Pan Tealight i Marzeniowa Bimbrownia…

„A może zacząć pędzić marzenia?

Bimbrownia taka…

co wiele zmienia,

opić się można,

nawet po taniości.

Ale spełnienie

nie zawita w gości…

Siostry ze studni miały nowy pomysł, ale Pan Tealight, po tym, jak musiał naleźć miejsce na zbiorowy grób dla ostatniego pomysłu, jakoś nie do końca był przekonany o tym, co chciały mu przekaać, do czego dążyły. Jednak, gdy pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Prez Książki Pomordowane wszystko się zmieniło. one ucichły, jakoś tak ostatnio to się jej bały, to jakoś je onieśmielała, by w końcu wpędzić je w doła… depresję i wszelaki angst. Ale jednak wola i pragnienie stworzenia kolejnego cudu, popychała je tak mocno, że jednak, ta najchudsa i najwyższa, wyglądająca jak brzoza, która ma zaraz się złamać, wyprysnęła z onej zbitej gromadki i zaczęła tłumaczyć.

Trochę się jąkała, ale oni słuchali tak cierpliwie i w milczeniu, czasem spoglądając na siebie, że nabierała odwagi, odchodiła od niej ciemność i wszelaka niepewność, wierzyła w siebie, była prawie pewna, iż jej się uda, zarażała oną pewnością, onym zapatrzeniem w swoją nową pasję…

Wiedźma Wrona słuchała… znaczy naprawdę się starała na początku, ale potem coś ją rozproszyło. Coś aczęło swędzić w nogę, dokładnie prawą łydkę, ale kiwała głową, potakiwała, starała się wyglądać na zaintrygowaną, nie chciała ich urazić… nie chciała im uświadoamiać, że marzeń, to była cała masa, w siódmej warstwie piwniczki Białego Domostwa, tam za Prawie Mikołajami, a dokładniej onym składem na Ogrodowe wciąż dobre Gnomice, te, co to poprosiły o pewną prywatność i mocną rozdzielność płciową…

Że problem był w spełnieniu…

… i gryzieniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rewitched” – … oj nie. Po prostu nie… bo oto mamy opowieść, w której bohaterka jest aż nazbyt dorosła, a zachowuje się jak piętnastolatka. Nie dość, opowieść jest napisana, jakby pisała ją wysoce ugrzeczniona autorka, i może sama autorka jest taka, ale historia, ona opowieść, ten świat…

… nie, po prostu nie.

… więc, wkraczałam w tę opowieść skuszona historią o dorosłej babeczce, magicznej, do tego pracującej w księgarni… a dostałam historię dziwnie niepoukładanego babska, które „kurwą” rzucić nie potrafi, do tego przynależy do jakiegoś dziwnego, magicznego kowenu, nie kowenu, kij wie dlaczego tak ją strofują… Z punktu widzenia wiedźmiego, no sorry, ale kto się daje tak opętać… no i… ta pinda przez całą powieść nie maca książek! Serio? Jak tak można, przecież kochasz czytać!?

No ale… tia, oczywiście, iż pojawia się osobnik, w którym można się zakochać. I egzamin magiczny, do którego się nie przygotowała, więc… mamy te tak zwany problem, czy być właścicielką księgarni, czy nie, oraz zły charakter, AKA: syna właścicielki, który książki pojmuje wyłącznie jako: money money money… I tak, to mogłoby być interesujące, ale ona jest tak mdła i tak ugrzeczniona… w ogóle, wszystko w tej powieści jest grzeczne, nawet one tak zwane złe persony. Do tego język, wszelako prosty, jak krowie na miedzy. Od początku wiecie co i jak, kto do czego, po prostu… nawet to, co niespodziewane, nie jest niespodziewane. I…

Tak, rąbnęłam książką o ścianę dość wcześnie.

Potem zmęczyłam ją na szybkim czytaniu.

Nie polecam, chyba że wrażliwym dziewojom, którym wszystko przeszkadza. Chociaż może im przeszkadzać brak jakiejkowleik akcji. I nie, nie mówię o spicy kontencie… Nie. Mówię o pewnej dorosłości. O onej wszelakiej normalności trzydziestolatki! O doświadczeniu, o… nosz kurna, osobowości bohaterki! Jakiejkolwiek widocznej i pulsującej. I jęyku, bardiej rozwiniętym niż proste zdania.

Po prostu… no czegokolwiek!!!

Z cyklu przeczytane: „Morderca jest wśród nas” – … okay. No dobra. Niby prosty wypad, niby Szkocja, więc chyba kurna potworów nie będzie, ale jednak… grupa przyjaciół wybiera się w zimowy czas na coroczny wypad. Znają się, podobno. Czy się lubią? Tak naprawdę? Cóż, w takich grupach, no wiecie, nigdy nie wiadomo. Ale, przecież ośrodek nie jest pusty, jest właścicielka, dwójka pracowników…

Ale, czy naprawdę jest bezpiecznie?

Spoglądając na tytuł, cóż, raczej można się domyślić tego, co się wydarzy, to kryminał  elementami thrillera, ale wierzcie mi, no będzie interesująco. Niby z jednej strony prosta opowieść, ale jednak, gdy zbiera się tyle osobowości, coś w końcu musi wybuchnąć. Poza tym, minęło tyle czasu… czy oni się znają? W ogóle, czy tylko po prostu czują się w obowiązku być tutaj…

I jeszcze właścicielka i ten dziwny pracownik… cóż, wiele nad tym jeziorem postaci, które mają coś do ukrycia.

Dobra powieść.

Prosta, naturalna i spowita śnieżną zawieją…

Zawsze mi się wydaje to takie niesprawiedliwe, że ono morze zakwita. Albo chociaż nie ciepłe, to jednak nagle pokrywa je gęstawa ściółka żóltawego pyłku… niby normalność, ot natura, ale jednak, szkodliwa. Od pewnego wypadku z udziałem onych pyłków, no wiecie, już raczej nie kozaczę.

Raczej nie…

Chociaż, ponieważ to wszystko wydarzyło się w pierwszej połowie sierpnia, więc wiecie, to większy… no ten smuteczek. Chciałby człowiek popływać, ale nie może. Znaczy, nikt mu nie abroni, no ale, lepiej nie. Raczej nie polecam. W szczególności nie pozwalajcie zwierzakom pływać, co jak co, ale to nie dla nich.

Śmiertelnie nie dla nich…

Poza tym ciepło, zimno, temperatura szaleje. AC się spierdol… no poszło się dmuchać za tęczowy most, więc cierpię. I to wybitnie cierpię. Jak się trafia takie nocne nikłe naście, to aż się oddychać chce… i wdychać oną już owocującą pięknie figę. Kto by pomyślał, że na środku Bałtyku człowiek może akochać się w skałach, wodie i figach… liściach, soku i owocach. No kurna, jak w Środziemnomorskich klimatach… nawet niektóry mają niebieskie domy… Problem? A no jest, o owoce trzeba walczyć z milusiowymi może, i oczywiście potrzebnymi, ale wkurzającymi obecnie właśnie oną nadgorliwością w wyżeraniu onej mej cudowności, tej luksusowości…

No wiecie…

Kocham ptaki.

Wrony zawsze były przy mnie, ale…

… dzielenie się figami tutaj? Te śpiewy o trzeciej rano? A raczej trzeciej w nocy? Dobrze, że chociaż to się skończyło. W końcu powraca szarość i noc… w końcu. I od nowa trzeba się uczyć ciemności, od nowa człowiek musi sobie przypomnieć swoje rytuały, one zwyczajności innej pory.

Pory ciemnej.

Mojej pory.

Tej ciemniejszej, chłodniejszej, bardziej specyficznej, bardziej chrupiącej, szepczącej, pełnej kolorów i wolności… zwolnienia. Onego czegoś… czegoś specjalnego, zachwycającego, a potem… zimy! I tak, jak wykle zmienili się oni Turyściźnowni. Mamy więcej starszych osób, szczególnie z Niemiec… często wiele, tak zwanym bladym świtem: tam nie żaden blady świt, w końcu jasno robi się po czwartej, ale w okolicy siódmej godziny wyłażą w szlafroczkach i wskakują do wody. Może i mieli przerwę przez zakwit, no ale… dzięki chłodnym nocom mamy zimną wodę.

Zimna najlepsza.

Oj tak…

Codziennie mroczności przybywa około 4 minuty… intrygujące. Czuć to. Naprawdę… Choć od onego prawie pełnego dnia minęły dopiero dwa miesiące, gdy to piszę, nawet niecałe. Jarzębiny zaczęły być gotowe już w pierwszym tygodniu sierpnia, razem z figami, jakby, wiedziały, że trzeba. Że trzeba już, bo potem… no właśnie, co potem? Boję się o jabłka, bo choć malutkie, zdają się być gotowe… a to za wcześnie.

Bardzo za wcześnie.

Jest sucho, rzeki zniknęły… kiepsko.

Jaka będzie jesień?

Wrzesień, październik? Czy w ogóle można cokolwiek planować, jeśli przyroda zdecyduje, iż świat musi przejść jakąś obróbkę bardziej cieplną? Klimat zmieniał się zawsze, nigdy nie był stały, ale… cóż… może choć to morze mogłby, tak po prostu być niekwitnące przez dłuższy czas…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.