Pan Tealight i Kanalarz…

„W Dalekich Otchłaniach Wszystkiego, w skrócie DOW… no co, spróbujcie być w robocie i kilkanaście, albo i kilkadziesiąt razy to wymówić i to nie koniecznie dziennie, ale i nawet nocnie, w końcu to robota życia, więc jakoś próbujecie to skrócić, no przecież język się plącze, dwunasta kawa, oczy na zapałkach, a jakiś idiota pomylił zapałki z tymi tam, no ostrymi, wykałaczkami…

Ale…

Macie życie, macie robotę i tyle.

Nic poza tym…

Jednak, tak patrząc z drugiej strony, macie też i ono wymarzone wszystko. Bo przecież w końcu wszystko jest wyrzucone, wszystko tak kończy, wsio w końcu chce się ukryć, zapomnieć, zmienić, zawstydza nagle… nagle już jest niemodne, nagle znowu macie naśie lat i dzwony w epoce ciasnych rurek i jakoś tak, wcale nie chcecie się wyróżniać i choć… mówią wam, że jednak moda wraca, że może warto pozostawić portki, ale ona złość, wściekłość, to wszystko…

Wyrzucasz, a oni się cieszą.

Znaczy, najpierw klną, bo roboty wiecej i nie do końca wiadomo jak zapisać, znaczy jakie akta dorzucić do dzwonów, czy zmartwienia nastoletnie, rozterki modowe, a może jednak przyda się kiedyś… tak… one mityczne, znane wszystkim Przydasie miały swój osobny dział w DOW.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Troszkę poprószyło…

Niesamowita biel zaczęła powoli spadać z nieba i zrobiło się cicho. Nagle, z onej światłości męczącej mnie przez dni kilka, tak, ja wciąż z tych, co niezbyt za słońcem przepadają… więc nagle światłość się wycofała i wróciła szarość i biel, i one zielone pola, bo przecież czemu nie, wciąż kwitnące róże – nie wiem kiedy przestaną… i jeszcze te drzewa takie nagie nagle puszyste i krzaki…

I pod lampą, żółtawą, w ogródku, gdzie nieścięte trawy stoją, teraz potworzyły się jakieś hatifnatty, czy coś innego, równie magicznego, zapewne mnie elektryzującego, ale wiecie, nie każdy musi elektryzować.

Nie każdy.

… spadające płatki, żadnego wiatru, minus dwa, może i trzy, ale wiadomo było, że wszystko zaraz minie, że się roztopi, że zniknie i dźwięki wrócą i wszelakie szaleństwo, którego tutaj, no weźcie, nie ma, nie oszukujmy się. Tutaj marudna jestem jak sąsiad wyciąga to coś, wiecie motorynkę, czy coś, strasznie to głośne, ale popularne na Wyspie. Podobno można tym jeździć bez prawka? Serio? I to po ścieżkach rowerowych, które często też są chodnikami, więc moja nerwica lękowa się cieszy za każdym razem, jak jakiś, z tłumikiem się nagle wymsknie mi zza ramienia…

Ja pierdziu…

Albo wielkie ciężarówki, które jeżdżą drogą… głośne, bo każdy sobie popuszcza pasa, znaczy gdzieś ma ograniczenia… ale nie teraz, nie gdy tak pada. Nagle wszyscy oni zniknęli. Ptaki nawet ucichły…

Cisza… biała.

Śnieg powoli pokrywa wszystko. I dachy i rośliny i drogi i chodnik, którego tu kawałek mamy i jeszcze one drzewa, przydając wszystkim tych poduszeczek, onej świątecznej miękkości, onej…

… szalonej dziecinności.

Prostej i logicznej w wieku, w którym się jest, gdy ona jeszcze istnieje.

Wielkie płatki śniegu, nie takiego styropianu jak rok temu padały przez prawie kilka godzin, aż do popołudnia, gdy wszystko nagle zaczęło znikać i została ino woda, miękkość, ciapanie i pojawiły się dźwięki. Trzaskanie, rąbanie, coś upadło, coś się zbiło, coś zaczęło skrzeczeć z prawej, pies sąsiada znowu się ucieszył, że poszłam do łazienki… nie, nie mamy jej na zewnątrz, nie wiem jak skurczybyk wie, że włażę do łazienki, no dobra, może jak światło się włącza to okay, rozumiem, ale jednak jak jest jeszcze względnie jasno? Jak on wie, że siadam na kiblu, bo właśnie wtedy zaczyna szczekać… i jeszcze jak ładuję się pod prysznic. Dziwnie, bo nie jak otwieram okno by przewietrzyć dom. Wiecie, te drewniane domy i wietrzenie…

Osobna historia.

To tyle, opowieść o śniegu, co zaczął się nocą, a zakończył… no dobra, gdzie niegdzie coś jeszcze leży, ale wiecie, przy onej zieleni pól to raczej ino dziwnie wygląda, chociaż dobra to inspiracja na wystroj domu. Wiecie, tak elfio, choć o czerwony się prosi. Jakoś tak… nie wiem dlaczego.

Tak mi pasuje…

Topnienie śniegu mi nie pasuje, kurde, smutne to… smutne, że ta cała zima nie jest zimowa, jesień niejesienna, za to lato zawsze lato. No weźcie no, tosz to jakiś rasizm jest pogodowy czy też pororokowy?

Jest takie słowo? LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.