brzozy i pojedyncze dęby, wszelkie porosty i cuda… człowiek nie wierzy, że jakoś tak, na chwilę, na kliknięcie aparatu, może mieć to wszystko tylko dla siebie. Nic to, że wiatr półdupki odrywa, nic to, że w trzewiach burczy i znowu siku się chce.

Nic to.

Bo przez chwilę jesteś władcą tego świata i tylko ty widzisz go takim. Nie chodzi tutaj o włądzę sprawczą, no i podatki ściągającą, raczej o to coś, co pozwala przytulić tn świat, tą Wyspę, do siebie i nie pozwolić jej cierpieć. Chronić ją… Może to i bzdura, przecież to natura, najwyższa siła, która zawsze sobie poradzi, ale jednak… coś w tym jest. Widzisz ten świat, tak oszałamiająco zniewalający urodą i nie chcesz, by ktokolwiek inny go rozdeptał, zniszczył, przemielił na wszelaką globalizację i nastroszył złotymi emkami…

Moja Wyspa jest unikatem dlatego, że trochę jest mało dostępna, trochę kapryśna, chłodna, wietrzna, gorąca, ale nigdy do końca, zawsze nie do końca bezpieczna… bawiąca się z psychiką każdego dwu i czteronoga. Nie ma fikuśnych knajp i wielkich hipermarketów i całego tego cudactwa… ale wiecie, Ona dumna jest z tego, co ma. Z głazów, chatek, spokojności drzewności. Z plaż różnorodnych i woniejących wodorostów i zabawnie układających się owczych bobków…

IMG_5606 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Peniskowe Plemię… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Błąkająca…

„Błąkała się Wiedźma Wrona Pożarta po Wyspie, Wyspa w międzyczasie penetrowała Wiedźmę, ale nie było to najdziwniejsze, co robiła jedna lub druga… Nie było to nawet bardzo zastanawiające, ale i tak ją śledzili… bo przecież lepiej jej pilnować. Zgubi się jeszcze, porwą ją na mięso, czy coś, na tuszki, kopytka, czy inne kluchy może? Usiądą na niej i magię z niej brutalnie wyduszą… a ona się da i nawet przeprosi, że słabo magię przepuszcza, bo przecież durnie niewychowana. Durna i małoczulna, gdy idzie o nią samą, więc ją śledzili. Na wszelki wypadek, w końcu jakby co, to gdzie znajdą drugą taką spolegliwą? No gdzie?

A ona się błąkała…

Zaglądała ludziom do okien i nie rozumiała. Nie mogła w sobie tego poukładać. Nie pojmowała rodzin i wszelkiego ciepła, telewizorów na ścianach i wielkich srebrzystych potworów w kątach. Kuchni pozbawionych gotowanego jedzenia, a jednak lśniących od frykuśnych ustrojstw i dodatków. Miseczek z mlekiem i płatkami, a serio nie lubiła mleka od zawsze, potworów lodówkowych i drewnianych podłóg – choć sama marzyła o takiej dla swojej Chatki. Nie mogła w sobie rozkminić samotnych matek i rodzin udających miłość, mężczyzn wiążących krawaty i tych, którzy w większości na Wyspie z nich rezygnowali. Nie rozumiała chodaków, butów, braku parasoli… lamp, które pozostawiane samopas w domach, spadały z owych długich sznurków, z tych miejsc, w których ludzie zawsze se czółka obijali, i eksperymentowały z podsuszaniem kabelków, amputowaniem tych powłóczyście postarzonych i z odmładzaniem klosza…

Ogólnie mówiąc spoglądała na wnętrza domów, chat i mieszkań i nie pojmowała… gdzie też podziała się jej dorosłość? Czy ją z niej amputowano? Może zaraz przy urodzeniu, a może jeszcze na poziomie książkowatości komórkowej, jakoś ją wykopano z genetycznego wiązania? A może zgubiła ją, gdzieś tak w pierwszych miesiącach, gdy pielucha była jej nieodłącznym towarzyszem, a potem było po smoczku? A może jednak ktoś jej ją ukradł? Albo gorzej… porwał, a list z żądaniem okupu nigdy do niej nie dotarł? I ona tam wciąż gdzieś siedzi… Wiedźmia Dorosłość… w piwniczce ciemnej i wilgotnej, w samotności mrocznej i pełnej szeptań. Siedziała tam i tuliła w sobie te pragnienia: posiadanie dzieci i pożyczek bankowych, noszenie kostiumów i butów na wysokim obcasie i malowanie oczu i policzków… nie tylko wtedy, gdy chce się robić za skrytobójcę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7442

Z cyklu przeczytane: „Rada Mniejszości” – … dobra. Serio, świat wykreowany przez Kate Griffin jest inny, jest niesamowity i jest przekonujący. Jest miastem… miastem ze wszystkimi za i przeciw, z mocami z betonu i żelaza, z siłami rzeki  i gruzu. Z panami żebraczymi i mocami graffiti…

Miastem.

Kolejny tom cyklu i chyba się zakochałam. Nie, nawet nie chodzi o głównego bohatera, obecnie Burmistrza, raczej… o inność. O niegrzeczność, o piękność słów pokrętnych i świat, który dla mnie jest lekkim piekłem, bo miasto nie dla mnie. Może dlatego to trochę… nie tyle fantasy, co fantastyka dla mnie? Oglądając pokaz mocy miasta, wciągam się w opowieść całkiem dla mnie egzotyczną. O magach, mocach, które wiążą w sobie nowoczesność, ale i potęgę ciągłego zasiedlenia. Ludzi, ale i budynki, siły i bóstwa zapomniane, a jednak utrwalone w podwojach i fundamentach. Zabytki… tutaj magia to coś całkiem innego, niesamowitego.

Lubię ten cykl.

Naprawdę jest wart poznania, jeśli macie już dość młodzików i dzieciątk uganiających się za przepowiedniami. Jeśli macie dość cudownych dzieci, głąbów nastoletnich, zakochanych w samych sobie i nieświadomych swoich mocy… pozwólcie się porwać Aniołom. Innym, niż te, które znacie. Tym bardziej, że nasz bohater będzie musiał się tym razem zmagać nie tylko z samym sobą, ale i tymi, którzy wraz z nim mieli przewodzić miastu… i pyłowi. Mocy, której nie można się oprzeć…

Tylko jak uratować… miasto?

Warto!!!

IMG_6706

Strzelanie…

A tak, jest i u nas. Co prawda mniej, ale jeśli spojrzycie na to tak statystycznie, to wyjdzie aż nazbyt wiele pierdolnięć. I nienawidzę każdego z nich. Nie dość, że latem napierdzielają bombkami, bo przecież Amerykanie muszą się gdzieś wojskowo uskuteczniać, to na dodatek teraz? Jakoś wszyscy przeciwko wojnie, a petardy puszczają. I jaki w tym sns? Przecież nawet fajnych światełek nie ma… a za tą kasę, to książkę byście kupili i może zrozumieli w końcu, czemu przy odpalaniu urwało Wam właśnie te kilka palców. Z drugiej strony… dostaję niezłego wkurniczenia, gdy kolejny ktoś pisze, że nie wolno strzelać bo jego kot sie boi. Wcześniej też nie wolno było pierdzieć, bo kotku pierdzenie ludzkie nie w smak, a na dodatek mięska jeść nie wolno, bo to dla kotka… Nie rozumiem tej kociej cywilizacji. Tego, jak człowiek pozwala się kotu zniewolić. I nie dlatego, że ja zwyczajnie… kocham pieski. Dziś bidulka przerażonego wystrzałami spotkałam. Prowadził dzielnie swoich ludzi na spacer, bo wiadomo, ludzie też się muszą załatwić, a i przewietrzyć ich trzeba. Ale był włochaty i bieluśki, ale zabawny i rozmowny… No cudny mały czworonóg. Co do ludzi to nie wiem, nie zwróciłam na nich uwagi.

Możnaby się może ukryć gdzieś w lesie i nie słyszeć tych napierdalań, ale chociaż milusio zimno, to powietrze takie, że słychać jak Królowa w Kopenhadze późną kolację przełyka!!! Tak tu pięknie… po kiego niszczyć ciszę wystrzałami? Nie lepiej zrobić jakiś fajny pokaz i tyle? Bezpiecznie i okay?

Kwitnąca malwa w Rønne nawet się zadziwia owym pięknem. A tak, dziwna, ponadczasowa widać, a może oóźniona, czy też przedwczesny wytrysk natury? Kto to tam wie? Zakwitła zimą i… chyba ją teraz troszku zmrozi, bo tak, mamy jakiś mróz. Może i nie szokujący, może i zaledwie motyle mgnienie poniżej zera, może i lekka mgiełka, zaledwie szron na bukowych liściach, srebrzysty i złocisty – jak ktoś wcześniej radośnie go podlał – może i wielobarwny, gdy słońce, mocne, ale nisko, wciąż kąpiące swoje promienie w cudownie granatowo-fioletowej toni… ale szron. Gdy tylko uda się Wam, a nie jest to na Wyspie trudne, znaleźć się przy jednym ze strumyczków, tych, które otacza wciąż zielona trawa, napotkacie… Peniskowe Plemię!!!

A tak…

… zimą się ujawniają. Oni. Peniskowe Plemię. Mówię Wam, niczym tacy trawiaści od środka, śliscy na zewnątrz, lodowi Hatifnatowie! Stoją i pochylają się, tworzą dziwne, świńskie najczęściej konfiguracje i… mrożą. I zabawiają. I jeszcze wiecie co, kurcze są niesamowici! Jeśli tylko ułapicie trawiastość otaczającą strumyk, na pewno ich spotkacie. Czekają na Was. Z jednej strony, może i nie wyglądają na zainteresowanych Waszym widokiem, ale uwierzcie mi. Ich zielonkawe i brązowawe kręgosłupy aż się zginają z wrażenia. Aż coś w nich zaczyna buzować, aż… No właśnie. Ten ostatni aspekt jest niemożliwy do opisania.

Musicie to zobaczyć!!!

IMG_0984

Mroźność…

W końcu nadeszła. W końcu temperatura nie tańcuje w okolicach dziesięciu stopni, w końcu… znalazłam trochę lodu! Tu zamarznięta kałuża i tam, tutaj zamarznięte, wcześniej mokre trawki, krzaczki i kamienie. Ciągły stukot fal, które próbują jakoś wpłynąć na ową zamarzającą sztukę. Dokładają tutaj kroplę i tam, tutaj trochę więcej i tam. Tutaj woda zatrzymuje trawki i listki i w ciągu chwili, jakoś się udaje jej… zamarznąć. Jakoś tak, nagle czas się zatrzymuje…

A szron?

W tym czasie na bukowych liściach, na drobinach jasnego brązu w żółtawej trawie, której pojedyncze chorągiewki na wysokich źdźbłach wciąż trzepoczą… szron tańczy. Kolejne klocki i wąsy obracają się w kierunku słońca. Powinny od niego uciekać, ale jednak… nie chcą. Bo wiedzą, że tylko słońce powoła je do życia. Bo przecież po co żyć, jak nie dla tej chwili i gdy się błyszczy? Nawet jeżeli ma się spłonąć, albo roztopić? Poczuć to wszystko, a potem powrócić do nicości…

W ciemnych zagubionych otchłaniach pokręconych lesistości… żyją sobie inne szronowe stworki. Takie, które nie pojawiają się na powierzchni, które nie szukają ni słońca, ni poklasku, ni nawet zainteresowania. Pod szczelnym płaszczykiem z liści, pomiędzy jedną drogową bruzdą, a drugą, siedzą one. Wydłużone, geometryczne klocki. Może nie nissenowe brody, tego jeszcze nie widziałam, może i nie igły, może zaledwie szpileczki, może drążą jakieś otwory, może… Może tak naprawdę to żyjące byty? Może budzą się wyłącznie zimą, może i naprawdę wiosna i lato to czas nie dla nich? Może? Tak naprawdę żyją dla mrozu i z mrozem, ich czas jest krótki, ale i dla nich każdy dzień, to co najmniej rok. Nie dłużej… więc nawet jeśli po nich depczę, nawet jeśli jakoś tak nie do końca to wszystko gra, one właśnie przeżywają najważniejsze momenty swojego życia? Ślub, poczęcie, czy jednak śmierć teściowej?

A tymczasem na brzegu, gdzie drzewa dotykają morza, gdzie skały tworzą z konarami dziwne rzeźby… ćwierkają elfy. Ale wiecie, kto by tam ich słuchał. W końcu to tylko elfy, żadna telefoniczna aplikacja. Ale ponieważ ja jestem szczytem pogaństwa, co nie uznaje ni szampana ni telefonów… posłucham ich. I oleję ten cały noworoczny szał. Bo przecież jutro to jutro. Kogo tam, że 2016!!!

IMG_0983 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Błąkająca… została wyłączona

Pan Tealight i Szyja Zagubiona…

„Chyba przerażona nowym rokiem, kolejnym wielkim krokiem, czymś tam wielce, wiecie, następnym i postarzającym, domagającym się obietnic, przysiąg, wszelakich planów i podsumowań… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki się… rozsypała. Tak jakoś, późnym wieczorem, nim zdążyła dopełznąć do posłania. No tak wyszło. Pozbierała się od razu niby, może i na początku wszystko było na miejscu, ale po drodze gdzieś takoś jakoś, może i Diabeł ogonem przykrył, może i Szatańskie Nasienie oblało, ale jakoś szyi swojej nie znalazła.

I co teraz zrobić z głową?

Pod pachę ją? Eee… no jak człowiek wyglądał będzie. Nawet jeśli wiedźma, to wciąż nieporęcznie. Poci się, nie poci, wilgotno, coś obciera, a te włosy, a ona taka depilowana!!! No ale jak łeb tak bez szyi na barach trzymać, jak toto wyśrodkować? Nie da się, wciąż jakoś spada, niewygodnie, kręci się też pod czerepem dziwnie. No więc jak? Może w plecaku nosić? Bo między nogami raczej nie, wiedźma ona, nie gejsza jakaś malowana! Nie będzie dreptać po kaczemu. Ale plecak mało wygodnie, reklamówka nazbyt wieśniacko i mało ekologicznie, może bagaż na kółkach? A może na smyczy ją mieć, potoczy się jakoś za całą, wiedźmią resztą? Ale co jak się zgubi? No co, jeśli się gdzieś zapodzieje, a wcześniej obije, wiedźmowość utraci?

Głupio tak bez głowy na miejscu. Chodzi Wiedźma Wrona Pożarta z głową w ręce, złorzeczy na włosy wbijające się jej pod paznokcie, na oczy bardzo wrażliwe, na całą ową skórną twarzowość. No nie da się bez szyi żyć… ale co, jeśli się ona nie znajdzie? Co zrobi? Przecież nie może tak, bez końca… z głową bez uwięzi żyć. Tylko że nie da się ot tak szyi wymyśleć. Nagle czopa jakiegoś stworzyć, czegoś, co obracać będzie, kłaniać się i nie marudzić. Może wiaderko, może cegłówka? Może zatrudnić małego atlasa, krasnala kulturystę, by nosił jej głowę? Ale jak tak z obcym facetem na ramionach, nawet tak malutkim? No jak?

Na szczęście po trzech dniach, wystarczająco, by wykopać nowoprzyjętego Mietka Atlasa, ale i nie dopuścić do przyszycia do Wiedźmy niewielkiego abażurka na głowę, szyja się znalazła. Jakoś tak… nagle pojawiła się pod stołem i dała się przyczepić z powrotem. Niby wszystko było jak dawniej, ale od tego czasu, którego nie potrafiła odstawić na tor boczny, czasem kręgi szyjne nuciły coś dziwnego, czego Wiedźma Wrona nie umiała rozpoznać… i trochę ją to przerażało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6918

Z cyklu przeczytane: „Grawitacja” – … i stało się. Człowiek robi rzeczy, bo może. Ne myśli, tworzy, dla tworzenia, rozkręca się dla samego naciągnięcia sprężyny popatrzenia w kogo i jak mocno uderzy. Naukowcy nie są inni. Sorry, ale taka prawda. Większość z nas może nie chce odnaleźć nieznanego, ale ci, którzy tego pragną zdolni są kroczyć po trupach…

Tym razem Gerritsen zabiera nas właśnie na taką opowieść. Kosmiczną. O ludzkiej chciwości i wszelakim pragnieniu mordowania innych. O braku kary za tak zwany postęp. O… misji kosmicznej innej niż te, które oglądamy na filmach. O zwyczajnych naukowcach zamkniętych w klatce i tym, nad czym pracują. Oczywiście będzie też miłości, przeszłość i przyszłość, kolejne następstwa… on i ona, dwóch braci tak różnych od siebie. Państwo i wojsko.

Hmm… problem w tym, że cała ta powieść jest raczej nie do końca przemyślana. Dziwnie niedokończona. To wciąż jeszcze szkic. Jednej postacie zostają odstawione na boczny tor, inne przywrócone, człowiek ma za wiele pytań, mimo iż wie, jak to wszystko się skończy. A jednak… kręci. No bo w końcu to thriller medyczny. Strach jest namacalny. Naukowcy i wszystko to, co robią, bo MOGĄ. Owo niebaczenie na następstwa. Brak skrupułów. Państwo ponad pojedynczym istnieniem. Wszystko to już było, ale jeśli lubicie i autorkę i taką tematykę, to jak zwykle powieść jest dopracowana naukowo. Niesamowicie przedstawia nie tylko świat naukowców, ale przede wszystkim obecne NASA. Już nie odkrywające planet, ale prowadzące badania w stanie nieważkości. Jeśli przymkniecie oko na niedoróbki, na niezakończone wątki, na porzucone historie i odstawionych bohaterów, nie jest źle!!!

IMG_6703 (2)

Wychodzi człowiek i idzie.

Po Wyspie.

Maca ją tymi swoimi odnóżami w ubłoconych butach, a ona się jednak nie sprzeciwia. Mija sklep, w którym w tym roku pozostała tylko jedna cięta choineczka. Samotna i zrezygnowana leży sobie na boczku, opierając się o barierkę. Zresztą, te, które znalazły domy nie wyglądają lepiej. Kurcze no! Czemu nie można sobie posadzić choinki przed domem na stałe? Po kiego wciskać w ziemię ucięte drzewko? Jaki w tym sens? Nie wiem, ale wyglądają tak słodko odziane w te lampeczki. Jak, nie przymierzając, rozpustne striptizerki, co poskąpiły na szmatki i odziały się ino w sparklujący brokat. Tylko choinkom nie potrzeba światła, by świecić, one są owym światłem. Dzięki choinkom i wystawkom w oknach łatwo rozpoznać domy domy i odseparować je od smutnych domków letnich. I chociaż prawo się zmienia, choć podobno wszystko ma stanąć na głowie w owych domowych, mieszkalbych granicach, to jednak wciąż będą domy mieszkalne i domy smutne, zostawiane, opuszczane, nie do końca kochane… No wiem, antropomorfizuję wszystko, ale sami zajrzyjcie w przygaszone, poszarzałe okienka sommerhusów. Odważcie się… Znajdziecie w nich tęsknotę i smutek. Niektóre to wyglądają, jakby doszły już do krawędzi desperacji i gotowe są łapać ludzi, jakichkolwiek ludzi i barykadować ich w swoim wnętrzu. A może już to robią? Może za dawno nie mytymi oknami siedzą na krzesłach karmieni na siłę mężczyźni? Może w łazience domek z czernionego drewna, trzyma sobie kobietę? Wciąż przy szafce z lekami, więc babka jakoś przeżyje, ale tak wciąż wgapioną w lustro, śpiącą w wannie? Oj, chyba nic z tego nie będzie! Przecież taki trzymany człowiek to nie posprząta dookoła, ciasta nie upiecze, nie napachni domu swoją obecnością. No kiła z nim taka.

Trzeba wymyśleć coś innego, ale co…

Moglibyście mieć dwa domy?

A może macie?

W końcu na pewno na tym świecie są ludzie dobrze sytuowani, których na to stać, ale czy jest w tym sens? Mieć dom letni i zimowy? A może jeszcze wiosenny i jesienny? Niczym królowi, władcy w większości zapomniani, co to przenosili się to tu, to tam, trwoniąc kasę poddanych, ale i jednocześnie udając, że owi poddani coś tam ich obchodzą. Chyba bym nie mogła, ale… No właśnie, ale kocham domy i tak serio chciałabym kupić je wszystkie, ale co potem? Zmuszać ludzi do mieszkania? No przecież tak wielu nazywa Wyspę swoim domem, a tak naprawdę są tutaj tylko, gdy im pasuje, gdy nie wieje, gdy w sklepie są długie bułki, no i oczywiście, gdy ciepło, bo palić się im w piecach nie chce, a ogrzewanie u nas drogi i nasączone ekologią… A jednak się im dziwię! Jak mogą zostawić Wyspę na tyle miesięcy i przenosić się na jakieś tam Ibizy, czy Majorki? Kto, poza moim dwunogim szaleństwem, naprawdę chciałby tutaj mieszkać? Przez cały rok… rok pełen braków w aprowizacji i tego, co wielu nazywa nudą…

… a ja cudownym, pełnym posiadaniem Wyspy. Tylko dla siebie…

IMG_7186

Tuptam po Wyspie w tych butach, co serio brudne są, obłocone, jak świnka zabawiająca się w lekko już nieświeżym bagienku, i cieszę się wiatrem i temperaturą, która w końcu spadła poniżej 5 stopni… i marzę o śniegu. A tak, taka jestem monotematyczna! A morze na mnie bałwany nasyła! To trochę atak, ale zboczeńcy morscy wiedzą, jaką ten atak jest i zabawą. A ta morskość… szarawa taka, ale i granatowa miejscami, kobaltowa i szmaragdowa. Niby wkurzona, niby niosąca masę wodorostów, niby dziwnie nispokojna, a i tak wskoczyć się chce, chociaż wiatr od razu depiluj miejsca intymne. Plażę już bałwany głodne pożarły. Ostał się ino kawałeczek, taki, że ledwo można przejść. Po prawej woda, po lewej nawis piaszczysty, a przede mną rzeka, której tym razem nie przejdę. Trzeba się wrócić, natura zmusza, albo pomoczyć giry, aczkolwiek nie radzę.

Na pożartej plaży wciąż gdzie niegdzie widać psie ślady, ludzkie i mało identyfikowalne. Może to i smoki, a może to bałwany tańcząc ze sobą w koncu doorbiły się potomstwa? Może Morskie Bałwany rodzą Piaszczyste Bałwanki? Ale jeśli wieje, to po chwili owe bałwanki rozpościerają się, rozsypją i zwyczajnie wracają do morza. Może? Może wrony grzebiące w wodorostach coś wiedzą? A może te kaczki i mewy, którym skały zalała woda, które nie mają już przybrzegowych zarośli, które już nie mogą ot tak zwyczajnie sobie popływać? Tylko jak tutaj z nimi pogadać? No jak? Pewno od razu człowieka widzą jako kucharza… i umykają.

Na drzewkach, gdzie na gałązkach wciąż ostatnie jagody, siedzą sobie czarne słonka. Kos zwyczajny mniej lub bardziej, wygląda niesamowicie na tym prawie burzowym niebie. Na tle szarości i plamek błękitu te jego czarne piórka połyskują niczym czarne diamenty. A te ślepia… ech, czarny i żółty zawsze się dziwnie dogadywały. Jest w tym jego męskim ubarwieniu taka niesamowita elegancja, że chcesz się tylko ukłonić i ucałować pierścień. Trochę jak biskupi, ale stroniący od frykaśnych albo… ech, to zboczenie dorastania w niby katolickim świecie, tyż człowiek ma teraz skojarzenia. No ale nic. Niebo niebem, woda wodą, jagódki jagódkami… święta i po świętach. Powoli znikają przydomowe świąteczne wystawki. Odklejone zostają krasnale ze ścian i drzwi. Lampki się chowają… nadchodzi on, ponury i długi styczeń. Czas wszelkiego olewactwa i odpoczynku. I leniwienia się, może? Kto tam wie?

Biorąc pod uwagę wszelkie problemy promowe, to aż strach gdziekolwiek podróżować.

IMG_7182 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szyja Zagubiona… została wyłączona

Pan Tealight i Robótki Kręcone Ręczne…

„No to tak… po pierwsze nikt w Białym Domostwie w święta nie zasiadł do stołu. Nikt nie łamał się opłatkiem, nie kwilił kolęd… znaczy wieczorem Wiedźmy z Pieca popiły dziwnej nalewki od Królewien Przeterminowanych, ale to co śpiewały nie miało w sobie nic chrześcijańskiego. Pan Tealight popadł w dziwną sromotę i zatarasował się w swojej fajce. Mikołajowie rozeszli się po podziemiach, a Ojeblik – mała, ucięta główka, potoczyła się za Chochelem, do Chatki Wiedźmy, gdzie… było podobnie. Marazm i brak nadmiaru żywności. Na kolację buła z pasztetem z niewiadomego stworzenia. A jednak… nikomu to nie przeszkadzało. Prezenty i tak otworzyli wcześniej, Pierwsza Gwiazdka już dawno tmu wyprowadziła się w cieplejsze kraje…

Ciepło było.

Aż za nadto ciepło!!! Wiedźma Wrona Pożarta nie mogła funkcjonować w takiej temperaturze. Cierpiała. Pragnęła Mrozu, Szadzi i wszelkich innych, zimowych przystojniaków. Ślizgawicy, wrednej, starszej pani bez przednich zębów i Szronu – młodzieniaszka zafascynowanego nowoczesną sztuką. Ale kto wymyślił, by dziergać śnieg? Nie pamiętają… ale jednak dziergały. Płatek po płatku.

Najpierw ktoś założył hodowlę Płodnych Pajęczaków karmionych dziwnym, księżycowym światłem i porannym płomieniem, no i w końcu ktoś się zabrał za ich dojenie, w czym udziału odmówiła Wiedźma Wrona… ale co do szydełkowania, nie mogła już się wykręcić. Stękała, jęczała, ale się nie dało. Wydojona i uprzędzona nić musiała być od razu wpleciona w śnieżne płatki, inaczej zwyczajnie się zaśmiardywała. Okropnie!!! Dlatego wszyscy szydełkowali. Siedzieli gdzie się dało i motali, pletli i oczkowali. Palce migały, drobne płatki opadały dookoła nich… oddelegowane do ich zbierania Nisseny, niestety się opierdalały jak zawsze… zbierały płatki, ale coś było nie tak i po dwóch dniach szydełkowania, gdy Wiedźma wylazła na zewnątrz, pooddychać świeżością, nie zobaczyła śniegu. Ni bałwanów ni chłodnej białości… ino ta zieleń wkurwiająca, ino owa świeżość i wszelaka wiosenność…

… i krzaki kwitnące.

Wkurzyła się. Oj, strasznie się wkurzyła, ale co mogła zrobić obolałymi dłońmi? Wsadziła je do zimnego strumienia i jęcząc poinformowała świat o niesprawiedliwości. W tym czasie pająki zwiały, okazało się, że brały też udział w owym dziwnym spisku i wszystko azaliż to było ino wielką grą, więc… nie można jednak było cofnąć czasu.

Przywrócić nadziei…

Ciepło!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3300 (2)

Z cyklu przeczytane: „Facecje” – … no baja no!!! Zmuszam męża, żeby mi czytał, serio. Kilka stron dziennie i to wszystko. Z jednej strony chcę przeczytać od razu, wszystko i razem, ale z drugiej… nie chcę

Nie chcę, by to się skończyło. Ta zabawa, dowcip, ale jednocześnie nauka. Googlanie wydarzeń, postaci, szperanie w starych notatkach ze studiów. Bo niby wiesz o co kaman, ale jednak łolaboga! Czasem nie wiesz, a wiedza to podstawa, gdy pławisz się w facecjach!!! Ślicznie wydane, może i ten kredowy papier wydaje się aż nadto, ale jak inaczej dobrze wyeksponować i ciało i słowo, znaczy chciałam powiedzieć i literki i obrazki. Nie da się inaczej! Ni huhu!

Jeśli macie już dość komedii z pierdami w roli głównej, wbijajcie na facecje! Bo facecje robią dobrze! I jeszcze lepiej! A jeśli chodzi o same „Facecje”, to znajdziecie tutaj znane i napisane specjalnie dla tego tomu teksty. Zabawne, lejące, walące po bandzie. Ogólnie mówiąc zgrywa, ale wiecie, taka dla wykształciuchów!!! Jeśli chcecie zabrylować w towarzystwie, to ino z tym tomem!!!

IMG_6707

Spacer świąteczny i skały i drzewa. Kształty na błękitno białym nieboskłonie. Woda, która jest wszędzie i wilgoć. Oj tak… Tu strumyczek i tam strumyczek. A potem rzeczka. Jakkolwiek nie rozpoczniesz swojej drogi i tak w końcu dojdziesz do miejsca, któr dobrze znasz. Niby tutaj jeszcze nie byłeś, ale tam za zakrętem już tak i nagle… Ekkodalen. Gdzieś tam pod skałami połyskującymi wilgotną srebrzystością stoją ludzie i wypróbowywują echo. Nieźle im idzie, trzeba przyznać. Pewno przyjechali na święta i postanowili trochę rozruszać najedzone cielesności. Z drugiej strony kolejna grupka spragnionych świeżego powietrza, a wciąż zieloną dolinę, mokrą, śliską i niepewnie wciągającą… przecina zaskakujący promień słońca. Piękne to wszystko. Wilgoć od słońca się zapala, staje się rtęcią, jakąś taką zawsze zbieżnością, dążeniem do bycia razem, lepliwością. Ciężkością. A te skały, takie proste, gładkie, niczym od linijki cięte… a przecież to tylko natura. Takie to wszystko…

… niemożliwe.

Wtacza się człowiek w ową tylko naturę napasiony makowcem. A co, zrobił sobie makowiec. Może i zdobycie maku w naszym wszechświecie nie jest łatwe – trzeba było kupić kilkadziesiąt maciupkich torebeczek, bo to w tym wymiarze ino posypka na bułeczkę – ale udało się. Wiecie, wszystko da się jak się chce, zawsze też można zwyczajnie iść na żebry, co też zrobiłam. Wot, taka ze mnie niepokorna dusza. I wszystkim tym, których męczę o żarcie z przeszłości DZIĘKUJĘ!!! że wciąż mnie karmią!!! Ale miało być o naturze Wyspy, a nie naturze moich konstruktywnych zachowań zastołowych… no więc idzie człowiek starą trasą kolejową i dziwuje się… i myśli sobie, nosz jak to było ślicznie, gdy siedziało się w takiej wąskotorówce i jechało. Raz w lesie, raz przez pola, raz nad morzem. Szkoda, że rozebrali tory. Co prawda z większości zrobili ścieżki rowerowe, ale i tak jakoś za pociągami we mnie dusza łka. Za jajem na twardo i herbatą w termosie. Z drugiej strony, to kto teraz jajo w pociągu konsumuje?

Chyba nikt już?

Każdy ma swojego batona?

A może jednak nie?

Tupta sobie człowiek starotorowymi ścieżkami i podziwia proste drzewa i te pozakręcane. Poznaje nowe kształty z powalonych pni i rzecznych zawijasów. Odkrywa zagubione w kniejach pomniczki, wdrapuje się, ostrożnie nadzwyczaj na pagórki i skałki, przechodzi jeszcze ostrożniej przez śliskie, omszone mostki… i pięknie jest. Brak liści tylko wspomaga ową graficzność pejzażu. Po prawej gładkość wybrzuszeń, lekko seksualna, no same dupki, a po lewej załamanie i oberwanie. Część ziemno-piaszczysta poszła się paść, a to co pozostało ledwo się trzyma nawisu. I wciąż jest szalenie, niesamowicie i baśniowo, a w oddali nad wszystkim czuwa Gammleborg. Może i współczesne ma umocnienia, ale dusza w nim wiekowa i choć nie pamiętają tych czasów o wiele młodsze drzewka, to jednak opowieści znają aż nazbyt dobrze. Wyssały je z ziemi, z prochów, kości, połamanych garnków, resztek uzbrojenia, z kamieni naznaczonych krwią… z żyć, o których tak niewielu pamięta.

Których tak niewielu umie znaleźć w sobie.

IMG_6561

Z Wyspy na Menorkę?

Jeżeli jesteście zainteresowani, to już niedługo. Chociaż może i dłużej, w końcu u nas czas to chyba ma inną formę, niż w reszcie świata. Serio. Większość, co potwierdzają moje badania, zamyka się w fazie rocznej, maksymalnie dwurocznej, jeśli interesu sprzedać się nie da. Najpierw jest wielkie halo i reklamy i każda gazetka o tym pisze, potem to coś trwa i dostaje nagrody, aby po roku być na sprzedaż. W tym okresie najłatwiej kupić sobie jakąś knajpkę na Wyspie, gdyby ktoś był zainteresowany. Pizzerię może? Też jest LOL Zainteresowanych nowymi interesami, oczywiście zapraszamy. Może skusicie się na jakiś? Może wymienicie swój na… ekhm, nowszy i większy model? A może na mniejszy? Są różne zboczenia…

Ja wolę zostać na Wyspie.

W Ekkodalen już o 15.00 słońce zachodzi. Maluje na kremowo tło, podciąga i podkreśla odcienie. Na srebrzystych, wilgotnych skałach tańczą elfy. Bawią się. Jedne mają malutki spadochroniki, jak zmrużysz oczy i przechylisz głowę, to je zobaczysz. Jeśli tylko dasz sobie na to czas. Wiadomo. Magia potrzebuje czegoś więcej niż smartfony, z których ostatnio wszystkich chcą uzdrowić. Wydaje się, że serio ten współczesny świat to jedno, wielkie uzależnienie. Nie można po prostu przestać klikać? Wymienić telefona na coś innego, zająć palce seksem…

Zbyt wiele myśli, zbyt wilgotna trasa. Przeskakując kolejną kałużę, widzę w niej siebie, a za mną Skalistego Golema. Miły facet, mało się rusza, to obrósł. Ostatnio ktoś na nim wierszyk jakiś wykuł… ostatnio, znaczy sporo lat temu, wiecie, u nas czas, to serio coś innego. Coś, co nie ma wpływu na wszystko, co można pominąć, o czym można zwyczajnie zapomnieć. Może to i trochę taka hasta manana, może i czasem człowiek się myli, gdy słonko przygrzewa, a ludzie stają się nazbyt wyluzowani roboczo… czy to nie jakieś południowe światy? A może znowu wiatr wiał mocniej, może wiatraczki przeniosły nas w inną szerokość geograficzną, a może nawet umocowały nas na równoległej Ziemi?

Może?

Upadam w liście i nie chce mi się wstać. Może i mokro, może i chłodno, ale… czas leczy rany, czyż nie?

IMG_3092 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Robótki Kręcone Ręczne… została wyłączona