Pan Tealight i Latarenka do Narni…

„No nie świeciła, no.

Jakoś tak jednej nocy po prostu się nie obudziła i… Chowaniec Wiedźmy musiał wziąć sprawę w swoje ręce. Znaczy w telefon dokładnie, ale Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, że znów wszystko i tak będzie na jej głowie. I było…

Gdy Latarenka do Narnii, tudzież Świecący Patyś, nagle przygasła, wszystko się zmieniło. Chatka Wiedźmy poczuła się naga, nieoświetlona, nazbytnio widoczna dla tych, dla których chciała nieistnieć i podobnie Wiedźma Wrona. Musiały coś z tym zrobić, ale jako baby, cóż, zwaliły to na faceta. Chochel uciekł, więc sorry, ale pluszakami nikt się nie będzie wyręczał… Chowaniec oczywiście, jak zwykle, stanął na szczycie poświęcenia i wezwał Magów Odogniowych. Oczywiście nie przyjechali od razu, wiecie jak to jest z facetami, ale w końcu…

Dokładnie to było tak. Wiedźma Wrona wysunęła nos za drzwi, by sprawdzić, czy Mewia Poczta coś dostarczyła do jej Wszystkożernej Skrzynki Pocztowej, no i tak katem oka coś białego zoczyła. Dostawczaka na dziwnie rdzawych kołach plączącego się po uliczkach. Zmrużyła oczy, odczytała napis na nim i już wiedziała. Wiedziała, że oni… totalnie nie wiedzą co robią. Macali lampki. Dwóch facetów w malowniczych strojach, pelerynkach, spiczastych czapach i tak dalej, łaziło po dzielni i macało lampki! Co jak co, wszelkie zboczenia rozumiem, ale serio?

Tak publicznie?

Cofnęła Wiedźma nos i zwyczajnie rozkręciła zaklęcie. Niestety nim było gotowe… oni zniknęli. I jak teraz lujtnąć gości zaklęciem, gdy się nie wie gdzie oni są? Jak znaleźć adresata? Dlatego wezwała Ptaszyska i im oddała swoje nici. Podobno ich znaleźli, znaczy serio… podobno. No musieli, bo po kilkunastu minutach pojawili się i tchnęli nowe życie w Strażnika Narnii. Ale jeżeli tak było, to o co chodzi z gromadką niskich, brodatych mężczyzn siedzących teraz na trawniku Chatki? Zerkającymi dziwnie na niebo, na światło, na wszystko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7779 (2)

Z cyklu przeczytane: „Odkąd cię nie ma” – … przyjaźń? Otrzymaliście kiedyś dar przyjaźni? A może jednak wciąż na niego czekacie?

Matson porusza zawsze te zwyczajne uczucia. Miłość rodzicielską i dziecięcą, pierwsze zauroczenia i przyjaźń. Tak, tym razem chodzi o przyjaźń. Ową jedyna, najlepszą. Pierwszą, która miała być na zawsze, a która nagle znika. Co zrobić z życiem, w którym zabrakło i przyjaźni i owego specyficznego napędu? Jak żyć bez tej, która nauczyła nas naprawdę zyć?

Oto historia nastolatki, która powoli uczy się żyć bez tej, która zapoznała ją ze zwyczajnym życiem, z pewną wolnością. Bo gdy przyjaciółka nagle ginie… co innego można zrobić, jak spełnić jej ostatnie życzenie… a dokładniej listę.

Tylko co się z nią stało? Gdzie jest Slone?

Oto opowieść o odwadze i wielkim darze, którym jest przyjaźń. Opowieść o zwyczajności, która tak naprawdę nie jest łatwa dla każdego. O codzienności, w której nagle znika jej najcenniejszy kawałek. I o miłości oczywiście… bo czymżeby było życie bez niej? Typowa Matson… poruszająca do żywego!!!

IMG_6785

Ciemność…

Gdy ciemność obejmuje Wyspę, wszystko tak jakoś mięknie, nawet sąsiad, wielbiciel wszelakich kopciuchów, przestaje kaszleć. Jakby ciemność nie tylko owijała wyspę, spowalniała wiatry i fale, zatrzymywała gdzieś powyżej grad i wszelaką opadowość… a nawet wiecie, wykładała kroplom takie baloneczki piórkami, coby nie waliły w szybki i ściany. Żeby nie brzmiały wszelako, jakkolwiek. By nie budziły, by zwyczajnie niczego nie zmieniały. Miękka ciemność, pieszczotliwa i tak cudownie opiekuńcza. A jednak i zwykła ciemność, atawistyczne uczucia, które przepychają w nas i strach i fascynację, rodzą nowych bogów i nowe demony. Są i nie ma ich jednocześnie, wszelako namacalne i nie… ciemność.

Miękkość i matczyność, ta, której wszelako nie trzeba się wstydzić. Nic w stylu tekstów i tym, że starzy znowu robią ci siarę, ale raczej ciemność pozwalająca ukryć łzy spływające na matczyną pierś. Dłoń pomarszczona, która tuli całkiem dorosłego dzieciaka. Taka jest wyspowa ciemność. Inna, zdaje się, a może po prostu bardziej ciemna? Tylko na horyzoncie kołyszą się jakieś światełka. Możnaby zapomnieć, że tam jest woda, możnaby pomyśleć, że to tylko jakieś zarośla, błotniste zagajniki, może gaz, a może ognie świętego Elma? Wydaje się, że dzięki tej ciemności mogłaby pójść daleko i jeszcze dalej. Tak po prostu, nie bacząc na nic, a może właśnie na to spoglądając, na nicość… Może ciemność sprawia, że można chodzić po wodzie? W końcu tutaj, zaraz, na wyciągnięcie łapy, jest polski sklep i na pewno mają sezamki i pączki.

Może jednak pójść?

Gdy ciemność obejmuje Wyspę wszystko zdaje się być inne, bardziej prawdziwe, jakby to, że serio możesz wywalić sie o wszystko, o trolla leżącego na drodze, albo porozwalane manele skrzatów, sprawiało, że nie potrzebujesz widzieć? A może to właśnie wzrok nas mami, przytłaczając inne zmysły? Może ciemność tylko wyzwala wszelką w nas prawdziwość? Może to inne zmsyły są w stanie pokazać to, co, może i nadmiernie przerażające? Może to właśnie jest… ciemność? Może brak światła nie jest ciemnością, a tylko brakiem światła? Inną zwyczajnością? Czy nas przodkowie o tym wiedzieli? Wiecie… wydaje się, że tak. W końcu oni mieli ciemność codzienną, a dokładniej conocną. Nie bawili się w lampeczki, patrzyli się w ogień i myśleli o codzienności, jak skąd wykombinować mamuta, oraz czy ten nowy krzemień w paski nie będzie nazbytnio kruchy na dzidy. Może lepiej zrobić z niego wisiorek dla tej mocnej babki z sąsiedniej jaskini? W końcu przecież bycie samym jest takie dołujące. I lepiej jak ktoś pomaga w podtrzymaniu ognia…

IMG_5255 (3)

Ciemność…

Pierwotność? A może jednak coś jeszcze bliższego? Czy jest coś bardziej naturalnego niż ciemność i światło? Mitologicznego nawet? Czy tylko strach przed potworami? I dlaczego potwory kryją się w ciemności? W niewidzeniu, jeżeli tak naprawdę brzydotę widać tylko za dnia? Ech… człowiek zwalnia na Wyspie i myśli aż nadmiernie. Szczególnie, gdy listonosz niczego nie wrzuci do skrzynki, nie przypomni o tym, że poza tą mgłą i deszczowością dzisiejszą, poza grudkami lodu spadającymi z nieba, jest cos wiecej, jakiś… świat?

Jedno wiemy na pewno… za miesiąc otworzą się niektóre lodziarnie i sklepy, powoli wszystko zacznie się budzić i ta cudowna cisza zniknie. Niestety. Nie żebym nie była gotowa na nowości, jeżeli takie są w planach i nie myślała o wycieczce stateczkiem dookoła Wyspy… nigdy na takiej jeszcze nie byłam! W końcu zawsze jest na co czekać, mimo tej całej powtarzalności pór roku. Zawsze. Na nowe liście, nowe kwiaty i nowe owoce. Na nowe… chociaż i tęskni się za starym, a może tutaj stare nigdy nie odchodzi? Może na Wyspie możliwe jest nurzanie się w starym i nowym, w teraźniejszości, która nie istnieje, bo jest li ino związkiem pomiędzy było i będzie? I magiczności. Ludka maleńkich, miniaturowych, które otwierają w ścianach drzwi i znikają w całkowitej nieistniejącej nierzeczywistości. Intrygujące…

Może niczego nie ma?

Może wszystko jest?

Tak naprawdę niczego nie możemy być pewni poza tym, że czasem coś widać, a czasem nie. Jak ten stateczek za falami się bujający, jak ląd, który jest tylko mirażem. Jak ciemność i słońce, jak dzień i noc. Przecież to tylko definicje. Tylko i wyłącznie przez kogoś innego narzucone normy widzę i nie widzę.

Kto mi zabroni w dzień zamknąć oczy?

No kto?

IMG_2024

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Latarenka do Narni… została wyłączona

Pan Tealight i Święta Łyżeczka…

„Tu już nawet nie chodziło o zwyczajowego bzika, racej o totalną, nurtującą i wzbudzającą politowanie, a nawet obsesję. Oczywiście obsesję zachodzącą pomiędzy obiektem zwanym Wiedźmą Wroną Pożartą, a Srebrzystą Jedyną Świętą Bezbożnie Łyżeczką. Dzień w dzień użytkowaną, bo jakoś Wiedźma Wrona, nie potrafiła jeść bez niej. Mogła łapami, ale nigdy bez niej. Nawet jak jej nie używała, musiała być pewna, że ona jest, że istnieje, że czegoś pilnuje i strzeże… a cały problem w tym, że łyżeczka, jak sama nazwa zdrobniona wskazuje, jest mała, malusieńka, miejscami maciupeńka nawet. I leciutka i w ogóle jedyna!!! I łatwo wyrzucalna.

Dlatego Wiedźma Wrona szybko nauczyła się strzec jej i myć od razu i jeszcze nie wkładać do kubków, czy między łupinki wszelkie. Chowaniec Wiedźmy też się nauczył po tych kilku razach, gdy nurkował w śwmietniku w poszukiwaniu Bezbożnie Świętej… ale… No widzicie wypadki chodzą po ludziach, więc od pewnego czasu Wiedźma robiła to, co robiła. Czyli zaraz po użyciu odkładała Łyżeczkę w specjalne miejsce, by nie wariować, no i zacowywać pozorny może, ale jednak względnie wyględny spokój. Tego ranka odłożyła do zlewu miseczkę, kubeczek i talerzyk. Odkręciła wodę i wyjęła Łyżeczkę z miseczki, tak na wszelki słuczaj. Powoli oczyściła miseczkę, wyjęła łupinki i wyrzuciła je do śmietnika. Umyła miseczkę używając słodko pachnącego płynu i odstawiła na bok. Potem wzięła kubeczek, wyrzuciła fusy i jego też umyła słodko pachnącym płynem i niebieściutką gąbeczką. W końcu dziwnym napięciem powierzchniowym, a i nie tylko, darzy kubeczki. I jego też odłożyła. Potem wzięła talerzyk, umyła go gąbeczką i pachnącym płynem i odstawiła do wytarcia.

A potem spojrzała na Srebrzystą Łyżeczkę szczęśliwa, że ona wciąż tutaj jest i ją także umyła słodko pachnącym płynem, niebieską gąbeczką… opłukała w chłodniejszej wodzie, sięgnęła po ściereczkę i dokładnie ją wytarła.

Potem wypolerowała…

Aż w końcu wrzuciła do śmietnika…

No kurna! taki odruch no!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4758 (2)

Z cyklu przeczytane: „Biała róża” – … hmmm? Pierwszy tom był mało odkrywczy, no sorry, a drugi, he… zaskakuje. Oj pewno, że to żadna tam literatura, raczej zlepek pogadanek i dialogów, ale trzeba przyznać, że intrygowało mnie w jaką stronę pójdzie autorka.

A poszło się jej w Avalon.

Oto znowu ona, Violet. Surogatka buntowniczka, a może tylko dziewczyna, która sie zakochała i ma odpowiednich przyjaciół? Wraz z nimi ucieka. Ale czy uda się jej dotrzeć do miejsca przeznaczenia i zmienić sam Klejnot? Cokolwiek więcej powiem, może zniszczyć przyjemność z lektury i całkiem niezłej niespodzianki, jaką będzie sama Biała róża. Dlatego nic więcej nie napiszę poza tym… że jeżeli chcecie wciągającego, prostego odmulacza, to proszę bardzo. Na pewno lepsze w nim pomysły niż w „Klejnocie” – pierwszym tomie trylogii. Nawet może aż nadmiernie zaskakujące. Bo przecież… czy moc Violet i innych surogatek to tylko nauka, czy też magia

Prosta opowieśc, a jednak wciągająca, może miejscami nazbytnio naiwna, ale… czasem trzeba się rozerwać!!!

IMG_6795

Czasem się dziwuję bardziej niż zwykle, gdy nie do końca Tubylcy wyjeżdżają sobie na… wakacje!!! Nosz kurcze, no jak można wyjeżdżać na wakacje od Wyspy? Jak można? Nie rozumiem. Pewnie, że chciałoby mi się więcej mrozu i śniegu, ale tutaj. Może i więcej ciemności, mniej słonka, ale wciąż tutaj…

Wszystko byle tutaj. Jestem jak straszliwy nacjonalista, czy coś w ten deseń? Wysponalista może? Kurcze… No jestem, no! Jak spoglądam na tych planujących wakacje w górach, czy dolinach, nad morzem innym, w dziwnej dziczy niedziczy, to pukam się w czółko, bo przecież wszystko tutaj jest!!! Jest i dzicz i cisza, czyste powietrze i więcej ciszy i ruiny są, i może mało wyględna, ale i rozrywka jest dla tych, którzy nie są w stanie zabawić się kamykami na plaży… a jednak wciąż Tubylcy wyjeżdżają na wakacje. Pomijam tych obrazoburców, którzy nazywają się Tubylcami, ale gdy tylko chłodny, jesienny wiatr ich omiecie, wybywają na jakieś Majorki… ZGROZA!!!

Czy naprawdę to, że Wyspa mi wystarcza, to takie zadziwienie Wszechświata? A może jednak to innym, stojącym po buty jakiegoś oszołoma, coś sie pokitrało pod kopułką? Nie, nie odpowiadajcie, bo jeszcze wyjdzie na to, że to oni wariaci, a ja normalna, a takiej obelgi to serio nie zniosę!!! Dlatego popatrzę na tych się pakujących i wydających majątek na podróże na kontynent i poza niego… dziwnie, z niezrozumieniem, a potem zajmę się swoim życiem, bo dlaczego nie? W końcu kto inny ma się nim zajmować?

Jak nie ja?

Tylko… czy zawsze byłam taka, czy to wina Wyspy? Bo wiecie co? Mi się coś zdaje, że dla Wyspy to osobne Archiwum X trzeba by założyć… Arkiv Ø?

IMG_2274

Na zewnątrz słonko stara się przecisnąć przez chmurki i lekką mglistość, dołem zieleń, góra oczywiście wciąż gołe gałązki, ale już czuć te soki i zamieszanie. Ptaki bardziej żarłoczne, wrony tupią na dachu jakby kurde se wszystkie drewniaki założyły na pazury i jakieś irlandzkie tańce tupańce ćwiczyły. Jak nic wiosna nie tyle idzie, co już przyszła i gdzieś ma sporadyczne, poranne przymrozki.

Pomiędzy dość chłodnym powietrzem, lekko zalatującym już kupką, bo przecież kurcze, jak sie okazuje, u nas to nawet zimą się ora i nawozi… ganiają elektrycy i zjeżdżają się do domów ci, co pracują w tzw. city.  Dobra, dobra, dobra… wiem, że nie mamy nawet tego, co szumnie się określa mianem miasta, osady ino, ale wiecie, każdy mierzy według swojej miarki, więc jakby nie było… city. Powoli ciemność spowija Wyspę, no i jak elektrycy nie wykalkulują szybko, które to żarówki mieli wymienić, to znowu będziemy mieli ciemności totalne bardziej. Bo u nas, to wszyscy kończą robotę jakoś tak na raz. Karnie. Cokolwiek robiłeś, w momencie fajrantu wybrzmienia rzucasz i tyle. Zostawiasz maszyny, nawet jeżeli były w trakcie dziwnych manewrów i zabierasz się do domu. To wyspowe ograniczenie terenu wodą sprawia, że mało dba się o bezpieczeństwo. Kto by tam ściągał traktor z pola, jeżeli jutro i tak trzeba będzie zacząć od tego samego miejsca? Bez sensu, co nie? Niech spbie postoi i popodziwia widoki. W końcu magia tutaj jest czymś dostępnym nawet dla dla maszyn. Ale żadnych terminatorów!!!

… a złodzieje?

A mamy. Ostatnio zajumał, jakiś mało kumaty widać jeden, nader nieznaną mu maszynę z zamkniętej szopy! Pewno dlatego jumał, bo zamknięta była? Może wiecie, chciał sobie coś udowodnić, czy jakoś tam… no mniejsza, ponieważ maszyna była nie tylko droga, ale drugiej na Wyspie nie ma, policja poprosiła ludzi o pomoc i pomogli. Znaczy nie do końca ludzie, a złodzieje, a dokładniej ten właśnie złodziej, co był złodziejował… znaczy jumał maszynę. Zgłosił się, bo nie wie, co zrobić z maszyną, więc może by sobie ją zabrali, co nie? On w końcu taki bidulek…

Co dalej ze złodziejską duszą nie wiem… ale popytam!!!

IMG_4774

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Święta Łyżeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Mitologia Wyspy…

„Na początku było pragnienie i lekka przepowiednia. Całkiem pokrętna i aż nazbyt przedwczesna, bo przecież jeszcze dinozaury miały być i w ogóle… no ale była i było ono marzenie, i wszystko to, co najlepsze z dna gęstej, niesamowitej, z wypasionej zupy, ostatki co od nich każdy piękny, smaczny i całkowicie gładki… I tak powstała Wyspa i podobno Pan Tealight, ale co do tego, to chyba lepiej nie wnikać. Oj, no wiecie, te wszelkie sprawy z jajeczkiem i kurką, kto był pierwszy, przecież baby zawsze przodem! No i w ogóle… Te problemy w prokreacji, potem noszeniu, rodzeniu, czy ino tworzeniu? Lepieniu golema, a może jednak szyciu ze skrawków eterów… Lepiej nie wnikać, jakieś to takie nazbyt pornowate.

A potem Wyspa wymyśliła sobie Wiedźmę Wronę, bo mogła. Bo widzicie, wiedziała, że to co będzie, w końcu się zmieni i ogólnie spieprzy, więc postanowiła się bawić tak długo, aż będzie można, a potem przywołać tą, którą sobie wymyśliła. Ino… ino że z tym myśleniem w czasach dostępności naturalnych halucynogenów było tak, no wiecie, bardziej głęboko, więc wyszło co wyszło…

Czy wiedziała Wyspa, że wynik będzie taki? Może? Na pewno? A jednak na niego przystała? Może zdawało się jej, że zabawa będzie trwała dalej? Bedzie jej więcej, a grzybki znowu dowiozą do sklepu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0231

Z cyklu przeczytane: „Ofiara dla burzy” – … boska. Kurna pierniczony geniusz i tyle. Oczywiście mówię o Dolores Redondo. Razem z Minierem są dla mnie tym, czym dla innych są pisarze z najwyższej półki. Prawdą i cudem wszelakiej narracji. Obydwoje piszą tak, że chce się czytać, jak niegdyś… Jakby nic się nie zmieniło…

Redondo w trzecim tomie swojego cyklu przenosi nas ponownie w kraine mitów, wciąż namacalnych potworów i wierzeń. W świat, w którym tak naprawdę nic nie odchodzi, nic nie umiera. Krainę pełna wizji, symboli i duchów. Dolinę Baztan. Krainę Basków. Jakże to egzotyczny świat, a jak bliski. Niczym enklawa, w której chrześcijaństwo nie poczyniło totalnej czystki, jakby coś ją chroniło – pradawne moce, dziwy i cuda?

Tylko co jest złem, a co dobrem? Czy jednak w tej powszechnej wilgoci istnieją tylko odcienie szarości? Ale co z dziećmi? Co z niewinnością?

Z jednej strony kontynuacja pierwszych tomów, z drugiej coś nowego. Koszmarnego. Połączenie magii, pracy detektywistycznej, przeszłości dotykającej teraźniejszości i oczywiście niesamowitych osobowości. Śmierć i życie. Ale czy życie powinno być sprawcą śmierci niewinnych?

IMG_6666

Słonko, ciepło, pranie suszące się w tempie nader szybkim na dworze… wiecie, w ten tradycyjny sposób, który teraz się nazywa ekologicznym. Ekhm, znaczy wiecie, no dla biednych, co nie? Sznurek i klamerki. Oj tak, biedni to muszą być ekologiczni, bo bogaci to wcale a wcale. Ciekawe, czy taki tekst styknąłby, by Zuckerberg spełnił moje marzenia, wiecie, no tak jak ten dziwny osobnik o specyficznym imieniu Kanye… sobie je spełnia. Chociaż trudno być może, bo czarna nie jestem. Popękane naczynka raczej nie zrobią ze mnie czerwonoskórej, więc… pewno wciąż sama muszę walczyć o marzenia. O czystą i radosną Wyspę. Taką, na której ludzie nie smrodzą, nie śmiecą i nie planują durnowatych posunięć.

Taką ostoję powolności we wszechświecie.

Bo widzicie, powolność nie jest zła, serio. Powolność jest normalna, czy jak to tam teraz się zwie… ekologiczna? W jakiś pokręcony sposób obecne trzydziestolatki dowiadują się, że niegdyś żyły w totalnej ekologii. Hmmm… za naszego dzieciństwa to chyba ekologiczni byli ino hippisi, co nie? Myśmy po prostu i tak nie mieli co jeść, więc trzeba było walczyć o swoje i lizać szybkę Pewexu. Zbierać, składać, dzielić się codziennym chlebkiem z wróbelkami i tyle… Nie było innego zycia, chociaż może i było, ale kogo tam obchodziły jakieś USA. Teraz za to mamy ekologię!!! Hurrra… tia, sarkastycznie oczywiście, ale na Wyspie… kurcze, na Wyspie to jest czasem jak kiedyś. Jak komuś nie odbije i nie zakupi za wszelką kasę dziwnej rzeźby do muzealnego ogródka. Że jestem przeciwko sztuce? A gdzie tam, nie jestem! Ale dla mnie kupowanie czegoś spoza Wyspy, by Wyspę tym obdarzyć, to trochę kanał. Patriotyzm skrajny przede wszystkim!!! Co tu rośnie, tutaj jeść, a jak mamy zbyt wiele, to się dzielić i finał. Tak jak wiecie z prądem. Jak wieje, robimy dla siebie i innych, jak nie wieje to słonko wali, a jak nic z tego, to pożyczamy… proste… a więc dlaczego nie można tego wcielić w życie?

Mądrość… szersze spojrzenie na codzienność, użytkowanie mózgu nie tylko w postaci szaszłyków dla zombie. Fajnie by było, więc panie Facebook, ja bym z chęcią ten bilion wydała na zalesianie, czyszczenie i wszelkie sianie. I przyznam się, że lepsze teksty umiem składać niż Kanye, co więcej, nawet ciuchowy gust mam trochę lepszy od niego, chyba. Chociaż, czy nie wywyższam się już w tej chwili… białas ze mnie brzydki, ojojojjjj… BAZINGA!!!

IMG_6699 (2)

Gdy człowiek żyjący na Wyspie zderza się z codziennością promowaną przez wszelkie tam internety, bo przecież telewizji i radia nie ma, dziwuje się. Bo serio, coś z tym światem jest nie tak, by czymś na kształt newsa rzucającego się mu ze stron i reklam były zmiany fryzury i gorące Azjatki oraz Muzułmanki, które chcą się ze mną umówić, bo jestem… chyba takim super facetem? Widać nawet z płcią wszechświat ma problemy, ale nic to, w końcu internet można wyłączyć… ale jednak popracować z nim trochę trzeba. Szczególnie teraz, na przednówku, gdy ptaszki wyżerają ostatnie jagódki z krzaczków i drzewek i dobijają się do okien, podskakują w rynnach, gdy tylko opróżnią karmnik. Gdy człowiek się opindala z karmieniem.

Wiedzieliście, że solsorty łykają nawet ogromne, jak na ich rozmiary, jagódki tak ot tak? Nosz kurcze, wyglądają jakby się miały zaraz udławić, gdy jagódka rozwiera im żółciutko-pomarańczowy dziobek… ale jednak nie. Łykają i łapią kolejną. Tutaj błyszcząca czerwona, tam śliczna, matowa i granatowa. Jakby wcale nie musialy o tym myśleć, jakby tak naprawdę nie smakowały czegokolwiek, tylko łykały, by potem rozsiać nasionka. Spryciule. Albo taka dynia, pozostałość z Halloween, która teraz dogorywa na trawniku, stała si nadzwyczajnym tortem nie tylko dla solsortów, ale i wron. Nosz kurcze, może i wszyscy gdy nie ma co się lubi, zwyczajnie jedzą to, co jest? Dziwnie wygląda taka spora pomarańczowo-rdzawa kula, obgryzana, obdziobywana przez ptaszki. Niczym czacha jakiegoś mitycznego potwora, który złożył się dla nich w ofierze.

Dlaczego te ptaki tak bardzo potrafią fascynować… i tak umiejętnie robią kupy? No serio. Jak jeszcze mogę zrozumieć fascynację ptasimi przepychankami, te puchate ciałka, a i zapewne smaczne srodki podpiórne, to kurcze… widzieliście kiedyś nieciekawą ptasią kupę? No serio. Ostatnio błąkając się po porctach widziałam takie artystyczne stejtmenty, że czacha dymi. Pewno, że coś do tego miał i wiatr i słoność powietrza, a i pewnie wysokość, z jakiej ptaki kupą po kamieniach i betonie smarowłay, ale jednak… Mam pomysł na własny happening… zdjęcia ptasich kup. Te arabeski, rozbryzgi i skupienia, owe mandale po prawdzie, mity i czary opisane, legendy uzewnętrznione. A może cos w rodzaju Nazca? Może to kupy były inspiracją…

Oto, co się z człowiekiem robi, jak zimę się mu zabiera!!!

IMG_0138

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mitologia Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Wielce Gruba Wiedźma…

„No nic innego nikomu nie przyszłoby do głowy patrząc na nią. Ale żeby nie było, była na diecie. Diecie obejmującej ucieczki przed bułeczkami i chlebkiem z masłękiem, grzaneczkami z pomidorkiem i serkiem… oj tak, grzaneczki!!! Biegi z przeszkodami, gdy chodzi o fasolkę i wpieprzaną codziennie miskę zielepuchy i nadmiernie pociągi… w kierunku wszystkiego, co ma w sobie wiele E i jest ogólnie zakazane. Z posypką najlepiej i polewką. I jeszcze z golonką. Serio, nie miało znaczenia, że nie trawiła mięsa od ćwierćwiecza… chciała kotletów, pieczonych kurek z pyrami kąpiących się w klarowanym maśle i jeszcze może majonezu? Oj tak, dużo majonezu!!! Ale poza tym, było nieźle. Znaczy ogólnie wiadomo, Wiedźma Wrona Pożarta była na wieczystej diecie ku szkieletowości, która często spadała z piedestału, a na widok pączka dostawała kociokwiku, na szczęście… na szczęście na Wyspie pączków nie było, więc… na diecie, która trwała, miała swoje doły i wzgórki i pizzę dwa razy w zaprzeszłym roku, ale… No ale wciąż była gruba. Taka obfita, tłuściutka i wszelako się trząsąca. Takie połączonie starego, zimnego kisiela, wiecie z korzuszkiem z galaretką z nadmierna ilością wody i do tego zwykła słonina. Taaaa… kiełbaski z ogniska. Parówka zwykła z chrzanem. Albo te no, zapiekane, albo tosty… No właśnie tak było, a sezon ludzkokąpielowy już za pasem! Należy ponownie, jak co roku zmieścić się w jeden, jedyny dostępny strój kąpielowy!!!

Ekhm… Oto i może dla innych nadszedł czas Wielkich Postów, ale dla niej i dookolnie jej orbitującego świata, była to codzienność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6940 (2)

Z cyklu przeczytane: „Jestem Grimalkin” – … chyba moja… Chyba moja ulubiona część tej serii. Jakoś tak, może wspólnota jajników, a może kurcze coś innego, ale tak… ulubiona. I pomyśleć, że to facet jest autorem tej serii.

Tak, Delaney podbił serca wielu i planowana premiera jego nowej książki „Arena 13”, już rozgrzewa serca zakochanych w jego sposobie narracji. W tej czystości opowieści, która zdaje sie młodszemu czytelnikowi kitu nie wciskać. Która, mimo iż skierowana do młodych nastolatków nie robi z nich idiotów, traktuje ich jak kogoś ważnego, istotnego i pewnego swoich umiejętności, ale też… gotowego na nauki. Na mądrość dorosłych, starszych, którzy jednak w młodości byli zwyczajnie tacy sami. tacy jak oni teraz. A jednak…

Ta część to opowieść o kobiecie! W jaki sposób facetowi udaje się aż tak dobrze opisać kobiecość? Waleczną, pełną sprzeczności, ale też świadomą swojej mocy i powinności. Jedyną, która może… wygrać?

IMG_6702

Czasem się zastanawiam jak to jest z miłością na Wyspie. Bo, że Wyspę należy kochać na zabój, na zawsze i do ostatniego kawałka sernika dla niej, to wiem, ale co z ludźmi? Bo wiecie, jeśli chodzi o zwierzątka, to lisy się ostatnio opindalają. No strasznie się opindalają, znaczy wiecie, w miłości. Co jak co, ale lisowa populacja nam kuleje. Foczki są, w nadmiarze, króliki też, mnożą się chyba przez pączkowanie, bo wciąż ich wszędzie przybywa… i nie mówię tylko o tym, że w sklepach już czekoladowe uszaczki, wszelkie marcepanowe jajeczka i takie tam… Nawet jak człowiek w religijności chrześcijańskiej mało obyty, to jednak nie ucieknie przecież od świętowania. Żeby nie było, ja czekoladę w każdym kształcie, mi za jedno, ale wolę Mikołaje!!!

Nie wiem jak u królików, ale zające chyba są okay. Znaczy w ilości, znaczy w miłości i w ogóle, chociać dawno nie widziałam tego, co uskutecznia dżogingi pod moim oknem, na drodze dojazdowej, na asfalcie, gardząc trawą, a nawet chodniczkiem. Może kurna ma takie ogumienie, albo wiecie, paputki zakłada asfaltowe… żesz, kiedyś to zając bosy biegał, ale w dzisiejszych czasach owej dziwnej filozofii i cywilizacji, to pierun je wie. Pewno kurna ma adidaski. Możeliwe, że jego bose skoki obrażały czyjes uczucia religijne, jak biedne świnki w lesie… ech…

A miłość, no wiecie, pewno w powietrzu. Mokro w końcu dzisiaj, nader mokry, ciapajowyty nibyśnieg z niebios spada… wiatr duje i szarpie wszystkim tym, czym da się potrząsnąć, podzwonić, potelepać. W powietrzu dziwnie potępieńcze wrzaski tych, co po weekendzie nie mogą dopiąć portek i tych, co to sobie buty obtarli na spacerach, znaczy buty nie, wróć… nogi se obtarli, ale nowe buty muszą znowu na spuchnięte gicze o poranku nałożyć. Bo moda najważniejsza. Tym bardziej, że ta moda to obecnie podobno pokręcona jak bicz po praniu w nazbyt wysokiej temperaturze. Widzicie, podobno co sie człowiekowi podoba, to nie jest moda, ino używanie, a to, co się nie podoba, znaczy na pewno jest sztuką, a ci, którym się nie podoba za głupi są na sztuki użytkowanie…

Miłość… ciekawe, czy świat nas kocha takich porąbanych? Może jednak nie? A może ma w sobie specjalne miesjce dla nas? Cóż, raczej chyba nie powinno się o to pytać w poniedziałek, czyż nie? Nie jest to dobry czas na wszelakie rozważania. Nawet te sercowe. A już na pewno nie po walentynkach, gdy jedni obżarci czekoladą, a drudzy zjeżeni, bo nikt ich nie kocha…

IMG_0151

Ludzie się kochają… chyba?

W sklepie znikają bardzo szybko bukietowe cuda wianki. Róże, mieszanki, goździki, czasem nawet frezje, maleńkie, jeszcze nierozwinięte tulipanki, nawet te żółciutkie, chociaż trzymane bez wody, dziwnie otępiałe żonkile. Do tego oczywiście musi być wino, bo przecież na Wyspie wino to się leje strumieniami. Tak to jest, jak nie ma się zerowości na dmuchanie w baloniki. Można sobie wypić i potem jedzie jeden z drugim, jakby śledził węża. I to całkiem jadowitego!!! Ale co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Nie wiem? Ten wiedźmi antropolog kulturowy, niespecjalnie lubi zaglądać ludziom do łóżek, więc sorry miśki… ale za to pary na spacerach, tulące się, idące za rączkę, w wieku całkiem przeróżnym, obecne!!! I strasznie jest to piękne, takie wiecie, uśmiechanie się do siebie wzajemnie, takie podpatrywanie innych, którzy robią dokładnie to, co ty. Męczą się wspinając się na skały, a potem sapiąc łapią tę drugą osobę, coby ich wiecie, lekko popchnęła, podciagnęła i już… szczyt.

To może ludzie się kochają na Wyspie?

W końcu śluby mamy, rozwody też, ale to szczegół, najczęściej wciąż te polskie związki, znaczy wiecie… no na kocią łapę. Każdy ma tam jakąś kærste. Tudzież jakiegoś. Je z nią, spaceruje, czasem pewno i robi te inne rzeczy… ale, tak naprawdę, jaka to jest miłość? Ta zwyczajna, nastoletnia, choć już od dawna jest się nazbyt dorosłym… czy może całkiem inna, wynikająca z ogromnych opłat za energię? Z podatków przytłaczających tych samotnych? Czy Tubylcy są bardziej kochliwi, czy jednak skąpi? A może zwyczajnie… ten sposób miłości zdaje się im być bardziej opłacalnym?

No tak jak to jest z miłością?

Na pewno każdy na Wyspie kocha swoje hobby. Serio, bez hobby tutaj nie istniejesz i najlepiej, jeżeli masz wiele owych hobby, no i oczywiście wciąż je zmieniasz i na dodatek któreś z nich to sport. bieganie najlepiej, albo wiecie… rower! Oj tak! Może rzeczywiście tubylcom niepotrzebna miłość cielesna, jeśli mają sporty?

IMG_8975

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielce Gruba Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Chłop Walentynkowy…

„Zrobić: uszyć, wyhaftować, wypleść, wymotać, strikować, szydełkować, drutować, zdobić, farbować i jeszcze nizać… oj tak, nanizanie jest bardzo ważne w tym zawodzie. Chłoporobami ich zwą. Zwykłe ludzie, a jednak jakże potrzebne, a może nie ludzie, może… co innego? Bo jak oni mogą tak zwyczajnie, nawet bez burz, bez doktoratów, gorzej, bez wszelkich pism naukowych, profesur i innych tam… robić chłopów. I to tylko w tą jedną noc, Wigilię Bezgłowego Walentego. Dla tych, którzy rzucili zaklecie, zebrali pieć róż o płatkach już lekko przewiędłych w imię wieczności, pięć płatków świeżych przebiśniegów dla niewinności frywolnej, cztery jabłczane nasionka, dla seksów, piętnaście flaszek okowity… i z wszystkiego uwarzyli napój, traktowany cukrem, który wlewszy do butelczyn wystawili w lekko mroźną noc… ci w zamian otrzymali o poranku walentynkowym jego – Chłopa Walentynkowego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1052

Z cyklu przeczytane: „Upadek” – … wampiryczni. Niby już tyle tych opowieści było o wampirach! Z tej i tamtej strony, strasznych i łyskających światłem. Wiejskich i miejskich i pierun wie jakich jeszcze… a jednak oto drugi tom trylogii nader… reżyserskiej! Specyficznej. Lekko robalowej.

Oto świat został zaatakowany przez Mistrza i jego… członków. Pradawna moc, której początku wciąż do końca nie rozumiemy targa metropolią. Czy ktoś uwierzy biednym meczennikom? Naukowcom i staruszkowi? Oj, pewno nikt, wiec… przygotujcie sie na mocny opór wszechświata i polityczne gry, gdy w tym samym czasie Mistrz przeprowadza swój plan. W końcu kto by tam słuchał starca?

Tego, który to wszystko przewidział…

Drugi tom to taki… przerywnik, ot kilka obrazów. Kilka zerknieć w pamietniki głównej grupy, kilka obrazków z codzienności tych, co nie wierzą i oczywiście sam Mistrz, który gardzi tymi, którymi sie żywi. Do tego pewne pradawne moce, bo jaki bez nich byłby świat i właściwie to wszystko. Matka kochająca i teskniąca za synem, a jednak przede wszystkim tylko… pragnąca krwi. Ojciec i jego kochanka, szczurołap i starzec… W jak łatwy sposób można zniszczyć świat dzieki poprawności wszelkiej…

Ta powieść przeraża, ale nie samymi wampirami i pragnieniem wieczności, nie. Ta powieść przeraża tym w jaki sposób można wykończyć nas… zwykłych, biednych ludzi. Krowy na polu, ot coś, co sie hoduje i potem zjada… mięso…

… worki krwi…

IMG_6123

Wiecie co? Najfajniejsze jest to, że człowiek jakoś tak może wyjść z domu i już ma morze, albo skały, albo las, stawy, jeziorka, wszelakie dziwne twory zmieniane wiatrem i solą… albo taki port, kurcze, port to też specyficzna naturalność. Jak na przykład dziki Hammerhavn. Czasm się zastanawiam jak to jest mieszkać zaraz nad morzem, nad falami, pomiędzy wiatrami, wciąż w solance. Czy mocno to wpływa na skórę? Rzeczywiście twarz staje się ogorzała i od razu każdy jest morskim wilkiem? Zaraz… dlaczego wilkiem? Czemu nie misiem? W końcu misia można spotkać na krze, ale wilka, raczej nie tak czesto, zdaj mi sie… No i kogo byście się bardziej bali? Misia, czy jednak zmarzniętego wilka co nie ma w zębach puchatej foczki?

No nic… stoję w porcie, lekko gołym, skalistym miejscami, dziwnie wygryzionym w twardym klifie. Po prawej parking, wielki i ogromny, aż proszący sie o zabudowanie, albo lepiej… zalesinie!  Jakże cudnie wyglądałyby tutaj takie miniaturowe krzaczki i wszelki cuda skalne, jakże pasowałyby do tych kolorowych chateczek rybackich, pewno łódki tam sypiają, do owych kilku domków wielce tam wcale nie letniskowych, chociaż za takie uchodzą. Do owej wody… w porcie spokojnej, odciętej od burzliwych fal strefą betono-kamienistą. W porcie obrobionym piaseczkiem biało-złotawym woda spokojna, mieniąca sie zielonkawościami i żółcieniami, niebieskościami… za falochronem są fale i skały. Burzliwość granatów i błękity nieba. Oj tak… dziś niebo jest błękitne i zaciera granicę swą z horyzontem, jakby zwyczajnie, nie bacząc na nas maluczkich, bzykało się na całgo z ową morskością.

Tak bardzo niepewne jest to wszystko, gdy przychodzi sztorm. Wiatr spycha każdego z kamieni, pożera to, co dopadnie, przewraca… i tylko te krzywe, wakacyjne, rozrywkowe chatki stoją taki dziwnie… niknąc. Takie z jednej strony nowe, z drugiej już zasolone do granic możliwości. Może z nimi sztormy nie chcą się zabawić? Może tak naprawde fale wybiegają ze swej misy tylko dlatego, że chcą się pobawić… zaprzyjaźnić, poznać, wysłuchać, ale też opowiedzić, polizać, pomokrzyć…

IMG_1107

Stojąc w porcie, szczgólnie tak dzikim, musisz myślć o Latającym Holendrze, piratach i wszelkich abordażach. No nie da sie inaczej. Spoglądając na owe uśpione, kolorowe łódeczki na piasku i kremowej trawie, marzysz o przygodach i podróżach, albo jak ja, zastanawiasz sie, gdzie jest aviomarin, bo już na samą myśl… ci niedobrze. Z jednej strony te wszelki łódeczki są takie niemożliwie romantyczne. Takie baśniowe ili tylko… legendarne. Jakby były w stanie przekroczyć granice, których sama nigdy nawet nie dotkne… jakby widziały, że mogą, ale nie chciały.

Zapatrzona we wszystkie te błękity, niebieskości, granaty i inne turkusowości, w szmaragdy, perły, kryształy promieni… właściwie chyba nie myśle o niczym, po prostu jestm. Jestm tutaj i nie moge w to uwierzyć. Wychodzę z domu i widzę morze. Jak to możliwe? Jak bardzo jest to szalone? I pomyśleć, że zdawało się być niemożliwym? A nawet ponadludzkim?

Wychodzę, otulam sie portem i zastanawiam nad tym, gdzie są wszyscy. Czy planują wakacje, czy jednak postanawiają w tym roku nigdzie nie wyjeżdżać? A może po prostu chcą pójść na całość i zaszaleć? W końcu świat ostatnimi czasy zdaje się taki bujający, niczym owa łódka na sztormowych falach, lekko wymiotujący, dziwnie zamrocozny… wszystko, co możesz zrobić, to modlić się, ale do kogo? Do czego? Czy do fal, do wilgotnych bóstw, do Pana Mórz i Pani Zmienności, czy też do Damy Wietrznej, Babci Prządki… Tej, Co Włada Niebem, a może jednak Ziemistej Dziewki? Do Tańczących Bliźniąt, które burzą nieczęstą spokojność, a może do tych, co Przywołują Wieczną Cisze? Tak łatwo się tutaj modlić, tak ciężko w nic nie wierzyć… gdy te fale rzeźbią skały, gdy wiatr pozwala sobie na wszystko, gdy natura…

… sprawia, że odczuwasz atawistyczny lek…

Wychodzę daleko w morze, niby wciąż stoję na kawałku kamiennej mozaiki, niby to coś utworzyli ludzie swoimi dłońmi, a jednak nie czuję się bezpiecznie, jakbym przekraczała granice, za którą czeka mnie tak wielki nieznane, że… nie wiem nawet czego się spodziewać. A to przecież wciąż tylko port!!! Miejsce, w którym możesz w końcu dotknąć stopami ziemi, przestać sie bujać, zaznać spokoju, ale czy… czy ci, którzy tutaj się skrywają, naprawde go pragną?

IMG_6643 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chłop Walentynkowy… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Ładny Głaz…

„Widzieli się rok temu.

Obiecali sobie, że pozwolą sobie na więcej. Na pierwszy dotyk, przytulenie, kilka bliższych słów, wymianę oddechów. On czekał niecierpliwie, ona kilkakrotnie zapomniała, że on na nią czeka… ale w końcu się udało. Ona znalazła odpowiedni dzień i zmieściła się w swoje portki, a on… cóż, po prostu wciąż czekał. Stał pośród mchów i zielonkawych jagodzińców, nad cienkim strumieniem, który zmienił się ostatnio w lekko woniejące trzęsawisko… pomiędzy pniami filuternie wykrzywionych drzewek i opadłymi liśćmi, pomiędzy ścianami wąwozu i wszelkimi tajemnicami.

Zakorzeniony w tym co było i co będzie…

By go dotknąć, by w końcu wypełnić obietnicę ona musiała przejść wiele, kilka razy wylądować na tyłku, wyminąć Jęcząc Sosny i Wielką Kupę, podeptać wrzosowiska i wzburzyć kilka podmokłych dziur, aż w końcu skorzystać z pomocnego pnia i przekroczyć rzeczkę i już… w końcu Wiedźma Wrona Pożarta mogła spotkać się z Głazem. Z tym, którego widziała, ale nie poznała, o którym myślała i zapominała, marzyła i w którego wątpiła… którego imię było Lelum Polelum.

Przybyła do niego wilgotna… no sorry no, ale przy tak krótkich nóżkach często pokonuj się drogę w trudnym ternie, na dupie, na kolanach, a także decyduje się na przejście wszystkiego niesuchą stopą. Po prostu taka budowa i tyle. A on… stał tam czysty i jasny, a wszystkie jego twarze na fallicznym czubku się uśmiechały… bo tak chciał. Bo szczerze się cieszył na jej widok.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0183

Z cyklu przeczytane: „Królowie przeklęci tom 3” – … po prostu mistrzostwo. A co najlepsze, powieści historyczne się nie starzeją. Nie denerwują dziwnymi zaprzeszłymi technikami, chociaż przecież pochodzącymi jeszcze z naszego czasu. Mimo często znajomego zakończenia, wciąż zaskakują… i uczą, bo życie zawsze toczy się tak samo. No i romantyczność. I to inne opowiadanie… Tak, powieści historyczne są super, a ta trylogia (w tym wydaniu) to mistrz ich wszystkich!!!

Trzeci tom, czyli tak naprawdę nie trzeci, a kilka ostatnich, to trochę inna bajka. Bardziej narracyjna, gawędziarska, niesamowicie plastyczna… jakbyśmy oglądali film, nie czytali książkę. Postacie przechadzają się przed naszymi oczami, dorastają, starzeją się… zmieniają w pył. Jak bardzo to wszystko jest śmiertelne?

Piękny, niesamowity cykl, a to wydanie jest po prostu genialne!!!

IMG_6662

Pośród wszelkich mglistości i wilgoci, pomiędzy jednym wiatrem, a drugim, pod mżawką, nad mżawką, w otchłaniach podniesionych poziomów wszelakich wód… wkrada się chyba na Wyspę już wiosna. Naprawdę! Nie wiem co o tym myśleć, wciąż mam nadzieję na jakiś przymrozek, ale jednak… czy powinnam się łudzić? Czy wypatrywać promu z Krainy Wszelakiego Lodu z zapasam śnieżynek i bałwankowych cudów? A może znowu położyć po sobie uszy i uznać, że na Wyspie klimat mamy… wyspowy. Znaczy wiecie, skrajnie łagodny, choć trzepiący… najczęściej po kieszeniach, ale… nie żebym marudziła, serio. Zwyczajnie kocham zimno!!!

… jest ciepło. Z trawy, ale i betonu, coś wyrasta. Ja jeszcze rozumiem przebiśniegi, ale serio, te żółte kulki na zielonych patyczkach z koronkową obwódką przy szyjce? Znaczy ranniki zimowe? Eranthis hyemalis… srantis tam, Wam mówię, że to są smoki! Maleńkie i lekko zawiane, taka zawoalowana dygresja bardziej, niż coś cielesnego i dodatkowo rosną gdzie można. Na drobinie piasku przy drodze, na wilgotnym mchu w pęknięciu chodnika, gdzieś tam w nazbytniej techniczności, a jednak dają sobie radę nawet na betonie? A jednak inaczej niż wszelkie rośliny, gdy tylko wyłazi słonko, one się chowają. No trochę jak ja, nie powiem, odczuwam do nich jakieś dziwne przywiązanie, jakiś takie zjednoczenie dusz. One i ja?

Może rzeczywiście każdy z nas jest jakimś tam kwiatem w naturze? Jedni są różami, inni znowu nasturcjami, polnym bukietem maków, bławatkiem, rumiankiem, kwiatem malwy, a może jednak zwykłej mięty? Dzikim bratkiem, czy też… stokrotką? A może jednak czymś, co kwitnie raz na sto lat? Niespodzianym, otwartym nocą, a za dnia już umierającym? Cóż… kto więc jest mleczykiem? Kto zaś tylko kwitnącą jabłonią? Hmmm… no jak nic wiosna idzie, jeżeli we mnie się takie romantyczne pierdoły, znaczy te no… myśli kotłują!! Aaaa!!! Człowiek się nie obejrzy, a znowu lato, potem koniec roku i znowu człowiek starszy. No nie no, nienawidzę takiego nastroju! Zimo wracaj! Z tobą mi jest o wiele lepiej! Jakoś tak normalniej. Naprawdę!!!

IMG_1065 (2)

Smoki…

Bo na Wyspie jakoś tak wszystko jest symboliczne, mityczne i na dodatek totalnie święte. Chociażby najbardziej zwyczajna sprawa, a jednak… od razu zdaje się być obrzędem i rytuałem. Spacer pielgrzymką, polana w lesie kościołem, ściany katedry to splątane gałęzie, korzenie zaś, dziwnie wytarte stopami pątników i kolanami… Wszystko tutaj jest relikwią, miejscem czczonym od dawien dawna. Jakby nie można było tutaj tak naprawdę zgrzeszyć. A może naprawdę nie można?

Tylko… czy to robi z nas świętych? Tak serio? Może nocą tak naprawdę dostajemy w końcu skrzydełek? I sramy z góry? No sorry, no, ale czyż nie byłaby to intrygująca wizja? Ino świeci za dnia, a aniołowie nocą? A może jednak dni należą do grzeszników, a święci błyskają nocą tak, że nie trzeba już korzystać z elektryczności? Problem w tym, że wszyscy już śpią, więc i tak nikt nie korzysta. Może święci nie potrzebują nocy? Zresztą aniołowie na pewno tak głośno furkają tymi skrzydełkami, że serio lepiej to przespać i nie patrzeć z dołu na latających gości w sukienkach.

Ekhm…

Wyspa ma to do siebie, że serio mami i nadmiernie wzmaga we wszystkich wybujałość wyobraźniową. Wiecie, to taka przypadłość tych, co sobie nie radzą z codziennością. Podobno od zawsze władze starały się to leczyć. Owo niedopasowanie do większości. Może i prawdą byłaby teoria o Wyspie, jako miejscu zesłania wszelkich niepokornych dusz? Może ona się narodziła po to właśnie, by być schronieniem…

Bo przecież to nie może być tylko skała. Kropla ziemi, wybrzuszenie terenu, które postanowiło wyleźć ponad wody. Może wzniosła je siła, która pokochała to, co miało dopiero nadejść? Ludzi innych, niż cała reszta?

IMG_5859

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Ładny Głaz… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma PlePle…

„Chciała imienia, to dostała je.

Było nie pytać się o imię Wiedźmy Wrony Pożartej, no po kiego tak ryzykować. Zawsze przecież mogło paść: Dobromina!!! Albo Hermenegilda, tudzież chyba najbardziej przerażające… Jadwinia!!! Widzicie, bo nie chodzi czasem o samo brzmienie, chociaż Wiedźmie Wronie brzmienie najbardziej zwykle grało na duszy, czasm chodzi o to, jaką osobę owo imię na myśl przynosi, dlatego z Ewą miała straszne problemy. I z Katarzyną. Niby zwykłe imiona, a jednak… coś nie grało. No bała się ich! Agata też ją przerażała. Jakoś tak. I Elwira. Może to jednak chodziło tylko o ludzi? W końcu Burek, Fredek, czy Czarek, jakoś nie oddziaływały na nią w ten sposób.

Nawet Ugryź!!!

A jednak ta sosna poprosiła ją o imię i Wiedźma Wrona jej je dała. Z dzieciństwa je wyplotła, z ukradkiem oglądanego ekranu, ze śmieci i wszelkiego w sobie zagmatwania. Z historii, która przecież mogła być prawdziwa, jak ona sama… Sosna, której wszystkie ramiona łukowato bieżały ku słońcu. Nie chciała pogadać, nie chciała opowiedzieć swej historii, ani skąd ma takie wyczesane gałązki… chciała tylko imienia, więc je dostała, bo czemu nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4210 (2)

Z cyklu przeczytane: „Cień przeznaczenia” – … nowe wydanie. A treść wciąż ta sama. Nawet grafika rozpoczynająca każdy rozdział. I aromat… taaaak, aromat mroczności, który unosi się z każdej strony.

Mniam!!!

Kolejny tom serii… serii, która naprawdę może zafascynować i tych trochę młodszych czytelników i tych, którzy zdążyli już zapomnieć jaką naprawdę fajną zabawą jest czytanie! Magicznej, ale i w pewnym sensie stanowczej, pokazującej ile młodszy może nauczyć się od starszego, ale też jak bardzo stary pies potrafi wciąż „uczyć się nowych sztuczek”. Bo w końcu to nie tylko opowieść o Tomie, ale i historia jego Mistrza, który wcale święty nie był…

Stracharz, Alice i Tom tym razem przybywają do Irlandii i z trudem odnajdują się w tym innym, a jednak i znajomym, świecie. Tylko jak walczyć ze Złym? Czy w tej walce wszystko jest dozwolone? Czy dobro w ogóle istnieje? I miłość…

IMG_6817

I wiatr.

Znowu wiatr, jakbyśmy się mogli za nim stęsknić? Serio?!!! Na dodatek tak wieje, że już nawet nie ma sensu trzymać dachu, leci się wraz z nim. Po prostu. Dlatego już nie trzymam, tylko pod kołdrą w łóżku się chowam, bo telepie… Nie dość, że telepie światem, Wyspą, to na dodatek i mną samą. Mną całkiem niesprawną, by być ową sobą samą. Myśli dziwne, nerwowo się kręcą pod kopułką, nagle wielki, gliniasty, może i murowany słoń, i to taki nadmiernie utyty siada człowiekowi na piersiach i już nie można ni spać, ni żyć, ni nawet być sobą. Wszelkie zło, wszelkie zmartwienie, doły wszelakie zaprzeszłe, przyszłe a i nawet te teraźniejsze łączą się i pakują na nowo w codzienność. Jest ciężko, smutno i źle. Deszcz zacina to gradem, to kroplami wielkimi niczym odpadnięte genitalia zombiaka. Znaczy jaja no!!! Wali toto w szybki, na szczęście się zmywa, więc nie ma problemu, i promów nie ma, ale i tak…

… strach.

Cóż, czasem mamy i taką wietrzność, która wywiewa koszmary z łba i rzuca je prosto w oczy, na nowo, od nowa, ab ovo!!! Jakbyśmy nigdy nie mieli już być szczęśliwi, jakby cała prawda była kłamstwem, kłamstwo też kłamstwem, a na dodatek… nadzieja dała nogę. A nawet dwie, suka niemyta jedna, zawsze człowika na manowce cholerne wypuści, no zawsze… Na szczęście w końcu, po dwóch dniach wiatr milknie. Gubię się najpierw w pulsujących rytmach rzucanych w ściany mojej Chatki odwłoków zaprzeszłych bóstw i potworów, by w końcu wyciszyć się i odejść.

On też się gubi…

Ale czy daleko? Czy na zawsze?

Nawet gdy odchodzi, przecież i tak wiadomo, że wróci… wiatr. Czasem z nim może i ciężko, ale jednak, bez niego nie umiem już egzystować. To jak względnie wyględne tortury, które jednak się lubi i których się potrzebuje. Bo w końcu człowiek to pokręcone stworzenie, psychicznie. A taki mieszkający na Wyspie, to kurna już w ogóle!!! Do żadnej foremki nie pasuje.

IMG_0122

Park Narodowy…

Żeby nie było, oczywiście jestem za! Może to i dalekosiężne plany, ale serio jestem za! I po trzy razy jestem za!!! Bo wiecie co, ludzie nie zasługują na taki świat. Są za głośni, za bardzo śmiecą i wydaje im się, że są wszystkim, widzą wszystko i w cholere niczym te Pępki Świata, egoistyczne bóstwa o pokręconych członkach, co to tworzą wyłącznie mdłe wymoczki w rurkach, tudzież innych księcioseksualnych… No sami wiecie jak to teraz wygląda. I dlatego chcę parku na Wyspie. Najlepiej to objąć parkowością całą ją, by wiecie, wykorzenić te pomysły o truciu zielska pokręconymi próbkami, by zwyczajnie uprawiać tutaj, co się uprawia, oglądać ptaszki, wdepnąć w żubrzą kupę, patrzeć jak fajnie pomyka zając chodnikiem, a wrona zawsze wybiera zielone światło… Bo tutaj wszystko jest takie wymagające ochrony.

I by przybywali tutaj ci, co chcą zwyczajnie pobyć, nie mieć, nie zdobywać, ale być. W tym podstawowo atawistycznym widzimisieniu. Wiecie. Chodzić, biegać, jeździć na rowerze. Wąchać kwiatki, macać pnie, tulić się do drzew. Pływać, patrzeć, myśleć i tworzyć. Opowiadać i czytać, słuchać i wąchać. Zachwycać się piaskowością, gdzie jest piaskowość i kamienistością, gdzie jest ona. Wypatrywać żył kwarcu w gnejsie czy granicie i bawić się otoczakami. By zwyczajnie uczyć się świata, na którym żyjemy, zapatrzeć się na kanapkowe warstwy osadów i przekraczać czasem rzeczki nie do końca suchą stopą i słuchać… Tak, słuchać przede wszystkim tego, o czym szemrze Wyspa.

Bo wiecie co? Zapomnieliśmy o tym, że nauka trwa nie tylko całe życie, ale przede wszystkim wszystkie życia! Że by być bogiem, wymagana jest pokora i uznanie wyższości natury nad sobą samym. A nie przyjeżdżać tylko po to, by twierdzić, że moja Wyspa nie wygląda jak jakieś cholerne Majorki… bez urazy dla Majorki, chociaż korci mnie Menorka i Ibiza… znowu. A może Formentera? Nie dla plaż, ale dla pewnej powtórki. Może kiedyś? Hmmm… a może nie?

IMG_0142

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma PlePle… została wyłączona

Pan Tealight i Bajalas…

„Łaziła Wiedźma Wrona Pożarta po Bajalesie, łaziła i mokła. Znaczy mokła tak od dołu, bo ostatnie deszcze nie zdążyły już ni wsiąknąć, ni zamienić się w parę… Zwyczajnie mokła, podtapiała się nawet, próbowała przestąpić względnie suchym kolanem i udem mokradła, bajorka, bagienka i rzeczki. Wszystko jakoś tak ciurkało, plumkało i się ogólnie kropliło, że słabo jej szło. Już po chwili jej wciąż nowe buciki z Niewiadomej Skórki przybrudziły się, a nawet i od podeszwy mocno woniały plackami krowimi i bobkami owczymi. A nawet czymś psim, lub kocim… ekhm, no cóż, Zima odeszła, wredna Wiosna już ostrzyła sobie pazury na wszelką pomroczną spokojność rozbijając noc i serio wkurzając Wiedźmę Wronę…

Chyba z powodu owej wszechobecnej nazbytniej ciepłoty nie mogła usiedzieć w domu i zagłębiła się w Bajalas. Mroczny, zielonkawy, kamienisty, mszany i poprzecinany wąwozami, w które zbyt łatwo było poznać od dennej dna strony. A jednak chciała być tylko tam, nigdzie indziej. W owej mroczności skąpanej w dziwnym zablasku. Niby słońce miało tu wstęp, ale jednak przechodząc przez igliwia zdawało się coś gubić, zmieniać się, transformować… Być innym. Z jednej strony jasnością, z drugiej, czymś bardziej pasującym do głębokich, kamienistych tuneli, do których niebo nawet, burzowe nawet, nie chciało zaglądać.

Wiedźma Wrona Pożarta stąpała mniej lub bardziej uważnie, korzystała nadmiernie ze zmyślności Chowańca i jego o niebo dłuższych nóg… bo mogła. I chodziła. I oddychała i uświadamiała sobie, że tylko tutaj czuje się sobą samotną, ale i niesamotną jednoczśnie. Jakby te drzewa wiedziały, że można ją głaskać konarami, nawet oko wydłubać, jeśli nie będzie uważała, ale co do większego narzucania się, to nie…

… raczej nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6476 (2)

Znowu książki!!!

IMG_6780

Nie wiem jak Wy, ale gdy mnie strzępi dusza, gdy serio mam już dość tych wszelkich wynalazków współczesności, gdy niczego już nie rozumiem, a kit jaki wypisują ludzie na Facebooku doprowadza mnie do pasji… i to serio, tej bardzo mocno bolesnej, to jakoś tak, jakoś tak, tak jakoś zwyczajnie uciekam w las. Na kilka godzin. I idę. Zabieram aparat i wtapiam się w knieje, które jak na razie nie obfitują zanadto w robale. A może tylko mam taką nadzieję, bo z ponad trzygodzinnego spaceru przytargaliśmy jednak właśnie jakowąś glizdę. Ale nic to, no cóż w tym złego, że się gadzina jedna płaźnicowa zabrała z nami na przejażdżkę? No sorry… jesteście więksi, więc noście mnie!!! Przecież nawet nic nie poczuliście…

Idę w las i mijam ludzi, którzy chyba czują jak ja. Gdy tylko człowiek na nich nie patrzy, gdy nie czują kogoś obcego na horyzoncie, bardziej czują niż widzą… zachowują się jak w raju. Jakby nagle ktoś ich przyniósł tam, gdzie żaden ból im nie straszny gdzie nic, co się zdarzy nie może naprawdę ich zranić. Gdzie istnieje tylko bajka… Bo takie są cząstki Paradisbakkerne. Niesamowitego miejsca, strasznie zróżnicowanego, takiego… Tolkienowego.

Naprawdę.

Co krok, to kolejna scena z „Władcy pierścieni”!!!

Tutaj zawsze jest jakaś zamglona kotlinka, wąwóz, zwykła zabawa skałami, a potem na zielonym mchu stojący kamień… stary, czy nie? Postawili go tutaj ci, co byli przed nami, czy jednak tylko ci, którzy niezbyt się zestarzeli? Nie… nazbyt mnie do niego ciągnie, do owej specyficznie uformowanej, ogromnej iglicy. O krawędziach ostrych, a jednak chyba nieobrobionych. A może specjalnie ułagodzonych kamieniami? Może ci, którzy byli tu przede mną, też zmoczyli buty w strumieniu, który o tej porze nazbyt się rozlał, może i oni balansowali na złamanej brzózce… może i ich zachwyciły gotowe na wzrost krzaczki jagodzińca? Może… i oni znowu uwierzyli w coś więcej?

Bo nie da się nie myśleć o przeszłości, gdy patrzy się na te wąwozy. Po bokach skały zduszone, jakby ktoś zaplanował sobie niezły tort i wyciął z niego zbyt wczśnie ogromy kawałek… dołem nierówności, pojedyncze drzewa i krzaki, a jednak i ścieżka. Rzeczka, pluska, jakby mimo chłodu skrzaty goliły sobie tam stopy… szykując się już na wiosnę, która chyba już na Wyspę biegnie.

IMG_5862

Mijamy kolejne pary, bo tak. Każdy rzuca sobie: „hi”, uśmiechając się, jakby wiedział lepiej niż ja sama, czego tutaj szukam. To takie dziwne. Milcząca wspólnota spacerowiczów. Mijających omszone kamienie, jakby władały nimi pradawne elfy, z którymi serio nie należy zadzierać i wpatrując sie w ową mglistość w najniższych partiach, w której coś migocze. Może to i malutkie wróżki, może tylko robal… od wyboru do koloru. Po co się sprzeczać? Po co wierzyć, że coś może wyjaśnić to uczucie? Tak bardzo… nie trzeba tutaj o tym myśleć. Jak nazwać to i tamto, czy rzeczywiście te kamienie to Śniące Trolle, czy jednak tylko głazy? A może zapomnieni Turyści, którzy postanowili swoimi członkami użyźnić Wyspę?

I nagle niebieskie oczko. Mroczne, a jednak wciągające… i to nie tylko dlatego, że dookoła mamy niezłe bagienko i każdemu krokowi towarzyszy ten dwuznaczny mlask. Jakby Wyspa w końcu mogła człowieka smakować. Wiecie podgryzać, lizać, wciągać czasem może i ugryzie od czasu do czasu zbyt mocno, ale… nie narzekam. W końcu nie gryzie mnie wtedy, gdy staram się nie wpaść w wąski niczym dziewicza przecinka wąwóz. Modlę się by w niego nie wpaść, gdy znowu się ślizgam na gładkich kamieniach. Serio! Kto je tak gładzi? Co jak co, ale nie jest to tylko natura. Muszą mieć jakichś dziwnych, powalonych mocno ludzi… takich jak ja, którzy serio mają problem z niedokończonymi sprawami, wiecie pełnych natręctw. Tych, co myją rece dokładnie po trzy razy za każdym razem i trzy razy obracają się, gdy tylko coś im upadnie, a i w ogóle lepiej, gdy wszystko jest u nich po trzy razy. No i tych, którzy nie zostawią odchylonych drzwi, bo szczerze wierzą, że ciemną nocą coś z nich wylezie i ich zje. Nawet jeżeli to Coś jest już dawno na emeryturze i ino się ślini w tej szafie, pod obsmarkaną paczką wywąchanych woreczków pachniuchowych. Już nie pracuje… czasem tylko ukradnie jakąś skarpetkę, albo nazbyt powyciąga nitki z szalików, tak wiecie, by zarobić na te woreczki.

Bo przecież świat nie jest taki, jak mówią nam inni, bęez przesady, każdy z nas toczy swoją gównianą kulkę i tyle. Dla jednych kulka może być nazbyt ciężka, dla innych, nazbyt kamienista, a inni postawili na dziwne odchody w tej kulce. Wiecie, jak żuczki!!! LOL Warto słuchać ino przeszłości.

Na szczęście Wyspa nią jest…

IMG_6342

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bajalas… została wyłączona

Pan Tealight i Snowkurnadropsy…

„Ale się wkurzyła.

No po prostu aż jej uszami szedł dym, piana dziurkami od nosa, a kapiący z zębów kwas wypalał malownicze dziurki we wciąż zielonej trawie. Serio malownicze… i dość specyficzne, bo żarzące się na niebiesko… Aż tak była wściekła. Jakby ktoś jej ubił ukochanego misia, zeżarł ostatnią czekoladę, którą miała na dzisiaj, albo gorzej… podwędził jej te tabletki na wszelkie do ludzi się upodobanie. Taka była wrząca aż! Taka… że mogłaby samym spojrzeniem zgnieść czyjeś jaja. Nawet te ekologiczne!!! Nawet te od szczęśliwych kur, gorzej, nawet te złote, albo i w czekoladzie. Te nadziewane też, a nawet te już zjajecznicowane! Gorzej, bo nawet kinder niespodzianki nie były pewne swego stanu skupienia… i inne…

Taka była wściekła!!!

A wszystko oczywiście przez Zim, która się wzięła i skończyła 1 lutego. Bo wtedy Wiedźma Wrona Pożarta zauważyła pierwsze Snowkurnadropsy!!! Wredne, maleńki, delikatne dzwoneczki, niczym te szczupłe blondynki, eterycznie eklektyczne, które mogły wpierdzilić dwa torty śmietanowe, a jednak nigdy nie tyły! Nawet pryszczów nie dostawały, choć żywiły się nutellą i bułeczkami z kruszonką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9759

Z cyklu przeczytane: „Ród. Wiedźmy z Savannah 1” – … potrzebowałam. No czasem kobiety mają takie napady i naloty. Na dodatek trafiło się coś, co nie jest o nastolatkach, ma być zabawa… więc dlaczego nie?

I wpadłam w Savannah. Nadzwyczajne miasteczko pełne magii i pokręconej lekko, pełnej tajemnic rodziny Taylorów. Naszą narratorką jest prawie dwudziestojednoletnia dziewczyna. Jedna z pary bliźniąt, której nie dostało się nic z mocy. Sierota… zakochana w chłopaku siostry, ale i posiadająca niezwykłego przyjaciela… i właściwie tyle. Gdyby nie to, że głowa rodziny nagle odwala kitę… no cóż, to zawsze jest jakiś problem.

Lekka, przewidywalna historia… choć nie do końca, bo ten może Was naprawdę zaskoczyć. Coś odrywającego każdego od codzienności, znaczy chyba bardziej żeńską część populacji, ale ja tam nie oceniam. Coś magicznego, utopijnego miejscami, naiwnego, ale i trzymającego w napięciu do końca! Takie fajne czytadełko.

IMG_6118

Jedzonko, słodkie pożywienie… cud aromatyczności i pełnia opowieści, czyli wiecie, zwyczajne książki… Ha ha ha!!!

IMG_6684

Ciemność…

Na Wyspie ciemność to jest tak różnorodna, jak moje własne zachcianki. A to raz chce mi się tego, a to raz tamtego, a to znowu niczego mi się nie chce, no wiecie kobita! Albo jak kwiaty na łące, dzikusy totalne w różnych rozmiarach i kształtach, w korzeniu miejące wszelkie normy i gówniane UE. No po prostu dzikusy no, a jednak etyczne. Skąd im się to bierze i skąd one się biorą? Kto to tam wie? Widać Matka Natura też baba i różnorodność wpisaną w siebie ma… ale ciemność… Z nią jest inaczej. Jakoś tak. Zawsze dość nagła, zwykle niespodziewana, jakaś taka włochata, mechata, ale nie jak potwór, a raczej mało śliniący się, długowłosy kundelek, który cię strasznie kocha, ale często zamyka przy tym kochaniu oczy. No wiecie… ciemność.

Zwyczajna, a przecież nie właściwa wyłącznie nocy… miła i spokojna, cicha niczym… właściwie cicha, jak nic innego na ziemi, cicha, że już nie boli, ale nawet twoje głosy w głowie, zwykle nadmiernie rozpuszczone, jakoś tak… cichną. Cisza, która pozwala odnaleźć w sobie takie dziwactwa i spokojności, że głowa mała!!! Atawistyczna cisza, właściwie coś, co w dzisiejszych czasach chyba jest niemożliwe… Bo przecież, czy macie dostęp do takiej ciszy? Wyłączonych wszelkich urządzeń, nawet rutera, nawet ogrzewania, nawet… telefonu? Macie? Ciszy, która nie pije w uszy, nie obgryza kości, a staje sie brakującą cząstką twojej tożsamości, gdzieś nigdyś zagubionej…

Taka jest ciemność nad Wyspą, a może w Wyspie? U góry tak rozgwieżdżona, że na nowo odkrywasz w sobie pasję astronoma i jakoś znowu ci sie zdaje, że przyszłość, przeszłość, teraźniejszość i wszelakość można w nich odkryć. Że to, co widzieli inni przed tobą, pozbawieni elektryczności, tak naprawdę wcale nie jest straszne, jest tylko… inne, może i bardziej swojskie, może i odebrane ci siłą? Bardziej prawdziwe niż to, co pokazuje elektryczność? Wrażliwe?

Ciemność pierwotna, w której wszystko widać, bo nie przysłaniają jej nie tylko światła, ale przede wszystkim budynki i wrzaski cywilizacji. Ciemność dla wrażliwych książkofilów i tych, którzy kochają śnić. Którzy nie tłumaczą sobie snu, jako marnotrawienia czasu. Jako przymusowej przerwy w pracy.

IMG_8962

Pierwsze przebiśniegi.

Luty kurde! Co ja gadam, luty, pierwszy luty, a w ogródku, w zielonej trawce co? A cholerne przebiśniegi. Nie, no oczywiście, że kwiatki są super, ale nie wtedy, gdy człowiek, czyli ja, czeka sobie na zimę. Na pogodę poniżej zera, jakieś wzgledne się wyziębienie. Na to wszystko, co uplastycznia cholerne cztery pory roku!!! Bo wiecie, mi to kompletnie ta ciepła nowomoda nie odpowiada. Niby wiem, że Wyspa to jednak specyficzna klimatyczność, ale przecież ja tak ładnie proszę!!!

Ale gdzie mnie tam ktoś słucha. Kwiatki pierwszego lutego!!! Bazie wypuszczają swoje szalone kwiatki, a ja kurcze mam na nie alergie psychiczną! Czyżby rzczywiście wiosna miała zamiar przybyć w  tym roku nad podziw prędziusiem? Ale dlaczego? Za jakie grzechy? No przecież… no przecież byłam grzeczna!!!? Może i byłam grzeczna, ale i tak w poniedziałek napadną mnie dzieci. Chyba serio nie rozumiem fastelavn. Znaczy kumam ostatki i cały ten rejwach, ale zbierać kasę po domach? Kto w dzisiejszych czasach ma jakieś drobniaki… chociaż może jednak nie wypominać dzieciakom tego, bo będą łazić po domach z czytnikiem kart kredytowych… Zresztą, przecież ja nie mam żadnej karty!!! Że płatność przez telefon? Też nie mam!!! Ha ha Ha!!! Ale dzieciaków się tak łatwo nie pozbędę. Będą waliły we wszelkie dostępne drzwi od godzin porannych do południa, a potem za uzbieraną kase kupią tatusiowi fajki…

Nie kumam świata! I tej upierdliwości… W Halloween to nie ma komu łazić po cukierki, ale jak po kasę, to kurna wszyscy?

A może zwyczajnie jestem zgryźliwa? Jak myślicie? W końcu przecież wszyscy lubią dzieci, czyż nie? Dzieci są kochane i cudowne, naturalne podobno takie, biją cie czym popadnie i opluwają, ale to przecież tylko dzieci… dzieci są super! Wszyscy w końcu są dziećmi na zawsze, a może nie? W końcu jak ja komuś przypierdolę wózkiem w supermarkecie, to jak nic oberwę z powrotem. Ale dzieci są super… z posypką, smażone w sosie, a może panierowane, albo wiecie jak korniszony w słoiczkach, na potem, do pogryzania, jak ci smutno i źle? No co…

Dzieciom to wszystko wolno, a mi nie!!?

IMG_6317

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Snowkurnadropsy… została wyłączona

Pan Tealight i Pranie Wiedźmich Marzeń…

„No prała no.

Wiatr wiał, to i prała. Zbyt dobrze jej było wiadomo, że wiatr i mróz najlepiej suszą, a z braku mrozu, postanowiła wykorzystać dostępną opcję. Najpierw oczywiście rozciągneła kolorowe sznurki w swoim Trawiastym Ogródku. Od Żywego Płotu, do tego, Co Mniej Żyje. Trochę się z tym męczyła, a wiatr nie, on się świetnie bawił. To pociągnął ją za jeden sznurek, to za drugi, to poplątał je same, zrobił zgrabne warkoczyki, to zaplątał w jej włosy, to podciął jej nogi, obwinął ją, zakokonił, powiesił na Czereśni Strażniczce… No wiecie, zwyczajnie. Jak zabawa, to na całego, przecież kto wiatrowi zabroni? No, kto się odważy? Ale jak zaczął pleść te koszyczki, nagle w powietrzu zaczęły latać szydełka i druty i inne tam dziwne ustrojstwa, Wiedźma Wrona Pożarta zrezygnowała i zwyczajnie gwizdnęła wiatrowi zgrabną, wielką od dmuchania dmuchawkę. Przypomniała mu dlikatni, że zna się z jego babcią, więc jak co, to nie omieszka zakapować, o tych nasionkach i roślinkach w kolorowych doniczkach, co to wiater na nie nie dmuchał, co liście miały trochę jak pomidory…

Wiatr więc wiał, a przyczepione drewnianymi spinaczami do sznurków marzenia się suszyły. Oczywiście najpierw je uprała… niektóre zostały potraktowane piaskiem, te wiecie najbardziej pierwotne, i dodatkowo potłuczone drewnianą pałą, bo to lubiły… inne znowu zażyły wyłącznie różowej, truskawkowej pianki. Jedne pragnęły tary, inne pralki Frani, nieliczne znosiły karuzelę pralki, większość jednak wymagała pieszczoty i osobliwego dotyku człowieka… znaczy wiedźmy. Cóż, w tym przypadku miały tylko wiedźmę, więc nie było co marudzić. I nie marudziły, głośno. Dawały się myć, szorować, miejscami nawet pocierać jakimś rodzajem pumeksu… w końcu to tylko raz w roku!!!

Raz w roku trzeba było przeprać marzenia. Przypomnieć sobie czym były najstarsze, jak wyglądały obecne i pomacać futurystyczne kształty tych jeszcze nieznanych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0506 (3)

Z cyklu przeczytane: „Autopsja” – … obudzić się. Takie to przerażające. Koszmar wielu. Obudzić się w grobie, w trumnie, pikuś jeśli tylko w worku na zwłoki, ale co, jeśli w chłodni? Obudzić się. Nie umrzeć do końca…

Oto jak się zaczyna kolejna powieść Tess Gerritsen z cyklu detektywistycznego. Czyli po pierwsze Rizzoli i Isles, a po drugie… ona. Dziewczyna, która miała marzenie, ale nigdy nie pozwoliła sobie na zbytnią nadzieję. Dziwka? A może tylko ofiara? Autorka kolejny raz podejmuje temat częsty – niewolnictwo seksualne, przemyt dziewcząt zza wschodnij granicy. Kobiecą klątwę? Jednak to, jak to robi, zniewala. Długo niczego nie jestśmy pewni, wiemy jedno… dziecko się rodzi, a potwory często mają poprawne, wykształcone twarze uśmiechające się do nas z wysokich, rządowych stanowisk… Ale czy to jest możliwe? Czy prawdę zna tylko on… szaleniec?

Trzymająca w napięciu i niesamowita historia, po której… jakoś chce się wpieprzyć większości napotykanych burżujów.

IMG_6116

Joboland case… no a pewno, w końcu wiatr ucichł, więc inne sprawy stają się namacalne. A wszystko zamyka się w nazwie. Pamiętacie ten cyrk w Polsce, co to chcieli zmieniać nazwy marek… Pan Śmierdziel i tak dalej? Dawno to było, możecie nie pamiętać, więc zwróćcie się do starszych o pomoc i małą pogadankę o przeszłości wszelakich wariatów nacjonalistycznych. I pomyślcie sobie, że wariaci nacjonalistyczni są wszędzie. A może raczej właśnie w Danii są tak wyraziści?

Joboland co roku staje się Mekką dla rodzin z dziećmi. Przykro mi, ale nie powiem Wam co oni tam robią, bo mnie przeraża. Masa ludzi, zabawy, zjeżdżalni i pewno cuda wianki. To nie dla mnie, wolę względnie dziką przyrodę. Ale widać jak ma się dzieci, to zamknięcie ich w takim zabawowym ogródku jest fajne. Dotąd nazw Joboland jakoś wszystkim przechodziła przez gardło. Ciekawe jednak jak będzie się Polakom i Niemcom wymawiać Brændesgårdshaven? Ciekawe, czy widząc taką nazwę ktoś im uświadomi, że tak oto i było to miejsce z dinusiem. Zielonym gościem w czapeczce, o żółtawych, przepitych włoskach… który nie żyje.

… bo zamordowano dinusia. „Mord i Brændesgårdshaven” krzyczą gazetowe strony. No dobra, może nie strony, a raczej jedna strona i jedna gazeta, nie przesadzajmy ile tych gazet by miało być na niecałe 40000 luda? A wszystko nie tylko z powodu zmiany nazwy, ale i „utrupienia”, i to dość rytualnego, samej maskotki. No bo sorry, ale jak zmiana nazwy, to i więcej kwiatków – podobno ktoś sprezentował temu miejscu niezłe cebulki – ale i strącona głowa maskotki. Zwyczajnie, znowu świat się zmienia. Ciekawe tylko, co powiedzą ci, którzy w swoich malutkich, dziecięcych serduszkach tak bardzo czekali na kolejną przygodę na Wyspie, właśnie tam… Trochę to przewrotne. Z jednej strony pobudowali masę dinozaurów w celach oczywiście naukowych i w trochę innym miejscu, a tego ubili. Czyżby kolejny, dziwaczny przykład równości i balansu w naturze? Pokrętny i może, ale jednak… wytłumaczalny.

Nie przepadam za wycinaniem drzew i zmianami. Sorry, ale w ciągu własnego życia, moż i niedługiego Matuzalmowo, ale jednak, nauczyłam się, że kurna… zmiany zwykle bolą, piszczą i ogólnie wkurzają. Wycięte drzewa, krzaki prawie wyorane. Kolejny napad na ekologię za oknem. Znowu zniszczone coś, postawiony koszmarek nawiedzonego architekta… zmiany.

IMG_5058

Cholerny roundap… już mieli to banować, a tutaj od nowa i to informując wszelkich maluczkich o tym, że przecież nic do końca nie udowodniono – cóż dowody mało żywe są – więc rak to ino mrzonki, więc można używać, czyż nie? No i będą używać, bo podobno się dzikie róże po Wyspie panoszą. Bez urazy, może moje wykształcenie nie do końca w klimacie, ale zdrowe, niesamowite, zajebiście pachnące krzaki, które żyją właściwie tylo w kilku miejscach tutaj, zawsze przy piaskach, zawsze skromnie przytrzymując ten kawałeczk gleby… traz takim świństwem wybijać?

Durni ludzie! Oj durni są wszędzie…

Ciekawe co na to wszystko powiedziałby bielik zwyczajny? No bo widzicie, podobno cztery osobniki żyją na naszej Wyspie! Aż się chce usiąść na polu i wgapić się w niebo i patrzeć. Bo jak na ziemi takie szaleństwa się dzieją, to może tam będzie spokój? Może rzeczywiście… a nie, kurcze, jednak nie, bo przecież Rosjanie sobie jazdy niebiańskie urządzają kilka razy w tygoniu. Ścigają się z naszymi, hałasują, aż człek ma ochotę im przylać. Wiecie, tak po matczynemu, na gołą… a nie, to kurna przecież teraz jest molestowaniem, czyż nie. Kurde… co się w cholerę dzieje na tym świecie? Bronić się kobiecie nie wolno, bo przecież jeżeli napastujący to tzw. uchodźca, to jak nic posądzą ją o rasizm. Facet nie może bronić domu i ładunku, bo to też i rasizm i kurna pierun wie co jeszcze, bo może napadający kiedyś był kobietą… a może jest ufokiem? Tak serio, to tylko trza się położyć, dać zabić… wtedy cię wyśmieją, ale przecież tego już nie usłyszysz, chociaż może? Może te wiatry ostatnie, to takie wkurwione dusze, zmarli, co to czytają, co o nich wypisują różne matołki w internetach i pokręceni pseudodziennikarze…

… dlatego lepiej iść w naturę. W lesie wiesz, że gryzący cię komar zasługuje na PLASK, ale jak nie zdążycie plasnąć, to krew jest jego. I fajno!!! Wiesz, że możesz wdepnąć w kupę, ale też i fajnie się idzie po ścieżkach wytyczonych przez owce. No i oczywiście te widoki. Jakoś ziemia, ni skały, nie wrzeszczą na fale za owo obmywanie i ciągłe ich zmienianie. Może zwyczajnie lepiej wyłączyć telewizje i internety i po prostu zaufać zewnętrzu… i poszukać swojego dinusia? W końcu tyle skamielin dookoła! Może warto czasem zapatrzeć się w ziemię? Serio!!! Kamyczki są piękne!!!

Kurcze! Czy to znaczy, że już nie wolno mi lizać kamyczków na plaży, no przez te roundapy? Osz kurna!!!

IMG_5051

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pranie Wiedźmich Marzeń… została wyłączona