Pan Tealight i Pranie Wiedźmich Marzeń…

„No prała no.

Wiatr wiał, to i prała. Zbyt dobrze jej było wiadomo, że wiatr i mróz najlepiej suszą, a z braku mrozu, postanowiła wykorzystać dostępną opcję. Najpierw oczywiście rozciągneła kolorowe sznurki w swoim Trawiastym Ogródku. Od Żywego Płotu, do tego, Co Mniej Żyje. Trochę się z tym męczyła, a wiatr nie, on się świetnie bawił. To pociągnął ją za jeden sznurek, to za drugi, to poplątał je same, zrobił zgrabne warkoczyki, to zaplątał w jej włosy, to podciął jej nogi, obwinął ją, zakokonił, powiesił na Czereśni Strażniczce… No wiecie, zwyczajnie. Jak zabawa, to na całego, przecież kto wiatrowi zabroni? No, kto się odważy? Ale jak zaczął pleść te koszyczki, nagle w powietrzu zaczęły latać szydełka i druty i inne tam dziwne ustrojstwa, Wiedźma Wrona Pożarta zrezygnowała i zwyczajnie gwizdnęła wiatrowi zgrabną, wielką od dmuchania dmuchawkę. Przypomniała mu dlikatni, że zna się z jego babcią, więc jak co, to nie omieszka zakapować, o tych nasionkach i roślinkach w kolorowych doniczkach, co to wiater na nie nie dmuchał, co liście miały trochę jak pomidory…

Wiatr więc wiał, a przyczepione drewnianymi spinaczami do sznurków marzenia się suszyły. Oczywiście najpierw je uprała… niektóre zostały potraktowane piaskiem, te wiecie najbardziej pierwotne, i dodatkowo potłuczone drewnianą pałą, bo to lubiły… inne znowu zażyły wyłącznie różowej, truskawkowej pianki. Jedne pragnęły tary, inne pralki Frani, nieliczne znosiły karuzelę pralki, większość jednak wymagała pieszczoty i osobliwego dotyku człowieka… znaczy wiedźmy. Cóż, w tym przypadku miały tylko wiedźmę, więc nie było co marudzić. I nie marudziły, głośno. Dawały się myć, szorować, miejscami nawet pocierać jakimś rodzajem pumeksu… w końcu to tylko raz w roku!!!

Raz w roku trzeba było przeprać marzenia. Przypomnieć sobie czym były najstarsze, jak wyglądały obecne i pomacać futurystyczne kształty tych jeszcze nieznanych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0506 (3)

Z cyklu przeczytane: „Autopsja” – … obudzić się. Takie to przerażające. Koszmar wielu. Obudzić się w grobie, w trumnie, pikuś jeśli tylko w worku na zwłoki, ale co, jeśli w chłodni? Obudzić się. Nie umrzeć do końca…

Oto jak się zaczyna kolejna powieść Tess Gerritsen z cyklu detektywistycznego. Czyli po pierwsze Rizzoli i Isles, a po drugie… ona. Dziewczyna, która miała marzenie, ale nigdy nie pozwoliła sobie na zbytnią nadzieję. Dziwka? A może tylko ofiara? Autorka kolejny raz podejmuje temat częsty – niewolnictwo seksualne, przemyt dziewcząt zza wschodnij granicy. Kobiecą klątwę? Jednak to, jak to robi, zniewala. Długo niczego nie jestśmy pewni, wiemy jedno… dziecko się rodzi, a potwory często mają poprawne, wykształcone twarze uśmiechające się do nas z wysokich, rządowych stanowisk… Ale czy to jest możliwe? Czy prawdę zna tylko on… szaleniec?

Trzymająca w napięciu i niesamowita historia, po której… jakoś chce się wpieprzyć większości napotykanych burżujów.

IMG_6116

Joboland case… no a pewno, w końcu wiatr ucichł, więc inne sprawy stają się namacalne. A wszystko zamyka się w nazwie. Pamiętacie ten cyrk w Polsce, co to chcieli zmieniać nazwy marek… Pan Śmierdziel i tak dalej? Dawno to było, możecie nie pamiętać, więc zwróćcie się do starszych o pomoc i małą pogadankę o przeszłości wszelakich wariatów nacjonalistycznych. I pomyślcie sobie, że wariaci nacjonalistyczni są wszędzie. A może raczej właśnie w Danii są tak wyraziści?

Joboland co roku staje się Mekką dla rodzin z dziećmi. Przykro mi, ale nie powiem Wam co oni tam robią, bo mnie przeraża. Masa ludzi, zabawy, zjeżdżalni i pewno cuda wianki. To nie dla mnie, wolę względnie dziką przyrodę. Ale widać jak ma się dzieci, to zamknięcie ich w takim zabawowym ogródku jest fajne. Dotąd nazw Joboland jakoś wszystkim przechodziła przez gardło. Ciekawe jednak jak będzie się Polakom i Niemcom wymawiać Brændesgårdshaven? Ciekawe, czy widząc taką nazwę ktoś im uświadomi, że tak oto i było to miejsce z dinusiem. Zielonym gościem w czapeczce, o żółtawych, przepitych włoskach… który nie żyje.

… bo zamordowano dinusia. „Mord i Brændesgårdshaven” krzyczą gazetowe strony. No dobra, może nie strony, a raczej jedna strona i jedna gazeta, nie przesadzajmy ile tych gazet by miało być na niecałe 40000 luda? A wszystko nie tylko z powodu zmiany nazwy, ale i „utrupienia”, i to dość rytualnego, samej maskotki. No bo sorry, ale jak zmiana nazwy, to i więcej kwiatków – podobno ktoś sprezentował temu miejscu niezłe cebulki – ale i strącona głowa maskotki. Zwyczajnie, znowu świat się zmienia. Ciekawe tylko, co powiedzą ci, którzy w swoich malutkich, dziecięcych serduszkach tak bardzo czekali na kolejną przygodę na Wyspie, właśnie tam… Trochę to przewrotne. Z jednej strony pobudowali masę dinozaurów w celach oczywiście naukowych i w trochę innym miejscu, a tego ubili. Czyżby kolejny, dziwaczny przykład równości i balansu w naturze? Pokrętny i może, ale jednak… wytłumaczalny.

Nie przepadam za wycinaniem drzew i zmianami. Sorry, ale w ciągu własnego życia, moż i niedługiego Matuzalmowo, ale jednak, nauczyłam się, że kurna… zmiany zwykle bolą, piszczą i ogólnie wkurzają. Wycięte drzewa, krzaki prawie wyorane. Kolejny napad na ekologię za oknem. Znowu zniszczone coś, postawiony koszmarek nawiedzonego architekta… zmiany.

IMG_5058

Cholerny roundap… już mieli to banować, a tutaj od nowa i to informując wszelkich maluczkich o tym, że przecież nic do końca nie udowodniono – cóż dowody mało żywe są – więc rak to ino mrzonki, więc można używać, czyż nie? No i będą używać, bo podobno się dzikie róże po Wyspie panoszą. Bez urazy, może moje wykształcenie nie do końca w klimacie, ale zdrowe, niesamowite, zajebiście pachnące krzaki, które żyją właściwie tylo w kilku miejscach tutaj, zawsze przy piaskach, zawsze skromnie przytrzymując ten kawałeczk gleby… traz takim świństwem wybijać?

Durni ludzie! Oj durni są wszędzie…

Ciekawe co na to wszystko powiedziałby bielik zwyczajny? No bo widzicie, podobno cztery osobniki żyją na naszej Wyspie! Aż się chce usiąść na polu i wgapić się w niebo i patrzeć. Bo jak na ziemi takie szaleństwa się dzieją, to może tam będzie spokój? Może rzeczywiście… a nie, kurcze, jednak nie, bo przecież Rosjanie sobie jazdy niebiańskie urządzają kilka razy w tygoniu. Ścigają się z naszymi, hałasują, aż człek ma ochotę im przylać. Wiecie, tak po matczynemu, na gołą… a nie, to kurna przecież teraz jest molestowaniem, czyż nie. Kurde… co się w cholerę dzieje na tym świecie? Bronić się kobiecie nie wolno, bo przecież jeżeli napastujący to tzw. uchodźca, to jak nic posądzą ją o rasizm. Facet nie może bronić domu i ładunku, bo to też i rasizm i kurna pierun wie co jeszcze, bo może napadający kiedyś był kobietą… a może jest ufokiem? Tak serio, to tylko trza się położyć, dać zabić… wtedy cię wyśmieją, ale przecież tego już nie usłyszysz, chociaż może? Może te wiatry ostatnie, to takie wkurwione dusze, zmarli, co to czytają, co o nich wypisują różne matołki w internetach i pokręceni pseudodziennikarze…

… dlatego lepiej iść w naturę. W lesie wiesz, że gryzący cię komar zasługuje na PLASK, ale jak nie zdążycie plasnąć, to krew jest jego. I fajno!!! Wiesz, że możesz wdepnąć w kupę, ale też i fajnie się idzie po ścieżkach wytyczonych przez owce. No i oczywiście te widoki. Jakoś ziemia, ni skały, nie wrzeszczą na fale za owo obmywanie i ciągłe ich zmienianie. Może zwyczajnie lepiej wyłączyć telewizje i internety i po prostu zaufać zewnętrzu… i poszukać swojego dinusia? W końcu tyle skamielin dookoła! Może warto czasem zapatrzeć się w ziemię? Serio!!! Kamyczki są piękne!!!

Kurcze! Czy to znaczy, że już nie wolno mi lizać kamyczków na plaży, no przez te roundapy? Osz kurna!!!

IMG_5051

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.