Pan Tealight i Bunt rowerów…

„Pojawiają się, najczęściej nocą.

Niby przypięte do głównych znaków, na skrzyżowaniach najważniejszych dróg. Niby pozostawione na chwilę, a jednak… lekko już wyblakłe, lekko już… zastałe? I wiesz, że nie są tutaj tylko na chwilę. Że tak zwany właściciel nie udał się w krzaczki, czy coś, na zakupy, czy jakoś złapał okazję…

Nie.

Wiesz, że to jeden z nich… zbuntowanych.

Szeroko, aczkolwiek dość cicho domagający się nie tylko niesiadania, niejeżdżenia, niewożenia, ale przede wszystim niepedałowania i pierdzenia w siodełko. Podobno chcą też częstszych oliwień i mniejszych obciążeń, ale większość, zwyczajnie chce założyć komunę, czy jakiś rezerwat na Wyspie. Wiecie, dla dzikich, czy też zdziczalych rowerów. Umęczonych człowieczeństwem, które naprawdę nazbyt, męcząco, boleśnie nawet czasem, je przytłacza.

A tak.

Rowery na Wyspie się zbuntowały.

Pragną praw, uznania ich odrębności narodowej, oraz podzwoleństwa na przytrocanie się do przeróżnego rodzaju słupków, ogrodzeń i znaków. Bo przecież, czemu nie. Śliczne są, zgrabne, więc dlaczego nie mają sobie po prostu stać? Nieujeżdżane?! Przecież one nie konie!!! Karmią się przydrożnym zapachem i mleczami, więc naprawdę, nikomu nie szkodzą, a malowniczo wyglądają.

Wiecie, takie różnokolorowe dodatki.

Zatrzymane… w końcu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cudowny prezent od Autora, to zawsze najwspanialsze z wyróżnień. I nie ma znaczenia, że akurat oną Autorkę znam od… jej, jeszcze poprzedniego, nieistniejącego już wydawnictwa, no ale… obserwowanie jej rozwoju, kolejne książki…

To ogromne wyróżnienie, dziękuję!!!

Spacer… brzegiem Wyspy.

To dość dziwne miejsce, naprawdę dziwne. Puste takie, skaliste bardziej, płaskawe, a jednak mięśnie zdychają, niby jakieś trzy kilometry w jedną stronę, bo wrócić trzeba, ale z tymi zakrętasami, pod górkami i tympodobnymi, to wychodzi więcej, naprawdę. No i ten piasek i te skałki i mikre drzewka i zarośla i jeszcze one pozostałości, które nazbyt archeologicznie się do mnie szczerzą.

Idziemy tak z parkingu, ale naprawdę chyba wszystko zaczyna się pod latarnią w Svaneke. Te domki znikają, ona ścieżka staje się bardziej niepewna, a i cała historia tego miejsca, która przypomina mi, jak dlugo już tutaj żyjemy. Jak bardzo to wszystko powinno być już nudne i zwyczajne, a jednak…

… nie jest.

Pamiętam jak ją sprzedawali, jak odebrali jej światło, pamiętam dokument o renowacji, a teraz mogę zajrzeć do jej wnętrza przez wielkie okna. Intrygujące miejsce i można wynająć je na tydzień, czy dłużej. Ktoś chętny? Mają nawet jaccuzi, czy jak to tam się zwie, wiecie, naz zewnątrz z bąbelkami… widoki stąd, gdy dookoła sztorm łupie w ściany musi być niesamowity. I te fale, te skały… i niestety ludzie.

No bo to w końcu ścieżka.

No i zaraz obok jest camping… i mała plaża, miejsce do zabaw wszelakich, gdzie często gęsto głośno, gdzie często ludzie zatrzymują się na dziko tak, albo zwyczajnie rozkładają się na trawie i skałach i człek ma widok. No więc może to genialne miejsce, ale jednak tam między sezonami. Jesień tu jest piękna!!!

Ale przecież nie stoję tu jak jakiś stalker!!!

Nic z tego… idziemy!!!

Dalej.

Dalej jest płasko, a raczej tak tylko się wydaje.

Po skałkach w górę i dół, między drzewami, między miejscami, gdzie wielu przed nami zakładali tymczasowe, rybackie wioski. Między skałami, które… kurcze, ale gdzie jest do grzyba marudnego morze? No gdzie? Gdzie jest moje morze zwykle mruczące, łyskające niebieskościami i szmaragdami?

No gdzie ono jest?

Nie ma.

Nie ma morza.

No dobra, jest ono morze, ale tak mocno odsłoniło Wyspę, że nagle zyskujemy całą masę nowych miejsc. Aż się chce ubrudzić w tych maziach i wiecie, poszukać czegoś z przeszłości, bo wychodzi, że jedne ze starszych wiosek mieszczą się właśnie pod wodą. To stamtąd czasem morze wyrzuca rzezane, kamienne skarby. Jeżeli ludzie pd tak dawna skłaniali się właśnie ku tym miejscom, to przecież… dlaczego nie mieliby robić tego od zawsze. Od onego mitycznego ZAWSZE?

No wiecie… dlaczego?

Ale… idziemy dalej.

Morza coraz mniej. Skały jeszcze bardziej odkryte. Miejscami widać jak głęboko wody wtargnęły tutaj, gdy tak wiało. Pozstały nie tylko starmoszone trawy i zerwane mchy, ale też i gałązki, kawałki drewna, wszelkie takie cuda, które inni zwą śmieciami. Tworzą nie dość, że intrygujący murek, czy też płotek, ale i ściółkę w miejscach, gdzie wiatr nie posprzątał.

A nie zrobił tego w wielu miejscach.

Oczywiście, że człek tupta przez Grisby do Aarsballe, ale mgła na horyzncie, żar lejący się z nieba, ale i dziwne prądy zimnego powietrza nagle podwiewające spocone plecki, oto nasza końcówka lutego. Wiosna, ale czy na pewno? Wciąż siedzą tutaj hiacynty!!! No weźcie!!! Wciąż tutaj są. Wszystko zdaje się być tak podejrzliwie i podejrzane. Tak bardzo… nawet te tłumy świąteczne, które się nam zwaliły na Wyspę… bo tak, spacerek był świąteczny, oczywiście że tak… ale wiecie, wspomnienia wciąż żywe.

A słońce wciąż pali.

Oficjalnie cała Dania ogłosiła już stan suszowy.

Żadnych petów!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bunt rowerów… została wyłączona

Pan Tealight i Mrowienie…

„Dziwne uczucie.

Dziwne.

Ni to swędzenie, ni jakieś poruszenie podskórne, czy też może jakieś pasożyty z koszmarów największych… albo wiecie, one miniatury, drążące się podskórnie z „Ósmego pasażera Nostromo”? Wszystko przecież jest możliwe.

Wszystko!!!

Ale czuli je.

Bardzo mocno, bardzo dziwnie i bardzo wkurzająco!

I bardzo niepasująco do tego wszystkiego, onej wiosny, wciąż wczesnej, niezdecydowanej… czasem walącej żarem, czasem znowu tak mrożącej tyłki, że wychodząc na zewnątrz wszystko pod stopami chrupało. Wszystko było zimne, ostre, dziwnie wciąż zimowe, a nie wiosenne, a przecież już prawie maj…

Chyba, że go kurde zwolnili?

Może?

Czy można zwolnić miesiąc z obowiązków? Może i można, w końcu czego nie można, jak się ma kasę i możliwości? A Wszchświat chyba miał to wszystko, czyż nie? No więc, może to jemu się jakoś pokłóciło z Majem, a może Maj wziął urlop dziekański albo wiecie, macierzyński? W końcu to północ. Tutaj każdy może nagle zacząć być odpowiedzialnym rodzicem. Może i on?

No ale… mrowienie raz się nasilało, raz omal milklo dając nadzieję na to, że już nie wróci, a potem znowu, więc starali się przywyknąć. Jakoś tak, zapomnień, nie myśleć, nie pamiętać, jakoś tak… ale jednak, kurcze, no mrowiło. Męczyło i sprawiało, że czuło się dziwniej niż zwykle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarownice nie płoną” – … nie płoną. Żyją. Są. Istnieją. A jednak wciąż okrzyk: „witch, witch, you’re a witch” oznacza coś całkiem niepozytywnego. Złego. Okrutnego…

Jako wiedźma rzuciłam się na oną powieść i przyznaję, że choć spisana oną nowomodą, któa nie dopuszcza dłuższych rozważań i opisów, to jednak wciąga, mota i zaskakuje końcówką, więc serio warto. A o czym to? A o dziewuszce, która nie spłonęła w rodzinnym domu. Wiecie, kiedyś te, które nietonęły, to uznawane były za winne, tutaj tak spogląda się na ono dziecko. Ocaleńca mieszkającego w domu zastępczym. Gdzie ma tylko jedną, współczującą jej duszę. Ale czy na pewno? Czy nowa pracownica opieki odnajdzie w niej prawdę?

A może dziewczynka jest winna?

Jest onym złem wcielonym niczym w filmie z Bridget Jones. Oglądaliście? Chcieli tam dziewuszkę spalić w piecyku i to nie na trzy zdrowaśki, na pewno. „Przypadek 39”! Ha, wiedziałam, że znajdę. Jak nie ogądaliście, to zerknijcie. Też warto, choć jako aktorka Renee to dla mnie tylko Bridget.

No ale.

Oto jest opowieść o małomiasteczkowości, o niewiedzy, o strachu i o czymś nadprzyrodzonym, co istnieje… a może nie.

Warto!!!

Nawet jeżeli wkurzają was one przykrótkie zdania, brak wtopienia się w osobowości bohaterów, wiecie, ona nowoczesność, która tworzy powieści spisane językiem tak prostym, że cep by się uśmiał, to wciąż, nie jest tragicznie.

Spacerek…

Wybrzeżem.

Ludzi masa. Ale przecież, czemu nie? W końcu oni na pewno wykruszą się po drodze, zmęczą i tak dalej, a ci co idą na rekord, to zawsze są, migną tylko i tyle ich będzie. Przetrwam. Da się wytrzymać. Moje lęki dadzą radę. Zresztą, w końcu chyba zaczęła się ta sucha wiosna, więc trzeba wykorzystać. Pierun wie do kiedy da się łazić jakoś tak normalnie. Jakoś tak nieroztapiając się, wiecie…

No dobra, bo to był czas świąt.

Wiecie, ten szok mnogości aut na drogach, ściskiem, tłokiem, pewno dla większości miastowych lekka codzienność i to całkiem skromna, ale dla mnie, po tej zimie, oj szok przeraźliwy. Chciałabym po prostu uciec. Chciałabym zwyczajnie spieprzyć, albo jakoś ich zatrzymać, ale nie da się.

… więc idę.

Tym suchym, ale i lekko już zielonkawym brzegiem. Klifem, który na nasze miary jest wysoki, ale na inne, pewno mikrus. Jednak spadania z niego nie polecam nikomu. Idziemy z Gudhjem na północ, by sprawdzić co się stało. Co zniknęło. Co przybyło. Na szczęście Hestesteneny stoją. Raodcha, mój Piękny Samotny Kapłan też. ścieżka przy Samotnej Skale też wciąż się trzyma, ale jak zawieje, to polecicie, uważajcie… pierwsze zawilce są, są i nawet fiołki przepiękne. Są i trawki i czosnek niedźwiedzi…

Ścieżka kręta, kręci się mocniej i widok pola trochę poraża.

Jest po drodze takie jedno miejsce, gdzie widać je w pełni… suche i martwe. Umęczone i złaknione. Naprawdę wykończone. Zaorane, pewnie zasiane, ale… czy coś z tego będzie? Nie wiem. Boję się.

Martwię się.

Nie mogę tak jakoś normalnie z tym żyć.

Ale idę dalej.

Miejscami droga się zwęża, miejscami jest jej mniej, miejscami są jeszcze cieki wodne, strumyczki, jakieś potoczki, a nawet i maciupkie wodospady. Czy zaraz znikną? Dzięki nim najniższe piętro lesistości się karmi, a i wysoko pąki liści wielkie, więc może da radę? Może się uda? Ale co, jeśli nie będzie padać?

Cała ta lesistość oczywiście została naruszona przez wiatry, więc tu i tam leżą gałęzie i pnie. Niektóre usunięto z drogie, inne znowu nie. Cudowna jest taka dzikość nie macana przez człowieka. Te kępy, te sterty i te wszelakie porastające je bluszcze, zieloniutkie i piękne. Cudownie żywe i żwawe. I człek tak idzie. Idzie i idzie i jakoś tak nie chce mu się nie iść. Bo jakoś tak jest fajnie, z daleka od niczego.

Tak dobrze.

Naprawdę.

I jakoś tak normalniej niż przy tym rąbanym komputerze. Jakoś tak po prostu… zwyczajnie i tak dalej. Jakoś tak…

Docieramy oczywiście do plaży, która ponownie się zmieniła. Więcej na niej kamieni, morze się cofnęło na Salene też. Dziwnie to wszystko wygląda. Ponownie inaczej. Ponownie się coś zmieniło, ponownie… ale jedno jest stałe w tym okresie, czyli oczywiście rybaki. Jednakowoż tym razem włażą dalej, głębiej, no kurna, prawie po szyję ten jeden wlazł pomagając sobie kijaszkiem i zarzuca tam tę swoją wędkę. Zarzuca ją, a ja mogę tylko myśleć o tym, że kurna, jak się przewróci, to łbem w kamień walnie i nikt nie zdąży do niego doleźc, bo to trudne.

Te kamienie, głazy, śliskie to…

Będzie po nim…

A co do rzeki, to wiecie, rzeka istnieje, ale raczej jako jeziorko.

I tyle.

A teraz do domu na jajko! Aaaa… Jeszcze National Geographic podobno o nas pisze. Wiecie, tacyśmy sławni, że hej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrowienie… została wyłączona

Pan Tealight i Pieniek…

„Stoi sobie pieniek bokami listki puszcza, tutaj po prawej ma tatuaż upamiętniający jego więzienne lata, z lewej długie, kręcone, lesiste dziwnie porosty, które dawno temu wynajęły na nim miejscówkę i nie chcą się zgodzić na jakiekolwiek zmiany w czynszu, czy innych tam, no i prawnie, niby Pieniek by mógł, wiecie wykopać ich i tak dalej, może nawet sprejem na nadmiernie zażyłych potraktować – tak, taki ostatnio Pan Tealight stworzył, ale wiecie…

… no przyzwyczaił się do nich, i tyle.

Stoi sobie ten Pieniek, a odbywają się na nim i wojny i sprawy całkiem szczęśliwe. Ogólnie mówiąc, to dzieją się na nim takie życia, o których kurcze nawet on sam czasem nie wie. Na przykład nie zdaje sobie sprawy z tego, że pod jego prawym korzeniem rozwija się właśnie mała cywilizacja, która stworzyła własną armię rakiet kosmicznych, no i zaraz, no za chwilę, już ich nie będzie…

… a on nawet nie wie, że tutaj byli.

Ale z drugiej strony tak wiele wie o tych, którzy są jakoś bardziej widoczni, tudzież, no wiecie, przysyłają mu kartki na urodziny, a ma je 15 grudnia i robią transparenciki. Czasem tak naprawdę maleńkie, że nie do końca wie, co na nich naszkrobali, ale nie trują go, czy nie biją, więc wnioskuje, że są okay.

Że po prostu chociaż go jakoś czczą…

Bo przecież taki zwykły, całkiem zwyczajowy pieniek, który mijacie często, którego nawet nie zauważacie, jeszcze częściej… Wiecie, niewielki taki, czy większy, to dla niektórych cały świat, więc, czemu nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaża…

Białe drzewa.

Co w tym jest, że tak uspokaja? Przecież nie lubię kompletnie płaskich miejsc, a Dueodde jakoś tak… może to przez morze, może jednak przez wydmy z teraz płożącymi się trawami i Turyścizną porozkładaną między nimi, bo przecież piz… znaczy wieje tak, że się zwyczajnie nie dało się w zeszłym tygodniu tam połazić. Wiecie, tak normalnie, po ludzku, pocieszyć się onymi piaskami i ciszą… Ale przecież z takim natłokiem ludzi, no to wiadomo. Jakoś tak dziwnie.

Jakoś tak pokrętnie…

Wydaje mi się, że w tym roku jakoś ciężej znoszę ten dziwny natłok ludzi. Ten zalew, potop szwedzki, duński i inny tam. Ludzi, którzy przyłażą, myślą, że wszystko im wolno, są głośni, jacyś tacy ogromni, jakby zasysali przestrzeń dookoła siebie i sprawiali, że nie daje się nawet na plaży, odetchnąć. No nie daje się! No i ten wiatr, jakoś tak nagle piasek człowiek ma wszędzie, aparat wiadomo, trzeba ratować…

… więc po raz pierwszy uciekłam z plaży.

I to nie z powodu słońca.

Co jak co, ale zwolennikiem opalania nigdy nie byłam i wciąż mi się to nie zmieniło. Pływać uwielbiam, ale dla mnie plaża, to miejsca, na któym robi się zdjęcia, łazi, dociera do wody, a potem wysycha i tyle. Nie umiem leżeć i tak dyszeć… wiecie, nicnierobiąc. Jak to robicie? Jak to się wam udaje?

Naprawdę chcę wiedzieć?

Może nie chcę?

No ale… spieprzyłam z plaży najpierw między wydmy, żeby choć trochę się z piasku wytrzepać, choć trochę jakoś oczyścić, choć trochę przestać zgrzytać, choć trochę… no po prostu nie drapać się i piskać przy każdym kroku, jakby mi nienaolejono stawów, czy coś w ten deseń. Jakbym była tym blaszanym drwalem z bajki…

Uciekam.

Jak się okazuje na Dueodde można być i na plaży i do końca na niej nie być. Bo przecież są nie tylko wydmy, nie tylko miejsca między nimi, nie tylko te górki, z któych dzieciaki zjeżdżają niczym na śniegu, nie tylko…

Są jeszcze drzewa.

Niesamowity, kruchy bardzo, ekosystem iglasty.

Z tą całą mszanością i twardymi porostami tworzącymi jakby las w lesie. Miniaturowy, intrygujący, magiczny całkowicie. Po prostu baja. Człowiek może tam leżeć, bo nie wieje i miękko, no i podpatrywać sobie na one niskie sosenki pokręcone, w większości dzielące pień z siostrami i braćmi. Rodziny bardo wielodzietne iglaków. Dzielne drzewa kochające i sól i piasek i nie bojące się suszy, która w nas już oficjalnie uderzyła, więc nie palić petów w lesie!!!

Ekosystem po prostu aromatyczny.

Nagrzane słońcem drzewa tak niesamowicie pachną. Tak bardzo uspokajająco… a przecież tylko zeszłam z tej ścieżki, którą tłumy walą na plażę, by potem z niej uciec zabierając ze sobą masę kryształków kwarcu… pewnie usiądą zaraz w którejś z knajpek, albo zjedzą wielkie lody i w spokojności tłumu sobie podobnych…

… będą odpoczywać.

Ja zostanę w lesie. Zostałam w lesie… bo przecież to już się wydarzyło, a może jednak nie? Może mi się tylko przyśniło?

Tak wiele ostatnio zdaje się snem.

Może wszystko?

Nawet te drzewa. Nawet te piaski. Nawet te malutkie porosty, mchy i wszelakie dziwy, które teraz właśnie chowają się tam, gdzie ludzie nie chodzą. Gdzie ludzia trudniej spotkać, bo przecież jak jest wygodna ścieżka, to po co zaglądać w zarośla… no dobra, może niektórym chce się siku okay, może i tak. Ale poza tym…

Po co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pieniek… została wyłączona

Pan Tealight i Pan z Lasu…

„No dobra, od razu się źle kojarzy taki pan na skraju lasu w płaszczyku, z rękami w kieszeniach, albo co gorzej, tuż przy guzikach, jakby już rozchodzących się, nie połączonych z dziurkami… drżącymi rękami. Znaczy dłońmi, o dziwnie mocno wypielęgnowanych paznokciach…

I prawie niewidocznych żyłkach na nich.

Piękne, białe dłonie, o długich palcach, ale wiecie, symetrycznych, o paznokciach jasnych, czystych, z obciętymi skórkami. No marzenie manikiurzystki. Nie da się nic sfafulić jak się one lakiery nakłada czy inne tam doklejanki domontowywuje. I wiecie, tak dalej. Albo dla takiego fetyszysty…

Oj tak, bo przecież macant też może być macantem!!!

Ale wróćmy do tematu, więc pan. W płaszczu, może to i jakieś berry, może i nie, czy ma tam kratkę na podszewce, czy nie ma, ale jednak… ma guziczki. I paseczek, ale wiecie, ten mu tam dynda i powiewa, więc… a on po prostu na tym skraju lasu stoi i wygląda jakby miał nacząć zło jakieś, a może być przecież tylko rąbanym modelem dla starszych pań, czyż nie? Może być!

Pan z Lasu… który przerażający staje się dziwnie bardziej, gdy po prostu zakręca ten pasek, bierze teczkę, która stała mu przy krzaczkach, tuż obok nogi w ciemnych portkach na kant zaprasowanych. Gdy tak się rusza, przestaje być gmatwaniną pytań i domysłów, zwątpień i wszelkich gdybań, kroczy nagle w twoją stronę, a ty już wiesz, już pamiętasz, a może sobie przypomniałeś dopiero…

O tej kopercie w skrzynce.

Wyciągu…

… minusach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czerń kruka” – … erm, nie. Nie dlatego, że to już było, że wszystko jest powieleniem schematów i ogólnie już nie dla mnie. Po prostu. Nie, za kolejne wykorzystywanie specyficznego miejsca dla nie do konca dopracowanje historii i nudnych bohaterów.

Nie wiem. Może i jak ktoś nie czytał takich wyspowych opowieści, to będzie to dla niego coś intrygującego? A może jednak nie? Może wcale nie da się zaskoczyć, od razu będzie wiedzieć co tu nie gra i tak dalej. Bo ja czuję się, jakbym już przeczytała taką powieść. A może i nawet ze dwie lub trzy.

Sprawa jest prosta.

Zwłoki. Od razu oczywiście jest i możliwy przestępca, ale każda mała społeczność ma kogoś takiego, więc nic nowego. Nic zaskakującego. Jest i detektyw, jest i cala ta gra: my i oni, no i miłość jakaś i jeszcze kobieta, która się boi i możliwa kolejna ofiara… i jeszcze te pustki, wiatry i morze… i oczywiście pragnienia, bo młodzi nie chcą zostać na wyspie, wolą w świat, więc…

Morderstwo jest raczej banalne. Ale trochę otwiera oczy na oną znikomą niewinność mlodzieży. Na oną nieistniejącą umiejętność wychowywania dzieci przez rodziców. Wiecie, jak zwykle, współcześnie.

Bardzo.

Dla mnie ta powieść to klon.

Nudny i przewidywalny, ale może kogoś zaintryguje?

Lund.

Tym razem nie dałam za wygraną. Tym razem chciałam zobaczyć w końcu więcej, a mimo zimna, pogoda była niesamowita. Słońce już popołudniowe, wciąż parzące, ale jednak mocne, już nie tak błyskające, ale wciąż cudownie spowijające wszystkie miejsca, bawiące się załamaniami i kolorami.

Będące wszędzie.

Lund.

Miasto stare, pradawne, teraz bardziej studencka osada, mocno rozkopana w okolicach centrum, ale jednak tak niesamowite w tych swoich kamieniczkach, małych domkach szachulcowych, onej kostce, deseczkach, drzewach, parkach… zdaje się mieć tych parków tak wiele. Tutaj coś na ksztalt pałacyku, tutaj budynki uniwersytetu, które wyglądają jak Hogwart, a tam znowu fontanna.

I kolejna i jeszcze jedna…

I kwiaty.

Wychodzące z trawników i przygotowanych dla nich miejsc. Żonkile i narcyzy, cały krąg lilii królewskich, onych koron złotych, zwisających dookola wodnej muzyki. Patrzących na one wrony i kawki, które oczywiście bezczelnie zażywają sobie kąpieli w tych pluskach i kroplach. W wodzie górnej i dolnej. Wrzeszcząc przy tym, kłócąc się, oczywiście mają pewnie jakieś powody, ale jednak, o co im chodzi?

Ale jednak… hmmm, tak o wiele bardziej są intrygujące.

Ludzie porozkładali się gdzie się da. Tutaj mija nas jakaś gromadka noworoczniaków, którzy mieli jakąś większą przeprawę na uniwerku. Obowiązkowe ubranka, do tego wszelkie dziwne pomoce… ech, przypominają się człowiekowi te czasy, gdy sam srał po nogach przed egzaminami.

I przed tym najważniejszym… ech…

… kiedy to było?

Wieki temu.

Ale jeszcze tak, w drodze udało mi się zobaczyć jeden z największych grobowców skibetowych. No po prostu mega. Znowu obok czegoś na kształt gospodarstwa a może i knajpki… nie wiem, wiecie, jeszcze nie sezon, ale jakby tak było coś takiego, zamarzyć się tuż obok takiej przeszłości? Ale warto się przełamać i zrobić włam na posesję. LOL Kamienny Statek przy S Ugglarp. Po prostu coś mega. Naprawdę. Chociaż jak dla mnie za mlody, bo się okazuje żelazny, no ale…

I ta cisza, pustka…

Ech…

Spacer po Lundzie, to historia.

Od X wieku było to miejsce o gigantycznym znaczeniu religijnym. Właściwie religia tutaj zdaje się wyzierać i z prawej i lewej. Ta katedra. Ta niebieskość kamienia w tym specyficznym świetle, te niesamowicie rzeźbione wrota i ta pustka protestancka w środku. Takie to wszystko straszne i intrygujące zarazem. Obecnie głównie służy do tego, by przysiąść sobie od strony słonecznej i wyczajnie grzać się od rozpalonych kamieni, przysiąść i nie słuchać niczego, bo tutaj jakoś tak cicho, inaczej… czy dlatego, że większość to wykształciuchy?

Tak, nawet nie wzbudzałam tutaj zadziwienia łażąc z książką.

I mają księgarnie!!!

Najważniejsze miasto Danii w XIII wieku… tak, tutaj tak łatwo zapomnieć, że kiedyś to wszystko było jednym państwem. Zasłuchać się w ten język. Czytanie jakoś idzie, ale w movie szwedzki ma tak rozkoszny zaśpiew, że nie chcę go rozumieć, bo za piękny jst by go rozumieć ot tak po prostu! Zbyt elficki, magiczny, jakiś taki może i anielski… jakoś tak zbyt przyziemna chyba jestem by być go godną… LOL

No ale!

W końcu udało mi się nie tylko obmacać lepiej katedrę, zajrzeć do niesamowitego skepiku w białym domku, ale przede wszystkim odnaleźć kamienie runiczne, które zostały zebrane w jednym z parków. Stoją tak trochę z boku, za iglakami, w kręgu, więc wiecie, można ich nie zobaczyć. A raczej niełatwo, bo przed nimi popiersie Svena Lagerbringa. Oczywiście jesteśmy w Lundagård Park. No przecież. Jak inaczej miałby się nazywać. Kamienie są niesamowite, to należy przyznać. Może i w większości to teksty w typie ja… imię… darowałem ten kamień swojemu kamratowi… ale, co tam.

Fajnie byłoby dostać taki głaz.

Wiecie… „to naprawdę ładny głaz”.

Ale poza najstarszym Muzeum Archeologicznym, którego znowu nie zobaczyłam i jednym ze starszych kompleksów szpitalnych… co jest dość intrygujące, całe miasto kryje tak wiele przesłodkich uliczek, sklepików, miejscówek, knajpek, instagramowych rajów, no po prostu… jest idealny dla fotografa, historyka i zwykłego wielbiciela rzeczy ładnych i czystych. Starych, ale wciąż jarych.

Bardzo jarych!!!

To jak? Lund następnym razem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan z Lasu… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Dziura…

„Pojawiła się na środku Wybiegu dla Jednorożców bardzo, ale to naprawdę bardzo bardzo Wielka Dziura. Całkiem niemagiczna, żadne tam przejście do Innej Narni, ale… jednak dziura. Wejście, czy wyjście?

A może tylko przejście?

Ale czekać przy niej z chlebem i solą, czy jednak pałką, bronią bardziej bodzącą, tudzież wrzącym olejem? Czy może jednak odziać się w odpowiednie ubranko w stylu Breaking Bad? I spróbować. Wiecie…

Przygody?

Ale tak naprawdę, to nikomu się nie chciało. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przechodziła okres zbyt ciepłej aberracji związanej z jej osobistym, corocznym dramatem, czyli brakiem zimy, a Pan Tealight wolał jednak się nie oddalać z Wyspy. Spacer okay, czasem, rzadko, ale coś więcej… nie.

To co z tą dziurą?

No tak sterczeli na nią. Ktoś tam wrzucił kamienia, inny pudełko czekoladek – bo lepiej żeby nas lubili – inny znowu jakąś trutkę, ktoś kolejny, kto zupełnie przypadkiem zaplątał się do tej historii w tym czasie i miejscu. spuścił tam linę, a potem zsunął się po niej niewidziany przez nikogo.

Ale czy na pewno?

Zasypali ją w końcu… a może sama zniknęła?

Jakoś tak zwyczajnie zniknęła z ich myśli, pamięci, z wybiegu… po prostu, jakby nigdy jej nie było. Ale przecież była, bo ze słoniowej pamięci Wiedźmy Wrony Pożartej nic nie umykało, więc… ale ponieważ nikt jej nie rozumiał, nikt nie pamiętał, postanowiła milczeć i na wszelki wypadek obsadzała coraz więcej miejsc drzewami, wiecie… by nagle w coś nie wpaść, ale na pewno na czymś się oprzeć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek szuka starego.

Takie wiecie, zboczenie. Powiedzmy sobie szczerze, bo jak inaczej to nazwać? Nauką? Kto tam jeszcze wierzy w naukę? Ziemia jest płaska i takie tam… ale człowiek, czyli ja, szuka starego. Pradawnego nawet, antycznego. Ale bez przesady, no spokojnie! Skane, jak się okazuje, oferuje naprawdę wiele. W ogóle Szwecja ma masę do zaoferowania. Dolmeny, kamienne kręgi, ryty naskalne, wszelkiej maści przeszłość.

Oj, oczywiście, że wiele z tych kamieni nie stoi tak jak powinna, a już te runiczne w większości nie, ale jednak, to wciąż ona przeszłość.

Namacalna.

Tym razem tylko kilka miejsc.

Pierwsze może niezbyt niesamowite, wot kilka kamieni w pobliżu czerwonego gospodarstwa, które stoi w kompletnym pustkowiu. W zieleni, gdzie nawet nie ma drzew poza tą alejką, która prowadzi do budynków. Czerwonych.

Krwistych.

Urliksberg.

Tak naprawdę niesamowite miejsce, ułożone w kształ statku kamienie na pewno skrywają więcej, niż się wydaje, ale ja już nazbyt często wątpię w to, czy należy to ujawniać. Bo i po co? Może po tych ludziach nadejdą tacy, którzy znowu będą pragnęli wiedzy, ale na razie. Może lepiej, niech ziemia skrywa swoje sekrety.

Tågarpsdösen już jest o niebo bardziej intrygującym miejscem dla zwykłego człowieka. Kurhan, zaraz przy szosie, obok płynącego ścieko-potoczku. Na nim kamienne pozostałości po dolmenie. A może i parze dolmenów zerkających na siebie, prawie bliźniaczych. Może i nie do końca trzymających fason, ale i nie zapomnianych chyba? Bo przecież na tym pustkowiu każdy je widzi.

Każdy może wspomni, może jakoś zerknie

… może…

Potem nie do końca łatwe do zlokalizowania i dotarcia cmentarzysko z dwoma kamiennymi kręgami. A przynajmniej tyle zostało. Kamienie dziwnie nieśmiało wystają z zarośli, zbliżone barwą do pni otaczających i stojących obok nich drzew. Może przerażone tym, co dzieje się po drugiej stronie drogi. A tam chyba robią ścieżkę rowerową, czy coś, może poszerzają drogę, nie wiem, ale trochę to dziwne. Piasek, folia, kamyczki… ech, pewno sama jestem tym tak zadziwiona jak one. Nie rozumiem. Nie wiem… nie widzę potrzeby. Między kamieniami, do których dociera się przekraczając uroczą dolinkę i rzeczkę, jeśli idziecie poprawną ścieżką, jakoś tak pusto. Cicho. Samotnie. Jakby i duchy stąd uciekly…

Nie mam czasu wysłuchać ich opowieści…

Głupio mi Råkefuret.

Ale przede mną jeszcze runiczne kamienie w Simri.

Kamienie są odświeżone i niesamowite. Trzeba przyznać, że nawet człek nie wiedział, że tu stoją, ale jak tak grzebie w sieci, to i nagle znajduje takie cuda. Stoją sobie dwa, tuż przy drzwiach na cmentarz i stojący na nim kościół. Nie ma boja, nie trzeba wchodzić na poświęconą ziemię, by zobaczyć i runy i one zawijasy. Może i nie mój okres chronologicznie, może i nie moja bajka, ale wiecie, te runy…

Te wężowe zakończenia.

Coś w tym jest.

A teraz coś… co doprowadziło mnie do zawału. No naprawdę! Weźcie, jednak ścieżka przez poligon z żółtymi oznaczeniami: tu strzelamy i to celnie – to raczej nie to, co tygryski lubią najbardziej. A wiedźmy nienawidzą szczerze. No serio, żeby cały wielki pas asu tuż przy plaży był objęty żółtymi liniami, tablicami i tak dalej? Żeby był tylko dla wojska? Przecież to przerażające, a ja…

A ja chcę tylko zobaczyć ten niesamowity, biały kolos.

I rzeczywiście jest wielki. I jeszcze na plaży.

Havängsdösen.

Miejsce, które serio należy zobaczyć. Trzeba. I nie tylko dlatego, że plaża biała i piękna, że cała historia zdaje się lekko romantyczną, gdy pomyślicie o tym, jak to pewnej burzowej nocy XIX wieku piaski nagle podniosły się, poruszyły, roztańczyły i ukazały właśnie oną kamienną konstrukcję. Stworzną z tak niesamowicie białych skał. Dolmen otoczony pierścieniem mniejszych kamieni, oczywiście pierwotnie był kurhanem, ot górką przy plaży, a potem, nagle, z dnia na dzień stał się tajemnicą.

Co, czy też kto tam leżał?

Nie wiadomo, ale przez jakieś 5000 lat miał spokój. Teraz już go nie ma. Postępująca erozja wybrzeża Szwecja ujawnia coraz więcej takich perełek i tylko trzeba patrzeć, czekać, wiedzieć, pamiętać, że nie wszystko jeszcze odkryte.

Że tak wiele tajemnic jeszcze kryje ziemia.

Niech kryje jak najdłużej. Mi wystarczy to, co odkryte, kurde, i tak nie nadążamy wyjaśnić tych tajemnic, a co dopiero nowe…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Dziura… została wyłączona

Pan Tealight i Porwana za Starości…

„Kurde…

No bo się pomylili no.

Wiecie, z tyłu liceum, z przodu zakład dla mocno obłąkanych i doprawdy niechętnych ku egzystencji żywej i żwawej, więc… ciemno też było. Zlecenie na tej ulicy, ten dom, no kurde, nawet ubrana była jak być miało. Ale kto przewidział, tudzież kurde porządny research zrobił najpierw, albo zwyczajnie wiedział, co się we wsi dzieje, i że akurat wyprzedaż danych ciuchów była…

No ale, zareagowali.

Wiecie, przecież to miejsce wciąż jeszcze nosi na sobie znamiona onej religii pełnej czarnych suknii, wysokich kołnierzyków, bród, wąsów… no dobra, te akurat niekoniecznie u kobiet, jak kto wolał, przymusu nie było… ale jednak, przez tak długi czas religia dziwna, narzucona, sprawiała, że ludzie byli…

… spokojni.

Wyłączeni.

Ale to się zmieniło. Naprawdę, więc dlaczego zareagowali tak łapczywie i tak dość brutalnie szamocąc nią, ciągnąc za rękaw, za włosy, które niestety okazały się peruką, która to znowu siedziała ino na gumkach, nie na kleju, bo swoich kłaczków wciąż jeszcze miała sporo, więc wiecie, nie musiała, ale chciała… no i nagle oni, z tymi wielkimi łapami, w końcu to trzech chłopa na jedną niską…

… babuleńkę no.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze…

Wciąż się nie przyzwyczaiłam.

Nie wiem jak to możliwe, bo przecież raczej zawsze mieszkaliśmy blisko wody, więc widoczność i słyszalność, zawsze była, teraz też. Zresztą, przyznaję, że to miejsce, akurat to, chyba jest dla nas najbardziej idealne. I jest tutaj dom na sprzedaż. Jeśli ktoś chce mnie zasponsorować, w znaczeniu moje badania i sztukę, to jak najabrdziej, tam jest przycisk „donate” chyba działa. Ekhm… no co, inni mają Patronite, czemu ja nie mogę mieć fanów, nawet wiecie, tych tam nagabywaczy?

Czy jak oni się zwą?

No ale…

Ostatnio znowu mam te sny, że nie mogę dotrzeć na wyspę. Ale nie Wyspę, tylko jakąś wyspę… jakąś, wymarzoną, która naprawdę jest mi przeznaczona, bez której nie mogę żyć, bez której wszystko mi się w życiu wali i nie mogę. Zapominam drogi, gubię promy, statki, mosty. Nie wiem… Freud by miał coś do powiedzenia, pewno Jung też, ale głupio tak umarłych gubić co do moich snów. Wystarczy… sama sobie odpowiem na to pytanie. Zwalę na własny fanatyzm wyspowy i już!!!

No co?

Ta tęsknota, potrzeba, strach nawet… to, iż to tylko sny, nie ma znaczenia, naprawdę. Wszystko nie mija gdy się budzę. Zostaje, chociaż przecież jestem na Wyspie. Przecież wychodzę z domu i zaraz plaża. I rzeka i las. I kwiatki już wyłażą i kokorycze i zawilce, i wszystkie inne. I trawki i czosnek niedźwiedzi i…

Chyba panicznie boję się, że stracę to miejsce.

Ten świat.

Jak można tak fanatycznie kochać małą cząstkę świata? No naprawdę? Jak tak można? A może jednak to możliwe? Może zdarza się wielu, ale niewielu potrafi nazwać oną tęsknotę, ból, pragnienie. Niewyobrażalny smutek… może, każdemu jest przeznaczone pewno miejsce, w którym może się czuć jak w domu?

A może nie…

Ostatnio serio coś się nam nie szczęści w tych kontaktach pasażerskich.

Tym razem chodziło o to, że stali.

Znaczy ludzie, wiecie… bo to jest tak, że bierzecie sobie autobus i możecie pojechać do stolicy i wrócić. Oczywiście złazicie na prom w czasie pływania, ale potem z powrotem do autobusu i nie martwicie się o nic. Ten was podwiezie i zawiezie, bo nieiwleu wie, że droga od nas do Koge, bo przecież nie do Kopnehagi, jest długa, płynie się jakieś 6 godzin i ogólnie mówiąc, tym bardziej teraz, to doprawdy przykra i męcząca podróż. Lepiej wziąć autobus i zwyczajnie przepłynąć się do Szwecji, a potem sławetnym mostem i już jesteście w stolicy! Ot taka ciekawostka, ale…

No właśnie, most.

Ostatnie kontrole na moście stały się bardziej namolne i naprawdę wszystko rozumiem, ale zatrzymanie wyżej wspomnianego, szczególnie teraz zawalonego bo przecież święta, autobusu za 10 stojących pasażerów okazało się zgodne z prawami unijnymi, ale jednak niezgodne z prawami szwedzkimi? No nie wiem, kto miał rację? Prawda taka, że autobus od zostania w Ystad uratowało ino spóźnienie promu.

A tak, prom na autobus nie czeka.

Już się tak zdarzyło.

To też wyraz nowej polityki nowego przewoźnika. Nie baczyć na ludzi. A może baczyć na ludzi, w końcu każdemu nie dopieścisz, co nie?

Tak naprawdę czasem się zastanwiam mocno nad tym chodzeniem po wodzie? Albo amfibią chociaż jak u Pana Samochodzika, ale to akwen tak bardzo ruchliwy i niebezpieczny, że chyba dam sobie siana i będę cierpieć jak wszyscy biedni. I tyle… składać ofiary morskim bytom, nie za bardzo włazić w oko przewoźnikowi, bo jeszcze z powodów religijnych mnie usuną z promu… wiecie, zastraszanie to coś w czym są naprawdę i całkowicie super!!!

Niestety.

I tak, to się dzieje tutaj. W onym, już nie najszczęśliwszym z krajów, ale jednak wciąż utrzymującym się w czołówce. Pewnie dzięki prochom i piciu, ale nie mówmy o tym. Każdy se radzi jak może i ja nie oceniam.

Ale po co tak kłamać?

Może jednak nauczę się latać?

PS. 2 tysiące ludzi oglądało wypuszczanie krów… eeee, okay. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porwana za Starości… została wyłączona

Pan Tealight i Niezaspokojenie…

„Wisiało w powietrzu i pierdziało po babeczkach z czerwonej fasolki, co to podobno takie zdrowe były i tak dalej. Wzdęte, zaczerwienione…

Niezaspokojenie.

Wisiało sobie i całkowicie olewało to, że po pierwsze było grube, zaczerwienione i opuchniętę… po drugie naprawdę powinno było się czegoś napić i może wziąć jakieś leki, czy coś, a po trzecie… po trzecie wkurwiało Wiedźmę Wronę Pożartą tak wisząc i niespadając. Wkurwiało ją tak mocno, że nawet one rąbane święta, których tak bardzo nieznosiła, jakoś uchodziły bokiem. Pan Tealight nawet widział Ducha Wielkanocy, który szczuplutki, ale wiecie, z mlecznej czekolady, umykał ogródkami, nisko przy ziemi, gubiąc jajeczka, coby tylko go nie zobaczyła…

… bo jak go zobaczyła ostatnim razem, znaczy rok temu ponad, to tak się na niego spojrzała jakoś, z takim wyrzutem i w ogóle, że ten całkiem nie mógł się wykluć z myśli potem. Znaczy przez cały ten swój tydzień.

No wiecie.

Nie mógł.

Widać w tym roku wszystko miało się skupić na onym Niezaspokojeniu, co to teraz zabrało się za krówki – do których serio nikomu nie wolno było się dotykać, bo były tylko dla Wiedźmy Wrony i to tylko na specjalną okazję lub bolączkę, ale… widać ten jakoś zlazł, albo mieli w Sklepiku szpiega.

Jedno lub drugie.

Nic nie zwiastywało spełnienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Żona mordercy” – … początek. Tak, drugi tom juz w księgarniach!!! I wiecie co, warto od razu zaopatrzyć się w obydwa. Bo jakoś takoś zakończenie pozostawia nas w dość…

… hmmm, intrygującym momencie?

Oto opowieść o niej. O kobiecie, która nie wiedziała. Która nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej mąż robił TO WSZYSTKO. Że jest mordercą. I to wyrachowanym. Zboczonym. Pokręconym. Nadzwyczajnie inteligentnym.

Ojcem jej dzieci.

Od czasu, gdy on znalazł się w więzieniu ona i dzieci uciekają. Uciekają przed światem, przed codziennością innych ludzi polegającą na wpychaniu nosa w sprawy innych. Przed nienawiścią, przed innością. Tak bardzo pragną spokoju. Potrzebują go. Ona go potrzebuje i jej dwójka dzieci też.

Przecież nic nie zrobili.

Nie wiedzieli…

Ta powieść, choć niestety spisana oną nowomodną prozą z krótkimi zdaniami, z naciskiem na brak zbyt długich przypisów, opisów i tym podobnych, wciąga od początku. Bo naprawdę. no jak mogła nie wiedzieć? No jak? Przecież żyli ze sobą od tak dawna? Przecież urodziła jego dzieci. Przecież gotowała, sprzątała, uprawiała z nim seks!!! Nie wiecie, jako czytelnik, co mamy myśleć… przecież wciąż, gdzieś tam w środku, nie pozwalamy sobie na uwierzenie jej. Bo czy powinniśmy?

No przecież jak mogła…

A może mogła?

Ale może to nie jest ważne tylko to, by zapewnić dzieciom dzieciństwo, dojrzewanie i życie bez skazy „dzieci mordercy”. I by nie stały się takie jak on, bo jak wiemy, naśladownictwo to taka zwyczajna sprawa w tych kryminalistycznych sferach… Dlatego zamknijcie się w opowieści o kobiecie, która myśli, że może w końcu udało jej się odnaleźć raj? Miejsce, gdzie może żyć.

Przerażona, ale jednak… w miarę wolna?

Ale… czy takie miejsce istnieje dla żony mordercy?

Czasem się zastanawiam ile tajemnic tak naprawdę kryje Wyspa.

I nie, nie mówię o Tempariuszach, jaskiniach, załamaniach. O archeologii, historii, papierach zakopanych na strychach starych gospodarstw. O starej linii kolejowej, wciąż widocznej w pozostalościach… nie, wcale o tym nie mówię. Nawet o tych tajemnicach Morza Bałtyckiego, które tutaj jest takie niebezpieczne z tymi wszystkimi wrakami i odpadami radioaktywnymi…

I planami na przeprowadzenie czy tunelu, czy gazowej niespodzianki… nie, naprawdę nie chodzi mi o to, a może nie tylko o to… Nawet już nie mówię o dziwacznych planach duńskiego rządu w stosunku do Wyspy, nie, bo za bardzo się wtedy wkurzam, więc serio, lepiej żebym nie poruszała tego tematu, naprawdę. Robię się agresywna!!! Dlatego lepiej… pomyśleć o onych tajemnicach. Nawet nie legendach, nie opowieściach ludów podziemnych.

Nie…

Ale o tych tajemnicach kryjących się za oknami.

Za tymi odkrytymi oknami, bez firanek, zasłonek, czasem tylko z żaluzjami, gdy słonko pali nazbytnio… czasem z tymi wystawkami mówiącymi o mieszkańcach tak wiele i tak bardzo często… kompletnie nic.

Ile ich się kryje?

Szkieletów w szafach, czy raczej, tutaj, w onych wielkich, drewnianych skrzyniach po pradziadkach. No dobra, może poza pradziadkiem, wiecie… w końcu ten mógł dokonać żywota spokojnie, być pochowany na cmentarzu. Pod wielkim kamieniem stylizowanym na wikiński nagrobek. Miejscami wypolerowanym…

Nie, może nie pradziadek, czy teściowa…

Ale jakiś tam osobnik, o którego nikt nie pyta?

Sami pomyślcie.

To miejsce aż się prosi o bycie kryjówką dla seryjnego mordercy, co to wyjeżdża na łowy i wraca tutaj z trofeami!!!

Dobra, oczywiście że to dość czarny scenariusz, ale przy tym wyjącym wietrze i nocy ciemnej jak to tylko noc być potrafi, bo akurat niebiosa zachmurzone na maksa, fale huczą w niedalekiej nieoddali… aż się prosi nie tyle o kryminał czy sensację, ale właśnie o najprawdziwszy horror. o gościa gotującego sobie ludzkie udka, o paluszki w panierce i gałki oczne, no oczywiście, że ino takie w wekach, bo gałki inaczej zwyczajnie jeść nie przystoi.

Naprawdę.

Siedzi sobie taki delikwent właśnie nocą i wiecie, tego no, smutki zajada, bo żadna pana go nie chce bo podobno w modzie teraz wyłącznie roślinożercy, a on roślinki kocha bardzo, hoduje je, no nawet szklarenkę ma przytuloną do tej swojej, świeżo bielonej chatki… i kwiaty w niej piękne, i żadne z nich żarłoczne… przydałaby mu się do życia jeszcze miłość jakaś, ale jak tylko widzą te jego mięsne upodobania, to, co dziwne, żadna na policję nie leci, ale oczywiście od razu go rzucają, bo mięso.

Jedna, to nawet była okay, że nie krowie czy świńskie, ale koty kochała, a wiecie, on koty niebardzo, więc im nie wyszło.

Smaczna była…

Hihihi… naprawdę wiatr duje.

A jak duje, to człek nie musi czytać, same mu się opwoieści porąbane i pokręcone, wybitnie świadczące o niepokojach umysłowych, czy, jeśli weźmiemy pod uwagę kobiecość, to wiecie, onych smutkach macicy, czy jak to w przeszłości zwali, a i znowu zaczynają zwać, ci tam maści wszelkiej, psychiatrolodzy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezaspokojenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmit…

„Kosmit miał swój spodek, filiżankę i kubeczek, no i oczywiście statek, ale wiecie, składany, więc nie pokazywał go każdemu. Wiedźma Wrona Pożarta twierdziła, że raz go widziała, ale Pan Tealight nie był pewien, czy czasem nie robi go w jakiegoś, niecukrowanego barana…

Albo inną rogaciznę.

Podobną.

Naprawdę nie do końca jej dowierzał.

Wróć… Tak naprawdę, to serio był pewien, że ona jakoś go tak inaczej niż zwykle okłamuje, może i nie do końca, ale nie był w stanie znaleźć i onego końca zakończenia ni początku, który mógłby coś wyjaśniać. Bo przecież… nie żeby nie wierzył w kosmitów, alienów czy co tam, ale żeby koleś był takim zwolennikiem herbaty i to wyłącznie liściastej, i to z miodem oraz koniecznym listkiem kapustki pekińskiej, którą ona filiżanka zawsze musiała być wyłożona?

No serio, to nie było normalne… a co jak co, w życiu Pana Tealighta, Przedwiecznego, nic takowe przecież nie było, więc gdy określał coś takim słowem było kiepsko… było dziwnie nieznajomo i zaskakująco z takiej strony, że gdy się z onego zaskoczenia podskakiwało, to dziura w suficie była pewna i ogromna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tysiące…

A niektórzy to nawet się nie dostali na prom. No mówię wam, niby to takie tylko święto, ale przez to, że Dania świętuje właściwie przez cały tydzień, więc nasz sławetny przewoźnik wody dał ciała… znacyz dupy?

Wiosła?

No nie wiem jak to określić.

Po pierwsze okazuje się, że na Wyspę skierowało się prawie 10 tysięcy osobników. No, może 8, ale biorąc pod uwagę ich pomyłki, to stawiam na więcej. Pewno pogoda ich zaskoczy, ale nic to. Problem widzę raczej w tym, że spora część z nich przywozi ze sobą samochód, a to oznacza, że będzie dym. Ech… większość oczywiście postanowiła przypłynąć z Ystad, wiecie, taka to wyspa, co to ma bliżej to Szwecji niż do kraju, do którego przynależy politycznie.

No ale… geografie są skomplikowane.

Za to jak człek sobie pomyśli, że zwyczajowa liczba ludności nagle ma się powiększyć o jedną czwartą, to trochę mną to rusza. Ale z drugiej strony i tak nauczyłam się tutaj, że kłamać kłamią wszyscy, więc raczej przyjeżdżają tylko po to by poudawać, że tu mieszkają, że sprzątają, żyją i tym podobne. Może kupili domy, może i mają przymus zamieszkania, może go nie mają, zależy od miejsca na Wyspie, ale…

Tia, ludzie…

Dziwna sprawa po tych pustkach zimowych. Uwielbiam je. Naprawdę. Dla nich warto tutaj mieszkać. Ale ten nagły zjazd ludzi to koszmar dla zwyczajnego człowieka, który znowu będzie polował na jedzenie i tak dalej. Ale jak się okazuje koszmarnie skończyło się to i dla naszego przewoźnika, bo w sobotę na główny prom nie udało się załadować planowanej liczby ludzi. Co gorsza, zapomnieli zabrać autko z pocztą, które to podobno ma na stałe wykupione miejsce… hmmm, no nic to. Dodatkowo ma pływać jakiś inny prom, co to nie pasuje wyjściowo do portu w Ystad, więc znowu jest ubaw.

Oby tylko nic się nie stało…

Serio, bo to się aż prosi o kolejne problemy i wypadki.

Przetrwajmy to, potem znowu dadzą nam spokój do czerwca… jak zwykle…

To jest takie zaskakujące, że poza onymi sezonami i napadami Turyścizny, Wyspa jest pusta i naturalna. No dobra, może te wylewy świństwa na pola wypalają skórę, oczy i zmieniają pranie w dziwnie chrupki i cuchnący spęd tekstyliów

… ale…

Czyż nie powinniśmy już do tego przywyknąć?

Bardziej mnie rusza to, że chcą śliczne łączki zamienić w jebane parkingi. I sorry, ale nie rozumiem. No bo, czy naprawdę jest aż taka potrzeba? Na te kilka tygodni? Niech zostawiają te auta, a nie muszą je mieć zawsze pod nosem! Przecież to wszystko jest naprawdę absurdalne. A kolejny parking?

Bleeee…

Las byśmy zasadzili?!

No weźcie!!!

Wiadomo, że zwykły ludź na niczym się nie zna i ogólnie działa na szkodę itp. itd. Wiecie, stara śpiewka. Potem przylezą lizać nam dupska jak przyjdą wybory, ale na razie można sobie mieszkańcem wycierać podłogę. Bo cóż to za plebs być musi, co to mieszka na Wyspie cały rok.

Co to, na wakacje na Majorce ich nie stać?!

No zwyrodnialcy!!!

I nam zwyrodnialcom amen!!!

Tak, niektórzy kochają ciszę, morze, naturę i to im wystarcza. Tak, trzeba być dość specyficzną duszą, by czuć się tutaj dobrze i by z tego korzystać, ale jednak dla nas warto. Dla tych, co się nie boją braków w internetach i tym podobnych. Co nie muszą mieć imprez pod bokiem i wielkich centrów handlowych. Tak, istnieją takie osobniki. No mówię wam, to my zwyrodnialcy!!! Buuuu!!! Hihihi!!!

No ale… nie chcę parkingu pod nosem!!!

Nieeee!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmit… została wyłączona

Pan Tealight i Bałwan z Zapłonem…

„No bo…

Dobra.

Miał zapłon serio opóźniony, serio, ale Pani Zima też przyszła dziwnie, jakby powtórnie w tym roku. Pojawiła się w kwietniu, schłodziła Wyspę, sprowadziła Północny Wiatr, wiecie, tego zboczeńca, co to uwielbia zaglądać ludziom w okna, podwiewać kiecki i wciskać się w miejsca…

… ekhm intymne.

Nawet śneigu trochę sypnęła. No czyste szaleństwo i rozpusta, ale Wiedźma Wrona Pożarta nie dała się nabrać na te jej sztuczki. Wiedziała, że to przecież ino chwilowe. Że co jak co, ale nie narobiła się Zima tego roku, czy też poprzedniego grudnia i wiecie, nie dała jej tego, czego ona potrzeboawała.

Zimna…

Śniegu.

Wiedziała, że to, ta anomalia, choć nie do końca, w końcu kwiecień plecień, co nie… no więc ona dziwność w powietrzu, zaraz zniknie. Zaraz przejdzie, rozwieje się i nasłoneczni. I tak dalej. I znowu będzie zbyt jasno i zbyt ciepło, ale gdy zobaczyła Bałwana, wiecie, lekkoducha, w słomkowej czpie, czapie nie kapeutku, w bandanie w kwiatuszki, kroczącego sobie spokojnie ulicą, to wiedziała, co musi zrobić.

Dogadali się szybko.

Duża zamrażarka stojąca, ale wiecie, no bez szufladek no, zresztą, takiego ciała nikt przecież nie zobaczy, a anwet jeśli, to jeszcze trochę miejsca zostało… późniejsza wymiana zimno-zimna i jedna opowieść dziennie…

… i już…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I śnieg…

I zima?

No nie do końca. Ale rzeczywiście poprzedni tydzień nas zaskoczył. Nie dość, ze temperatury sobie spadły w pobliże zera i to w ciągu dnia, to jeszcze dodatko nas zaśnieżyło. Oczywiście, iż tylko miejscowo, w okolicach Almindingen i Hammershusa, ale jednak, wiecie. Się liczy. Śnieg. Kurcze. W kwietniu.

Na wiosnę.

Tutaj nawet zimą przecież go brakuje.

No ale… jakby co, nadal ochłodzenie. Podobno na kontynencie nawet mroźnie, ale co tam oni, u nas oczywiście orka. Znaczy naprawdę. Jest sobie traktorek i jeździ po polu. Powiem wam, lepsze niż jakieś tam Netflixy. No dobra, od pola dzieli nas i kawałek ziemi i droga i trzy rzędy krzaczków i jeszcze trawmik, ogródek, taras i tak dalej, ale jednak siedzi człek, albo stoi przy oknie, tudzież drzwiach na taras i gapi się na ono dziwo ze światełkiem. Wiecie, styl na ufoka, jak nic.

Dlaczego stary człowiek się gapi?

A dlatego, że za onym ustrojstwem, które traktorek za sobą ciągnie, niczym jakaś najświętsza procesja, unoszą się oczywiście i mewy i wrony, a i pewnikiem mniejsze ptactwo. Dalczego? bo nadal susza, a ten przynajmniej trochę ziemię rozrusza, co oznacza robale!!! JEJE!!!

Znaczy się jak nic dla nich takie KFC?

Co nie?

Powiem wam, że serio, mewy są może dla wielu wkurzające, wiadomo, srają wymownie, potrafią stanąć blisko i patrzeć jak jecie, czy na przykład wybierają mi skamieniałe rozgwizdy z doniczki i wynoszą mi je na taras. Nie wiem, czy brakuje im wapna, czy co, ale no nawet ich dziób im nie da rady. I w jaki sposób do grzyba jasnego, odnalazły te dwie bidulki w mojej zarośniętej tymiankiem doniczce?

No serio?

Jak, ja się pytam?

Ptaszydła, co jak co, ale naprawdę mamy tutaj aż nazbytnio inteligentne. Już nie chodzi tyko o wrony, wiadomo, że te to biją wszystko na głowę, ale te ich tańce na dachu, domaganie się jedzenia, to podchodzenie coraz bliżej, to patrzenie się, niczym powietrzne ryby… bo wiecie, wielkie dzioby, oczy po bokach… ciekawe co widzą jak patrzą tak na wprost? I czy w ogóle tak patrzą?

No wiecie…

Czasami?

Nie wiem.

Podglądanie ich to naprawdę szaleństwo. Bo przecież to tylko gapieie się, ale jestem naukowcem, da się to upchnąć w badanie dziwnego zachowania pani w wieku średnim, która nagle oszalała na punkcie pierzastych badziej… niż zwykle się jej zdarzało. Tudzież syndrom wroniego i mewiego zadziwienia? Da się przepchnąć jako praca z ramienia antropologii kulturowej, co nie?

Jak nic się da, gdy dorzucimy moje dzieciństwo.

Wiecie, podstawy muszą być!!!

A gapienie się?

No co ja na to poradzę, że one są po prostu niesamowite. I co najlepsze, dobrze wiedzą, że na nie patrzycie. Jeśli tylko zbliżycie się nazbyt, znikną. Pęd powietrza ogromnych mewich skrzydeł powala, ale nic to. Poczucie tego jest zwyczajnie niesamowite. Bo przecież mimo onego życia tak zbyt blisko człowieka, to przecież wciąż są dzikie ptaki. To one wybierają, czy pozwolą ci się spoufalać, czy nie…

Zwykle nie.

Ale czasem…

PS. Wielkie otwarcie naszego nowego portu, jakby ktoś był zainteresowany. Przemyt wliczony w cenę? A bo ja to wiem? Nic nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bałwan z Zapłonem… została wyłączona

Pan Tealight i Bestia Kieszonkowa…

„Uwaga! Uwaga!!!

Promocja na jedyne takie!!!

Bestie Kieszonkowe, wyłącznie dla dorosłych. Dobijają sarkazmem oraz świńskimi żartami!!! Bestie zwracające na siebie uwagę, ale z możliwością wyciszenia, lekkiego przytłumienia, aczkolwiek nigdy… całkowitego usunięcia z własnej, pewno i tak nudnej, się nie oszukujcie, codzienności.

Oto one!!!

Bestie Kieszonkowe w różnych rozmiarach, kolorach i kształtach. Z predyspozycjami, lub i bez nich, z możliwościami, albo wiecie, takie całkiem bezbarwne… Są w szlaczki, są we wzroki, dopasowane do nacjonalizmu osobnika noszącego kieszeń, lub jego koloru paznokci czy samochodu. Jak komu co. Jak komu i wiele. Latające, fruwające, pełzające, zdolne wniknąć w ciało osobnika, albo też brzydzące się nim, dzięki czemu wzrasta własna samokrytyka kieszonkowca.

Bestie Kieszonkowe, które uprzejmią lub uprzykrzą ci życie.

Dma masochistów, desperatów, depresjonistów i tych nie do końca zdefiniowanych. Dla prawych i lewych. Wolących i niechcących. Dla wysokich i niskich, pięknych i szpetnych, Bestie nieoceniające, lub te krytykujące każdy twój krok. Te lizodupskie i te, które zawsze zasolą kopa! Jak sobie kupicie, tak się nie wyśpicie!!! Niewidzilne dla innych, by naprawdę nie utrudniać wam życia, ale też takie spełniające wasze dziwne, popierniczone, świńskie zapewne wariacje!

Bestie osobnicze i rodzinne.

Bestie grupowe i symbolicznie duchowe.

Kłamiące w prawo i lewo, całkowicie subordynowane, albo i te z tak wielkim własnym zdaniem, że do kieszeni dokupujecie garaż!!!

Już dostępne.

W dziwnych cenach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „48” – … napaliłam się na tę powieść jak „emeryt na dwudziestkę”… a może trzydziestkę, no nie wiem, ale naprawdę miałam „great hopes”… a tutaj nic.

Kurde no!!!

Właściwie nawet nie pamiętam o co chodziło.

No dobra była ona i on. On zwyczajowo stuknięty, psychiczny, tym razem klasterowe bóle głowy i masa innych schorzeń, ona młoda i kobieta oczywiście, więc… nie no, oczywiście, że są zbrodnie i to ona wpada na to jak, co i dlaczego, ale jednak… kurcze, o czym to wszystko było?

Nie pamiętam.

Kompletnie.

Rzecz ma się oczywiście w okolicach seryjnego mordercy. Tutaj kogoś porwał, tutaj innemu każe rozwiązać zagadkę, może i ci się uda, może i ofiara przeżyje, możesz mu przecież zaufać… ale jak powiązać te wszystkie wątki, jak uzmysłowić sobie, że to jeden człowiek odpowiada za te wszystkie zbrodnie. Że można aż tak nienawidzić, aż tak być pokręconym. Ale przecież te wszystkie osoby są takie przypadkowe…

No i chyba właśnie tutaj tkwi problem.

Za bardzo skupiając się na całej masie przeróżnych osób nagle… oni nas nie obchodzą. Ci zmarli. Tak naprawdę, jako czytelnik, nie jesteśmy w stanie wczuć się w ich ból, być tymi poszukującymi, grzebiąc w pamięci, wiedząc, że zegar tyka, iż nie mamy czasu na pomyłki! Dowiadując się kolejnych rzeczzy o tych, których kochamy, wciąż przecież kochamy. A potem… rozwiązanie i właściwie, nic nas to nie obchodzi. Kompletnie. Bo tak, oczywiście, on jest intrygujący i inteligentny, ale takich jak on w powieściach kryminalnych na pęczki. Rąbany Sheldon od zbrodni.

Można przeczytać, ale bez oczekiwań!

Spacerek…

Gorąco.

Nagle się okazuje, iż mimo lodowatego wiatru z północy, nabrzeże rozgrzało się właściwie do czerwoności. Ludzi niewiele, jacyś idioci z zestawem głośno ich informujacym ile to kroków przelźli. I jaką to prędkość osiągają. Ciekawe, czy zauważyli jak załamują się fale, jak niesamowicie powietrze, choć suche, pachnie. Jak kolory zdają się odrywać od siebie, szmaragdy, kobalty, błękity… wszystko to jest tuż za skałami. A czasem i między nimi. Ale jeżeli między nimi, między szarościami, grafitami, różami a nawet czerwieniami, coś się szkli. Coś neonuje.

Coś się przemyka…

Te zielone wodorosty.

Te, które wolą zimne czasy, a które tak bardzo ożywiają to wszystko. Podobnie wszelkie bladozielone porosty i te srebrzyste, tworzące koliste plamki na nierównych skałach. Prawie jak ryty naskalne, prawie jak wiadomości z przeszłości…

Prawie jak…

Człowiek mógłby się zatrzymać, ale tak naprawdę, nie może. Przystanie na chwilę, ale nagle zmienia się w tych biegaczy, tych szalonych chodziarzy czy wariatów pchanjacych się tutaj z wózkiem. Pędzi gdzieś. Bo jakoś tak chce się umęczyć. Bo jakoś tak gorąco, a on miał przecież tylko na chwilkę wyjść z domu, bo czuje się jak cuchnąca kapucha, ale jednak… wszystko się zmienia, tutaj zakręca, tu przystaje, ustawi dwa kamyki na sobie, pomyśli, że może dobrze by było sprawdzić jeszcze co za zakrętem…

A potem ląduje na wzgórzu.

A potem znowu się wspina. Bo jakoś tak chce mu się nagle ruszać. Wymijając krowie placki, bo wiecie, u nas przecież natura. Taka dziwna normalność. I choć na krzaczkach nie ma jeszcze liści, choć są pojedyncze kwiatki i pączki, to wciąż jakoś tak czuję tylko zimę w powietrzu. Może naprawdę ona wróci?

Może?

I co wtedy?

Może i zima wróci.

Może i cały świat chce nam dać do zrozumienia, że coś tutaj jest nie tak, ale jednak czy mu uwierzymy? No dobra, ja uwierzyłam. Nie czuję wiosny. Zresztą, przecież kocham zimę. No kurcze, no! Przecież tak mi lepiej. Ale jednak ten cały żar w powietrzu zniewala. Jest suchy i pożera każdą wilgoć, którą napotyka. Próbujesz się mu sprzeciwić, ale jednak nic z tego. Natura cię pokona.

Jest chciwa i zaborcza i nie toleruje kompromisów.

O nie, nie ona.

Kiedy człowiek zaczął przestać się bać natury? Od kiedy to nauka stała się nie sobą samą, a właśnie bogiem zdolnym wytłumaczyć wszystko. A raczej rzucić w twarz każdemu zgrają wszelakich tez, hipotez i tym podobnych tekstów, ale przecież… w tak wielkiej części to gdybania. Od tak dawna badania nie są przeprowadzane powolnie, z masą świnek doświadczalnych i czasem przeznaczonym na powolne wprowadzanie produktu… także i tego zwanego wiedzą.

Co by się stało, gdby nagle powiedziano nam prawdę?

Wiecie…

Gdybyśmy nagle mieli dostęp do każdych teorii? Za stara już jestem, żeby uznawać spiskowe za niemożliwe. Zbyt wiele z nich zmieniło się w jawne, a za niektóre nawet politycy przepraszali. Ech, co to za czasy były. Dziś już nawet nie przepraszają, raczej zwyczajnie zwalają winę na ludzi, a ludzie przyczepienie do wszelakich urządzeń wszystko łykną. Jak ci z wózkiem, co to się nagle zgubili.

A kto im kazał iść za nami?

Wariaci.

Człek chce sobie fotkę zrobić, to zagłębia się w znane, a ich internety niestety znane uznają za nieznane, a może po prostu linie im się zlały, kto to wie… no więc ponownie mózg ponad dziwnymi ustrojstwami. Serio! Polecam kompas i mapę!!! Naprawdę! To się sprawdza zawsze, no i jeszcze układ gwiazd i słonko.

Chyba że te burze magnetyczne coś sfafulą?

Ale wtedy… no i co z tego, że się człek na wybrzeżu zagubił? To mała Wyspa, zawsze się gdzieś dojdzie, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bestia Kieszonkowa… została wyłączona