Pan Tealight i Zbytnik…

„Znaczy, no dobra, nie przelewało się im, ale też… one potrzeby, nie, to nie były potrzeby zwykłych człowieków. Nie… na pewno nie, chociaż, przecież nie wszyscy wszystko pokazują w tych internetach, nie wszyscy wszystko obnażają, czasem na przykład skrywają we wnętrzu własnym…

Głęboko.

I mają to zamknięte na zamek błyskawiczny, srebrny, próby poprawnej, pewno ze złotą domieszką, ale nikt jeszcze nie sprawdzał, bo przecież nie wiedzieli… znaczy, ona wiedziała, oczywiście, że wiedziała, przecież kurcze ta koszulka się mu rozchyliła, a wiatr dziwny zawiał nagle, spod kąta takiego, który naprawdę zadziwiłby i fizjonomów i fizjologów, filozofów i fizyków i atmosferycznych maniaków… no wiecie, wszelakich takich, co za bardzo myślą…

Za wiele zwyczajnie.

No zajęcia innego też brak.

Ale ona… ona coś podejrzewała, bo gdy chodził, choć szczupły, to coś mu się tam czasem wybrzuszło i nie tam, gdzie zwykle się to mężczyznom przydarza, no wiecie, tamto miejsce, duże telefony, wielkie portfele, albo co gorsza scyzoryki, jak to się otworzy, to kurna amen z przyszłością… chociaż, właściwie, to przecież wszelako to wszystko się nie musi w tamtą stronę, może w inną, ale też i każdy pewno postrzega to, co najważniejsze jest, dla niego może być raczej…

No czymś innym.

Ale…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmiertelne maski” – … eeerm… piąty tom cyklu, Całun Turyński, Lasciel i pewien wampir. Przyjaźnie zawiązane na przyszłość, a może i nie do końca przyjaźnie. Znowu mag dostaje po mordzie, ale… oczywiście oddaje. Znaczy, no nie wszystkim, wiecie…

To stare wychowanie, ech Dresden no!!!

Kobiety cię biją?

No ale… jak zwykle nie można się oderwać, chociaż miejscami, to aż mi go było szkoda, jak tak obrywał. Niby człek się do tego przzwyczaja, no i do tego, że magia często działa też przez pięść, ale jednak… a potem on wyciąga coś z rękawa i już po prostu nie można, zwyczajnie człek nie wie… przecież był z nim przez cały czas, więc dlaczego, jak, skąd kurcze to wszystko…

I czaszka prawdę ci powie…

I…

Chodzi o to, że ten tom jest pełen przygód. Niby się zaczyna niewinnie, a jednak, przecież jest o tak wielu bohaterach, o tak wielu sprawach, kierunkach, rodzinach, organizacjach i w ogóle, nieskromnie mówiąc, zniewalających wprost osobowościach… i jeszcze, no tak, on… ech, te pojedynki, ci faceci…

Pierwsze tomy serii są dla mnie tera tak bardzo nostalgiczne, bo przecież wiem jak to wszystko się rozwinie, wiem co się stanie z nimi, z nim… a jednak, wciąż bawią, wciąż wciągają, wciąż…

Wraca się do nich.

Ciemność zapada już po 20stej…

Jesień smakować można w powietrzu i jeżyny wpierniczać z krzaczka, bo czemu nie, przecież i tak nikt inny ich nie żre. Na Bokulu znowu zaowocowała dzika grusza, przesmaczna, choć malutkie ma owocki, to po prostu powala. Złociste takie, może właśnie dzięki kupom owcowym taka specyficzna?

Nie wiem dlaczego, ale flaga nie powiewa, ale jednak, wieczorem Gudhjem już pustoszeje. No i super, można iść i widzieć ino pojedynczych turystów, kilka osób z łodziami czekającymi, nie wiem, może na to, aż wiatr lekko obsiądzie, bo pizga milusio i nawet padało w środę…

Fajno…

Ale potrzeba nam więcej wody niż to.

Figi dookoła rosną jak szalone, podobnie jabłka i wszelaka dzikość. Woda oczywiście w temperaturze krzyczącej, znaczy próbujesz, albo skaczesz, wrzeszczysz i uciekasz, albo się starasz, wiecie, trzymasz minę i gacie pod kurczacymi się elementami, bo w końcu zimna woda zdrowia… i tak dalej…

Ino dla odważnych!!!

Albo tych po saunie.

Ale…

Popadało, pogoda oczywiście skacze od ciepłego do zimnego, od mokrego nagle w ono słoneczne, jasne i przecierające wszelakie horyzonty. Śliwki tuż tuż… co prawda może malwy w tym roku nie poszalały, ale wiecie, ludzie wszelako wykorzeniają z tej Wyspy wyspy wszystko. Niszczą co się da, bo widok, bo przecież potem liście, bo podlać trzeba, bo podwiązać…

Bo.

No nic.

Wiadomo jednak, iż boom, ona hossa wszelaka na nieruchomości się skończyła, więc szalone ceny będą musiały opaść… już wszelako ludzie nauczyli się żyć z lockdownami, czy też zwyczajnie je olewają. Wiecie, who cares, nie oszukujmy się, oni chcą na plażę, chcą imprezek, chcą knajp, więc…

Je mają.

Za wszelką cenę.

A raczej… tutaj oczywiście przez cały czas u podstaw leżała ona duńska wolność. Wiecie, wszelaka wolność… której nie pozwolą sobie odebrać. Za nic… znaczy, no nie do końca, bo przecież wypłacili coś w 2020, więc ludzie jakoś kiwali głowami. Oczywiście, że były protesty, coraz więcej ich i więcej, ale jednak… jednak jakoś tak, po prostu, niczym zwyczajni ludzie, zaczęli się wkurwiać.

Po prostu.

Tylko… że u nich to trochę słomiany zapał i teraz mało kto pamięta…

Ten, co stracił wszystko cierpi, ale karawana idzie dalej. Napojona i tak dalej. Ma to gdzieś gdzie ten jeden mały wielbłąd o krótkich nóżkach… i już, taki świat, nie oszukujmy się. Możecie uczucia przerzucić na inne kraje niezauważając, że dookoła własnego ogródka źle się dzieje… ale co tam…

W końcu gdzieś indziej lepiej wygląda w mediach społecznościowych.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.