Pan Tealight i Bajalas…

„Łaziła Wiedźma Wrona Pożarta po Bajalesie, łaziła i mokła. Znaczy mokła tak od dołu, bo ostatnie deszcze nie zdążyły już ni wsiąknąć, ni zamienić się w parę… Zwyczajnie mokła, podtapiała się nawet, próbowała przestąpić względnie suchym kolanem i udem mokradła, bajorka, bagienka i rzeczki. Wszystko jakoś tak ciurkało, plumkało i się ogólnie kropliło, że słabo jej szło. Już po chwili jej wciąż nowe buciki z Niewiadomej Skórki przybrudziły się, a nawet i od podeszwy mocno woniały plackami krowimi i bobkami owczymi. A nawet czymś psim, lub kocim… ekhm, no cóż, Zima odeszła, wredna Wiosna już ostrzyła sobie pazury na wszelką pomroczną spokojność rozbijając noc i serio wkurzając Wiedźmę Wronę

Chyba z powodu owej wszechobecnej nazbytniej ciepłoty nie mogła usiedzieć w domu i zagłębiła się w Bajalas. Mroczny, zielonkawy, kamienisty, mszany i poprzecinany wąwozami, w które zbyt łatwo było poznać od dennej dna strony. A jednak chciała być tylko tam, nigdzie indziej. W owej mroczności skąpanej w dziwnym zablasku. Niby słońce miało tu wstęp, ale jednak przechodząc przez igliwia zdawało się coś gubić, zmieniać się, transformować… Być innym. Z jednej strony jasnością, z drugiej, czymś bardziej pasującym do głębokich, kamienistych tuneli, do których niebo nawet, burzowe nawet, nie chciało zaglądać.

Wiedźma Wrona Pożarta stąpała mniej lub bardziej uważnie, korzystała nadmiernie ze zmyślności Chowańca i jego o niebo dłuższych nóg… bo mogła. I chodziła. I oddychała i uświadamiała sobie, że tylko tutaj czuje się sobą samotną, ale i niesamotną jednoczśnie. Jakby te drzewa wiedziały, że można ją głaskać konarami, nawet oko wydłubać, jeśli nie będzie uważała, ale co do większego narzucania się, to nie…

… raczej nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6476 (2)

Znowu książki!!!

IMG_6780

Nie wiem jak Wy, ale gdy mnie strzępi dusza, gdy serio mam już dość tych wszelkich wynalazków współczesności, gdy niczego już nie rozumiem, a kit jaki wypisują ludzie na Facebooku doprowadza mnie do pasji… i to serio, tej bardzo mocno bolesnej, to jakoś tak, jakoś tak, tak jakoś zwyczajnie uciekam w las. Na kilka godzin. I idę. Zabieram aparat i wtapiam się w knieje, które jak na razie nie obfitują zanadto w robale. A może tylko mam taką nadzieję, bo z ponad trzygodzinnego spaceru przytargaliśmy jednak właśnie jakowąś glizdę. Ale nic to, no cóż w tym złego, że się gadzina jedna płaźnicowa zabrała z nami na przejażdżkę? No sorry… jesteście więksi, więc noście mnie!!! Przecież nawet nic nie poczuliście…

Idę w las i mijam ludzi, którzy chyba czują jak ja. Gdy tylko człowiek na nich nie patrzy, gdy nie czują kogoś obcego na horyzoncie, bardziej czują niż widzą… zachowują się jak w raju. Jakby nagle ktoś ich przyniósł tam, gdzie żaden ból im nie straszny gdzie nic, co się zdarzy nie może naprawdę ich zranić. Gdzie istnieje tylko bajka… Bo takie są cząstki Paradisbakkerne. Niesamowitego miejsca, strasznie zróżnicowanego, takiego… Tolkienowego.

Naprawdę.

Co krok, to kolejna scena z „Władcy pierścieni”!!!

Tutaj zawsze jest jakaś zamglona kotlinka, wąwóz, zwykła zabawa skałami, a potem na zielonym mchu stojący kamień… stary, czy nie? Postawili go tutaj ci, co byli przed nami, czy jednak tylko ci, którzy niezbyt się zestarzeli? Nie… nazbyt mnie do niego ciągnie, do owej specyficznie uformowanej, ogromnej iglicy. O krawędziach ostrych, a jednak chyba nieobrobionych. A może specjalnie ułagodzonych kamieniami? Może ci, którzy byli tu przede mną, też zmoczyli buty w strumieniu, który o tej porze nazbyt się rozlał, może i oni balansowali na złamanej brzózce… może i ich zachwyciły gotowe na wzrost krzaczki jagodzińca? Może… i oni znowu uwierzyli w coś więcej?

Bo nie da się nie myśleć o przeszłości, gdy patrzy się na te wąwozy. Po bokach skały zduszone, jakby ktoś zaplanował sobie niezły tort i wyciął z niego zbyt wczśnie ogromy kawałek… dołem nierówności, pojedyncze drzewa i krzaki, a jednak i ścieżka. Rzeczka, pluska, jakby mimo chłodu skrzaty goliły sobie tam stopy… szykując się już na wiosnę, która chyba już na Wyspę biegnie.

IMG_5862

Mijamy kolejne pary, bo tak. Każdy rzuca sobie: „hi”, uśmiechając się, jakby wiedział lepiej niż ja sama, czego tutaj szukam. To takie dziwne. Milcząca wspólnota spacerowiczów. Mijających omszone kamienie, jakby władały nimi pradawne elfy, z którymi serio nie należy zadzierać i wpatrując sie w ową mglistość w najniższych partiach, w której coś migocze. Może to i malutkie wróżki, może tylko robal… od wyboru do koloru. Po co się sprzeczać? Po co wierzyć, że coś może wyjaśnić to uczucie? Tak bardzo… nie trzeba tutaj o tym myśleć. Jak nazwać to i tamto, czy rzeczywiście te kamienie to Śniące Trolle, czy jednak tylko głazy? A może zapomnieni Turyści, którzy postanowili swoimi członkami użyźnić Wyspę?

I nagle niebieskie oczko. Mroczne, a jednak wciągające… i to nie tylko dlatego, że dookoła mamy niezłe bagienko i każdemu krokowi towarzyszy ten dwuznaczny mlask. Jakby Wyspa w końcu mogła człowieka smakować. Wiecie podgryzać, lizać, wciągać czasem może i ugryzie od czasu do czasu zbyt mocno, ale… nie narzekam. W końcu nie gryzie mnie wtedy, gdy staram się nie wpaść w wąski niczym dziewicza przecinka wąwóz. Modlę się by w niego nie wpaść, gdy znowu się ślizgam na gładkich kamieniach. Serio! Kto je tak gładzi? Co jak co, ale nie jest to tylko natura. Muszą mieć jakichś dziwnych, powalonych mocno ludzi… takich jak ja, którzy serio mają problem z niedokończonymi sprawami, wiecie pełnych natręctw. Tych, co myją rece dokładnie po trzy razy za każdym razem i trzy razy obracają się, gdy tylko coś im upadnie, a i w ogóle lepiej, gdy wszystko jest u nich po trzy razy. No i tych, którzy nie zostawią odchylonych drzwi, bo szczerze wierzą, że ciemną nocą coś z nich wylezie i ich zje. Nawet jeżeli to Coś jest już dawno na emeryturze i ino się ślini w tej szafie, pod obsmarkaną paczką wywąchanych woreczków pachniuchowych. Już nie pracuje… czasem tylko ukradnie jakąś skarpetkę, albo nazbyt powyciąga nitki z szalików, tak wiecie, by zarobić na te woreczki.

Bo przecież świat nie jest taki, jak mówią nam inni, bęez przesady, każdy z nas toczy swoją gównianą kulkę i tyle. Dla jednych kulka może być nazbyt ciężka, dla innych, nazbyt kamienista, a inni postawili na dziwne odchody w tej kulce. Wiecie, jak żuczki!!! LOL Warto słuchać ino przeszłości.

Na szczęście Wyspa nią jest…

IMG_6342

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.