Pan Tealight i Stosunek Mocno Przerywany…

„Serio… miała Stosunek Mocno Przerywany. I wcale się nie wstydziła do tego przyznać, zresztą co, jak się wstydzić. Normalność i tyle! Innym się na pewno też zdarza, chociaż może nie? Kto to tam wie, ten współczesny świat taki porąbany… No i zresztą mamy przecież wolność wymowy i wyznania, czyż nie? Sorry, ale to miecz obosieczny, ty czcisz krowy, ja je zjadam i tyle. Nikt się nie powinien obrażać, a jednak… świat jest tak bardzo okrutny dla tych niepoprawnych politycznie. Nagle już nie można powiedzieć NIE!!! Właściwie najlepiej siedzieć cicho i przyjmować razy i raczej nie pozwolić drzazgom odbić się od swojej krwawiącej skóry, bo od razu oskarżą cię o próbę morderstwa. I jeszcze te religijności… ogólnie przesrane mieli ateiści, hetero, co kochają pracować. I to jeszcze faceci. No serio…

Serio miała stosunek… znaczy w kierunku tego wszystkiego. Czasem nie mogła się nie zanurzyć w tym świecie, który tętnił dziwnymi siłami, ale jeszcze częściej wolała się nie wychylać z domu. Zamknąć się i udawać, że całkiem jej nie ma, nie istnieje i ogólnie… nie otwiera drzwi i wcale się nie trzęsie pod stołem.

Tak, do życia Wiedźma Wrona Pożarta miała Stosunek Mocno Przerywany. Jakoś tak nie mogła żyć z zyciem, no a bez niego, sami wiecie… chociaż. Zauważyliście, że wszyscy tak walczą przeciwko śmierci, targają się na zabronienie niewydawania żywych na świat, a jednak jeśli chodzi o samo życie, to mają je gdzieś, więc… może w rzeczywistości miała rację? No bo po co żyć? W końcu takie wiedźmowe życie składało się ostatnio wyłącznie ze strachu. Obsypanego strachem, doprawionego lękiem, dekorowanego przerażeniem i silnie się trzęsącego przy podawaniu. Może należało ino się urodzic i od razu wiecie… skończyć z tym wszystkim?

Oj tak, cała ta wiosna kiepsko wpływała na Wiedźmę Wronę. Koszmarnie wprost. Gdy większość kipiała radością i nowymi siłami, w niej jakoś wszystko obmierało wraz z wyższą temperaturą i dziwnym brakiem szronu we włosach. No ale… każda potwora znajdzie swojego armatora, czyż nie? Wiedźmie jakoś ostatnio się nie przelewało w rejonach soków twórczych, tudzież w miejscach wszelkiej kreatywności. Uśpione kanwy nawet już nie podnosiły zaintrygowane rogów, a nowa, wielka, biała i niewinna całkiem rama… wszelako zdawała się być tym wszystkim mocno zdołowana… Nowe pędzle wciąż straszyły błoną dziewiczą, a ona sama, Wiedźma… jakoś nie mogła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2331

Cudne jest to wydanie!!! W końcu twarde okładki, strony, z których farba nie schodzi, miodzio papier… ech, bajka!

IMG_2791

Z cyklu przeczytane: „Magia zabija” – … zabawa? A może jednak ona, on i magia? Ten specyficzny świat, mieszanka techniki i magii? Nie wiem.

Lubię to!

Piąty tom… trochę wyduszony z Fabryki Słów, trochę ostatnia szansa, że jeżeli nie będą kupować, to więcej nie będzie, a w środku ona… Kate i Władca Bestii i jeszcze te osobowości poboczne, jak boudy, wszelako zmienni zmiennokształtni, postacie, które sie rozwijają, albo umierają, malowniczość lekko postapokaliptycznego świata i magia. Ale nie magia taka sobie, a ta niesamowita, obwarowana mitycznymi postaciami. Tym razem… magia prosto od Mateczki Rosji!

Porywająca jazda bez trzymanki. Jak zwykle. Moc dialogów, garść dywagacji, trochę tęsknoty za opisami, bo gdyby były one, to przecież i opowieść byłaby dłuższa… po prostu zabawa. A co najlepsze, mimo wszystko można ową zabawę zacząć od tego tomu. Bo czemu nie? W końcu wszystko wiadomo…

Kolejny tom oczywiście i jak zwykle, z jednej strony zamyka pewne drzwi, ale w zamian otwiera kilkanaście nowych i już nie mogę się doczekać tych przygód!!! Błagam! Wydajcie ciąg dalszy!!! Świat bez naburmuszonego Władcy jest zbyt biało-czarny. I bez Grendela, w końcu kto by nie chciał mieć bojowego pudla… może i śmierdzi, no ale jaki fajny piesio, no… i jakie ma wymioty!!!

IMG_2314

Zmrok zapada. Coś się tam jeszcze na horyzoncie szarpanym listkami żywopłotu i czereśni wciąż jeszcze się nie liściejącej mieni, coś sie dołem jaśni, pojedyncze promienie szaleją na mglistości wszelkiej… kątem oka jednak widzę demony. Albo kurcze Zbrodnicze Czarne Gnomy? A może Potępieńcze Dusze Bardzo Niskich Zmorów? Czarne plamy skaczą i pełzają, dżampują i dziwnie się namnażają. O co chodzi? Co się dzieje? Czyżby dodali mi do herbaty grzybków?

Oto rozpoczyna się czas ptaszenia. Oto i one, moje słodkie solsorty, które o tej porze dnia zdają się być aż nadmiernie głodne. Co jak co, może pan solsort z damą swego serca, czy dzioba, a może pazura? Pióra? Bynajmniej z samiczką wybiera się na kolację przy świecach. Albo świetlikach? Tudzież pod lampą strzegącą naszej uliczki, wiedząc, że gdy wybije północ jego samiczka zmieni się w dynię, latarnia zgasnie, a on miotając sie po kilku łupinkach procentowej nalewki w nią wdepnie i tak mu to zapachni, że upiecze sobie dyniowy placek i go zje… ją zje?

Wiecie, wszyscy mają problemy.

Gdy jednak zmrok zapada problemy idą się paść na te swoje łąki niebiańskie, gdzie mają te swoje dziewice i inny religijny szajs obiecany, gdzie czekają ich wiekuiste orgazmy i wiele napitków grzesznych… a człowiek nagle od nich uwolnieni mogą po prostu poszaleć. Przestać myśleć o tym wszystkim, bo sorry, ale na tak niewiele mamy wpływu… może poza własnym pęcherzem, tudzież pewnymi szaleństwami, ale ta cała reszta, ten cały świat coraz bardziej pociesznych norm i poprawności… może się bez nas obyć. A co. Pa pa! Odejdźcie problemy, paście się i bawcie dobrze, nie wracajcie!!!

Mrok zapada…

… wszelkie cienie zostają zidentyfikowane jako ptaki, ptaszki, ptaszencje, kot sąsiada, który znowu obsrywa mi choinkę i stadko krasnali… podpitych, brodatych gości w czerwonych kapelutkach i drewnianych butkach, jak widać pierwsze pićku ze śnieżynek i ranników już sie nieźle skropliło i potraktowało owe niewielkie postacie. Pierniczone homunkulusy. Kochane są i cudowne, ale gdy tak się drą pod drzwiami, coby je wpuścic, bo one nie będa przecież sikały tak zwyczajnie na dworze pod krzaczkiem, przecież to nie uchodzi, by magiczne stworki tak popuszczały w gacie i oblewały sobie butki… Nie uchodzi! Wpuść nas człowieku!!! Daj skorzystać z kibelka, albo chociaż odpływu prysznica, w końcu to tylko siuśki!!!

IMG_0769 (2)

Wraca człowiek do domu ze spaceru i nagle się dowiaduje o żółtym alarmie mgielnym. Czyli wiecie, siedźmy w domu, bo przecież i tak niewiele widać na zewnątrz. A raczej… nic poza bielą…

Nadchodzi czas wielkiego się mglenia. Kiedy to może świecić słońce, ale ono wcale nie musi do Was docierać. Świeci, ale ponieważ wszystko otacza ta dziwna mglistość havgusa, jakoś tak jest mroźnie… Havgus ma w sobie te szkliste północne szpilki i wdziera się w każda odsłoniętą cząstkę ciała. Jakoś tak, no lubi bliskie cielesne kontakty. Przewala i czołga, tańczy się… Tak serio, to niesamowite jest naprawdę widzieć mgłę. Nie ową niemrawość powietrza, owe wszelkie zaszarzenie, czy zabielenie, ale właśnie mgłę. Maleńkie i większe mgliste postacie toczące się drogą, przechodzące przez pola, wyzierające z dziwnych kup drzew… Cóż za korowód. Wydaje się, że ci więksi maja na sobie jakieś powłóczyste szaty. Jakieś nakrycia głów, spiczaste, wydłużone, jakieś takie obwieszone szczątkami poprzednich bytów… ci mniejsi przemykają się im pomiędzy nogami, pomiędzy butami z długimi noskami, niczym kłęby, prędkie są jak sam Struś Pędziwiatr…

Biegną mgliste postacie, potknęła się jedna, przewaliły się przez nią wszystkie, dwie przeskoczyły i lecą dalej! Lecą, biegną, przewracają się i jeszcze tańczą! Tu walc, tam pląs świętego całkiem Jana, tam polonez, kujawiak, breakdance, czy całkiem zawiłe pogo, a znowu tutaj, pod ta brzozą coś całkiem mało cenzuralnego. Coś podpadającego pod ponad osiemnaście lat. A tutaj patrzcie, dwie pary przelatują przez drogę, nie rozejrzały się przed przejściem i co… i po nich. Spora biała automowość ich właśnie rozbiła na malutkie cząsteczki, ale się nie bójcie, nie ma tego złego, zaraz się połączą. Może nie będą tacy sami, ale jednak… będą. Im to wystarcza.

Można zapatrzyć się na tą mglistość. Rozpoznawać postacie z mitów i je gubić, mieszac wierzenia i tworzyć nowe religie. Bać się i jednocześnie czuć się jak w domu… tak po prostu, tylko dzięki mgle. A potem nagle wyjechać z mgły w słoneczność i czuć się całkiem zagubionym w świecie, w którym wszystko widać dalej, niż tylko na odległość własnej, wyciągniętej ręki.

IMG_1998

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stosunek Mocno Przerywany… została wyłączona

Pan Tealight i Narodziny wioski…

„Właściwie, to jak to jest? Przybywają ludzie, zajmują ziemię, napierdalają się wzajemnie, uznają swoje prawa, albo nie, któryś ma więcej kasy, więc ma prawa do nazwania… Jak rodzą się wioski? Wiecie, nie miasta, nie zasrane metropolie, bo to styknie hipermarket postawić i już jest, ale wioski. Osady takie większe. Miejsca skupiska. Przyciągające domy i ludzi w nich, mające jakąś drogę, ale często pozbawione ulic. Skąd one się biora? Czy właśnie za sprawą kosciołów?

A może jednak…

Może istnieje Bóstwo Wszelkiej Wioskowości, wiecie Siołek się nazywa i jest korpulentnym, niskim gnomem. Bardzo zapatrzony w siebie i narcystyczny to typ, co to gdzie stanie, to mu się wioska zamarzy. Już zamiast jednej chatki stoją dwie i trzy i voila, jest wioska. Nie no, bez przesady, oczywiście że każda wioska mieć musi swoje bóstwo i potwora, swojego Nawioskowanego Głupka i pięć Mądrych Bab… takich z lukierem najlepiej i posypką. Piaskowych… Swoją studnię, drogę, która biegnie w ten tak zwany Szeroki Świat i jeszcze jakiegoś Wioskowego Kacyka, ale to nie jest wymagane… i już jest. Jest wioska, kod pocztowy jest zdarty z czegoś większego… No i przystanek autorbusowy być musi, ale niekoniecznie blisko.

Wiedźma Wrona Pożarta to widziała kiedyś wioskę składającą się z leśniczówki i dwóch domków… ale to były inne czasy, inne lasy i jeziora. I całkiem inny Siołek. Bóstwo ponadprzestrzenne i ponadczasowe wyposażone w tłumacza wszelkiej gwary i piętnaście chusteczek haftowanych rąbkiem. Chusteczek wystajacych mu z każdej kieszonki, bo widzicie, gnom ma alergię na miejsca niezawioszczone. Bynajmniej w tamtej wiosce, o której Wiedźma Wrona pamięta wciąż księżniczki rodziły się z moreny czołowej, tak głową w drugą stronę się rodziły. Trza było je bezczelnie ciągnąć za spódniczki, w których ukryte były girki i potem te kłaki tak długo wychodziły… No niezbyt to było higieniczne może, ale to tylko piasek, a Wiedźma lubiła owo wyciąganie i zapalatnie im warkoczyków, odstawianie do przesuszenia Morenowych Księżniczek i oddawanie ich potem księciom. Znaczy… zwyczajnie je zostawiała na poboczu, ale nocą znikały, więc chyba jacyś księciowe się na nie załapali? A może to były potwory? Nie no, nie oceniam, każda księżniczka na pewno znalazła sobie armatora.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0736

Z cyklu przeczytane: „Mary Poppins” – … klasyka. Czy tylko czas sprawia, że pewne powieści stają się klasycznymi? A może jednak jest w tym coś więcej? Może tak naprawdę istnieją powieści, które potrafią natchnąć większą część społeczeństwa…

… nieśmiertelne?

Mary Poppins jest jedną z nich. Klasyką i cudem, do którego wielu z nas wraca. Opowieścią, która doczekała się ekranizacji, własnych opowieści, a co więcej… dość dorosłych marzeń o kimś, kto jest w stanie nie tylko zająć się maluchami, ale i udowodnić nam, dorosłym, że magia istnieje.

Wciąż istnieje!!!

Oto jedno z ostatnich wydań tej cudownie ilustrowanej historii. Szukajcie w Biedronce. Taka, jak kiedyś. Ale w końcu Mary chyba się nigdy nie przeterminuje, czy zestarzeje. Nigdy!!! To nie jest możliwe.

IMG_1669

Naprawdę zaczynam wierzyć w życie pod wodą…

I serio, nie chodzi tylko o syreny, Krakena i innych gości. Tam się musi coś dziać. Te fale pojawiające sie nie wiadomo skąd, kaczuszki się na nich bujające, a potem nagle znikające. No cos musiało je wciągnąć? A może kurcze to one tak naprawdę żyją pod powierzchnią, a wyłażą mi ino do zdjęcia? Wiecie… gdy sie człowiek tak zapatrzy na fale, to nie można nie wierzyć, że jest tam cos więcej. Że są ludziopodobne osobiniki, opływowe i zwinne. Wychodzę w morze, trzymając się kamiennego obramowania portu i myślę… zbyt wiele. Tak naprawdę, strasznie się boję. I nie wiem, czy chodzi o wysokość kamienistego murku, jego nierówności naturalne, czy jednak o głębię, która w końcu na mnie spoziera? Najpierw wysoko, potem coraz niżej. Po prawej trzęsie się na falach znajoma, czerwona kuterówka. No wiecie, stateczek taki z małą budką… na kobaltowej niespokojności, jednak w porcie mniej niespokojnej niż poza nim, roznosi od swego karminu dziwne promienie… Nagle woda barwi się niczym plama ropy. Czerwono i błękitno, białawo i złoto. W pewnym momencie wszystko wygląda jak płynny ogień. Jakby kolejne ogniowe ludki odrywały się od siebie i zespajały ponownie. Raz i dwa i znowu i z powrotem. Mogłabym się zapatrzeć, ale… boję się.

Zerkam na świat przez sieć. Powinno wydać mi się to o wiele bardziej bezpieczne, czyż nie, w końcu mogę patrzeć przez tyle oczek, a jednak wciąż się trzęsę. Nie wytrzymam długo na zwykłym murku pozbawionym jakichś barierek, czy coś, no i dość wąskim, niby zrobić muszę dwa kroki, by dotrzeć z jednego brzegu na drugi, ale i tak… boję się. Wymierzam obiektyw w kolorowe domki, opieram się na światłe pełgającym spod fal i znowu myślę o tych, co pod powierzchnią i wiecie co, wcale to nie pomaga mojemu strachowi. Muszę stad uciec, ale głupio jakoś. Przecież ni jest to strasznie wysoko, ni jest tutaj jakoś wybitnie głęboko. Dlaczego więc tak się boję? Może to podpowierzchniowe stwory patrzą na mnie łakomym wzrokiem, a ja właśnie zmieniam zdanie, co do mojej nadwagi? Oj nie, nie odgryziecie mi dupska, sprawię sobie takie jak mają Kardashiany!!! I co? Zabronicie mi? No przeciez nigdy, no!!! Nie dam się!!!

Piękne sa te kolory zatapiające sie w kobalcie wody. Jakby się rozpływały, jakby tonęły i nie jednocześnie. Jakby uzmysławiały mi, że w rzeczywistości wszystkie siły i ogień i ziemia i natura i wszelki nieboskłon i sztuka i myśli… mogły się w wodzie rozpuścić. Spoglądam na Wyspę prawie z morza. No dobra, wysuniętego w toń, pogłębioną, kawałka murka z dziurkami i kółkami, na których możecie zacumować swoją damę pływającą, i jakoś tak inne jest to wszystko. Wyspa zdaje sie być taka, o wiele… mniejsza, a może to ja rosnę? Wszystko jest takie jakieś dziwne obce, jakby w tym miejscu, gdzie nie ma Wyspy, a są tylko skały i morze, wszystko się kończyło…

Tylko, gdzie się zaczyna?

IMG_0154

Uciekam z tego miejsca zapatrzona w sieć. Ale może to znowu inne postrzeganie? Może w rzeczywistości, to ten podbierak, nie nazywajmy go siecią, gapi się na mnie szukając rozrywki? W końcu może wiaterek swoim podkręconym podmuchem jakoś zepchnie mnie w tonie? Może nikt mnie nie zauważy i stanę się pokarmem dla rybek, a one po pierwszych gryzach parską, wykrzywią pyszczki i zamruczą: afuj!!! To najgorsza kiełbasa jaką jedliśmy!!!

Powoli wracam, uciekam, ale rozważnie. Durnie by było tak przed samym zejściem sie poślizgnąć na kałuży i wylądowac w wodzie. No głupio! Zresztą, coś mnie tam ciągnie w tonie, ale i jednocześnie przeraża, więc ufając moim wzburzonym flaczkom, wracam i już jestem tam, juz prawie znowu dotykam Wyspy, gdy coś mną porusza, coś jakoś tak sie okręca wokół moich nóg… nie, nie upadam, trzęsę się i zauważam wpatrzoną we mnie mewę. Stoi daleko, na skałach, zdaje się być bardziej zamglonym postumentem, niż żywym ptakiem. I patrzy się na mnie. Mogę przysiąc, że się recholi, ale czy to jej sprawka. No cóż, nie wnikam w to i staję z powrotem na ziemi, a dokładniej zielonej trawce Nordhavn. Ach, jak dobrze poczuć pod stopami coś, co się jak dotąd poruszyło tylko raz… pamiętacie to trzęsienie ziemi na Wyspie? No może malutkie, ale dzięki, nie korci mnie zażywanie większego! Oj nie!!! Nigdy!

Nie mam w tych kierunkach uczucia poznania…

Oj, ta ziemia wciąż taka lodowa. Mocne promienie słoneczne zdają się zwodzić mnie na pokuszenie, ale nie, nie wskoczę do wody, choć wciąż mnie kusi. Pozostanę przy moich zimnych prysznicach! I mojej wierze w to, że pod powierzchnią owej mokrości kryje się jakiś dziwny świat. Może po śmierci własnie tam idziemy? Nie potrzebujemy już tlenu, porozumiewamy sie bąbelkami i czymś na kształt telepatii… a może ruchami ogonów? Chociaż, może nie mamy ogonów? Może tylko mamy magię, takie kulki przy ustach wypełnione powietrzem i jakoś to nam wszystko płynie?

Zapatrzenie się w fale powoduje u mnie nie tylko chorobe morską! Dziwactwo też we mnie strasznie wzrasta. Galopująco bym rzekła. Ale jak myśleć o czys innym, gdy stopy zawsze prowadzą człowieka na wybrzeże. Czy kamieniste, czy piaszczyste, wysokie, czy niskie, z drzewami, czy bez… Oto jest granica człowieczeństwa pomiędzy zawsz emokrym i względnie wilgotnym!

IMG_6644 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Narodziny wioski… została wyłączona

Pan Tealight i Maciusia Pierwsza…

„No bo widzicie…

… czasem trzeba brać co jest. Miał być Maciuś, z czasem pewno i Maciej, może nawet sir Maciej, pan na włościach, Delfin, Następca… ale z kobiety wylazła znowu baba, matrioszki pierniczone, i trzeba było coś z tym zrobić. Najpierw w papierach pododawano a do imienia, potem jakoś, w końcu w dzieciństwie dzieci są serio takie same, tylko przy przewijaniu trzeba inaczej zachowywać ostrożnośc, ale… dzieci dorastają. Gdy przyszedł ten czas zwyczajnie włożyła na głowę koronę i tyle. W końcu baby to robią co trzeba, co nie? I ona nie złaziła z tej drogi. Zajęła się wszystkim. Państwem i poddanymi, polityką, armią, chorymi i potrzebującymi pomocy, tymi, którzy umieli sobie pomóc, ale serio nie wiedzieli jak i tymi, co wiedzieli, ale nie potrafili…

Robiła wszystko, co trzeba było.

I była wielka! Oddała się całemu swojemu światu. Potrafiła spojrzeć w oczy cuchnącemu samotnikowi, który obiecał, że sie umyje, gdy znowu jego światem władać będą faceci, ale i temu lizusowi, który wkurzał ją tak, że potem potajemnie wydała nakaz jego oskórowania. Była geniuszem… zdolnym godzić, ale i wzbudzac niepokój w tych, którym serio musiała ukrócić egzystencję. I jeszcze jak idealnie lawirowała pomiędzy starymi rodami. Wprost… no wystarczy powiedzieć, że była idealnym wirtuozem. I kobietą. I chociaż poza kochankami nie znalazła nikogo na dłużej… jakoś tak dociągnęła do nader potężnie dostojnego wieku. Jakoś poszło, a kraina była tą wódką i miodem płynącą! Wiecie, na mleko ostatnio tylu ma uczulenie, że chyba zlikwidują to słowo, albo coś. A soja jest z GMO. No weźcie!!!

Władała…

A potem na pomniku i tak dorobili jej penisa i wąsy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7896

I trochę należnego mi pożywienia, o którym marzyłam, śniłam i tak dalej… serio, na niektóre tomy czekałam z utęsknieniem BARDZO długi czas!!!

IMG_1970

Z cyklu przeczytane: „Rok szczura. Wędrowniczka tom 2” – … czyli środkowy tom opowieści o gryzoniach. I ludziach oczywiście, ale bardziej gryzoniach w świecie pełnym magii, wszelkich mocy i… dziwnego trójkąta, w którym on może sypiać jej na piersiach, gdy jest szczurem, ale nie wtedy gdy ma dwie nogi?

Oto są oni. On… obdarzony i szczurowaty, ona… wieśniaczka, prosta i zagubiona, i jej przyjaciel, który miał być jej księciem, ale okazał się być zwykłym, chociaż bardzo sprawnym chyba, złodziejem. Jakoś tak wałęsają sie po tym świecie, lekko późnośredniowiecznym, wioskowym, na krowinach jeżdżącym. Milusio rosyjskim, gdzie każdy jest wujaszkiem i cioteczką, a ludzie wciąż jeszcze potrafią być dobrzy.

Oto jest bajka o naiwności, która może wkurzać i serio chcecie ubić Ryskę za jej durną prostackość… ale która się zmienia. O dziwnym związku pomiędzy trójką specyficznych ludzi stojących na dziwnych rozdrożach swojego życia. Połączonych interesem, a może czymś więcej? Może w tym wszystkim jest jakieś przeznaczenie i może uda się mi je poznać, jak Ryska w końcu dorośnie? Oj pewno, że książka jest cudowna, dowcipna i powalająco sprośna miejscami, szczurza i serio czasem zaczynasz się drapać w dziwnych miejscach, a cienie na ścianach tańczą…

Gromyko jest boska i stworzyła GENIALNY i dopracowany świat, opierając się na wiejskości zza wschodniej granicy, ale Ryska… nosz kurde ja rozumiem, że ona dorasta, ale ubiłabym naiwniaczkę durną!!! Warto przeczytać! I nie tylko wtedy, gdy jest się szukającym dowcipności i kabaretowej miejscami rozrywki osobnikiem. Może bohaterowie względnie młodzi – wiecie, zależy, jak się patrzy, w okolicach dwudziestki w końcu… ale opowieści wcale nie naiwnie współcześnie dziecinna.

MIODZIO!!!

IMG_6119

Ten czas Przedwiośnia, to jakieś dziwne zawieszenie. Niby gałęzie wciąż gołe, ale już przebudzone, niby trawa przez cały czas była zielona, ale teraz pełna jest krokusów. Wszędzie coś rośnie, coś kiełkuje, wszystko takie wilgotne, a na dodatek mchy się zielenią i bursztynują. Nosz pięknie i tyle, szczególnie, gdy za tło ma się kobaltowe, spokojne dziś fale. Dobra, może miejscami kaczka przysiądzie na nich i jakoś tak coś się poruszy i głosy wyłażą z tych fal… Serio, jakby ktoś do mnie gadał. Dziwię się, wyciągam z uszu słuchawki i wyłączam graitko, a jednak wciąż je słyszę! Tylko czy to z toni ktoś woła, albo gada, Touretta może i ma, czy to ze mnie coś, co się odbija od toni i jakoś tak mnie mami? No kto to może wiedzieć? Przecież mamy w morzu syreny! A tak, mamy. Dookoła Wyspy widziano ogoniaste stworzenia… kurcze… ale czy syreny normalnie gadają? A może to utopce i diobły? Albo coś gorszego… moja nauczycielka z podstawówki, której się tak bałam? Może przemieniła sie w krakena?

Pewno, że wszyscy wiedzą, że woda niesie głosy daleko i mami kierunkami, ale może nas okłamują? Może tak naprawdę ryby mają głos? Może w puszce tuńczyk, chociaż w kawałkach, wciąż do nas szepcze? Może makrela wędzona lubi śpiewać operowe arie, a smażona flądra kocha poezję?

Stoję sobie i gapię się jak sroka w ten gnat… zastanawiając się z jakiego on przedpotopowego olbrzyma się odłamał. Czy ten olbrzym wciąż gdzieś tam gania, czy jednak nie? A może nawet nie zauważył jego braku? Może z palca mu się ino odłamał? Albo z naszyjnika, na którym nosił kości pokonanych pobratymców… falliczne kości, oczywiście. W końcu to facet no! I kurcze ma jakieś wiecie, poczucie wszelkiej powinności, oraz faszyn szyk. A nawet dwa szyki.

Już za kilka tygodni te ulice znowu się zapełnią. Znowu pojawią się osobnicy w swoich wielce tam wypasionych furach, z miasta… wiecie, takie tam alieny. Znowu sklepy otworzą i przez chwilę będzie i żar i rozgardiasz, i znowu trza będzie to przeżyć… Byle do zimy i tyle! A na razie pomacam się po pączkach i wszelakich, dziwnych zielonych listeczkach się już gdzie niegdzie spojawiających. Wiosna idzie, jakkolwiek czy doszła, to głupio wprost się tak kobietę spytać. Co nie?

IMG_0522 (2)

Golasy!

No właśnie… bo widzicie, u nas można się kąpać w stroju narodzeniowym. Znaczy bez niczego. Serio. Są nawet specjalne miejsca, gdzie zwyczajnie nikt nie ma nic przeciwko i chociaćż pierwszy raz może być odrobinę szokujący, to dla krótkowidza takiego jak ja niewiele się zmienia. Serio. Morze jest wielkie, plaża szeroka i długa, a ludzików niewiele. Nikt się z nikim nie styka… więc dlaczego nie? Puścić się w fale tak bez niczego. Kompletnie? Może spróbować? Może… ech, chyba jednak polegnę, ale jeśli chodzi o innych, to proszę bardzo. Bawcie się! Bo czemu nie? Co w tym złego, że ktoś se tam pływa bez gacioszków? No co to zmienia? Przecież nie pływam pod nim! No chyba, że to mój własny golas…

Golasy golasami, ale włażąca dzisiaj do wody zgrabna pani w średnim wieku, lekko mnie przeraziła. Nie wiem dlaczego. W końcu zrobiła to, o czym myślę od jakiegoś czasu, ale mimo zimnych pryszniców, wciąż się jeszcze nie odważyłam… Przeraziła mnie, bo z tym wiatrem było mi zimno mimo zakutania w szalik! A ona tak ze szlafroczka i po schodkach… ale bez obaw, zaraz wyszła. Może to jednak nie chodzi o pływanie – chociaż są i tacy, co pływają – ale bardziej o umoczenie się?

Może tak kurcze wleźc w te fale? Ale co, jak mnie pokręci? No wiecie skurcz jakiś i foki mnie zeżrą, albo Kraken porwie bo przeca nigdy nie widział tyle białego mięska? Otłuszczonego, bez urazy, ale jednak… jak się komuś krowinka na talerz ładuje, to czemu nie wziąć? Zjeść ją… z sosikiem, lub bez i popić rumem z zatopionych łajb. Pewno długo leżakowane ma specyficzny aromat.

No wiecie… wiosna idzie. Szczypiory ekologiczne już kiełkują, czas coś posiać, dosadzić, wyciągnąć zakamuflowane ziarna i po prostu zaszaleć!

IMG_0524 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maciusia Pierwsza… została wyłączona

Pan Tealight i Pain Sssukker…

„Jedyny i niepowtarzalny, a jeśli dobrze mu sie opłacisz, nie będzie bolało. Nigdy już. Tak po prostu. I oczywiście, jeżeli wiesz, że… jesteś pewien, no zwyczajnie nie masz w sobie nazbytniej małoochotności, obrzydzenia, do ludzi wyglądających jak dwunoga jaszczurka. Lekko zielonkawych z krostami i ustami wciąż złożonymi w tak zwany ciup, szerokimi, wilgotnymi… ciemną, ograniczoną jamą. I oczywiście nie boisz się całowania w różnych miejscach i dotyku oślizgłości… i to dokładnie w tym miejscu, w którym boli… Widzicie, Pain Sssuker usunie każdy ból. Czy to stan zapalny, czy jednak tylko zwykła, pogodowa migrena. On to odbierze. Czy to zawał, czy złamana ręka… czy tylko złamane serce? Tak, usunie nawet ten ból, który może pomniejszyć wyłącznie czas. Wyłącznie długi, ciągnący się, nieubłagalny czas.

Zabierze każde rwanie i mącenie, każde palące, czy ciągnące się uczucie. Nie będzie bolało, chociaż będziesz pamiętał. Tylko, jaka to różnica? Zdrada, oszukaństwo, kłamstwo… pamiętasz o tym wszystkim, ale już nie boli. A może lepiej, jeżeli boli? Lepiej, jak możesz ten ból czymś otępić? Może przysysający się, chudziutki, niski mężczyzna o obrzydliwym zapachu, dziwnie spotniałej nietrzeźwości i mocnej pleśni, to zło, nie dobro? Może tak naprawdę Pain Sssuker, to koszmarny wyjątek? Mutacja nienaturalna? Pragnienie, marzenie wykrzyczane przez zwijającą się co miesiąc, rzygającą dziewczynę? A potem, gdy ból nie nadchodzi, gdy znajomego rwania w podbrzuszu już nie ma… tęsknota? Strach? Koszmar… Ból? Tak bardzo fizyczny, tak dziwnie pozwalający oderwać się od codzienności, prosta wymówka, zrozumiała dla każdego, kto widzi twoją poznaczoną potem, bladą, a nawet zielonkawą twarz, która znaczy wymiotami każdy kosz na śmieci…

On istnieje, a jednak niewielu cieszy jego wizyta…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5165 (4)

Z cyklu przeczytane: „Krew stracharza” – … kolejny. Zastanawia mnie w jaki sposób seria, własciwie skierowana do nastolatków, tak bardzo fascynuje dorosłych? W jaki sposób akurat ten autor potrafi tak pisać… że nie czujemy się głupkami, że naprawdę się boimy…

Tom 10. Trzy jeszcze i może dowiemy się, czy Złego można pokonać? Może zrozumiemy dlaczego wiedźmy są takie, a nie inne i dlaczego mężczyźni są… sobą? A może jednak Tom nie jest w stanie sprostać temu zadaniu? Może jest tylko chłopcem. Nie mężczyzną? A może tak naprawdę jest jeszcze ktoś, na kim możemy polegać? Może w tej historii czeka na nas coś więcej?

Seria Kroniki Wardstone jest niesamowite. Trzynaście tomów jest pewnym ewenementem i wydaje się, że serial oparty na tych książkach, prawdziwie, mógłby być hitem, ale… może książki wystarczą? Dzięki temu tylko my wiemy jacy oni są! Jacy byli i będą. I… to jeszcze nie koniec! Kolejne książki tego autora już się tłumaczą. Okładki gotowe, tylko… poczekać!!!

IMG_1644

Czasem się zastanawiam dlaczego…

Dlaczego świat się kręci tak, jak się kręci.

Dlaczego czas płynie zbyt szybko i herbata kończy się podobnie, nazbyt prędko. Czekolada też się kończy jakby zjadała siebie samą… wszystko się kończy? Wszystko się kręci, a może jednak czasem dałoby się wrócić w czasie, w przestrzeni i zwyczajnie zjeść ten placek Babci raz jeszcze? Albo makowca? Albo andruta, oj tak… zwyczajnego, wymagającego dużo mieszania, andruta. Dlaczego nie można? Dlaczego nie da się wrócić do pewnych wrażeń, a jednak wciąż to czuję… gdy tylko zaliczam wzgórze nad Gudhjem i widzę tą całą riwierę, to mnie zatyka. mieszające się błękity, niebieskości i turkusy z brązami i zielenią pól, a potem i drzew. I jeszcze te perełeczki, kolorowe domki i dachy i… ludzka nicość wszelaka. Cisza, samotność względna i oczywiście chmurki wszelkich inspiracji. Jak można się nie zachwycić, no nie da się. Wydaje mi się, że wciąż wracam do tego pierwszego dnia, gdy zobaczyłam Wyspę i poczułam sie jak w domu, po raz pierwszy. Dziwnie bezpieczna, w końcu spokojna i trzymająca strach na długiej i bardzo zwiewnie ruchliwej, ale jednak smyczy…

Tak, wciąż się zachwycam i mnie zatyka. Niekoniecznie wtedy, gdy drałuję pod górkę, a tu mamy ich całkiem sporo. Po prostu stajesz i się dziwujesz i siąpisz nosem i zachwycasz. I jeszcze chcesz być w kilku miejscach w tym samym czasie wszelkiej słoneczności. Oj tak… jestem monotematyczna i jeszcze zakochana. A może opętana? A może zwyczajnie niewiele mnie do tego mojego: dziwacznego i całkiem inaczej w świecie definiowalnego szczęścia, potrzeba? Może po prostu łatwo mnie zadowolić miśkiem i przyrodą? I książką, oczywiste, więc nawet o tym nie myślę. I może dziwne jest wymagać tego od całej społeczności? Po prostu by przestali jęczeć i zachowywać sie dziwacznie. I chcieć tunelu, zakładać knajpy, w których całymi dniami jedynimi odwiedzającymi są… właściciele!!! No i jeździć ponad 200 kilomosów na godzinę! No kto to widział? Z drugiej strony, wiecie jakie u nas mandaty policja ściąga? Jak tylko w okresie ferii zjadą się wysoko zadzierający nosa Kopenhażanie, po prostu kasa gliniarska w szwach puszcza. No i ona… hmmm, nie mam pojęcia o co chodzi w polityce, ale co myślicie o politykach dymiących w mediach społecznościowych, a potem nie potrafiących zwyczajnie przyjąć na klatę, że są dupkami i jakoś… przeprosić. Oj nie, teraz w modzie jest zamykanie konta na Facebooku czy Twitterze i uciekanie. Jakby mogli się schować, jakby mieli nadzieję, że wszyscy zapomną? Cóż, internet co godzinę ma nową aferę, ale bez przesady, to mała Wyspa. My raczej… mamy pamięć stada słoni!!! I to takich dobrze wykarmionych.

IMG_0123

Wyspa się zmienia…

Przyznaję, że tym, co zawsze urzekało mnie w Wyspie była jej względna niezmienność. Bierzecie biało-czarną fotkę z zamierzchłej przeszłosci długich sukien, protestanckich fryzur i wszelkiej rybackości… i widzisz te same domy, płoty i skały. Drzew ino jakoś mniej, bo wiadomo, one są tutaj dość nowe…

I łabędzie…

Jedzie sobie człowiek autem i właściwie jest przyzwyczajony do tych białawych pól. Do zielonkawości, ale i biało-szarych plam. Dziwnych, lekko ruchliwych, gdy tylko uchylisz okno, zrozumeisz, że zarówno wrzaskliwych. Ale ta plama była większa, jakoś taka bardziej dostojna, dziwnie… wymuszała pokłon, uderzenie czołem o kamienie i jeszcze wystawienie ręki z darem, a drugiej, by władca pokornie nas zlinczował, bo na pewno coś tam nabroiliśmy, no na pewno… A to TYLKO łabędzie!!! Spore stadko, dziwnie nieruchawe. Jakbyśmy im przerwali rozmowę, może i spisek to, może i jakiś atak planują, a może po prostu… chciały sobie pomilczeć?

Kto to tam wie, jak to jest z łabędziami? No kto?

Jaja z klatek mają być zakazane na Wyspie? Ciekawe co z tego wyjdzie. Ta cała ekologia… wiecie, dziwnie się obudzić pewnego dnia i dowiedzieć, że teraz świat dzieli sie na ekologiczny i ten nieekologiczny. Kiedyś, gdy jeszcze koń ciagnął pług, a świnka z krowinką nawoziły jabłonki, wszystko może pachniało inaczej, ale za to było ekologiczne. Zimna woda z głębokiej studni, nawet latem tak zimna, że szkliwo pękało na zębach i wyprowadzało się wraz z dziećmi… i wnukami. Pamiętam zapach polnych pomidorów, drapiące ogórki, nosz jak pokrzywki no, marchewki brudne ot otarte o portki i zjadane. I jeszcze te groszki zielone, mięciutkie, słonecznik podkradany z ogródka, nawet jak jeszcze nie był do końca twardy, a łuski skrywały specyficzne mleczko… Takie to było wszystko kiedyś normalniejsze. Takie… wolne. A kury… wiadomo, były. Bałeś się koguta, bo raczej nie on Ciebie, miało sie kilka niosek, zbierało jaja, a jak nie pozbierało, to były kurczaczki. Z czasem można było sobie przywieźć małe, śmierdzące kulki, które wygrzewały się pod lampą, by potem zmienić sie w rosół. Karmiło się toto wszystkim, pożerało kamyczki dla lepszego trawienia… i nawet wiem jak oporządzić cos takiego na mokro, lub sucho… I wiem jak smakuje żołądek czy łapy.

Była li to ekologia? Czy normalność?

Dlaczego?

IMG_0164

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pain Sssukker… została wyłączona

Pan Tealight i Gulasz z foczki…

„Ojeblik w pełnym zamyśleniu szlifowała się oddolnie na stopniach Białego Domostwa, odpędzając się od nowo wyklutych Mikroelficzków. Wkurzające, komarzopodobne istoty o pięknych skrzydłach, apetycie na wszystko co słodkie i dość wścibskim usposobieniu, nie dawały się łatwo zniechęcić. No cóż, ale włoski i szyjkowy kikucik trzeba było doprowadzić do porządku. Raz na jakiś czas, ale trzeba. W końcu przede wszystkim Ojeblik była kobietą. I to wiecie, taką prawdziwą, od początku do końca. Znaczy od czasu, gdy pozwoliła sobie na zeskoczenie z tej szyi… ech, to koszmarne wspomnienia!!! Lepiej nie myśleć…

Świat powoli szykował się do Świąt Wiosennych, które oczywiście, jak zwykle, kompletnie bagatelizowała i demonizowała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Miała w końcu uczulenie na allelujki i zawsze paraliżował ją strach przed wierzbowymi kotkami. Naprawdę. Od czasu tych koszmarnych godzin, a właściwie całego dnia, gdy zrozumiała, że na tym świecie zawsze będzie samotna mimo pozostawania w zamieszkałym budynku… samotna…

… samotna…

Ogólnie mówiąc był to skomplikowany świat. Z jednej strony łapanie zajączków i króliczków i malowanie im jajek, z drugiej jajka odmawiające współpracy, a i te wiecie, Zbuki. Nigdy nie wiadomo na co i na kogo się trafi pod skorupką. Co, jeżeli to ktoś, kogo nie chciałeś zobaczyć w swoim życiu? No i oczywiście był problem z Foczą Armią, która niszczyła wszystko, ale przecież Poprawność Polityczna… wiadomo, Opinia Publiczna… Dwa demony, z którymi jeszcze Pan Tealight nie wiedział jak sie mierzyć poza całkowitym odcięciem się od świata. Tak… Może i Wiosna nadchodziła, może i była wkurwiającą dziewczynką, ale świat już dawał popalić. Na dodatek Pan Tealight dobrze pamiętał smak gulaszu z foczki i foczki w plastrach i mrożonej, oj pamiętał i bardzo tęsknił za tym smakiem. Aż za bardzo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0359 (3)

Z cyklu przeczytane: „Równoumagicznienie” – … bo nie mogą. Bo to przeca baby. Do garów je ino, rodzenia i dzieci odbierania. Tosz baby to nie mogą nic innego, nawet jak się chłop pomyli, to to i tak baby wina, że się… babą urodziła!!!

Oto i Mistrz zabiera się za równouprawnienie i jest GENIALNY. Jego bohaterka to może dzieciak, ale wiecie, w tym wieku, co to dogryźć się potrafi, choć nie do końca pojmuje się jak się dzieci robią, a i dopiec dorosłym i ogólnie wszystkich wyprowadzić z równowagi. No i jest jeszcze ona… dziwnie młoda, dziwnie inna, lekko taka specyficzna, wczesna Babcia Weatherwax!!! Obydwie dadzą czadu. W końcu mag może być kobietą! Chyba? A może jednak nie?

Jak zwykle dowcipna, jedna z wcześniejszych opowieści Dyskowych. Mądra, trzęsąca światopoglądem, zmierzająca ku stosunkom pomiędzy Babcią a pewnym Magiem, a i kąpiąca nas w takich osobowościach, że łeb mały. Tutaj każda postać, każda strona, każde słowo, jest ważne. Po to, by zrozumieć zasady wszelakiej równości między nimi i nami. Znaczy no wiecie, chłopcami i dziewczynkami. W końcu wszyscy nosimy kapelusze, czyż nie? Ino im mniej wygodnie na… miotle!!!

IMG_2642 (4)

Nagle zrobiło się zimno, w powietrzu czuć mróz… a przecież nikt nie mówił, że pogoda się zmieni. Nikt nie wspominał o dziwnych zawirowaniach powietrza. A może nikt nie wiedział? Może nikt nie jest w stanie być pewnym… natury? Bo jak można być pewnym? szczególnie tutaj, na Wyspie. W miejscu, które zaprzecza wszelakim prawom, a podaje się wyłącznie instynktom. Miejscu, które trzeba kochac, bo inaczej zwyczajnie nie można. Nie da się… po co?

Z nieba lecą mokre płatki śniegu, niezdecydowane czy chcą być mrozem, czy jednak słodką mżawką. A może słoną? Kurcze, przecież nie wieje, więc może da sie sprawdzić… aj, mokra paćka, bardzo mokra i zimna. Szczególnie, gdy wpada za koszulkę! No ale, jak tutaj nie zażyć przyrody i zewnętrza? Nie da się. Trzeba. Może i wszelaka kwiatowatość zwątpiła lekko widząc co się dzieje, bita nocnymi przymrozkami i wszelką szarością, mglistością, a potem błękitem nieba… Jakby świat nie mógł się zdecydować. Kim być, co mieć, jak malować niebo? Może tym razem zdecydujemy się na zieleń? Podobno też w naturze występuje, więc czemu nie?

Nie da się zmienić natury. Po prostu się nie da, a wciąż wszyscy próbują i po co? Wyspa uczy, że jak wieje tak, iż łeb urywa, a ty wolisz łeb zachować, to wtedy z domu nie wyłaź. I tyle. Proste. Gdy tylko się o tym pamięta, jakoś tak wszystko daje się ze spokojnością leniwą przyjmować… jak pada, to pada, a popracuję w nocy, a poleżę z ranka. Jak nie pada, to popracuję i w dzień i w nocy, bo przecież kurna jestem pracusiem no!!! A jeśli pogoda jak dziś wszystko mgli, to idziesz w las i plażę, albo objeżdżasz Wyspę i znajdujesz miejsce, w którym niebo się otwiera i pozwala słońcu obmyć Wyspę kosmicznie skondensowanym promieniem.

KOSMICZNIE!!!

W tym jednym miejscu, paśmie nie szerszym niż dwa małe kroki, dzieje się dziwna magia. Dookoła gęsta mgła, a tam srebrzystość i złocistość mieszają się ze soba niczym cukier z żółtkiem i wyglądają nie mniej smacznie. Wszystko staje się dziwnie ociężałe od pozłoty i zaskakuje odcieniami. Tak prawie… niemożliwymi. A jednak, jakże naturalnymi? Zatrzymujesz się i kąpiesz w tej dziwnej światłości. Zaskakująco gęstej, jakby połączonej z mgłą, a może czymś, o czym serio nie mam pojęcia… jak to jakieś pierdy smoka, a ja im tutaj dorabiam metafizyczną wyściółkę, to sorry. Ale co tam, może serio czasem lepiej nie wiedzieć? Może?

IMG_0339 (4)

Jak się okazuje, Wyspa może jedną stroną się chmurzyć i mglić, a nawet i lekko deszczyć, a drugą kąpać się w słońcu. I może miasto to jednak miasto, na szczęście, można łatwo się z niego wydostać i przejść po białej plaży. Piasek na niej sypki, drobniutki, ale ubity, więc nie wypluwasz po kilku krokach płuc…

Możnaby iść tak i iść, wydaje się, że tak naprawdę cała ta piazsczystość okala nie tylko Wyspę, ale i świat. Nie chcesz się zatrzymać, lekkie powiewy marszczą ci grzywkę… ale to z prawej, to z lewej naskakują na Ciebie kamyczki. Nie no… pewno, że nie skaczą fizycznie, ale kurna popatrzcie tylko na nie. Tutaj kawałek skały, a tam znowu pradawna cegłówka z dziurką, a tutaj szkiełko, które już od dawna jak szkiełko nie wygląda, a raczej jak klejnot prosto z Titanica. A tutaj krzemyk, a tam znowu kryształ… może i mleczny, może całkiem inny, ale jak bardo magiczny, a tu znowu kawałek filiżanki, któremu bliżej do szlachetnego kamienia, niż zwykłej skorupy… Usz, tyle tutaj skarbów, no nie można tak po prostu iść i patrzeć na te zderzające się ze sobą błękity, na przebłyski zielonkawe i bursztynowe podskakujące z falami, na owe wielkie głazy gdzie niegdzie poznaczone zielonkawą, fluorescencyjną prawie, naroślą. Na te skarpy piaszczyste – no akurat z tej strony piaszczyste, na te trawy bursztynowo-rudawe i na te kremowe i na te brzozy pniami białe, a górą… karminowe i fioletowe!!! Kamyczek mogę zabrać ze sobą, kawałek cegłówki powieszę na rzemyku i domaluję mu uszy, ale całą resztę złożę gdzieś przy duszy, wymoszczę nimi gniazdko, w którym wykluwają się pomysły.

Czasem wydaje mi się, że czas się zatrzymuje, ale gdy tylko nogi zaczynają boleć coraz mocniej, a na widok przymorskiej kałuży odczuwasz pragnienie rozumiesz, że on jednak upłynął. Może poza tą plażą, może gdzieś obok Ciebie, ale upłynął i gdy tylko będziesz chciał wrócić do świata, boleśnie zderzysz się ze skradzionymi minutami, a może i nawet… może godzinami? Czasem mi się wydaje, że mijają epoki, bo jakoś nie mogę się odnaleźć. Jakoś tak się gubię poza względna i wyględną dziczą. Dziczą, z której jednak widać wszelaką cywilizację. Może i zamgloną portowość, ale jednak. Nawet słychać jakiś kuter, chociaż nie widać… wody niosą odgłosy, ale wzrok już nie ten, a może to wszystko tak bardzo mnie mami?

A może nie trzeba wracać?

IMG_0150

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gulasz z foczki… została wyłączona

Pan Tealight i Wyraziste Komplikacje…

„Bierzesz owe życie w swe dłonie i czujesz, jak owo zwyczajne, pospolite nawet, życie przemienia sie w czasownik. No i żyje… Porusza się, mógłbyś przysiąc, że coś tam nawet się wije, znaczy bije… I jakoś tak nawet nie brzydzi cię to, że wszystko ono życie mocno jest takie oślizgłe. I takie jakoś dziwnie abnormalne. A może i smaczne? Podobno niektórzy tak uważają, ale czy wszyscy? A może jest w tym coś więcej, może i coś z metafizycznych kontaktów pomiędzy światami?

Pan Tealight dziwnie spoglądał, i to co roku, na owe zmagania Przedwiośnia. Z jednej strony nie jest to uznana pora roku, zawsze pojawia się jako dziwna staruszką, zresztą zwą ją Tą Od Kotów, okutana w chusty barwne, w korale wszelkie, pochylona, ale bez przesady, nadmiernie sprawna i szybka, bo przecież ma tak niewiele czasu, tak niewiele władania, a taka moc… budzenia. Właśnie z nią Pan Tealight uwielbiał siadać na pomostach i falochronach i spoglądać w morze, w fale, i gawędzić o sprawach, które dla śmiertelnych są ino bajką. Obydwoje jednak mieli dziką radochę, pociągając wskazujący na spożycie płyn z zielonkawego termosika, gdy kolejny z wędkarzy właził w tonie i zarzucał. Ale najpierw zabawiał się z robalami… najgorszy zawsze był ten pierwszy, tłusty i dorodny, ale i sliski zarazem, możnaby przysiąc, że patrzy ci w oczy, może i odwłokiem patrzy, ale jednak. Patrzy. I czujesz coś do niego i dziwnie tak zakończyć jego życie przeszpilając go haczykiem, sprawiając, że wije się, ale już wie, że to koniec. Czeka go toń i woda… może go nie zjedzą, może się zsunie z haczyka, ale jednak…

… już nie żyje.

I do tej zimnej wody go BUCH! Ta Od Kotów uwielbiała po prostu trochę bardziej to wszystko komplikować. Zrzucać na wędkarzy i wszelkich sznurki rzucajów sny o robakach, co to mają rodziny i dzieci, i do nich nie wrócą. Opowiadać o robalowych żonach porzuconych, wdowich łzach, o sierotkach… Żaden jej nie umknął. Nawet jak się zjeżdżali z różnych krańców świata na te wszelkie trollingi, to tutaj nie było im łatwo. Nie… ona nie popuszczała nikomu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2697 (2)

Z cyklu przeczytane: „Porwana pieśniarka” – … zawód. No serio, zawiodłam się tak, że aż czuję wkurwa i nie dlatego, że książka jest zła, nie. Ma zgrabnie poprowadzona fabułe, jest pomysł, ale główna bohaterka zachowuje sie jak księżniczka dziewicza z cholernej wieży!!! A ma przecież 17 lat! No weźcie no!!!

Oto świat lekko pośredniowieczny. Piękne okoliczności przyrody i ona, pieśniarka z lekko skomplikowanym dzieciństwem. Właśnie ma zacząć swoją przygodę z wielkim światem. Poznać lepiej matke, która zawsze była zbyt daleko, może zrozumieć wszystko, ale… nie jest jej to dane. Porwana ląduje w miejscu, o którym opowiadały bajki… u dziwnych i całkiem innych… trolli.

Wszystko byłoby okay, gdyby nie mały fakt. Cholerne trolle przypominają elfy jak bumcyckcyk i choć intrygujące w babskich postaciach w tych męskich lekko zawodzą, ale ona… ona to cholerna pomyłka. Serio… idziesz powoli za porywaczem? Nie gryziesz, nie kopiesz, nie rzucasz słownictwem rynsztokowym? Nawet jeżeli przyjmiemy, że to młode dziewczątko, to sorry, ale wychowywała się na wsi! W ogóle jej postać jest tak mocno niedopracowana, że aż razi zestawiona z bogactwem basniowego świata. Z owymi wyuzdaniami pokraczności, niesamowitymi! I ten język, jak z półeczki z bajeczkami dla kilkulatek… bleee. I ta przewidywalność. I romantyczność. Nosz kurde ostrzegajcie, że zamiast akcji sa tutaj ino reakcje przy których wybuchają czerwoniutkie serduszka! A mogło być tak pięknie no!!! Szkoda trochę, chociaż na pewno książka zdobędzie swoje wyznawczynie. Zwolenniczki syndromu sztokholmskiego.

IMG_6665

I książki.. znowu te książki!!!

IMG_1311

Wrony…

Człowiek dokarmia ptaki – człowiek może sobie popatrzeć!!! Czasem się zastanawiam, czy ja i człowiek, odrębni, ale w jednym ciele, robimy to z szeroko opisywanej dobroci serca – w tym momencie bardzo rechoczę, złośliwie, czy jednak ino po to, by mieć TV? Może to taki wiecie abonament? Może tak naprawdę zło we mnie siedzi, kielczy się i podpatruje, jak to wrony sobie ustępują miejsca.

Jak się dziobią i poszturchują…

Ale zacznijmy od opisu miejsca – całkiem wciąż zielony trawniczek przed domem otoczony żywnympłotkiem, w oddali morze, pola, droga nie na Ostrołękę i oczywiście drzewa. Na trawce plama rozsypanych smakołyków. Mniam mniam mniam na pewno, bo piorą się o każdy kawałeczek. Zamiast otoczyć plamę, zamiast się dzielić to nie, psy ogrodnika, same nie jedzą i innym nie dają. Wrony się piorą, ale mam taką parkę, co się pojawia po takiej czarnej… wiecie, patrzycie jest czarna wrona i wcina, mrugacie oczami i już zamiast niej są dwie szare. Nie pytajcie, czy to magia, bo na pewno magia, ale i tak zaskakuje. Te dwie szare przynajmniej jedzą jak jeden mąż i nie baczą na wróble, które to nieustraszone wielce olewają wszystko i wszystkich. Nawet kosy jakoś potrafią w z wróblami jeść bez bijatyk. Ale już pan kos z panią kosową to kurna za nic. Straszne mają te płciowe podziały tam w swej kosowości. Mrugam oczami i znowu jest ino jedna, czarna wrona, krępa taka, z zabawnie podskakującym łebkiem. Spryciara. A może zmiennoskóry? Albo zmiennokształtny, no co sobie będę ograniczać światopoglądy? No za nic!!! Może i kurde cudo, co postanowiło nie być człowiekiem, a może mózg Babci W?

Wrony potrafią, szczególnie wiecie, w tym okresie wszelkiego się zakochiwania, szalenie piać. I to koszmarnie!!! Wkurzają, ale co zrobić. Dobrze, że chociaż gniazda budują na swoich, oddalonych troszkę od nas drzewach. Jestem im za to wdzięczna. Co jak co, znosze tupanie, ale te arie wronie, to nie dla mnie!!! Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jeżeli pozwala sie zamknąć w blokach, pomiędzy hipermarketami, jak bardzo ta cała natura potrafi zachwycić, ale i wkurzyć. I nie chodzi tylko o lotne bomby kupowe. Chodzi o wszystko to, co jest takie fanatycznie zachwycające. W czym można odnaleźc i samego siebie. Zapominamy o tym, że nadmierne naświetlenie naszych ulic odbiera nam światło gwiazd i powodujące nadmierne owłosienie łyskania księżyca. Zapominamy, że jesteśmy częścią tej natury…

Nie da się bez niej żyć!!!

IMG_0508

Na plamie ziarenek zmieniły się warty. Chyba kosy się w końcu dogadały ze sobą, bo widzę dwie parki z wróblami… hmmm, może sobie zaadoptowały małych łobuziaków? Kto to wie? Tylko dlaczego wolą moje ziarenka, niż te cudne jabłuszka, co leżą na skałach? Co jest takiego w moim trawniku, że lepiej smakuje? Kurcze… aż się człowiek zastanawia nad tym, czy czasem nie pochylić się i nie wygryźć trochę trawy?

Wszyscy szykują się do czegoś. Cała przyroda ma chyba poczucie kończącego się snu, ale nikomu nie chce się nastawić budzika. Nikt nie chce tak po prostu odrzucić kołdry, nawet forsycja strajkuje. Wypuściła tylko kilka pączków i odmawia współpracy! Nosz kurcze no! ale dlaczego? Jak już kwitniecie, to wszyscy, nie dajcie mi tą dzisiejszą mgłą i mżawką nadziei na zimno! Zresztą i tak w sklepie już straszą czekoladowe zajączki i jajeczka z marcepanu. Taki to czas…

Na Wyspie te święta są… ciche i rodzinne. Raczej przywracają na Wyspie ruch, są początkiem częstszych odwiedzin Turyścizny, czasem, który odbiera nam spokojność, który ściągam z głów koce i pierzyny i wygania wszystkich z wyrek. Bo tak jakoś myślę o tym Mniejszym Krańcu Świata… mimo iż sorry, ale Tubylcy są aż czasem nadmiernie i agresywnie ruchliwi, to jednak lubimy chyba tą spokojność, co nie? Dziwną, antyczną, może i zapomnianą w większości miejsc, spokojność. Powolność, poddanie się wiatrom i smutną rezeygnację, gdy serio chcieliście na kontynent, ale morze Wam na podróż nie pozwala. Normalność…

Oto i Wyspa… z bażantem za tarasowymi drzwiami, który wygnał z plamy jedzonka wszelkie mniejsze byty, do którego wrony próbowały się podpiąć, ale jednak jakoś im nie wyszło… Z dzikim gołębiem, który się skrada lepiej niż 007 i pewno pije o wiele więcej! I jeszcze z tym czymś drapieżnym, co krąży nad Chatką… ale wciąż jeszcze nie jestem pewna, czy to znowu myszołów, czy ktoś całkiem inny. Nie da się ukryć, że czas pieruńsko zapiernicza do przodu i gdzieś ma moje zmarszczki i to, że wcale nie jestem gotowa na to… starzenie i przemijanie. Taka Wyspa to ma dobrze. Jej czas jakoś nie maca. Jakoś wciąż zachwyca, powala i w ogóle… może to to powietrze, a może jednak tylko owe cudowne jej właściwości? A może morskość…

Kto to wie?

Poza nią oczywiście.

IMG_2032

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyraziste Komplikacje… została wyłączona

Pan Tealight i Tańczące Dąbki…

„Że podglądali?

Ale gdzie tam? Jak można tak insynuować? No wcale nie podglądali, no przecież nie!!! Zwyczajnie… prowadzili badania terenowe. No przecież ktos musiał, dla dobra nauki i przyszłych tam pokoleń i wszelkich mądrości i w ogóle, czy wspominałam już o nauce? No dla wiedzy wszelakiej, rozwikłania tajemnic Wszechświata i, jakie tam jeszcze zwykle wymówki się stosuje? Oj, przecież Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki to i tak ślepa była, wiec trudno nazwać to podglądaniem, gdy się niewiele widzi, co nie? Jak nic… NIEWINNA!!! Ekhm, a reszta? Eeeech, no wiecie, jak się nie ma telewizorów… No i dodatkowo pragnie się poznać świat, trza korzystać ze wszelkich zmysłów. Nawet wzroku. Bo z dotykiem to wiecie, bardzie ryzykowne. Za patrzenie to może jeszcze ino postraszą i ino przepędzą, za dotykanie, to już jak nic czapa!

Dlatego siedzieli w krzaczkach, całkiem gołych i się trzęsących, blisko polanki, niedaleko bezczelnie zwalonej sterty drewienek i wraz z większością magicznej społeczności Wyspy oglądali balet Dąbczaków. Pięciu wyrośniętych, całkiem męskich, obtoczonych we fluorescencyjnym mchu, dębów. Ich powykręcane malowniczo gałęzie mamiły czas i przestrzeń, cicha muzyka, która płynęła z rozerwanej części Welonu okalającego Wyspę, sprawiała, że wszystko wydawało się jeszcze bardziej niesamowite. I jeszcze ta mgła. Wzięła się nie wiadomo skąd i nie chciała odejść, wprost oblepiała panów korzastych, lekko stąpających korzeniami po wilgotnej ziemi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0275 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ciało” – … pierwsze. Początek. Przejście od romansu do zabijania. A tak, Tess Gerritsen zaczynała od romansu. Jakoś tak. Z czasem zrozumiała, że kryminał przyciąga ją bardziej… i właśnie tę powieść uznaje za swoją przejściową. Opowieść o miłości, ale mało nachalna, raczej opowieść o dwóch osobach, które się odnalazły poprzez nowy narkotyk pustoszący ulice…

Ona i on, lekarz i bogacz. Kurcze, nie ma dostępnych opcji odwrotnych? Oj, no pewno, że jestem zazdrosna! W końcu jej się udało. Znalazła kogoś, kto może być jej partnerem, ale najpierw zbrodnie. Tylko kogo obchodzą narkomanie? I co wspólnego z tym lekiem ma jej nowy znajomy?

Kat Novak prowadzi śledztwo, by uratować tych, którzy nikogo nie obchodzą. Tłem dla zbrodni jest oczywiście polityka, jej były mąż, oraz jej przeszłość, bo właśnie do niej musi powrócić, by zrozumieć wszystko.

On też…

Romansidło, miejscami zwodnicze, ale i zbrodnia. Tutaj każdy może być tym, który jest winny najbardziej! Do tego uczucie, zazdrość, wszelakie związki i to, co dać może tylko ten, który zdolny jest dac wszystko… Bardziej dla pań, ale może i niektórym panom przypadnie do gustu? Kto to wie?

IMG_6668

No tak… foczki. Oj pewno, że są słodkie i śliczne i w ogóle, ale trzeba coś jeść. jak na razie foczki sobie wpieprzają rybki, albo zwyczajnie robią z rybek konfetti, więc… więc pora zacząć je jeść. Ale kurcze dziwnie jakoś. Jakby owe morskie mocno krowinki, nie były jakoś jadalne, czy coś? Nosz kurcze, bez urazy, ale czy nie lepiej jeść foczki, dużo ich strasznie, ekosystem się przewala, a one żyją sobie przecież, wolne pływają i bzykają, to czemu nie? Tosz to zwyczajne polowanie. Jak zjedzenie zajączka, czy coś? Chociaż nie, zajączki to raczej nie, bo ich mało. Żadnych pasztetów, no chyba, że z lisa, tych troszkę można zjeść, czy bażancika, ale zajączki zostawcie, niech się napłodzą, za to króliki… Cóż, może i święta za progiem, ale co do królików to smacznego!!!

Pęta sie toto wszędzie i płodzi… jak króliki!

Kilka słonecznych dni i już wszystko kurde pączkuje. Zielone i brązowe stożki wysupłują się z gałęzi i kurde żyją. Nagle wszystko to, co sprawiało wrażenie całkowicie niezywego, zaczyna się zmieniac. Wiecie, jak w tej przypowieści o prawdzie i suchym kijku, co to zakwitnął. Nosz kurde, świat się od razu jakiś inny staje. Zielone wciąż trawki się zfioleciły krokusami i co jak co, ale czuję już w powietrzu czosnek. A tak, u nas od tego się zaczyna, chociaż musze przyznać, że nie wiem, czy czosnek jako taki w ogóle zanika. Niby zielone płowieje i białe kwiatki znikają, ale zapach jest jak grzybnia, zawsze jakoś obecny. Może i sporawa warstwa liści wciąż jeszcze jest widoczna, ale czuje już człowiek te zielone szpice trawek. Już tam są. Wszelakie przejawy życia. Owej zielonkawości, płodności i pierun wie czego jeszcze…

Wiosna.

Jak nic świat pędzi jak oszalały nawet tutaj. Z jednej strony wszystko jakoś tak wolniej do nas dociera, wolniej tak jakoś sie poruszamy, nawet ci co biegają, to raczej rekreacyjnie, a nie na czas i sprinterowo… ale dopadła nas ta wiosna. Może i lekko mglista, może te roślinki wszelako powoli się wyciagają spod warstwy liści, ale jednak się wyciągają. Krokusy to mają takie łodyżki jak te jesienne zimowity! A ludzie… ci też jacyś tacy wyciągnięci łażą to tu, to tam i zaglądają krzakom pod ogon. Znaczy pod korzeń. Jakby czegoś szukali? Może te jajka, co u nas na Bokulu co roku rozrzucają w tym roku jednak rozdają na większym terytorium? Może i przez dłuższy czas, a ja o niczym nie wiem? No jak tak można?!!!

Wiosna…

IMG_0324

Świat Wyspowy serio się zmienia. Przewrócone przez wiatry drzewa powoli zmieniają się w pyłek, wszystko się odradza, nawadnia i wszelako ubogaca. Jest gotowe do wszelkiego przeistoczenia, ale ja chyba nie… jakoś tak całkiem i w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić, że znowu nadchodzi czas Turyścizny. Jakoś tak nie mieści mi się to pod kopułką. Wcale, a wcale!!!

Znowu mają otworzyć sklepy, znowu zapełnią się porty, znowu na ulicach więcej będzie aut i rowerzystów. Takich, co się nie witają przejeżdżajac obok, co patrzą na ciebie lekko jak na zagrożenie, bo przecież może już widziałeś to miejsce, do którego oni dopiero zdążają? I zaraz przywalisz im ze spojlera? I co wtedy? No nic, po prostu nic kompletnie. W końcu uśmiechnięte, lekko zmęczone ryjki nie sa spojlerem, wcale a wcale, co nie? Ale mniejsza, jakbym nie wiem się zapierała, sezon nadejdzie i tyle. Ciekawe jaki będzie? Jakie będzie lato? Jakie będą białe noce?

I w ogóle…

Jakoś tak nie da się już przespać poranków, jakoś tak słońce budzi człowieka, szeroko otwarte okna domagają się umycia… ekhm! I na dodatek ta cała ciepłota. Może i nocami przypadkowy mrozek coś tam pobieli, ale dnie domagają się coraz częściej wystawiania pyska do góry. I coś świerzbi mnie w palcach, chcica mnie dziwka ogarnia, coby rozedrzeć ziemię i wysypać ją jakimiś ziarenkami, by wzrastało więcej i więcej. By kwitło i bzyczało pszczółkami i się znowu motyliło…

Zaczynam mieć dziwne sny. I jakoś nie mogę tego zwalić na pełnię. Sny o różach urwanych, których nie mogę włożyć do wody, o przeprowadzaniu wywiadu z dziwnymi śpiewakami w dziwnym jęcyku, pokazywaniu im zabytków, a na dodatek spóźnianiu się na spotkania, bo za bardzo zajęta byłam… przedzieraniem się przez zaspy i oczywiście pięknie ośnieżone gałązki i zwodnicze pniaczki. O co w tym wszystkim chodzi? Co znowu moja Piękna Wyspa kombinuje? No co?

IMG_0303

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tańczące Dąbki… została wyłączona

Pan Tealight i Jeden Bardziej Szalony Dzień…

„Wszystko zaczęło się słonecznie, jakby Wyspa niczego nie podejrzewała. A może podejrzewała i zwyczajnie chciała, z premedytacją, dać temu szaleństwu oprawę błękitnego nieba, nielicznych chmurek, wietrzności oraz cudownej, mroźnej w powiewach aury? Może jej artystyczna przecież dusza domagała się ram lepszych niż te, które przewidywała definicja?

Dzień zapowiadał się niesamowicie energetycznie, więc nie dziwota, że nikomu w Białym Domostwie niczego się nie chciało. Znaczy niczego poza pracą, wiecie tą pobożną i właściwą. Za to na pewno myśleli o obżarstwie, lenistwie i wszelkiej, bezbożnej wielce, malowniczej prokrastynacji. I o cieście myśleli, tortach z kremem i czipsach w sosie i jeszcze pizzy… tłustych megakaloriach i wszelkiej nieruchawej fastfudowości. I jeszcze o snach sprośnych i może o kimś, kto wymasowałby stopy… znaczy wiecie, tym, którzy je mieli. Nie tak, że wszyscy…

Plan był taki, by robić kompletnie nic i jak zwykle Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki skrewiła. Najpierw pisanie, potem małe sprzątanie, gotowanie, chwasty, roślinki, pamiętanie o innych, mycie siebie… no wiecie, cały ten babski stuff. Ale w końcu była dopiero najmłodszą adeptką nauki. No i w tym całym braku zamieszania, wszystkich leżących czy wiszących, wszystkich wszystko olewających poza nią oczywiście, stał się deszcz z ropuch, który nie był niczym dziwnym, ale niektórzy mówią, że smacznym, potem były te dziwne sprawy, krwiste rzeki i cała pomroczność, a potem grzmoty i dziwne potrząsania… i ogólnie wszelka strachliwość…

… a potem Wiedźma Wrona zrobiła pompkę i to było najdziwniejsze!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6695 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dolina umarłych” – … straszna. Przerażająca i totalnie pokręcona, kurcze, zarwałam przez nią noc, by potem… co się oszukuję, wciąż myślę o tej książce. O ludziach tłamszących innych, o kobietach poniewieranych, traktowanych jak inkubatory. Cholera mnie bierze!!!

Po tej książce jeszcze bardziej.

Oto ona, znajoma nam Mara Isles… Jej kochanek ksiądz i zwyczajny wyjazd by posłuchać jajogłowych, a może tylko przemyśleć związek, a nasza pani doktor ma o czym myśleć. Praca to jedno, ale życie uczuciowe się jej sypie. Nie dziwota więc, że zgadza się na wyjazd z przystojnym znajomym z dawnych lat. W końcu jadą całą paczką… w śnieżną cudowność, ku dobremu jedzeniu i wypoczynkowi. Cóż złego może się stać?

Ta powieść to niesamowita składanka. Z jednej strony wydaje się wam, że wiecie jak to wszystko się skończy, a z drugiej gdzieś tak w połowie książki przychodzi pierwsze zaskoczenie, a potem, pod koniec kolejne i znowu, i już nie wiecie jak to wszystko się skończy, i nagle każda postać jest tajemnicą.

Mocna i skomplikowana, a jednak też typowa Tess Gerritsen. Kryminał i zbrodnia, a do tego jeszcze cała masa zbrodni. Opowieść o fanatyzmie religijnym, odosobnieniu, wszelkich ludzkich dziwactwach i prawdzie, za którą kryją się niepewności. O kobietach i mężczyznach, o dzieciach, które cierpią najbardziej, a potem… dorastają. I wszystko wcale się nie zmienia na lepsze…

Świetna powieść!

IMG_6117

Morze okalają przebiśniegi i ranniki i oczywiście pojedyncze, ale dumnie się wyłaniające krokusy. Zło i demony! Jedyne coś, co może zniszczyć zimę. Moją zimę!!! Wyłażą z zielonej i lekko słomkowej trawy, pożerają mój chłód i zimne słońce, te powiewy i wszelką nadzieję na mróz. Zbrodniarze! Ale tak to jest jak się jest jedynym, co to kocha zimę. Co czeka na nią, co nie chce się puścić ostatniego pojemnika ze śniegiem, schowanego w zamrażarce. I ze wściekłością patrzy na tą wszelką romantyczność przebiśniegów tykających granatowych fal! Okrucieństwo losu! Jak one mogą być takie śliczne, delikatne i dźwięczące? Zbierają się w kupkach, jakby serio czekały na imprezę u Krakena. A ten już tam świeczki porozpalał i latarenki i lampionki. Czają się, spuszczają główki, ale jak tylko przejdziesz obok nich, jak twój cień z nich zejdzie, słychać szepty. Dziwne szepty, zawirowania w energiach, czy jak to tam nazywają ci, co wierzą, że cukierki są z dupy jednorożca… śpiewy nawet, jakby już były po koktajlach. A tutaj, prawie pod moim butem dwie tylko nózki zielone, tylko dwa dzwoneczki. Czyżby zakazana miłość? A może uciekli z miejsca, w którym dawali ino zieleninę?

A one są mięsożerne silnie…

Ranniki to zabawiają się same ze sobą. Stoją na tych swoich tłuściutkich, zielonych girkach, z zadartymi pod brodę spódniczkami baletnic, tutu się kręcącymi i się pysznią swoją żółcią. Alienują się trochę od reszty świata. Jakby uznawały się za coś lepszego, bardziej niesamowitego, bardziej…

No i tyle. A cała reszta, czyli skały, wciąż gołe krzaczki, wszelkie pączkujące maluchy i marne trawki, trochę jeszcze drzemią. Chociaż, kto ich tam wie? Za zimno jeszcze by przytulić sie do ziemi, opaść na skały, nawet te malownicze malutkie jabłuszka pod gołymi jabłonkami, jakoś tak się nie wywyższają. I chociaż na tle błękitu totalnego ich powykręcane gałązki, raz na kilkanaście gałązek ozdobione są ostatnimi, stareńkimi trochę jabłuszkami… wyglądają tam artystycznie, to jednak wszystko wciąż trochę gołe. Nawet ten krzak dzikiej róży, wciąż jeszcze taki czerwony swoimi małymi owockami, zwyczajnie kole w oczy golizną.

Hmmm… wszyscy są tacy goli!

IMG_2521

Pusto…

… to jest najbardziej widoczne, gdy na Wyspie zostają ino Tubylcy. A może i nieliczni z Turyścizny Plemienia, ale wiecie ci dziwni i cisi, więc zwykle nie odstający od reszty… biegający, spacerujący, mało marudzący, czasem mający pieska…

Wszystko jest takie spokojne i ciche, takie zwyczajnie bardziej powolne i zapewnie odstające od tego, co na zewnątrz. Ludzie spędzają w lesie, czy na plaży tyle czasu… bez telefonów, w ciuchach, które nie mają na sobie wymyślnych metek. Wiecie, tak po swojskiemu, bez napinki. Idziesz sobie lasem, po prawej wysokie iglaki, dołem gołe, wystające z mchów i traw, które tworzą taki idealny, nieprzepuszczalny kocyk i… po lewej młodniak brzezinkowy i tańczące w kółeczko dębiaki. Ale one mają cudowne kształty. Pokryte prawie fluorescencyjnym mchem sprawiają wrażenie istot z innego świata, które na chwilę się zatrzymały, a może tylko… my jesteśmy z innego świata? My nie widzimy ich poczucia czasu, rytmu i tych figur, kroków?

Wszystko na Wyspie obecnie cieknie i ciurka. Ale serio wszystko Mokradła zmieniły się w ogromne, chociaż pewno płytkie jeziora. Aczkolwiek… wciągające, więc nie radze próbować. Ptaki krzyczą, biją sie, sroki to urządziły chyba niezłą popijawę, bo naparzały się jak dzikie i sikorki… asz, jak to treluje. Wiecie, jak co roku, a jednak znowu człowiek to odkrywa, od nowa. No dobra, odkryje to wszystko, jak ino kurcze się wysika za drzewkiem, bo serio co krok to potoczek, strumyczek, a woda w nich czysta jak te mało winne łzy. Wiecie, dziewicze takie, wdzięczne za coś, co dla nas starych dawno już utraciło swoje znaczenie. Na dnie owych cieków i stawów, otoczonych kamiennymi, omszonymi tworami – jak nic trolle niegolone – żywiczny pył już zamienia się w bursztynki…

Wszystko kurna zachwyca…

Mszane laski, nierówno rozsiane choineczki puchate takie, zgrabne i cudowne. Gdzie niegdzie ustawiły się w paradne, tudziez pielgrzymkowe zbiory i tylko czekają, aż przestaniecie patrzeć i wdychać ich zapach. Takie to wszystko zwyczajne, a dech w piersiach zapiera. A kurde, przecież jest na co patrzeć. Już ścieżka sie urywa, stajesz na skale i widzisz spory kawał Wyspy, jakbyś odkrył jedyny w swoim rodzaju punkt widokowy. Lekko omglony, ale tylko lekko… gdyby kurcze jeszcze nie było tak dziwnie zimno? Może to gorączka, a może ten nocny przymrozek nie opuścił Wyspy? Może został, ino usunął białawe kryształki?

IMG_2369

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeden Bardziej Szalony Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Wstydliwe Żądze Pana Tealighta…

„Właściwie to trzeba to powiedzieć raz a dobrze! Szczerze i w pełni otwarcie. Donośnie nawet! Najlepiej może wykrzyczeć, albo coś takiego? Nadać telegrafem, wystrzelić w kosmos, opleść wokół Saturna? A może wypisać na niebie? Chociaż, kto tam w dzisiejszych czasach na niebo patrzy? Z drugiej strony, jeżeli zrobią z tego filmik na YouTube’a, to może ktoś zauważy…

No chodzi o to, by się w końcu przyznać. Step out, come out, ogólnie i z szafy i łazienki i garderoby! Ale zakrywając elementy intymne oczywiście. I umywając ręce, znaczy myjąc!!! I to koniecznie! I papier toaletowy przykleił się do łapy, przy ogonie jakieś zamieszanie, no i serio, ale psiknijcie…

Mniejsza…

Zwłoki to leżały wszędzie.

I tu i tam. Pod tą kupką mchu, pod rozwalonym pniem i w nim nawet, pod schodami, na schodach – ale bez urazy, takie już mocno przesuszone, nie nadawały się nawet na gryzak dla Wilkołaczka! Na dachu i pod dachem, te pod to się nawet czasem ruszały, ale co tam, nikogo nie oskarżamy o nadmierną pobudliwość. W studni, pod studnią, w korzeniach i na krzakach. Widoczne mniej lub bardziej, wyżarte, wyssane i wylizane, niektóre nawet obgotowane i w sosie…

Wszędzie!!!

Zwłoki były wszędzie. W mniej, lub bardzie widocznym stanie ożywienia, ale jednak. Były. I serio nie nadawały się na patyczki w ogródku. Na te do pomidorów, czy nawet kurna na chmiel. Na patyczki z nazwami posianych cudów i na te, które miały odstraszać ortodoksyjnych osobników. No i nawożenie, oj tak, nawożenie było też bardzo ważne, w końcu Wiosna wrednie od miesiąca zerkała zza węgła. W tym roku była małą, piegowatą dziewczynką, wredną przemądrzałą smarkulą, co to zawsze wyrywa się do odpowiedzi i kocha pouczac każdego… Recycling przede wszystkim, a i bierki się nimi fajnie grało, no i co najważniejsze… przecież nikt ich nie potrzebował, nikt za nimi nie tęsknił, a większość sama przyszła, więc dlaczego Ojeblik miała ich sobie nie kolekcjonować? Nawet małe ucięte główki potrzebowały hobby!!! To, co wyprawiał z nimi Pan Tealight nie powinno was obchodzić. W ogóle.

Lepiej nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3749

Z cyklu przeczytane: „Martwy rewir” – … pokręcone. Naprawdę… Pokręcone wybitnie. Jakby wszystko chciało dokopać jednemu facetowi. Jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu! A może tak naprawdę zło w końcu postanowiło przejąć władzę nad światem?

W końcu zombie zombie zombie, co nie?

To już siódmy tom chyba? A raczej nie chyba, tylko na pewno. I taki miło gruby, niesamowicie opisowy, ale znowu z garścią komizmu, bo przecież nasz główny bohater wciąż śmieje się śmierci w kościstą dupę! Chociaż… oj pewno, że znowu wielokrotnie jest na granicy śmierci, pewno, że demon go pragnie, ale i Elfy z chęcią cos by z nim porobiły… to nie jest ważne, w końcu teraz ma brata – na głodzie – cudnego psa i nowego, dziwnie bliższego przyjaciela.

Tak, ta część trzyma formę, fason i szyk wszelaki aprzestawny. Magia wycieka ze stron, ale też i opowieść o tym, czym jest strach i odwaga. Czym jest odpowiedzialność, której nikt nie wymaga i za którą nie będzie nagrody. I dobra, może można się domyślić pewnych szczegółów, ale…

WARTO!!!

IMG_6663

Wiatr i chmury…

Zwyczajność, codzienność. Na niebie błękitne plamy i szare i białe. Wszelaka chmurność lekko zamieszana. Przenikająca się tylko miejscami, zwykle jakaś taka wyobcowana. Jak wiecie, dzieci pierwszego dnia szkoły, gdy nikt jeszcze nikogo nie zna, gdy wszystko jest takie obce, nowe i mało znajome. Gdy wracają do nas wspomnienia tego, co opowiadali starsi, dziwnych histoii, cudze demony i strachy. Zwykle szarość, ciemność dzienna, specyficzna, dopasowana do zimnego, porywistego wiatru, miejscami splamiona białawą poświatą. Tańczą te plamy, ganiają sie na zielonkawości, dotykają młodziutkich pączków i nagle… i nagle złoto sie wylewa zza chmur i już nic nie jest takie, jakie było. Wszystko się zmienia, wszystko sprawia wrażenie tak bardzo…

… ciepłego.

Ale w tym czasie słońce to wciąż względne ciepło. Raczej wishful thinking, niż coś odczuwalnego. W głowa ludzi roją się myśli o plaży i falach, ale jednak niewielu jest się w stanie przemóc, by wyjąć dłoń z rękawiczki i dotknąć wody. Za to kolory… o tak, kolory są niesamowite. Tutaj błękit, tam znowu granat i ultramarynienie, a tutaj, pod bielą chmury ta szarość stalowością przenikana, jakby kolejny terminator nowszego typu się roztopił i rozpłynnił w morzu. Jakby coś się pomieszało, góra z dołem, dół z górą.

Wiatr przegania obłoki z prawej na lewą, jakby miał w sobie nie całkiem ukryte opcje polityczne, jakby chciał wyraźnie zaznaczyć swoją obecność, jakby… jakby nie tyle się bawił, co naprawdę uznawał za znaczące skąd i dokąd wieje. Ale jak tu myśleć o tym wszystkim, gdy pełnia księżyca łeb roztłukuje? Gdy wszelaka wielkość i pełność zaczyna w końcu przelewać się uszami?

Gałęzie potulnie się poddają wietrznym głaskaniom. Jakby postanowiły ulec, ale też nie do końca. Jakby wolały zwyczajnie poddać się wariatowi, nie kłócić się, ale też tak wiecie, nie do końca. Jakby chciały zaznaczyć, że może ulegają, ale wciąż mają ciernie, kolce, a i bardzo ostre końcówki, które mogą mu wsadzić w oko. Jakby… Wyspa mówiła, że łagodna jest i cudna, poddana pochwałom, ale jak coś się jej nie spodoba, to serio będzie niezła kocówa!!!

IMG_0172

Gdy na niebie chmurki w filuternych kształtach, znaczy obłoczki, to jakoś tak dziecięco się robi. Nagle wolno wszystko i nikt niczego mi nie zabrania. Bo i kto miałby! Może i wiatr jest trochę natarczywy, może i pcha, ciągnie i poniewiera człowiekiem, ale… za to jakże czuje się człowiek wyróżnionym przez niego! Tosz przecież to jakby cię podrywali na dyskotece w podstawówce, a innych nie!!!

Wyglądając, podziwiając Wyspę zza szybki okna, jakoś tak to wszystko zdaje sie być oddalone ode mnie. Linia lasu, pola lekko już pośmiardowujące kupkową żyznością. Uprawiane przez zimę, co serio powoduje u mnie zgrzyty trójpolówkowe i tak dalej. Uczono mnie o odpoczynku, ale jeśli tym, co pracują ciężko go się nie daje, więc co tam ziemia. Kto dziś dba o bruzdy ziemiste?

Wkurzający się człowiek za szybką serio chciałby wyleźć w naturę, ale jakoś dziś nie może. Nie może się przemóc, by wyjść, wcześniej ubrać się, spakować trochę, pamiętać o bateriach do aparatu… pamiętać o tak wielu rzeczach, które można… zapomnieć. Bo Wyspa uczy zapominania. Uczenia się na błędach i odpuszczania sobie. Nie obwinia, nie obrzuca cudzymi sprawami, po prostu jest w drzewach, skałach i wodnistościach wszelkich, w drogach i polach… I całkiem jej dobrze z tym tylko byciem. Z brakiem nie wiadomo jakichś osiągnięć, z medalami, stopniami podium i wielką pochwalnością Wszechświata. Ot tak… oddychać i być…

Co w tym złego? Dlaczego spokojność i powolność muszą być czymś tak okrutnie negatywnym? Dlaczego nie pozwalamy ranom się goić rzucając się w pieruńskie ciernie? A może nie potrafimy żyć bez bólu? Może… ech, mniejsza, zwalcie to wszystko na pełnię. Pełnia to zło w moim przypadku. Bleeee!!! Nawet na mojej kochanej Wyspie jakoś tak zwyczajnie mi jest za jasno!!! Za dużo, za wiele…

Ech, jak nic wiosna w eterze. Zawsze źle znoszę odejście zimy! Ot buntowniczka kurka maczek, no!!!

IMG_0161

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wstydliwe Żądze Pana Tealighta… została wyłączona

Pan Tealight i Wszystkożerna Skrzynka Pocztowa…

„Kłapała…

Serio.

Co większy wiaterek, ot większe pierdnięcie i tak dalej, wzniesienie prądów w powietrzu, tudzież cięższy obiekt z plemienia Turyścizny i ona już kłapie. Chociaż. Tak naprawdę to on. Niby skrzynka, a jednak męska!!! Skrzynek? A może Pan Skrzyń? No mniejsza, nie lubił przecież rozmawiać, tylko kłapał, warczał i… nawet szczekał. A jednak nie każdego listonosza łapał za rękaw. Jakby wybredny był, małostkowy może nawet, może w rzeczywistości nie chciał smakować każdego, a może tylko kolekcjonował palce? No mniejsza, ale cały problem w tym, że Wiedźma Wrona Pożarta kochała dostawać pocztę, więc… miał sporo okazji.

O poranku, mniej lub bardziej definicyjnym, srebrzystość na łapce, może i kurzej, może strusiej raczej, kłapała i czekała na nibypożywienie. Na gazetki reklamowe, wieści bankowe, rachunki i wszelkie inne niespodzianki. Czekało, a raczej czekał, na swoją powinność. Zabrać, schować w sobie i nikomu nie oddać. Nikomu, kto oczywiście nie posiada klucza… klucza splamionego krwistością świeżą… albo tylko farbką, no wiecie jak to jest. Taka stylówa no!!!

Czy pożerał listonoszy? Czy to było jego prawdziwe zadanie?

A może tylko listonoszki? Może to dlatego ta niska, śliczna blondynka, już się nie pojawiała? A ten kurier co tak śpiewnie walił w odrzwia? Czy to nie on zostawiał ostatnio jakieś zawiadomienie? Hmmm… czym żywią się pocztowe skrzynki tak naprawdę? I gdzie chowają wyssane kości?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0374 (2)

Z cyklu przeczytane: „Przeklęta laleczka” – … i Meksyk. Trzy młode kobiety, wszelako idealne, piękne i wykształcone znajomy w rurkach… kurcze, no nie wiem. Ale miał być Meksyk, a ja mam w sobie specyficzne miejsce dla zabytków tego rejonu, więc się skuszę! No przecież…

I tutaj popełniam pierwszy błąd. Bo sorry, ale Meksyku tutaj jak na lekarstwo. Niby każdy rozdział rozpoczyna się opisem miejsca, a jednak, wcale tego nie czuję. Nie widzę koloów, brakuje mi opisów i wkurzają mnie bohaterki. I sorry, ale całe morderstwo mam głęboko gdzieś. Gubię się pomiędzy gościem, co to zawsze w ręczniku i seksualnością, która niczego nie wnosi. Wkurzam się, gdy słyszę, że mokry koleś wciągnął na siebie rurki! Próbowaliście kiedyś? Ja tak… i gdzieś w połowie przypominam sobie, że przecież tutaj był trup. I jakoś… nie wiem, nie obchodzi mnie to.

Męczę się, docieram do końca i obiecuję, że nigdy więcej. Nazbytnio zaspokojona owa młodością idealną i piękną, polskością… ową… hmm, może to jest ta „warszawka”, którą zawsze mnie straszyli, z którą podobno zderzyłam się na studiach, ale nie zauważyłam tego zbyt zapatrzona w książki… Nie dla mnie powieści, w których nie ma obrazków, a są tylko ludzie i dialogi… nie dla mnie.

IMG_6848

Pamiętam pierwszą noc na Wyspie.

Pod namiotem, w mocnej zieleni powakacyjności, i wszelkiej spokojności września. Było tak… inaczej. Nie chodziło tylko o to, że człowiek po raz pierwszy rozkłada się pod ową nikłą warstwą kopułki poza krajem zrodzenia. I nawet nie chodziło o to, że tak serio, to w ogóle go nie było stać na tą podróż, ani na owe chrupki, co je ze sobą przywiózł i nawet na ciepłą wodę pod prysznicem… dlatego na tym silnie sobie człowiek przyoszczędził, w końcu miał morze za progiem… No i przecież nikt nie umarł jeszcze od małych, zimnych pryszniców, co nie? Aczkolwiek od dziwnie, mistycznie nawet, zagubionego śpiwora, mógł. Na szczęście przeżył i nawet nie padało, za to wszystko szumiało. I wiecie co? Myślałam, że to drzewa, a to było morze, a może jednak było odwrotnie?

Widzicie… leżąc na Wyspie człowiek najpierw uczy się spać. Uczy się spać od nowa i tak do końca. Pamiętam, że ten pierwszy tydzień, to przespałam. Przespałam noce i poranki, południe czasem a i popołudnie, a nawet wieczór i znowu noc. Spanie z przerwą na jedzenie i trochę spacerów oraz kąpiele. Zwyczajność, a jednak coś nadprogramowego. Nie było wielkiego zwiedzania, człowieka nawet nie było stać na zakupy, a jednak coś się w nim zmieniło. Od razu może, a może jednak powoli tak, stopniowo? Z każdym snem? Może w rzeczywistości Wyspa wpuszczała we mnie powoli jakieś taaakie obrzydliwe wiecie robale jak z XFilesów? Może chodzi o to, że to inna planeta…

Pierwsza noc była jak totalny odlot, tyle z niej pamiętam, nic więcej. Nawet nie pamiętam tego, że wiecie… się obudziłam.

IMG_6698 (2)

Noce na Wyspie to nigdy mi nie spowszednieją.

Dnie też nie! No bo serio. Tutaj nie można być pewnym pogody, gorzej, nawet kurcze aury… listonosza. Widzicie, czasem na środku pada i zimno jest, a na obrzeżach słonko, albo odwrotnie. Śnieg mają czasem spory kilometr ode mnie, ale… czy ja się dziwię? Nie! Po prostu przyjmuję wszystko, dzięki temu, zawsze mogę miec nadzieję na lodowiec za zakrętem. Bo chciałabym mieć lodowiec! Z morenami taki, wiecie, stara szkoła. Jak takiego pieska. Chodziłabym z nim na spacery i w ogóle.

Grzeczny by był…

Budzisz się czasem ze słonkiem, a potem pyk i juz go nie ma, za to wiatr nadchodzi, chmurzysko piękne, wroniaste się rozciąga nade mną, a potem, zaraz z boku znowu słonko i żar, albo mglistość taka mroźliwa. Wiecie, co kto lubi, zawsze tutaj znajdzie!!! Kurcze… czasem myślę, że serio niczym ostatni psychiczny dziwak… wszędzie indziej by mnie zamknęli już dawno, nałożyli nowomodną koszulkę z wiązanymi rękawami i karmili miękką łyżeczką… No bynajmniej jako dziwak cieszę się wszystkim. Niczym pustak totalny i tak dalej. W końcu kto tam w dzisiejszych czasach docenia zwykłego, definicyjnego, starej krwi dziwaka?

Czy moja Wyspa ma metkę?

No wiecie, made by, tudzież made in, albo wiecie, coś w ten deseń. No ten kawałek szmatki taki haftowany, kurcze, który sprawia, że ludzie się o niego zabijają? Bo jeśli nie, to chyba nam potrzeba! Serio! Mają zamiar zwiększyć ilość durnych koszmarnych nawozów. Tak, tych szkodliwych. Cytuję, tłumaczą: Wyspa jest twarda i to przetrzyma. No tak rolnicy gromadnie powiedzieli, jak się ich inni spytali. Kurde, a jeśli to sprawi, że nie będzie już nocy na Wyspie? A może znormalnieję?

Albo gorzej… zacznę nosić szpilki i się malować?

A tak… też ma problemy.

IMG_0337 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wszystkożerna Skrzynka Pocztowa… została wyłączona