Pan Tealight i Pan Niewybredny…

„Pan Niewybredny.

Tak, takowy istnieje.

No dobra, dokładnie jest go jedna, szczupła lekko łysiejąca sztuka, ale żeby nie było, że nie ma. Jest!!! I to serio całkowicie dostępny jest. Jakby byli chętni, to wiecie, on zapewnia niemarudzenie. Kompletną akceptację, a nawet z czasem może i względną istotną zaprzyjaźnieność się z daną sytuacją czy osobą.

Naprawdę.

On się postara, a nawet jeśli będzie seryjnie źle, to po nim nie poznacie. Ni hu hu. Kompletnie nie. Poker face, kurna!!! I wiecie, wdzięczny za przygarnięcie i okazywaną adorację, oraz oczywiście pączka dziennie, koniecznie z toffi, to on po prostu wszystko. Jest zresztą i tak idealnym kłamcą!

Naprawdę!!!

Ale przecież któż z nas nie jest? No tak naprawdę? Kto się przyzna, że przez cały czas wali prawdę i wciąż jeszcze żyje i wciąż jeszcze kumaty, i wciąż jeszcze ma dookoła siebie ludzi, którzy go znoszą? No więc wiecie, jeśli ktoś chce się zapisać na usługi, tudzież nawet życie z takim Panem Kompletnie Niewybrednym…

… wciąż jest dostępny!!!

Naprawdę”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, czy tutaj serio tak wszystko jest powoli i wiecie, hasta manana? No tak jak mówią, czy też próbują wmówić nam w różnych miejscach wszelakiej użyteczności publicznej.

Jak w banku…

Nie wiem.

Czasem mi się wydaje, że tak naprawdę tutaj spieszymy się o wiele bardziej. Wiecie, żeby pójść do pracy, ale po drodze zajrzeć na plażę i wsłuchać się w szum fal, jakoś się naladować. A potem wracać do domu i może się zdrzemnąć, ale nic z tego nie będzie, bo znowu praca, coś do zrobienia też i tu i tam i jeszcze może spojrzeć na zachodzące słońce? A może spacer?

W końcu słońce zachodzi już później…

Ale nie, bo człek już taki zmęczony…

Ostatnio też męczymy się szybciej. Zbyt wiele się dzieje. Zbyt mocno, zbyt nagle, a może tak naprawdę inaczej nie potrafimy? Wiecie, rzucamy się od razu na głęboką wodę? Wmówiono nam, że trzeba próbować i doświadczać wszystkiego, więc choć nawet wiemy, iż się nie da, wiemy też czego na pewno nie lubimy i nie chcemy, to wciąż, to ciągle, tak bardzo się boimy coś stracić, coś przegapić, coś…

I nagle człek się łapie na tym, że mieszkanie w raju, to praca zbyt ciężka. Straszna nawet. Że dzień bez pływania w lecie, to dzień stracony, bo przecież wciąż słyszymy, że: „mieszkacie tak blisko.”. Albo „gdyby ja mieszkała nad morzem…”… tak, czasem serio tak dobrze nie słuchać ludzi.

Już nie.

Lepiej tak, lżej.

Tylko, czy się da? Nawet tutaj? Nie no, nie oszukujmy się, oni są wszędzie, w różnych postaciach, urządzeniach, a jakby co, to nawet list napiszą, czy coś… choć to rzadko. Bardziej niż rzadko!

Raj?

Tak, wiem, Wyspa ma się stać w pełni zielona, bez GMO czy innych tam śmieci, bez Randapów i wszelakich świństw i na dodatek każdy dom ma mieć samochód elektryczny. Tak naprawdę, nie oszukujmy się, traktują nas jak eksperyment. Zresztą, spokojnie, oczywiście, że tak jest. Nie dało się nas spędzić do getta w okolicach Kopenhagi, nie dało się zarzucić odpadami z atomowej rozprawy, więc…

… może posłużymy za zwierzątka laboratoryjne?

W końcu drzewa – lipy pamiętnej, wyciętej pod durną kopię kościoła na rondzie – nie udało się nam ocalić, ścieli ją nocą skurczysyńce, więc czemu nie? No i wybory się zbliżają, więc kiełbasa się wędzi, griluje, gotuje i jedzie na surowo też. Pogoda dopisuje. Zimno, więc może zbyt wielu się nie struje?

Nie wiem…

Zbyt wiele osób zapomina, że problemy mamy takie jak reszta świata, a naweet i ich więcej. Ograniczenie połowów? Nadal nie wiadomo, ale jak będzie, będą problemy. Kolejne ekologiczne popierdoleństwa tych konsumpcjonistow żyjących w miastach, co to mówią mojemu trawnikowi jak ma dla nich żyć… LOVELY! Czasem serio się zastanawiam, co wy tam wszyscy robicie. Serio?!!! Kto z was wysiał zioła zamiast jebanych pelargonii? No kto? A pomidorka może? A ogóreczka?

No dobra, zioła lepsze!!!

Czasem mi się wydaje, że każdy wie lepiej.

Wiecie, oczywiście większość z nich była tutaj raz czy dwa, albo przybywa w sezonie na tydzień i od razu specjaliści. Uwielbiam takich. Zawsze uciekam. Zresztą, nie oszukujmy się, uciekam od wszystkich. To fajna rzecz, no i wiecie, tylko szaleńcy podobno mieszkają tutaj, więc czemu nie mogę wykorzystać immunitetu szaleństwa? Seryjnie pytam, nawet bardzo…

No czemu?

Ech ludzie, weźcie się za nieśmiecenie i niekupowanie wciąż wszystkiego… bo męczący jesteście. Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Niewybredny… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Koszyczek…

„Pan Koszyczek ma swój koszyczek, oczywiście…

Oczywiście pełny.

I wiecie, idzie do Babci.

Ogólnie mówiąc, nie do końca wiadomo jakie są ich stosunki, ale… może i lepiej nie pytać? Weźcie no, taka tam odrobina prywatności się takiej celebrytce jak ona przecież należy. No w końcu, dlaczego nie, zarobiła sobie na to, teraz emeryturka łagodna, spokojna w lesistości wszelakiej, gdzie sobie wilki hoduje. Wiecie, ale nie że takie żywe, znaczy zaraz, zdechłe też nie… no hoduje je sobie na… nie, nie na tyłku. I nie, nie przez zimne kamienie, betony, czy takie tam, w doniczkach.

Tak, istnieją wilki doniczkowe.

Serio są przesłodkie i widzicie początkowo Pan Koszyczek był azaliż wżdy wyłącznie i onym suplajerem ziemi doniczowej i specjalnie wypalanych pojemniczów koniecznie z trzema dziurkami w dnie… ale z czasem. No Babcia jeszcze przecież jest aż nadmiernie ruchawa i tak dalej. Coś się jej od życia seryjnie należy bo przecież przed tym wielkim debiutem w Czerwonym była marnie zarabiającą, chociaż bardzo dobrą, sumienną i utalentowaną aktorką… dlatego później zrobili ten serial i jeszcze trylogię przed i po. No więc teraz… ogrodnictwo zawsze było jej pasją, a wilczki przesłodkie, puchate takie, niektóe nawet jadalne…

A Pan Koszyczek…

Ekhm, młody był może, znaczy młodszy mocno, no ale… fetysz miał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne.

To jest chwila.

Naprawdę, naprawdę wybitnie krótka, malutka chwila, kiedy to miasto wygląda tak puszyście i wesoło. Czas konfirmancji, ale wciąż jeszcze czas pewnej pustki, bezuturystowienia. Wiecie, kiedy idziecie i udaje się wam odkrywać maciupkie uliczki, zamieszania wąziutkie między domami. One czarowne krainy z lampami jak z Narnii. Te domki, nowe kolory, stare odnowione…

… po prostu bajka.

A do tego oczywiście pojedyncze drzewa, bo mimo onej betonowości, czy raczej kamienistości, drogowatości i cegiełki, wszystko tutaj łka ku błękitnemu niebu i jakiejś tam zieleni, więc… przy ścianach już pojawiły się dość wysokie kępki zielonych liści, które wkrótce staną się malwami. W wielkich donicach kryją się i bratki i tulipany. Kolorowe drzwi, barwne okna, ustrojone, wystawiennicze…

Ale przede wszystkim te minimalistyczne ogródki, które gdzie niegdzie się zachowały. Białe płotki, jakaś taka dziwna omroczność, która sprawia, że wierzycie naglę, iż wszystko jest możliwe. Bajki, baśnie, mity i wiary… marzenia, zwątpienia, a i kopy w dupę dla tych złych, co to naprawdę zasłużyli, a co zdają się opływać we wszystko najlepsze, najdroższe i najłatwiejsze…

… karma…

Ogródeczków pełych kwiatów i puszystej, wczesnej zieleni oczywiście niewiele, ale stare, niesamowite bryły architektoniczne ocieniają pojedyncze drzewa, które sprawiają, że nie tylko lepiej słychać onych darmowych śpiewakaów – no i co, że srają pod siebie, kurde no każdy sra, no, tak działamy! – ale przede wszystkim to właśnie one nadają tej puchatości miastu. Onej lekkości, przymilności, wszelkiej pluszowatości.

To zaraz minie.

Za chwilę, dzień.

Już opadają płatki z kwiatów czereśni i jabłoni. Już liście dotąd puchate i jasne, często różnokolorowe zmieniają się w tą narzuconą zieleń. Wiecie, niczym mundru. Rąbana żołnierka chlorofilowa! Wszystko stanie się latem, choć wciąż przecież dość zimno, szczególnie spoglądając na poprzednie dwa, strasznie parzące lata… naprawdę zimno. Kurcze no. I jeszcze ten wiatr, nie żebym narzekała…

Dziwuję się… wiecie…

Rzepaki.

Dzień Matki. To wiecie, no raczej nie był rzepakowy, ale ludzie rzucili się wybitnie w tym roku czycić. Tak, dziwnie właśnie w 2019 kwiatów kupiono więcej podobno nawet kwiaciarnie się obłowiły, nie tylko Lidl. Ale jeśli chciałeś najtańszy bukiecik, to sorry, ale co najmniej 50DKK trzeba było wydać i to tylko jeśli złapałeś ten w Lidlu. Jak nie utrafiłeś, to zostały już tylko te droższe.

A może coś w doniczce?

Przeceniona choineczka? Ja kupiłam sobie… 10DKK!!! LOL

No ale… pola płoną żółcienią. W tym roku serio zaszaleli i cała Wyspa umowiła się na olejowanie. No wiecie, w końcu tak lepiej. Raz to, raz tamto i jakoś interes się kręci. Chyba? Przyznaję, że wolałabym pole kalafiorowe, no ale. Biel głowy kalafiorwej widać nie jest dość fotogeniczna.

Biedny kapustowaty!

Oczywiście, że nie o instagramy chodzi, ale jednak one pofalowane, pofaldowane pola, miejscami przerywane pojedynczymi drzewami, ścieżką, dróżką, płotkiem, jakąś zagubioną ruinką, szopą bardzo czerwoną czy niewielkim lasem i rzeczką… potafią zaczarować. Pachną może dziwnie… gdzieś na pograniczu „to cuchnie” i „o kurna, ale miodowo”. Nigdy nie potrafię się zdecydować. Naprawdę. W ogóle wydaje mi się, że zapach rzepaku się zmienił. Kiedyś rzepak seryjnie walił, a teraz…

… tak bardziej nie do końca…

No ale wciąż żółci pyłkiem wszystko.

Dziwne tylko to, że pszczół nie słychać. Że więcej ich u nie nad ziołami, gdzie rozmaryn szaleje fioletem swych kwiatuszków, niż tutaj. Przecież powinny tutaj być. Zbierać pyłek i tak dalej. No wiecie, pszczelić się… czy to już te pojebane czasy nadeszły, kiedy nie ma pszczół? Kiedy niczego zapylać w rolnictwie nie trzeba?

Każdy rolnik postępowy sam zapyla?

Tak to szło?

Nie wiem… no ale, jeśli wybijacie na weekend, to na pewno załapiecie się jeszcze na rzepakowe łany i ich morskie opowieści.

Bo jak najbardziej je mają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Koszyczek… została wyłączona

Pan Tealight i Zakonnica bez Boga…

„Widzicie, bo chodziło o ten habicik, zasłonki, o oną ochronę cielesną, przeciwkoczłowieczą, ale i boską… by nikt jej nie nagabywał. No i coby wiedzieć codziennie co założyć. Wiecie, nie przejmował się modą, paznokciami, makijażem i fryzurą i torebką i takimi tam…

No co?

Że nie można być zakonnicą swego własnego zakonu? Z własnymi zasadami, modlitwami lub nie, nonami, tercjami, tymi tam no wiecie, refektarzami i tak dalej. Z po prostu oną zakonniczością… odmawiającą teraźniejszości. Oną ucieczką od świata, fartuchem na twarzy, wszelaką cudownością zawsze dostępną, ale jednak nie wymaganą. I może jeszcze zniżką na prom?

A czemu nie?

W końcu modliła się.

A że nie do końca każdy wiedział do kogo, dlaczego i tak dalej, no przecież jak wszędzie można było, można było wykupić sobie karnecik. Miała takowy u pasów, które wieloma splotami opasywały jej talię… mogłeś się wpisać. I wiecie, podobno działało. Bo jako dziwnie neutralna zakonnica miała wzięcie tam na górze. Jak się okazało to teraz bogowie o nie zabiegali…

… i czasem o nich, wyznawców.

A ona, była taka idealna i dostępna.

I miała nawet paypala i jakby co, to ustrojstwo do kart zawsze przy sobie! Co jak co, ale dziewczyna umiała o siebie zadbać!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chłopaki Anansiego” – … genialna.

I tyle.

No co mam powiedzieć o jednej z książek, którą czytam już kolejny raz? Wiecie, niektóre książki człek kupuje w lepszym wydaniu, twardej okładce, by były na zawsze i Gaiman dla mnie jest autorem, którego powinni od razu wydawać tak.

Dobra, wiem iż większość ludzi sięgnie po tę powieść teraz z powodu serialu. Wiem to. Takie czasy. Gdy mówię innym, że kochałam GOT nim był popularny, to się dziwią, bo raczej mało kto pamięta o książkach… z oglądaczy. Podobnie pewno będzie z „Omenem”, który obejrzę, mam nadzieję. Więcej, mam nadzieję, że uda mi się dostać na DVD podobnie jak „Chłopaków…”, którzy mi się marzą, bo wiecie…

… jak zombie nadejdą, to co?

LOL

Powieść Gaimana jest niesamowitą historią ludzkości, USA i wszelakiej deickości. Tak w skrócie. To nie tyle opowieść o facecie i jego żonie – spojler MARTWEJ – o nim nie wiedzącym co zrobić, o nim doświadczającym, właściwie o nim będącym nieistotnym, będącym cieniem tego, co się dzieje. No tak… o Cieniu. O człowieku, który go zatrudnia i innych, które dane jest mu spotkać.

O bogach.

Tych przywiezionych na te ziemie. O bogach wyniszczonych o tych zapomnianych, o tych wciąż jeszcze trzymających się cienkiej nitki wyznawczych oddehów i o tych nowych. Nowoczesnych i silnych!!! Nadchodzi wojna. I tak naprawdę wszyscy wiedzą, że nie będzie tutaj zwycięzców. Gorzej… możliwe iż obserwujemy tych, którzy przegrają. Albo i już przegrali? Azaliż wżdy… może? A może… tylko wkraczamy w niesamowitą opowieść o ludzich, którzy wciąż nie wiedzą czy wierzyć, czy wiedzieć…

A może…

Może chodzi o to, że czytając tę powieść ponownie zderzam się z tęsknotą za właśnie takimi, niesamowitymi, dojrzałymi historiami, pełnymi osobowości i słów… których obecnie nie ma, albo bywają sporadycznie bo TLDR…

Ta książka to Biblia.

Zajrzyjcie.

Wypadek.

No niestety. Zdarzyło się. To przypomina jak naprawdę trzeba uważać na wodzie. I nie, nie podniecajcie się tym, że polska łajba, Turyścizna była z Niemiec. LOL Niestety jedna osoba wylądowała w szpitalu, więc wiecie, nie do końca wszystko szczęśliwie, ale jednak przynajmniej nikt nie zginął. Wciąż jednak mnie intryguje jak sporawy prom władował się na łódkę, tudzież odwrotnie?

Bo jak było naprawdę?

Prawda jest na pewno taka, że jeszcze i w dzień później promy z Ystad miały problemy. Wszystko jest tak bardzo napięte, że jak jeden się spóźnia, to reszta już przez dłuższy czas będzie kuleć. To wydaje się dziwne, ale mało kto w ogóle kuma jak to jest z tymi promami. Że to kurde nie autobusy co to mogą się zatrzymać gdzieś indziej, obok, na ulicy, pod płotem i tak dalej. Nawet nie mają innego pasa. Niby kurcze jak najbardziej port w stolicy rozbudowany, mają zabrać nam kawał zieleni – taka to wiecie, ekologia – ale wciąż promy są traktowane inaczej.

Pokrętnie i dziwnie.

Czyste szaleństwo.

Może jednak powinno się nad tym pomyśleć, bo jakoś wszystkim wciąż w głowach siedzi, że ludzie po wodzie i jeżdżą i chodzą, i tym podobne. A promy obecnie serio bujają się na wodzie mocno przeciążone. Lekko obniżone ceny biletów i już ludzi masa. Aż strach czasem pomyśleć, że przecież ilość ludziny potraja się tutaj, a nawet…

Hmmm, zwykle jest nas około 40 tysięcy.

I to wiecie, moim zdaniem są naciągane wyliczenia… ale w sezonie, to już po prostu szaleństwo. Ten natłok człowieczeństwa przytłacza nas, mieszkających tutaj rok cały, co to jesienią, zimą i właściwie przez pół roku widzą ino znajome, nieliczne, twarze na całej Wyspie…

… dziwne wrażenie.

No ale.

Taka uroda miejsca, które dla wielu poza latem jest ostoją depresji. A tak, tak też nas nazywają. Podobno nawet mieszkam i uwielbiam oną najbardziej depresyjną część Wyspy, więc może się zgadza? Ja w końcu zdiagnozowana, to wybieram sowje, co nie? Pewno, że to nic śmiesznego, no ale… lepiej się śmiać, niż znów się ciąć. Tak wiem, brzmi to dla was normalnych drastycznie, ale ja już z tym żyję…

Długo.

No ale…

Sezon sezonem, lody już są dostępne, kwiaty kwitną, drzewa powoli, ale jednak kurna się robi zielono. Wiecie, tak puchato zielono, przecudnie, przepięknie, przemiękko!!! Nawet w mieście, nawet na polach, nawet na drogach, ścieżkach, które odkrywa się nagle, nowe, albo na nowo, stare, znajome, ale jednak inne.

Może i susza znowu, może i podlewanie trzeba uskuteczniać, ale nie jest źle, ino te mgły. Ludzie, używajcie syren mgielnych, bo przecież na morzu widoczność i nadmierne zaufanie onym elektronicznym urządzeniom jest słaba. Wciąż pamiętajcie, że jest niebo i wyznacza kierunki i wciąż nie myślcie, że nawet gładka tafla oznacza bezpieczeństwo. Bo nie oznacza. Wprost przeciwnie.

To ostrzeżenie i czekanie…

Ech…

Jesteśmy w końcu morscy.

Choć wielu zdaje się o tym zapominać. No naprawdę. Też i państwo narzucając jakieś ograniczenia połowowe, zamiast przemyśleć sprawy zarybienia i jednakowoż lekkiego odfoczenia.

Może w menu powinny się pojawić tłuste foczki?

Bleeee…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakonnica bez Boga… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany Narzeczony…

„Stał pod płotkiem…

… płotkiem lekko pochylonym, już nie białym, obłażącym, się lekko chwiejącym, wychudzonym, ale nie leżącym, wciąż istniejącym, wciąż definiowalnym… stał i serio trudno było go odróżnić od innych sztachet.

Chudziutki taki, ale wciąż zaprasowany.

Wiecie, skarpety i portki w kant, garniak, krawat, choć czasem zdawalo się, że mucha. Włoski nażelowane, lakierki na nogach. Takie to wszystko dziwne, takie ready to use. Takie dziwnie się marnujące… bo przecież on tak chce. Już narzeczony, jeszcze nie poślubiony, ale gotowy. Na przyrzeczenie, na palec, obrączkę, na wierność, miłość, w zdrowiu i chorobie, nieależnie od wyznania czy jego braku, że będzie, że na zawsze, że naprawdę, że zrobi wszystko, złe odgoni i będzie przy niej. Po prostu. Zwyczajnie tak, jak drzewiej bywało. Bo tego chce, bo kocha, bo taka jest kolejność, bo takie wychowanie, ale przede wszystkim jego pragnienie.

Że trwać będzie.

… że pomoże…

… że nie zapomni ni garów pozmywać ni urodzin uczcić. Że nie będzie chciwy, że nie będzie… ale też, że może ona będzie.

W końcu będzie.

Tylko, że…

… komu to wystarczyłoby w dzisiejszych czasach? W tych dziwnych, wirtualnych… nie no, pewno, że w końcu otwozył bizness Fake Śluby za Cenę Niewielką. Tylko, że… cóż, któż może być pewny tego, że wszystko to było fake?

Na to pewności nie dawał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bieganie…

Tak, sport bardzo popularny na Wyspie. Czasem się zastanawiam, gdyby w jednym rogu postawić biegacza, w drugim rowerzystę, to jak szybko by się wykończyli i, czy w ogóle któryś by wygrał? No ale… kronprins przyjeżdża, by se pobiegać. Oczywiście po ostatnich wypadkach, ostrzeżeniach lekarza i tak dalej, będzie biegł z dziećmi i starszymi, ale… i tak serce Małżonki pewno już bije mocniej. Co się ona z nim ma. Ech! No, ale jak wiecie, jak się tak wygląda…

… to się myśli, że może…

Że wciąż się może za dużo.

Nie wiem, czy to taki okres, czy co, ale natknęłam się na tyle wiadomości o złamanych biodrach, problemach pomaratonowych, ludziach, którzy trenowali miesiącami, a potem skończyli jako inwalidzi. Nie no… oczywiście, że jestem w stanie to zrozumieć. Tak, uwielbiam się wymęczyć i ostatnio zrąbałam sobie ramię, ale…

Czemu to sobie robimy?

Chcemy coś udowodnić, czy nie?

A może jak ja, po prostu chcecie uciec od codzienności. Jakoś tak. Mocno. Szybko. Prawie za darmo, jeśli nie okupiliście się w jakimś sportowym sklepie. Truchtanie, bieganie, skakanie, zgięcia, wygięcia…

Pot, zmęczenie… ucieczka do czegoś, co jest tak bardzo podstawowe, tak bardzo normalne. Zmęczenia, potu, śmierdzenia. Do tego, co widać, można pomacać, co jest tak inne niż ta cała, dziwna cywilizacja, tak bardzo wirtualna. Tak bardzo pokręcona. Tak bardzo… taka bardzo zbyt bardzo. Taka… ciężka. Tak, nawet tutaj. Przykro mi, ale to, że okolica piękna, nie znaczy, że podatki znikają, że nie ma głupoty, że jakoś tak, wiecie, jest utopijnie, chociaż tak nas opisali przecież w National Geographic.

Hmmm…

Las pomaga, morze też, ale jednak wiecie, to zwykłe życie.

Wciąż.

Havgus i rzepakowo.

Wstajecie i obserwujecie, jak narasta. Ona dziwna, zimna mgła. Czasem jednak niosąca ze sobą dziwną pomroczną gorączkę, wrzącość powietrza. Częściej jednak lepka i zimna. Omiatająca się, włażąca w kości, zaczepiająca się o ubrania, zahaczająca się o myśli. Ciągnąca ciebie gdzieś, pozwalająca się zagubić, a potem zdecydować, czy się odnaleźć. Dziwnie nieprzymuszająca do niczego.

Dziwnie…

Najpierw mgła rośnie.

Jakby się obżarła i puchła, jakby była w ciąży i miała wydać co najmniej miot w ilości wielunastu króliczków o bardzo mocno puchatych futerkach. A potem, zaczyna się poruszać. Jej kłęby jednak nie są jak zwyczajowe mgliste kłęby. Oj nie. To raczej osobne byty, jakby havgus był mitycznym stworem zdolnym nie tylko wytworzyć macki, ale też i odczepiać je, chociaż… tak naprawdę, jakoś tak, wiecie, nie odczepiają się często od głównego członu.

Czasem może tak, ale nie na długo.

A nawet jeśli, to jednak zaraz wracają do kupy. Jakby coś je przyzywało. Jakby miały jeden, wspólny mózg, a może w rzeczywistości kochały być razem.

Tak po prostu.

A już ta żółtość neonowa, która w tym roku znajduje się prawie na każdym polu… no tak. W tym roku jak najbardziej jest u nas rzepakowo. Nie wiem, czy wszyscy się umówili, czy co, ale naprawdę, jak przez kilka ostatnich lat trudno yło znaleźć oną kolorowość, to w tym roku zaszaleli. Pola się ciągną, wyżej i niżej. Falują, może nie do końca pełne i wyrośnięte, bo wciąż pogoda specyficzna, ale…

Piękne są.

Niesamowite.

Jak z innego świata, a na dodatek razem z oną mglistością… po prostu są czarowne. Może i rzeczywiście neonowe, zaskakujące, ale jakby i pasujące. Jakby bez nich to wszystko nie wyglądało… odpowiednio i zgodnie z protokołem.

Wyspa. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany Narzeczony… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Cuchnący…

„Ale kurde on naprawdę cuchnął!

Tak wiecie… uniemożliwiając każdy kontakt, nawet ten przypadkowy czy też silnie niechętny, tudzież całkowicie pokręcony. A bardzo onego kontaktu pragnął. Wprost usilnie do niego dążył i wszelako zabiegał.

Ale nic z tego.

Śmierdział i tyle.

Aż oczy szczypały, skóra złaziła z twarzy, czy innej tam odkrytej, mocno nastroszonej strony i łzawił nos. Naprawdę lzawił. Wszelakie komórki węchowe łkały uznając ów bukiet za aż nadto uwierający, aczkolwiek na pewno doceniały starania i takie szalone rozwarstwienie w drugiej fazie, bo wiecie… bukiet to on miał. Wszelkie nuty były obecne. I serce i ziemia i duch i głowa.

Wszelkie!!!

Ale wymieszanie i intensywność pozostawały wiele do nieżyczenia sobie

A jednak… głupio było tak go wiecie, odstawić. No na jakiś dalszy tor, najlepiej na inną półkulę, planetę, wszechświat inny. Przecież to był seryjnie bardzo uprzejmy, wykształcony i robotny osobnik. No taki do rany przyłóż, ale potem od razu gangrena, amputacje i wiecie, wszelkie tam zło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Obiecałam sobie jeden spacer i się udało!

Jesienią wybraliśmy się na spacer ścieżką mocno widokową, raczej niezbyt łatwą, gdy człek jak ja chce wleźć wszędzie i wdrapać się na skały i tak dalej… czyli Randkløve. Ona wybrzeżowa ścieżka, która, jeśliście odważni, lub desperaci, gdy człek poczyta o tych kleszczach… może być doprawdy wymęczająca przyjemnie, albo łatwiejsza, gdy idziecie tylko ścieżką. Mijając one pojedyncze gospodarstwa, puste, dziwnie nie z tego świata, domki, jedną willę w pierun!

Rany, jaki oni tam mają metraż ogrodowy!!!

Jesienią było tam pięknie, więc chciałam zobaczyć to i wiosną, gdy u nas one wszelkie owocowe drzewa kwitną. Bo co jak co, ale u nas onych samosiejek w większości, to jest cała masa. A już przy tym białym domku na skale… samotnym, wystającym w gląb morskości… ech, marzenie, ale i dziwny strach. Czy mogłabym tam zamieszkać? Raczej nie. Oj, na pewno nie, posrałabym się ze strachu. Ja tam potrzebuję więcej skały i wiecie, ziemi pod nogami.

Ale już kawałek dalej.

Szczególnie w onej sławetnej, drewnianej willi… ten ogród. Te drzewa tam. Jeszcze bym dosadziła, poszła w zioła i byłby raj!!!

Ale idżmy.

Bo o to chodzi. Zimno, wiatr pizga, ale tu w dole, miejscmi całkiem osłonięci drzewami, wcale tego nie czujemy. Na dodatek jeszcze te kwiaty, pierwiosnki, one cuda i wianki. tTe żółte, dzikie, niesamowite tulipany. Takie inne, takie diwnie niegrzeczne, niczym dezerterzy obecnej ery. Odwalający siarę i nie dbający o kształty pożądane i wymagane. Ech te ich łebki, takie smocze lub alienowe…

Wyłażące z brzucha serio dałyby radę jako ósmy pasażer sławetnego statku!!!

Serio!!!

W tym spacerze, majówkowym, niesamowitym, muskani mięciutkimi, świeżymi liśćmi… wiemy, że najgorszy będzie powrót, bo z racji, że zjechało się setki onych motorów, to spacer wzdłuż szosy jest koszmarem. Prawdziwym. Im jakoś nie każą bulić za smrodzenie, ale my wszyscy mamy mieć elektryczne auta? Serio? Kogo na to stać? Bo jakoś nie widzę. Ludzi nie stać, na odmalowanie domów, a co dopiero to…

Palące słońce, zimny wiatr… dziwna ta majówka.

Bardzo.

Pigułki sowie.

No więc… może niewielu wie, ale po pierwsze mieliśmy remont portu głównego i dzięki temu port jest większy i powstała nowa plaża… ale poza tym oczywiście ma nastąpić ten tam wszelaki rozwój gospodarczy i taki tam. No wiecie… jak zwykle wyborza kiełbasa. Bo co innego. Port jest i tyle. Hałas był…

… i będzie.

Ale.

Niewielu możliwe, iż wie, że u nas jest giga problem z prochami. Znaczy nie z tymi do prania czy coś, ale onymi twardymi i wszelako problematycznymi. podobno w szkołach całkiem nieźle sobie prochy dają radę i człek se myśli, że jak nic na piątkach jadą, czy co i na uniwerek się dostaną. Moc z nimi!!! Ale bez śmiechawy jest tak, że dzieciaki biorą i to sporo, i to na dodatek w wieku bardzo młodym. Tak szczerze to im się nie dziwię, bo z tym światem i życiem nie daje się wytrzymać na trzeźwo, a ile można pić. Od picia tyle się sika!! Ech! A to problematyczne.

Po prochach to nie wiem…

Może nie?

Ostatnim modnym wyspowym gadżetem są tabletki w kształcie sowy. I tutaj mam dość niepełne informacje poza onym sowim kształtem przed którym policja ostrzega w mediach wszelakich, a że ja medii unikam, to wiecie, wiem ino to. Jednakowoż reszta też niewiele wie, więc coś mi się zdaje, że albo nowa droga przemytnicza dzięki większej portowości się otwarła, albo robią u nas. Taki wyspowy Breaking Bad.

A co?

My gorsi?

Pomyślcie sami.

Te zagubione gårdy w onych zielonych polach, owietrzonych. Ta pustka, one domy stojące przez onad pół roku bezludziowe takie. Tęskniące. Może i one mury same zajmują się produkcją by ludzi ku sobie nakłonić? Albo wiecie, no ludzie… coby sobie dorobić, bo kasy mało, a wszystko drogie.

Nie ma się co oszukiwać.

Tak naprawdę takie odosobnione miejsca aż się proszą o jakąś bimbrownię, czy coś w prochowy deseń. Sorry, się nie znam. Bimber na pyrach czy landrynkach może i bym nastawiła, ale coś większego. Ziela mogę poszukać, grzybków, ale odpowiedzialności za to, co by po nich było i czy nie byłby to taki, wiecie, jednorazowy i naprawdę niepowtaralny eksperyment, nie biorę.

Żrecie, to sami se latajcie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Cuchnący… została wyłączona

Pan Tealight i Ochłap…

„Wisiał na brzozie.

Dziwnie połyskliwy w tej mgle, która okutała Wyspę niczym najgrubszy, najmiękciejszy szal. Ale przecież tam był, prosto z nieba opadł i wiecie, zrobił to, co anioły robią. Myślą i mową, zaniedbaniem, ale nie uczynkiem.

A ona, ona powiedziała nie. Że nie chce dziecka, starca. Nie chce być naczyniem, nawet onym najświętszym.

Nie…

Ochłap.

Tak, okazało się, że jak ktoś odmawia aniołom, to jak najbardziej nie uchodzi im to płazem, skorpionem, ssakiem, rybakiem czy gadem. Nie. Po prostu rozpukują się od razu na 666 kawałków i tyle. Większość z nich znika, a raczej wszystkie powinny, bo przecieź ile można mieć tych relikwii… ale wiecie, on śmiał przybyć tutaj, zwrócić się do najmłodszej z Wiedźm z Pieca i jej zaproponować…

To,

Poczęcie niepokalane.

No a ona, jak to ona, taka wiecie prześliczna, krąglutka, prześliczna dzioucha z burzą czarniawych loków, parsknęła, a potem aż nabyt grzecznie powiedziała: nie. Potem dodała „dziękuje”, ale wiecie. Tym swoim tonem, więc… on się zatchnął. Jakby nagle ktoś mu skarpetę z tygodnia biegania, poliestrową, pod nos podstawił. Sztywnawą… i puuuk. I już go nie było. Ona mgła krwi, cząsteczki wchłaniane przez trawę, krwawa pogoda… a potem on. Ochłap.

… więc Pan Tealight właśnie grilla wyciągnął, a Mikołaje starają się ściągnąć darmowe mięcho w brzozy. Jakby ktoś coś, to jako niebiańskie żarcie, na pewno będzie nieskończone, więc przynieście sos i jakąś sałatkę!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zimno, ciepło, ciepło, zimno…

Nosz kurcze, nie wiem. Serio. Ten zimny wiatr prący ku morzu jest tak bardzo przenkający, że człek nie dość, że czuje się goły na ciele, to jeszcze i na duszy, i gotowy jest wyznać wszelakie grzechy, nawet jeśli ich nie popełnił, to się przyzna, bo wie, że tak lepiej, niż coby coś przemilczeć, czy inaczej…

Naprawdę lepiej.

Lżej, wiecie, będzie jak już się człek wygada, chociaż wiatrom. Bo studniom to nie, taki złoty jeden źle na tym wyszedł, ale i w innej wersji, to kurcze wiatry to poniosły w trzciny, więc może wyszeptać smutki w korę drzewa, tą, którą wykłada człek swoją nowo utworzoną grządkę z ziołami, które to może nie zamarzną w nocy…

Bo zimno, wiecie…

… grad padał.

Obudzienie się majowym porankiem i spojrzenie ponad białymi dachami na morze jest zaskakujące. Najpierw człek myśli, ze to wiecie, no ten tam, no deszcz czy coś odbija niebo, albo coś w ten deseń, ale przecież to nie to. Nie… to śnieg, a raczej jakieś takie lekko gradowe kuleczki, drobniutkie.

Ale jednak…

Zimno.

Podobno w Niemczech i śniegi i przymrozki?

Ech, miły ten maj, ale majóweczka to chyba jakoś nie była nazbytnio ciepła, co? Nie wiem, my nie mamy takich udogodnień. Ale, co tam. W końcu Duńczycy to lud pracowniczy i ogólnie mówiąc pożądający każdej chwili, by ino tworzyć, pracować, by wciąż pozostawać w ruchu, nie zatrzymywać się i tak dalej. I serio, wciąż czasem tak myślę. A raczej to chyba ten typ, co wiecie, odchodzi w niepamięć.

Protestancki w zawieszeniach?

Może?

No ale, dziś nadal pogoda.

W ogródku szpaki się błyszczą.

Skurczybyki.

Jakby ktoś obrał pawia i zlepił z tego garść innych ptaków? No kto to widział takowe okrucieństwa, no? Ech… na obgryzionym przez kosiarkę trawniku żrą sobie, a raczej wydłubują żarcie z widocznej mniej lub bardziej ziemi. Skurczybyki. A jakie robale czasem wyciągną, jak się one im dyndają, jak wiją, a one ino sluuuurp i już po takowym robaku. A tłuściutki był.

Taki dziwnie czysty.

Albo zbierają takie kawałeczki kory, uszczuplając moją piękną, jebanie nową grządkę oczywiście, nie pytając się o pozwoleństwo czy coś w ten deseń. I potem fruuu i spierniczają, do gniazda pewnie. No wiecie, budowa i wysiadywanie w toku. Razem cuzamen do kupy! Czasem się nie da inaczej, remoncik nawet z jajkiem jakoś musi być. I tyle. Żona kazała, więc co mam robić, no kradnę no…

Ale…

Robaczki najważniejsze.

Problem w tym, że kurcze jak tak ptak dziobem w dół, to wiecie, nie widzi nic, nie słyszy nic poza onymi robaczkami i tak dalej. Ale inni czuwają i nagle… nagle rozlega się dziwny dźwięk przejmujący w promieniach słońca, które nagle wylazło zza chmur dziwnie burzowych i porobiło czarowną aurę. I nagle ptaszydeł podnosi się, robak mu się wyślizguje, ciekawe, czy wiecie, wrócił od razu do świata własnego? Znaczy ten robak, nie ptak, bo ptak to się nastroszył, wygląda jak takowy wycieruch do kibelka, znaczy no tej no, armatury sralno-sikalnej, rozgląda się, a potem…

Fryyyyy…

I tyle z ornitologii.

I ino te zielenie zostały i kwitnące jabłonie i czereśnie. I rzepaki, którym wyraźnie za zimno i niemrawe takie, gdzieś w tle łyskają pozłotą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ochłap… została wyłączona

Pan Tealight i Konstytucja…

„Bo tyle ostatnio się wydarzyło, tyle zaszło, że jakoś tak…

Jakoś…

Bo widzicie, zawsze o to chodziło. O jakieś prawa, o jakieś spisanie, ale żeby od razy rąbana konstytucja? Nie można było tak zwyczajnie, na serwetce wyhaftować tych dziesięciu przykazań, czy czegoś w ten deseń? By przecież stykło? Czy jednak nie? No dobra, to może dwanaście? Maks piętnaście!!!

Ale nie, Panu Tealightowi nagle się zamarzyła konstytucja. Że niby wiecie, tworzą społeczność właściwie państwo w państwie, ale jednak z odrobiną odmienności… oj pewno się najadł grzybków, może herbatka była zapóźniona w rozwoju? A może po prostu ona dziwna, zimna i opóźniona Wiosna… tak na niego podziałała? Bo przecież po co im konstytucja? No tak naprawdę. W rzeczywistości każdy wiedział gdzie jego miejsce, co może czego nie, a przede wszystkim, że inni mogą, a oni nie i tym podobne. Wiecie, nie tyle, że lepsi i lepsiejsi, ale raczej…

… że tak już jest.

Co nie znaczy, że nie znajdą kiedyś węża w kieszeni i nie zmienią swego postrzegania, na przykład we wtorek?

Ale naprawdę.

Konstytucja?

Taka wielka, z prawami, paragrafami, zakreśleniami, pieczęciami, podpisami i całą tą gracją wszelkiej kaligrafii? Po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

” Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
Nie sądź, że nam dorównujesz.
Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
Nie masz prawa śmiać się z nas.
Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
Nie sądź, że jest coś, czego o tobie nie wiemy. „

Tia… Janteloven.

„Uciekinier w labiryncie” by Aksel Sandemose. Gość, który kurde więcej miał wspólnego z Danią, a nagrody to w Norwegii ścigał. Trudno jakoś się od tego oderwać, gdy jest się tutaj. Przyznaję, że jeszcze nie czytałam, chociaż jako dzieciak na pewno zapoznałam się z literaturą tego pisarza. Wiecie, człek czytał co było, nie miał wybioru. Coś do niego dotarło, ale dusza za młoda była na więcej…

A już na pewno na pamiętanie tego prawa.

Ono się człowiekowi tu przypomina, a raczej Szwedzi mieszkający na Wyspie, no wiecie, ci sami, którzy mówią ci, że nigdy nie zostaniesz w pełni zaakceptowany, że zawsze będziesz obcy, że kobiet z Polski to już w ogóle tutaj nietolerują – co wciąż dla mnie jest szokiem, bom brzydal – to nagle pojawia się jeszcze to prawo. Po pierwsze się nie wychylaj. Po drugie chowaj. Nie śmiej za głośno, nie płacz za głośno, najlepiej nie oddychaj, ziemię całuj…

… kłaniaj się…

Tia, wiem, też się nie spodobałam.

Moje prawo trzeciego roku oczywiście się sprawdziło. Ludzie po tych 3 latach spędzonych tutaj non stop, budzą się. Nagle rozumieją, że to, co opowiadono im o Północy, jej idealności, jest tyko pijarem i ogólnie mówiąc bajką taką samą jak wszystkie Andersena, Niestety… czy chodzi o to, że w rzeczywistości Duńczycy wyzwolili się spod panowania religii niedawno? Czy o ich ciągłe uwielbienie USA i takiego życia… nie wiem. Nad tym powinno się, i pewno się, prowadzić osobne badania.

No ale…

Tak, lepiej nie, ale jednak… ha! I znajdź tutaj człeku złoty środek!!!

Ale lepiej nie!!! Respektujcie prawo ogólnej równości.

Kurna, no komuna no!!!

Idziesz lasem… trup.

Historia przeraźliwie smutna, jeśli uświadomimy sobie, że biednego staruszka choć szukano, to nieznaleziono i leżał gdzieś przez ponad 2 tygodnie… tylko, gdzie leżał? Bo przecież był to czas ogromnego nalotu Turyścizny, która łaziła na spacery, więc… Może policja w końcu coś szepnie?

Może coś się wyjaśni…

Jedno wiadomo, można się zagubić na Wyspie, można się zgubić.

Można na zawsze.

Wyobraźcie sobie biednego spacerowicza, który natknął się na rozkładające się ciało. To mój wiekuisty koszmar, gdy nagle, podczas długiej przebieżki spacerowej zechce mi się siku. Wiecie, człek nie robi tego frontalnie na ścieżce, co nie, łazi szukać odpowiednich krzaków, by swoim białym tyłkiem nie straszyć ludziny. Nie żeby spieszyli się patrzeć, sorry, ale oni przecież też sikają, co nie?

Damy radę…

Ale co, jak tak nagle myślicie, że oj może pachnie dziwnie znajomo, ale siku ważneijsze, a tam zwłoki? Oczywiście, że dla rodziny to szok, ale ten, co znalazł szczątki też na pewno nie był radosny. Miejmy nadzieję, że nie szukał miejsca na siku, bo mogło się to dla neigo skończyć bardzo kiespko.

Ekhm.

Wciąż jednak intryguje mnie ta cała sprawa, bo co jak co, ale zwłoki nam się zdarzają, aczkolwiek nieczęsto. A jeszcze takie? Czy biedny człowiek jeździł rowerem dłużej, czy w końcu się zagubił – był chory – zakręcił? Jakoś mam nadzieję, że nie zginął od razu. Że chcoiaż miał jakiś fun z tego wszystkiego…

Ale co, jeśli to było morderstwo.

Oj mózg, ty to zawsze!!!

Kombinator z ciebie i tyle!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konstytucja… została wyłączona

Pan Tealight i Ona Wdowa…

„Ona Wdowa od Pieniążka.

Od Wdowiego centa, czy też tutaj korony…

No ale, wiecie, ONA WDOWA, znaczy się w świecie konkretnej mitologii osobniczka mocno prawdziwa i opisowa, wzbudzająca poczucie wstydu straszliwego i degrengolady moralnej… nawet w tych prawdziwie najświętszych. Ale dlaczego? Bo rzuciła ten swój wdowi grosz? Ale przecież cóż mogła za niego kupić, no i przecież jest tyle celów charytatywnych… okay, oczywiście, że to rąbany symbolizm z Łukasza, ale jednak… Biblia to księga wielka i znana, choć mało co kto ją czyta naprawdę. Większość słucha i przepuszcza przez kość sitową. Ale, historia o daniu wszystkiego i daniu tego, co ino komuś zbywa. Że znaczy jak?

Masz dać wszystko?

Hmmm… jakby co, to Wdowie się odwróciło i po tym jak się stała sławna, postanowiła, że teraz to ona będzie wszystko innym zabierać. Bo ma dość swej cholernej biedy i tych bogatych, co się po tym cyrku na nią wściekli, że za tego jej obryzionego, chudego pieniążka się im oberwało… Wiecie, wyszli na dziwaków. Co to nie wiedzą ile dać i ile wystarczy.

No i…

Założyła kościół.

Tak, Wielki i Władający Monetą Kościół Wdowy od Pieniążka istnieje na Wyspie od dawna. Podobno bardzo przyciąga bogatych wiernych, bo zawsze dostają tam opiernicz i jakoś to im odpowiada. Oczyszcza ich podobno lepiej niż bolesna maseczka pillingująca, wiecie, ta czarna taka. I tak… Seryjnie za to płacą. Dużo, ale nie wszystko, bo Wdowa nie jest głupia… wie, że coś im zostać musi.

Wiedźma Wrona Pożarta jednak tak i na nauki do Wdowy choć poszła, to nic z nich nie wyniosła. Ciamajda!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Miasteczko Surrender” – … w końcu. W końcu powieść, która ma słowa i ma ich wiele. W końcu coś, co nie jest stworzone z prostych, krótkich zdań. W końcu zdania złożone, w końcu osobowosci, w końcu…

Książka.

Oto ci jest opowieść, której nie polecam, i to szczerze, onym kompletnie wcielonym wielbicielom i wiernym wyznawcom seriali w typie CSI. Naprawdę. Bo to rozpierdziela system. A raczej, szczerze pisze o tym co i jak jest dzięki parze atypowych bohaterów, z przeszłością, urzędujących w starym samolocie na nawiedzonej farmie z ciotką, panterą i małym pieseczkiem.

No, panterą. Albo dużym psem. Wiecie, jak kto woli. Ale, mniejsza. Nagłe fala morderstw sprawia, że siły policyjne zwracają się do nich, renegatów, znanych i utalentowanych, ale jednak niechcianych umysłów, o pomoc. Bo przecież. Ktoś to poskładać do kupy musi. Problem w tym, że kupa wielka jest i będzie, na dodatek nastolatek się im przypałęta, wątek lekkko sercowy no i…

Nie no, to trzeba przeczytać. A jest co i ile. Z opisami, legendami, z historią stworzoną od początku do końca. Bez niedoróbek, chociaż… chociaż jak ktoś potrafi dodać 2 do 2 to wiecie, od razu wam wyjdzie kto co i dlaczego, ale jeśli zaczniecie googlać pewne fakty, to, ech, możecie trafić na naprawdę brudne sprawki USA i życzliwie odradzam nadmierne googlanie. Naprawdę. Do dziś jakoś nie mogę w to wszystko uwierzyć.

A może nie chcę?

Bo ten świat jest okropny.

Ale książka zajebista i bardzo dobrze napisana. Dla tych, co potrafią wciąż się wczytać i naprawdę docenić każde słowo.

Dobra.

I jedzonko!!!

Tak, nie mogę sobie pozwolić na to by czytać/kupować tyle ile bym chciała. Muszę wybierać. Muszę się ograniczać, łezkę często uronić… no nie da się inaczej. Szczególnie jak człek wpadł z nowu w ten szał czytania nowego. No nie da się inaczej, czasem tak się chce ino nowego, a czasem wraca się do starego i bardzo marzy mi się „Wiedźmin” w twardej oprawie. Ale mnie nie stać… no jednakowoż, oto moje nowe jedzonko. Pachnie obłędnie. I boję się ich dotknąć, bo jak zacznę…

To jak się powstrzymam?

A ma starczyć na długo.

Chyba każdy kraj ma coś takiego, nie wiem, bociany, inne ptaki, kwiatki… w Danii to będą pyry. Tak, pierwsze pyry, a dokładniej pierwsza torebka sprzedana za bajońską sumkę wyznacza nadejście w Danii wiosny prawdziwej. Tym razem, jak się okazuje, wcale nie jesteśmy w takim wiecie, ogonie. Pewno przez te upały, choć na pewno nie dzięki nawodnieniu… ale jednak.

Pyry nadchodzą!!! YAY?!

No wiecie, przecież co jak co, ale takowy ziemniak, kartofel, bulwa, czy jak tam go zwać, to naprawdę cud prawdziwy. Podobnie jak świnia, ale… jak się okazuje zwierzęciem Danii jest wiewiórka? Ekhm, że co? Serio? Wiewiórka? Tosz ja może raz wiewiórkę w tym kraju widziałam!!! No weźcie!!! Rowerzysta, to by bardziej pasowało, szczególnie taki wkurwiony, z Kopenhagi, co to wiecie, świadomy jest ponad daszek swej cudowności dla świata, ma słuchawki w uszach, telefon w łapach i przejżdża cię, a potem zmusza byś mu z własnych flaków pedałki obczyścił, bo przecież on jest rowerzystą… no tak, zaczyna się…

Ale miało być warzywnie.

Problem w tym, że wciąż się zbacza z tematu, jak kurna wiosna dobija do ponad 20 C stopni i jeszcze na dodatek mrówki wracają. Ech!!! Wiecie, sezon za progiem i w człowieka strach jakiś wparowuje. Auta się mnożą na drogach, niby nie po raz pierwszy będzie przez to przechodził, ale przecież już wie jak to jest, jak bywa, a teraz się dowiaduje, że na Folkemodet będzie JESZCZE więcej menesków… to po prostu…

Ech…

Pyry.

Ziemniak drogi i znajomy wschodzi sobie dzielnie, walcząc z suszą i spoko wodza będzie w maju. Nie mogę się doczekać, bo tak serio to jedyne ziemniaki, które warto jeść i można jeść. W końcu coś stąd, w końcu coś warzywnego, coś, co napcha człeka, ale jednocześnie wciąż jest jego częścią.

Pewno, że czegoś tam dosypali, ale…

… widzicie, jedzenie rzeczy, które wyrosly tutaj, jest jak spożywanie Wyspy. Najświętsza z komunii!!! Misterium!!!

To jak mieszanka ziemi pachnacej, pełnej minerałów, lekko promieniującej, no ale… z morskimi aromatami i cudami wszelkich tajemnic… po prostu czuć w nich oną niesamowitą pierwotność. Piękną, prawdziwą, pozwalającą człowiekowi wciąż się oszukiwać, że będzie dobrze. A przynajmniej będzie tak do jego zgonu, bo potem, to niech się ci, co się płodzą martwią, bo jakoś nie widzę, by się martwili.

Jeszcze raz ktoś weźmie stertę reklamówek w sklepie, gdy ja wyciągam moje torby bawełniane i lniane, które mam od nastu lat… do zacznę gryźć. Gryźć się w myślach, bo ludzi się brzydzę. Jakoś no weźcie, toto maca te plastiki, pierun wie co jeszcze jest w stanie macać. Ziemniaczka pewno nie będzie chciało. No chyba, że mu dopiszą do ceny kilka zer i podadzą w Nomie. Ekhm, to zawsze.

Bo posh life się liczy.

LOL

… smutne LOL

Albo takie kalafiorki.

Kurcze, no niesamowite!!! Co jak co, ale u nas nie dostaniecie dużej masy onych cudów jadalnych, większość zasiewów robiona jest na paszę, albo tak ot po prostu, na nasionka, na ulepszenie gleby etc… to co można nabyć to ziemniaki i kalafior czy kapustka. Wczesną jesienią różne tam dyniowate. Wiecie, bo przecież takie ładne są. Nie żeby ludzie to jedli, ale wygląda ładnie…

A reszta, to żarcie z takich zagramanic, że kurna małpy na to sikały. Jeżeli jeszcze jakieś przeżyły. Nie wiem, ale świat mnie dobija na wiosnę. Za dużo światła, za mało deszczu, radosne ptaszki… a mówią, że depresanci winni się teraz lepiej poczuć. Ale kto tam rozdziela depresję pór roku czy klimatyczną od jebanie klinicznej, co nie? To jak z ziemniakiem. Idź na spacer, dotknij drzewa, zapal światło, jak będzie cieplej poczujesz się lepiej. Aaaaaa! Niespodzianka! Nie poczuję się.

Bo kolejny rowerzysta mnie przejechał, więc już nic nie poczuję…

Czy jestem zgryźliwa, czy zwyczajnie stara?

Nie wiem… chcę młodych ziemniaczków, amen! I żółtego domu!

Sponsorzy mile widziani!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ona Wdowa… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewicza Panna…

„Pojawiają się takowe na Wyspie dość cyklicznie, szczególnie w okresie wczesnej bardzo wiosny…

Wiecie, one dziewicze, ale nie do końca niewinne.

Dziewicze, ale często zbytnio wiedzące, zbytnio doświadczone, a jednak wciąż tak obleśnie dziewicze. Przez te kiecki pewno. Białe, haftowane, z koroneczkami dołem i przy kołnierzykach, mankiecikach… wiecie, na nich one stokroteczki, zawsze białe, nigdy różowe, żadnych pręcików żótawych, ino t biel. biel tak biała, że aż oczy bolały. Nie ta niebieska, ale jednak…

Pan Tealight miał teorię, że się wykluwały z jakichś jaj składanych przez niewidzialne stworzenia, je całkiem niesłyszalne, w miejscach, gdzie wiosna po raz pierwszy dotykała ziemi. Gdzie kwitły krokusy. Tak, te najwcześniejsze pojawiały się właśnie tam, najpóźniejsze tam, gdzie wysuwały się długie łodyżki pierwiosnków. Onych dzikich, żółtawych, wiecie, jasnych takich, z tubeczkami, ssawkami jakby. Podobno ostatnio naprawdę ponownie odkrytych w kuchni!

Ci ludzie są dziwni, ale spoglądanie na wypięte dupy bab zrywających całe ich naręcza tuż przy drodze lekko łóci się z jakimkolwiek światopoglądem. Naprawdę. Po pierwze, okay, jecie je, ale jednak wasza gospodarka sprawia, że je niszczycie nazbytnio. Najeźdźcy mający na swe wytłumaczenie zdrowie…

Może im ołowiu brak?

Ale czy smród z ulicy wciąż jest ołowiowy?

No ale, więc się pojawiały… białe, czyste, lekko nawet przezroczyste, wszystkie dziwnie białe, aż świecące – można by za lamkę taką sobie postawić w kącie, bo co innego z nią zrobić? Wieszak? Wszystkie blondyneczki skandynawskie, z tymi włosami wprost nieistniejącymi w zwyczajowej skali kolorowości włosa…

… i gromadnie zawsze lądowały nad Rzeką przy Sklepiku…

Bo miejsca w tym świecie, ni innych światów dla niech nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Traktor.

Niby prosta sprawa, czyż nie? Dobra, może nie każdy zwraca na nią uwagę, a i w mieście pewnie trudno zobaczyć go w akcji, ale jednak. Należy pamiętać, że po pierwsze traktory u nas są wielkie. Seryjnie ogromne i zwyczajowo niebieskie. Tak wiem, już mnie uświadomiono, że chodzi tutaj o firmy, że podobno jedne czerwone inne niebieskie, no ale… głównie są niebieskie o gigantycznych oponach. Ciężkie i mocne, żeby tylko trzymały się pochyłości, nierówności, żeby wiecie, przetrwały, albo…

… dopłaty?

Reklama?

Nie wiem, ale zawsze mnie kręcą. Wiecie, one wszelkie zwyczajności jak orka, sianie… tak, oczywiście, że maszyny się zmieniły, ale tak naprawdę nie aż tak bardzo. Zamiast rydla jest ich teraz cała masa, są metalowe, bardziej spiczaste, wymyślne może, no i nie człowiek je ciągnie, a maszyna z onym człowiekiem w środku, ale wciąż przecież… ziemia ta sama, choć trochę umęczona dziwnymi nawozami, zamiast krowami i świniami pasącymi się na trójpolówkowym wypasie… albo coś w ten deseń.

No wiecie…

… kupa.

Tia… czas nawożenia nadszedł, więc smrodek wiruje w powietrzu. Ono pomieszanie intrygujących morskich wyziewów i jeszcze tego kupowego, choć dziwnie chemicznego, koszmaru. Straszne to. Często wypala aż twarz, niszczy nie tylko pranie, ale pozostaje w domu na długo. Nie wytrzebią go pachniuchy, świeczki i psikacze, czy też wietrzenie, no bo i wietrzyć nie możesz… to po prostu zostaje, jakby cząsteczki smrodu były mocniejsze od wszystkiego. Jakby odbierały, trochę na siłę, swój czas panowania, jakieś dziwne pozwoleństwo miały?

Yyyyy!!!

Ale walić smrodek.

W końcu może i wiatr się zmieni, może jednak popada jak zapowiada DMI… może susza jednak zostanie nam oszczędzona, może?

Dlaczego w to nie wierzę?

Dlaczego?

Nie wiem, ale boję się… i patrzę na ten traktor, co to ora, a za nim w procesji garść czarnych wron i kilka mew. Mają na coś nadzieję, ale mimo ciemniejszych chmur spadło ino kilka kropel, więc robalki chyba zostaną tam, gdzie są, no i potem zerwała się gorącość straszliwa. I wszystko popaliło rośliny i wyparowało i uczyniiło więcej szkody niż pożytku, więc raczej nie sądzę by miały branie, znaczy żarełko…

Ale traktor…

Za sobą ciągnie ulepszone radła i bawi się swoją pracą. Niczym wiecie, taka zabawka dziecięca, tylko większa i bawiący się to nie dziecko, ale uciechę z tego ma, tylko jak on to przeżywa? Klimatyzację ma w środku? Bo nie dość, że ciepło, to to, co porusza jest jak piaski na pustyni. Te wiecie, z okolic Sakkary, takie inne trochę, bardziej czerwonawe miejscami, mieszane, a casem tylko złote… pył unoszący się za maszyną sprawia, że wszystko zacyzna wyglądać jak przygotowania sceny do burzy piaskowej dla kolejnego odcinka GOT czy co tam teraz popularne jest…

Jedi?

Ale…

Ten piach zdaje się kotłować za niebieskością idealną maszyny i traktora, a potem nie opada, lecz unosi się do góry i zasnuwa wszystko. Nie wiem czy miesza się z havgusem, czy jednak ma taką moc, że po prostu pozostaje i w tym żarze slońca nie ma jak oddychać. Nie ma doprawdy czym oddychać. Jakby…

… wysysało tlen, azot i inne dodatki.

Ale jest tak bardzo fascynujące, iż łapię się na tym, że przez godzinę wiszę nad horyzontem i fotografuję pole.

A raczej traktor, orkę i te kłęby, czasem nawet pomarańczowe…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewicza Panna… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Wyjechana…

„Wyjechała znowu.

Na chwilę, na moment, na godzin kilkanaście.

Wiecie, no wyjechała. Popłynęła. Tym razem nie tylko myślą, ale i ciałem. Nabawiła się kontuzji, zmacała trochę kamieni, w tym też i odpowiednio dojrzałych, bo wiecie, im starsze tym lepsze. Tknęła kilka duchów, tak po prostu, do tego jeszcze łobotała się na morzu, a potem…

… wróciła.

I właściwie, chyba coś się za nią przyplątało.

Coś nowego, coś jeszcze nie do końca widzialnego. Coś. No wiecie, jak w końcu zdecyduje się przedstawić, to będą wszyscy wiedzieć jakowym bytem, jeżeli już, jest jakowymś opisowym, definiowalnym, wiecie, może nawet imiennym. Człowieczym, duchowym, magicznym, pokręconym… jeśli tym ostatnim, to na pewno się wpasuje, gorzej, jeśli będzie dorosłym i poważnym.

Wiecie, typ w garniaku i tak dalej, lakierki, skarpetki długie, z taką zawieszką, mini rąbanym pasem cnoty pod kolankiem, podwiązka, wiecie, stara gwardia, żadna woda w piwnicy… albo gorzej. Wylakierowana dama co to chce tych tam wszelkich spa i innych pierdół. Rany. Przecież jak Wiedźmy z Pieca rzucą w nią ziołami i będą oczekiwać, że i dla nich ukręci kremika, to się zadymi nieźle… dlatego Pan Tealight postanowił to przeczekać i wyniósł się do Chatki Wiedźmy. Bo wiecie, ona cwana przyplątane ono coś zawlokła do Sklepiku…

No co się będzie obciążać.

I tak już tłok ma u siebie!!!

A jeszcze ostatnio… składając ofiarę z krwi, czy raczej zaraz gdy ją zlożyła, nie że w czasie składania i wszelkiej obrzędowości… no Mrówcza Armia się do niej wprowadziła i holokaust nastał i ogólnie mówiąc pogrzebów tyle musiała odprawić: a ci chcą w urnie, ciałopalenie, a tamci po nejtiwowemu, na palach, ci znowu kanibalistyczne jakieś praktyki… no nie dogodzisz!!!

I wciąż Pan Tealight wolał to!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świątecznie…

Na skraju widzenia wybucha biel i żółcienie. Ech, te kwitnące krzaki, takie puchate, takie niesamowite. Pośród wciąż gołych gałęzi i suchych pól zdają się być takie magiczne. Tak bardzo czasami zdają się być nie na miejscu. Za późno, a może pojawiły się za wcześnie? Nie wiem, ale pachną niesamowicie. Wiecie, śliwy jak zwykle odwaliły siarę i zakwitły na jeden dzień ino, niczym rąbane sukulenty!!!

Ech…

No ale, były święta.

Sezon jeszcze nie rozpoczęty, ale świąteczny, wiosenny czas, oznacza, że od teraz będzie znów Ludziny więcej na Wyspie. Jak spoglądam na one liczby, że tych ludzi tak naprawdę było AŻ tak wiele, to łeb pęka, ale i rozumiem, dlaczego siedzieli wszędzie, byli wszędzie, a aut to było tyle, że od hałasu człek myślał, że wyspy pomylił.

Naprawdę.

Święta jak zwykle były tutaj rodzinne, spacerowe, odpoczynkowe, sprzątające i ogródkowe. Wiecie, jak się świętuje ponad tydzień – niektórzy tak mają – to trzeba sobie znaleźć jakąś robotę, co nie? Pogoda na pewno dopisała. Mieli ono słonko, co rzadko w tym okresie się zdarzało, a i niektóre sklepy nawet były otwarte.

No cuda wam powiem, cuda ogłaszają!!!

Kogo najwięcej?

Nie mam pojęcia. Właściwie wszystkich… przyznaję, że spędzałam czas na chowaniu się. Jak inni z nas. Chowamy się. Ci, któzy mieszkają tutaj właśnie dla onej pustki, natury i samotności, bardzo źle znoszą sezon. Oczywiście, że rozumieją dlaczego, co i jak, ale też nie pojmują, jak inni nie potrafią zdobyć się na oną odrobinę pomyślunku i zrozumieć ich. Ich pragnienie samotności.

A przede wszystkim to, że nie, nie pracujemy dla was!!!

Chyba że chcecie kupić obraz, proszę bardzo, ale to nie znaczy, że wolno wam nas poniżać i wykorzystywać do wszystkiego.

Jeżeli przenosisz się na Wyspę…

Cóż, w zależności od tego skąd się przenosisz, masz różne problemy. Jedni wracają po wojażach w stolycy, inni znowu umykają tutaj jak ja, spragneini samotności, no i wieci, bliżej do materiału badanego jest… a jeszcze inni zwyczajnie zostają opętani. To chyba też ja, ale wolę akurat o tej opcji zbyt wiele nie myśleć.

Czasem mi się wydaje, że ta Wyspa w końcu mnie zabije. Bo bije przecież ciągle. Poniża i krępuje, niszczy, spuszcza zarazy… a ja jak ten durny kopany psiak, kurde, co ze mną jest nie tak, że ją tak kocham?

No ale… mniejsza o mnie.

Duńczycy oczywiście szukają czegoś na wynajem.

Większość nie decyduje się na kupno, bo choć taniej, to jednak wiedzą, że długo tutaj nie wytrzymają bez pewnych udogodnień i możliwości. Oni to wiedzą. Reszta boryka się z całą masą problemów jak rejestracja amochodu, czyli wydać wiele kasy, potem dom, znowu problem pieniężny i ludzki… no i w końcu pewno język, chociaż angielski przejdzie, miejscami, przez pierwszy rok…

Potem dostajecie po dupie.

A potem, uświadamiacie sobie, że tak naprawdę nigdy was tutaj nie zaakceptują, nawet jakżeście biali jak śnieg i mówiący po duńsku. Sorry… taka prawda. Zderzycie się z fantazją roku pierwszego, dwufazowością roku kolejnego i wielkim syndromem roku trzeciego, gdy spadają klapki z oczu i tyle… jak przetrwacie, to naprawdę wielcy z was ludzie. Albo szaleni. Ja, to ta druga opcja. No jak nic opętanie!!!

… kurde…

Źle z nami, jak nic!

Ale miłość to nie jakieś normalne, wytłumaczlne uczucie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Wyjechana… została wyłączona