Pan Tealight i Zbierająca szyszki…

„Szara, niewielka, przygarbiona, z wielkimi okularami na równie wielkim nosie i jeszcze tą kapotą, którą okrywała się, czy zimno było, czy ciepło, zdobioną liścianymi łatkami, zawsze zmienianymi zależnie od pory roku, niby barwnymi, a jednak, tylko w rejonach szarości nawet jesienią…

… ktoś kiedyś powiedział, że widział ją w sukni z płatków śniegu, ale nikt w to nie uweirzył… piękną, niesamowitą, wysoką i długowłosą z poddanymi jej sześcioma końmi i saniami ze srebrzystej mgły.

Ktoś kiedyś to powiedział…

Ale nikt w to nie uwierzył.

I dobrze, bo przecież lepiej zwyczajnie być sobą zawsze, mieć twarzy wiele i wszelako i mocno mieć w adku co inni myślą, bo przecież jak się komuś nie śmierdzi pod nosem, to czemu się rzucasz, że nie noszę takich gaci, a noszę inne i to nie na wierzchu? Znaczy, nie na widoku no…

Ale też dobrze mieć w sobie to coś, czego nie pokazuje się zawsze, co nie jest dla każdego, co jest specjalne, specyficzne, czadowe i cudowne… co pokazujesz i pozwalasz może czasem dotknąć, ale raczej… no nie do końca, nie zawsze, nie mocno nie… czasem zwyczajnie trzeba mieć coś, co ma się wyłącznie dla siebie. Czasem? Częściej może, więc… może i dobrze, że nie wierzyli? Bo przecież wszelaka nasza niezwyczajność jest taką ino dla tych, którzy nas nie znają…

Bo przecież…

A ona? Dalej zbierała szyszki… w końcu trzeba było jakoś sobie życie ułatwić, a one łatwiej i rozpalały i trzaskały fajnie wybijając wszelakie parazyty z okolicy… no niektórzy to szczerze są wścibscy… wrzucała je do tej wielkiej torby, dziwnie włochatej i aż nazbyt żywotnej, jakby to kozioł był, czy coś…

Kozioł?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Materia prima” – … trzy tomy. Masa rozrywki. Czyli… odzyskałam jeden z bardziej, przynajmniej dla mnie fascynujących trylogii Fabryki Słów. Szczerze. Bardzo i mocno!!!

Przechrzta wygrywa w przedbiegach tę historię nie tylko bohaterami i to głownymi, pobocznymi, nie tylko opisami, samą fabułą, światem, ale przede wszystkim samym sobą. Swoją wiedzą. Jako historyk nie musiał najpierw podjąć studiów, żeby… a może jednak, no weźcie… z drugiej strony? Hmmm… jako autor, w znaczeniu facet, może niektóre wielbicieki fantastyki odrzucać, bo wiecie, ot pewno ino strzelanki będą czy coś, ale bez boja dziewczęta… może i główni bohaterowie to faceci, może jeden Polak, a drugi, no tak, Rosjanin, jeszcze w tamtych czasach… hmmm…

Kiedy?

A tk, powinnam była od tego zacząć, że witajcie w Polsce rozbiorów, rzucanej pomiędzy ramionami chciwych Rosjan i równie żądnych wszystkiego Germanów… oberwie mi się za plemię? No weźcie, może nie? Rozbiory wiemy, były, ale może zaskoczy ws to, iż wedy powstały też enklawy. Tajemnicze miejsca, w których żyją… no właśnie, kto? Potwory? Demon? A może bogowie… i czym jest materia prima? Zbawieniem, nieśmiertelnością, a może przekleństwem? I te kobiety, one osobowości tak silne, niesamowite, aj, kocham je!!! Oj weźcie, tosz sam autor musiał zauważyć, że mu czasem baby głównych bohaterów przykrywają. Dosłownie… ekhm.

I oto jest świat dwóch światów i polityka i wojna i magia i homunkulusy i walki, i jeszcze… niewiadome… aż do końca.

A potem… kolejna trylogia, której pierwszy tom już jest dostępny.

Świetnie napisana, z jajem, z niesamowitymi osobowościami, aj ten język, one rusycyzmy, te niuanse, w końcu się człowiekowi nauka rosyjskiego przez osiem lat na coś przydaje… no co? Niemiecki też miałam, ale ino dwa lata… więc trudniej niby, ale damy radę. Bo tutaj autor oczekuje od czytelnika zainteresowania, zaintrygowania, zainwestowania komórek mózgowych, choć i daje słowniczek, więc się nie bojta! Dobrze będzie, chociaż… kto tam wie czy wyjdą z tego zdrowi wszyscy?

Cali?

A może… podwojeni?

Książki wciągają, to, że macie od razu trzy tomy nęci. Wiecie, że nie musicie czekać… zakochujecie się w nim, nim… albo onym innym świecie. Albo odnajdujecie na nowo historię Polski. Kraju nagle tak srogo fascynującego. Naprawdę… niesamowite czytanie, choć za każdym razem dla mnie za mało… LOL

Śnieg…

Najpierw trochę tak naciągane to wszystko było, tak od początku grudnia, ale w piątek poszalało… i chociaż temperatura raczej nie obiecuje, że zostanie, to jednak jest biało. I pięknie. Miękko i szalenie kolorowo, jak sobie człek uświadomił, że śnieg oblepił wciąż różwe i pomarańczowe róże, resztki lawendy, szałwię i rozmaryn, wciąż zielone, wciąż pachnące i jeszcze…

Taki krzak… z różowo-białymi kwiatami.

Kurde, wciąż kwitnie?

A miałam go obciąć, ale kwitnął, więc wiecie, szkoda, człek zajął się drzewami i figą, ale reszta to nie. Nie. No bo szkoda tej fuksji i tego, co nazwy nie pomnę. No za nic… wygląda jak krzak lewkonii.

Trochę.

Ale… chodzi mi o to, że kiedyś człek tylko oglądał takie zdjęcia ośnieżonych kwiatów, a dziś przez sekund pięć nawet jakieś światło było, mógł się zabić wybiegając na zewnątrz i coś cyknąć, ale może tego nie zrobił… może zrobił. Nie wiem, jutro niedziela, więc wiecie, może jutro? Może nie stopnieje? No mógłby nietopnieć no. Szczerze, no i jeszcze jakieś światło by się zdało do zdjęć… bo ostatnio bez tego światła to już mam taką chcicę fotograficzną, że nie macie pojęcia…

Choć może macie.

Te nawet pajęczyny ośnieżone, dachy, wszystko miękkie, takie puchate…

No kurde! I noc…

Wróć, przecież ja to piszę 10go, więc…

Hmmm… jak to jest w przyszłości?

Wiecie?

Pewno się zobaczy, jak człek dożyje, bo patrząc, tudzież raczej słuchając wieści, które Chowaniec przynosi, to dzicza się robi. Niby lepiej nie grupować ludzi, ale i tak to robią i trochę im się nie dziwię, w kończu mieli się zarazić, ale chorować słabo, tudzież w ogóle się nie zarazić, albo i… no szczepionki miały rozwiązać każdy problem, ale jednak rzeczywistość naprostowała wsio…

Niestety.

Chowaniec nie poszedł na julefrokost…

Ja tam sama sobie mogę zrobić kanapkę. LOL

A pić i tak nie piję, zresztą, kto to żre na noc, no jak potem spać? Weźcie no i to jeszcze pewno jakaś fancy kuchnia, a ja taki dziwaczny żołądek mam. Nie no… moja jednoosobowa firma zdecydowała, że się nie będziemy grupować same ze sobą, znaczy ja i ja i ja… ekhm, no co, schizofrenia. Nigdy nie jesteś samotny. Czasem, zawsze, zbyt wiele głosów w głowie, dookoła… czasem…

Ale…

Miało być o śniegu… wciąż jest, odbija się w nim ona ledowość tych dziwnych nowych lamp, które działają mi na nerwy. Posolili już drogę i dopieprzyli pewnie. Śmieci wciąż zbierają, więc jeszcze nie koniec świata. W ten sposób mierzymu koniec świata. Jak śmieci trza zawieźć w jakieś miejsce, znaczy jest blisko.

Serio.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.