Pan Tealight i Bukszelf…

„Bukszelf miała się dobrze.

Wprost kwitła.

W głębi lasu, który nie miał nawy, nigy nie czuł się w potrzebie by takową posiadać, więc jej sobie nie nadał, a że był pierwszym, lub jednym z pierwszych, którz w końcu może to do końca pojmować w tak wielkim Wszechświecie, więc… był lasem. Znaczy się Lasem. Zwykle tak go właśnie nazywali. Jak ktoś mówił, że piska coś skrzypliwie w tym Lesie, raczej wszyscy wiedzieli, że na pewno chodzi o niego no i Bukszelf, w końcu stanowili nierozłączną całość.

Piękno symbiotycznego połączenia…

Chociaż, czasem się zastanawiał, kto był pierwszy ona, czy on? Czy obrósł coś, co było z lasu, czy jednak to ona wyrosła z niego? Z gałęzi, które powiązały się w zdobione listkami wiekuistej pór zmienności kolorów, one kształtne, miejscami filigranowe, miejscami świadczące o sile, z jaką mogły unieść wszystko, świat cały i jego myśli oraz marzenia… ramy i półki, półeczki, zagłębienia, niewielkie sufladki, gdie chowały się grafitowe ludiki gotowe spisać wszystko oraz skarawki papieru o barwach tak innych od najczystsej z bieli, iż można się było pomylić…

Skąd miała papier?

I czy był to papier, a nie na przykład skóra z mniej upasionej Turyścizny, dobrze wyprawiona, całkiem niezła do spisywania komicznie łzawych opowieści, nieźle też układająca się obok kory brzozy…

Jednak te dźwięki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, nie miałam w planach zakupu książek, ale to tylko 11ście tomów. Prawie co nic. I zniżka była… co prawda dałam du… znaczy ciała, bo kupiłam Barbarę B. nie w kolejności poprawnej, no ale… Dobra, chciałam Andrews i owce mieć. Guilty as charged. Pierwszą chciałam, bo nowa, drugą, bo poprzednia, obydwa tomu właściwie, zniknęły przez oną okrutną pleśniową zarazę, więc…

… jest jak jest.

Nie będzie jedzenia, będą książki. AKA chór, znaczy… LOL

Poza tym piękne są…

No ale, oprócz tego przyszło coś, co chciałam już od dawna, ale się cykałam, bo wiadomo ile to skamu w tych sklepach internetowych teraz. Niby człowiek poczytał opinie, pooglądał reelsy, ale jednak, wiadomo, oni chcą coś sprzedać, ja nie chcę stracić kasy… Serio, o wiele lepiej pójść gdzieś i sobie coś nabyć, pomacać najpierw, sprawdzić, czy pasuje… na szczęście Anxiety Bookshelf mi pasuje. O rany i to jak! Układanie tych kurna mikro książeczek, na dodatek dostały mi się chyba dwie z tych, które kupiłam… w miniaturze!!! LOL Poza tym, to jest zwyczajnie jak coś, gdzie chcecie zamieszkać. Ino dodać roślinkę, butelkę z herbatą, no i kocyk, musi być kocyk!!! Koniecznie!!!

I obok wygódka, ja to jak piję, to sikam no!!!

Co?

Wy nie?

Ale… moje obawy związane z tym produktem, cóż, po pierwsze bałam się, iż to chamski plastik, no i nie jest to on plastik, raczej taka twarda gąka, jeeli chodi o książki, całkiem to miłe w dotyku, poza tym mikro, ale z detalami, poza tym drewniane jest i planuję zrobić pseudo stain glass z tego frontowego okna… i jeszcze, no wiecie, na tych półkach się mieszczą rzeczy z Mini Brands… i figurki z Moomina, czy Smiski, czy Shirokuma… czy no… ja… LOL w snach!

Powiem jedno, to jest coś, co koi moje rozdygotanie. Inaczej niż plewienie… czy ćwiczenie… spokojniej. I ile pomysłów na nowe obsesje książkowe znalazłam. Bo okładki oczywiście ściągnęli z oryginałów.

Są nawet niemieckie LOL

17go Kongeskibet zawitał do nas… by kibel opróżnić… czuję się… wykorzystana.

Jakoś…

I wiecie co, poniedziałek, Chowaniec przejeżdżał, patrzy, a on nadal tam stoi. Ile tej kupy? I czy to kupa nasza, patriotycznie, czy obska jakowaś, tyle tych zaraz teraz, pierun wie co za magnaty tam srały? No co? Przecież nie tylko koronowane głowy tam robią dwójeczki…

Ale… druga połowa maja.

Pierwsa była dość chłodna, na szczęście, no i jakoś tak bolesna w moim przypadku. Król był na Wyspie, tak na sekund pięć, oczywiście wyszło jak wyszło, czyli jak zwykle… te problemy  zakończeniem II WŚ tutaj to naprawdę punkt zapalny. I wcale się nie dziwię. Ciepieć, gdy wiecie, że inni już się bawią, krzyczą, że po wojnie, a wy… ech, historia. Pełna jest bólu… i zawsze pisana przez zwycięców i tak łatwo przeinacana, sczególnie tera… w dobie AI.

Potem były manewry z Polakami. Zakazali lotów na prawie tydzień: znaczy zabaw z dronami i małymi samolotami. Niemiec jakiś został złapany i poszło kilka tysiączków do skarbu państwa z mandaciku… miło.

A poza tym wiosna.

Jakaś taka mało radosna w tym roku. Zawilce pożera dziki czosnek. Drzewa nie do końca wiedzą, czy można, czy nie… ptaki szaleją, dwa gołębie obrały sobie mój taras za miejsce do amorów, no nie no, get a room!!! Poza tym, kto sra w tym… TYM momencie? No weźcie no! Odrobinę, bleee…

I sucho jest.

W końcu są i bzy i kasztany… ale to wciąż powoli, jakby coś wiedziały, jakby się bały, jakby coś było nie tak?

Kwitnie wszystko w końcu w onej drugiej połowie, jabłonie właściwie już przekwitają, śliwy już dawno ubrały się w liście…

… zapachy…

Pojechaliśmy na spacer do Hasle… i kurde, nie wiedziałam, że teraz to taka mordownia. I to dosłownie. podobno tam najłatwiej dostać kosą, tudzież zwyczajnie mało bezpiecznie… co drugi dom na sprzedaż, to co kiedyś było takie piękne, teraz, wątpliwe… za to ile sobie liczą za bilety do muzeum, no nie, sorry, za biednam. To aż 3 książki na łebka. No co? Każdy ma swój przelicznik!!! Ja tam banknotu 1000 koronowego, o którego tyle ajwaj, nie widziałam nawet.

A tak, jest afera, bo go wycofali i to chyba jakoś półtora roku temu? Teraz jest ostatni termin na oddawanie onych banknotów, ale jak ktoś czekał, to ma problem, bo albo się nim podetrze, albo ma podobno do wyboru ino 3 miejsca? Hmmm… tak, dziwne to, ale z drugiej strony? Podobno łatwy był do prania kasy… ale jak to? Przeca u nas wszystko jest po prawie i zgodnie z przykazaniami… LOL

I jakiś zjazd ciężarówek takich małych był…

Naprawdę nie rozumiem tych ludzi… zobaczenie ich na tych wąskich drogach było dla mnie traumatyczne, oraz zapachowo dobijające jeszcze mocniej! Kuźwa no, tu się buli tyle na ekologię, muszę rozwalać opakowania na mikrony, a wy sobie tak wypuszczacie w eter spaliny? Po chu…

… i zdenerwowałam się…

Idę se przeorganizować książki w nooku.

Nook… fajne słowo… nook. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bukszelf… została wyłączona

Pan Tealight i Cień na Dachu…

„Dachu nie było zadowolone z Cienia, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była przerażona. Najpierw była przestraszona, ale po krótszym namyśle, zmieniła swe zdanie… a może to ta biała pigułka mocy? nowu nie zadziałała? Albo co gorsza, działała, ale słabiej? Pan Tealight od jakiegoś czasu po prostu martwił się o nią bardziej i mocniej…

… i jakoś tak kreatywniej.

A na Dachu siedział Cień… i spoglądał na wszystko, i oceniał.

Życie dookoła toczyło się jak się toczyło.

Nie bacząc na pragnienia Wiedźmy Wrony czy Wiedźm z Pieca, nie słuchając modlitw i błagań onych siwowłosych staruszek, oraz przeklinających starców. Nie chciało nawet wiedzieć, co kto chce, miało własne plany i tyle. I się toczyło. Nie skakało, nie dreptało, ino jak ona kula, miażdyło po prostu plany i pozostawiało płaskie przestrenie. Płasie miało oczywiście wielkie możliwości i można się było spodziewać po płaskim rozwoju, aczkolwiek, cóż…

Też nie miało nic do gadania…

Przez to wszystko Cień a Dachu miał ubaw.

Nie wiedziało, że jest też ino elementem życia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Haul!

Nom nom nom… w większości w końcu kupiłam to, co mi odebrano, ale też Wampirze królestwo, cesarstwo, krew i zbawienie, na które tak czekałam i nowa Andrews i… tak, nom nom nom!!! Na majówkę, po niej, nie ważne, ważne, że teraz ja wybieram kiedy i co czytam. Ja!

Ha!!!

Maj zaczął się ciepłem i kosiarkami.

Ale najpierw spacer… jest ostatni weekend kwietnia i jest względnie chłodno. Serio. Nawet w powiewach zimno, w szczególności w niektórych dziwnych przesmykach i prawie ukrytych ścieżkach, no… Przynajmniej mało używanych, lub też mało znanych przez Turyściznę. Miejscach, gdzie można się ukryć…

… ale najpierw Vang.

Z Vangiem sprawa jest taka, że jest tam między innymi młyn, w reczywistosci są i inne sprawy, rzeczy, oraz magicne miejsca, ale ostatnio na ustach wielu znowu jest młyn. Malutki, bielony, pruski mur… bo chyba nie szachulcaowa, chociaż może… mniejsza o architekturę, najwaniejsze to, iż młyn postanowili znowu uruchomić. Tia, czasem im się dara, takie uruchamianie starszych… LOL No i woda nowu płynie, koło się na razie nie rusa, ale moe… tylko, tak sobie myślę, przy tej suszy… więc… postanowiłam zbadać sprawę u źródła, bo widzicie, woda do młyna pochodzi z intrygującego, małego pojemniczka skalnego, onego niby stawu, czegoś wyżłobionego, wydartego z zieleni, pełnego rdzawości, ale z przejrzystą wodą, przypominającą mi oną ze złotego jeziora w „Opowieścich z Narnii”… pamiętacie? Wszystko zamieniało się w nim w złoto… a potem był smok, choć chłopiec, i opowieść o chciwości i chrześcijańskie tematy, i inklinacje Inklingów. W końcu to Lewis…

Ścieżka do onego biornika jest urokliwa, sczególnie teraz, gdy dołem biała od awilców, a górą ogniście zielona młodym listowiem, skalne kombinacje po bokach, do tego czosnek niedźwiedzi, dzicz prawie… wchodzicie w Wyspę, niby niewiele w głąb, a jednak czujecie się jak odkrywcy.

I tak wzmocnieni mocą tych, co przed nami, idziecie do onego zbiornika, a tam woda przezroczysta, prawie niczym lutro, czasem mącone onym powiewem wietrznym… w niej korzenie, gałęzie, kamienie, kształty dziwne, niczym ludzkie, no mówiłam, jak w onym jeziorze złotozmiennym… z tego co pamiętam, u Lewisa była jeszcze jaskinia, no i młody zabrał bransoletę, i raczej tego pożałował, na szczęście przyszedł Jezusek lew i tak to tam było… ktoś coś? Nigdy nie rozumiałam, dlacego ono rodzeństwo, no i kuyn, nie mogli wrócić do Narnii, gdy stawali się dorośli. Zawsze mnie to wkurzało… ale… ja jedna nie miałam problemu z Akademią Pana Kleksa, że ino dla chłopców.

Cóż.

Te postacie żeńskie, które się tam przewijały, ech, no cudowne!!! Wystarczyły. Jakoś tak… nadzwyczajnie. I ta muzyka…

Ale, wróćmy do lasu, więc…

… las jak las, skały jak skały, zbiornik, woda w nim jeszcze jest, więc przez jakiś czas będzie i w młynie, ale jak nie popada, to będziem w dupie. Właściwie, to od pierwszego zrobiło się aż nadmiernie ciepło, więc, nie jestem w dobrym nastroju. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Dielnie i radośnie marłam sobie i było fajno. Wąska ścieżynka, w górę, prosto, potem nowu w górę, nowu… i wielka droga, znaczy, jak na nasze standardy, bo by wrócić do Vangu, to treba przecież przejść przez kamieniołom. Niby można górą, ale wiadomo, cas gniazdowania, więc raczej nie radzę. Gówno jak gówno, ale można od mewy nieźle oberwać, a to spore koguty są!

Idziemy więc z zieleni nagle światem pełnym kolorów i suchości, kształtów, cieni, pustym i pełnym zarazem, artystyczną miesanką, ale i dziwnie depresyjną dawką czegoś… co zamilkło. Czemu odebrano głos…

… nie wiem, ale jakoś mnie to zdołowało. A przecież kocham skały… potem prosto nad morzem, gdie pizgało milusio i znowu Vang. Brzmi krótko, ale fajny spacer plus ćwiczenia na tyłek. Szczególnie jeśli jesteście zdjęciarobiący. No i kwiaty, zapachy, które znowu odkrywam po tym kowidowym szaleństwie… wciąż coś mnie gdzieś łupie. Maj na pewno mnie nie zauroczył. Ciepło, sucho i nadmiernie jakoś tak, nie wiem, dziwnie. Jakoś tak, nie do końca mój to czas.

Obudźcie mnie na jesień! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cień na Dachu… została wyłączona

Pan Tealight i Anioł Niewiastowania…

„… i Anioł Zdewastowania w jednym stali domu.

Serio, tak ich ulokowano, a potem chyba o nich zwyczajnie, lub też dobre wiedząc, co się robi, zapomniano, jako to o tych tam, no, przeciwnościach wymaganych, aczkolwiek… niezwykle nieużywalnych… I musiały se chłopaki radzić same, wadząc sobie skrzydłami w byt ciasnych pokoikach, z onymi sufitami, które nie przypomnały niebiańskich obszarów, tłukąc porcelankę, czasem coś wybijając, czasem wbijając sobie wzajemnie, na wzajem, może nie zawsze przypadkowo, może i grzech tam zagościł… No bez obaw, przecież nieśmiertelni obydwaj, więc, no żyli jak żyli.

Po prostu…

… ludzkiemu prostu, nawet z podatkami i tak dalej.

Jeden ostał księgowym, by nie wyłazić  domu. Nie lubił ludzi, sczerze, ale łeb miał do liczb, więc stukał wciąż klawisami, szeleścił papierkami i głośno domagał się kolejnej kawy od nieistniejącej służby… drugi zaś zaczął pracować w meteorologii. Podobno miał do tego dryg, choć większość uważała, iż zwyczajnie wysoko się unosił i tyle. No i jako istota raczej niecoboska, miał coś w sobie…

… do burz go ciągnęło.

I właściwie… to mieszkali tak razem już od wieków, dom się zmieniał, praca też, ale oni obydwaj nie, do dnia, gdy ktoś zapukał i to donośnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Słuchajcie, jak kłamią” – … oni. Ona. Prawda i fałsz. Jeden trup, no, przynajmniej na razie, jeden podcaster wyciągający brudy oraz ta, której nikt nie nazwał ocalałą, ale od razu winną… No dobrze, nie tak od razu, do tego amerykańskie klimaty, specyficzne słownictwo i typowo współczesna opowieść… ale wiecie co, wcale nie w złej formie, o nie… Czytało się ją szybko, cała historia jest spójna, a różne pokolenia, które dość donośnie zabierają głos na jej stronach, dodają cudownego pieprzyku… ech, te starsze panie, które nie boją się powiedzieć co myślą…

Takie to… odświeżające!

Mamy główną bohaterkę, która nie pamięta, co wydarzyło się tamtej nocy, oraz ducha jej zabitej przyjaciółki. Wiecie, dwie dziwne, niepasujące do siebie puzzle, a jednak stanowiące całość, takie były… teraz jeden z onych podcasterów, oj, taki czaruś i ogólnie dla niekórych ciacho – jak Babcia! Love! Slay! LOL Jeden z onych podcasterów, pojawia się w onej zapyziałej dziurze i powoli miesza, we wciąż bublającym kociołku spraw. Czy to jakieś dziwne sprawy, nie, tutaj nie ma bardzo nagłych zwrotów akcji, jest względna przewidywalność, ale też… ona dziwna spokojność, iż na pewno dowiemy się, kto to zrobił. I ktoś mu kosę… ekhm…

… no co?

Ja bym kosiła!

… nie, tutaj nie ma wielkich pościgów, nagłych zwrotów akcji, tutaj jest… cóż, zwyczajność i normalność i to właśnie może dla niektórych być nader pociągające. Dla mnie było. Naprawdę, to nie jest zła książka!

A Babcia głównej bohaterki, miodzio! LOL

Z cyklu przeczytane: „Willa” – … pocątkowo wątpliwości… jakieś wachanie, w końcu sprzeczności, potem, dziwne zroumienie… be zaskoczenia, po prostu pryjęcie akcji taką, jaką jest i odpuszczenie… i wtedy naszło mnie coś, coś więcej, coś większego, coś absurdalnie mrocznego: iż w każdym z nas kryją się wielkie pokłady, zagłuszane, które nakazują nam chronić siebie…

… zagłuszane przez wychowanie, religię, czy też presję społeczną.

Tak, ta ksiąka kłamie okładką, kłamie początkiem i lekko mąci zakończeniem, ale… jest warta onych sprzeczności. Tego dziwnego potykania się ze samym sobą: wywalić ją, czy jednak czytać dalej, czuć, czy jednak przestać, no przecież nic się nie dzieje, ale też dzieje się tak wiele. Te problemy, które w niej są poruszane, one sprzeczności: dorosłość, niedorosłość, bulling, a może jednak brainwashing, czy też zwyczajnie starszy chłop, młodziutka dziewczyna, a potem życie…

Tworzenie…

Ech, ci artyści…

Ból i niezrozumienie, ale też te okoliczności pryrody, a potem, coś dziwnego, niczym oczyszczenie… tak, to powieść psychologiczna, ale i trup. Tak, to historia kobiety, ale też i kobiet, tak, to opowieść o rodzinie, jednak…

… jakiej…

Intrygująca.

Pełna kłamstw, oraz pokrętnych niedomówień.

Tego czegoś i niczego, tego chcenia i zwątpienia, uczuć i ich braku, który tak boli…

Wiosna…

Kwiecień postanowił nieodpusczać swojego plecieniowego mienia i wycajnie, najwycajniej na świecie został niegorącym początkiem wiosny. Wciąż suchym, ale z zimnymi powiewami, no po prostu można się mumifikować nawet bez piasków. I gdyby nie problemy z portami, co to chcą znowu jakiś zmian, tak wiem, temat ważny, ale dla mnie, jako człowieka, który obserwuje Chowańca bawiącego się komputerami, no wiecie, prosty ze mnie człowiek, dajcie mi szpadel, saperkę, łopatkę i może sito z pędzelkiem oraz te tam bajery do cementowania, he he he, oraz zestaw małego stomatologa, no w razie kości… i będę wam odkrywać przeszłość…

… on siedzi w teraźniejszości.

I to mocno…

… a porty AKA nasze bramy na zewnątrz, oraz wasze do nas, to rzecz ważna. Najczęściej słabo działająca… gdy jeszcze byli ludzie i wypisywali papierki, było jakoś tak, no zwyczajnie i prosto, a teraz, one komputery, drukarki niedziałające, tudzież działające krótko, po prostu zabawa na całego…

A wystarczyłby jakiś starszy pan, który przykleja naklejkę…

No podobnie z pocztą, czy też autobusami, wszystko leci na pysk… opony i głębie wodne… tfu tfu tfu na psa urok! No ino nie głębie!!!

Zauważyliście, iż ludzie zwracają się do komputerów dziwnie grzecznościowo. Są wkurwieni gdy nie działają, ale jakoś tak… i dziękują AI… hmmm, przestali robić to w stosunku do innych ludzi, ale do maszyn, jakby… jakby się bali, jakby Schwarzeneger był wciąż wtopioy w zwoje myślowe, jakby…

Chowaniec jest taki miły… dla AI… czuję się z tym dziwnie.

Ale wiosna miała być…

… wspomnę ino o tym, że znowu straszą pestycydami w wodzie, a wiecie, u nas kranówka to źródlany cud i tak dalej, nikt tego nie gotuje, jak wejdziecie do kogoś, to w gościnie dostaniecie wodę z kranu, której wielkość wychwalam i zabieram ze sobą na wyjazdy – jak wariatka, tak, w butelkach… ale podobno z pestycydami. Jakby to było jakieś odkrycie. No nie jest, jednak zawsze jedna rzecz więcej do strasenia maluckich, który i tak mają dość. To straszne patrzeć na to, jak Wyspa się zmienia, na gorsze, nawet to miejsce, które jakby trzymało się kupy po 2020…

Pada.

Na cztery, na pięć i siedem. No ale… ważniejsze, że Królowa spóźniła się na pogrzeb koleżanki. No błagam, przecież ona raczej się nie obrazi, helloł! Już nie żyje, ale oczywiście żywi odczuwają urazę…

Chodźmy na Gramyr…

… posłuchać żab.

Bo koncertują, aż człowiek nie wie, czy to prawda, czy AI. Podobnie z kolorem trawy, jakiś taki neonowy, już nie wiem, prawda to, czy wytwór pokręconego mego umysłu… drzewa jeszcze chowają liście, niektóre tylko, pewno przez one zimne wiatry i zimne noce, wypuszczają malutkie listki bawiące się z promieniami słońca, bo co jak co, ale słońce pali, nawet nad kumkającym stawem, który też wypuszcza… perze wszelkie, pamiętające dinozaury twory, oraz liście lilii wodnej…

… w stawie aż wrze od życia nadmiernego, takiego, który gdzieś ma problemy człowieka.

Dopóty, dopóki ten człowiek nie wpierdoczy się w ich ekosystem…

Zawilce i inne tam sobie kwitną, ale wybijane przez dziki czosnek dają się przegrywać oną wojnę… niedługo już ich nie będzie, i tak, wciąż będę o tym pisać, wspominać i napominać… Znowu coś co znika, obok uprzejmości, wszelakich tam zwyczajów wyspowych i ukrytych zagadek.

Nikt o nich nie pamięta…

Wiosna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioł Niewiastowania… została wyłączona

Pan Tealight i Po północy…

„Są pewne rzeczy i sprawy, które wymagają pewnych odpowiednich momentów.

Czasu, przestrzeni, fazy Księżyca…

… pogody, aury czyniącego i aury Wyspy.

Albo czegoś, czego akurat nie ma, w okolicy, w onej osobie, w potrzebie… czegoś… Ono CZEGOŚ urastało często do rozmiarów złotego środka, kamienia filozoficznego, czy też zwyczajnie tej POTRZEBY… ale czasem robiło się TE recy wtedy, gdy nie było ju innego wyjścia. Nie baząc na okoliczności czegokolwiek, zarzucając mocom wszelakim olewactwo i wszelaką niesprawiedliwość dziejową. Jednak dzień, cóż, zawsze wartało poczekać do tego ciemniejsego czasu. Chociażby po to, by sąsiedzi nie wewali policji, a oni znowu ludzi  jasnymi kaftanikami, chociaż, czy one wciąż są jasne?

Czy są w ogóle?

Problem?

Ciemny czas był obecnie luksusem. Panowało słońce, mrok, tudzież gęstsza szarość, nadchodziła w okolicach 23ciej i odchodziła przed 4tą. Miałeś może 5 godzin głębej sarości, ale często daleko było jej do ciemności nocy. Onej normalności zwanej mrokiem, nawet jeśli dzień był pochmurny… a to darało się cora rzedziej, prawie nidy, męcąc i sprawiając, że pęd ku działaniu wycieńczał cię i w końcu zaczynałeś krzyczeć… przenikać przez welony i szarpać za suknie Bogów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wybrana” – … okay… taki powrót do przeszłości, do tego, jak to drzewiej pisano, więc zapewne tak zwane młodsze pokolenie, to naznaczone „booktokiem” nie odnajdzie tutaj swojej strony książek, ale cała reszta, chociaż, jakoś tak, no bez przesady, jest w końcu i ona i on, nie tylko ona dziwna magia, pokrętne tajemnice i tak dalej…

Nie tylko to…

Do tego bardzo narowista główna bohaterka, zły czarownik i mroczny las.

Ekhm… oraz niepewność.

Książka ma klimacik. Klimat. Co mi tak przyszło na one zmiękczenia? One legendy środkowoeuropejskie naznaczają każde zdanie, wplątują się w opisy, kształtują otoczenie. Ale to taka autorka, z tego ją znamy, niektórzy wprost wyznawali niegdyś jej pisanie, nie wiem jak to dziś, w czasach ACOTARa i tym podobnych… bez urazy, pierwszy tom mi się nawet podobał, ale potem… Jeżeli szukacie fantasy, która nie ma tak zwanego „big spajsu” LOL na każdej stronie, ale ma ono napięcie, niesamowitą historię, wszystko to, co dzieje się jednocześnie z rozwojem bohaterów i ich… stosunków, normalnych stosunków, no weźcie no, te zboczone umysły… LOL które mogą prowadzić do czegoś, ale nie muszą, bo przecież… tajemnicy, która otwiera podwoje i może ukrócić żywota…

Voila!

Z cyklu przeczytane: „Adeptka złoczyńcy” – … okay. Tutaj mamy drugi tom bardzo, aż nazbyt współczesnej powieści/współczesnym stylem spisanej, która też woli obracać się w innym świecie, królestwie, rycerskości, gdzie zło i dobro mają swoje granice… oraz istnieje klątwa – choroba… i bohaterka z ciętym językiem, oraz on, który ją… no tak, tu jest „spajs”, ale spokojny, nienadmierny… jest masa słów, które właściwie nic nie mówią, ale jakoś tak czytanie idzie szybko… nie mamy opisów, bo to w dzisiejszych czasach niemodne… zresztą, i tak nie czytają, jak mnie powiadomiono…

… ot moda na książki.

Wykorzystam ją ile się da!

Jednak drugi tom tej serii, niekoniecznie jest zły, po prostu jest płytki. Spisany tak prostymi słowami, krótkimi zdaniami, jakoś tak, no męczy, a przecież ma taki potencjał, człowiek już widzi ten scenariusz i spory budżet! Może to jego ciągłe myślenie o tym jak ją… ekhm, poznać w TEN sposób, a może jednak zwyczajny brak tego CZEGOŚ, co w tej historii było na początku…

Nie wiem, ale dla mnie to już koniec zabaw w tych okolicznościach magicznych… mniej lub bardziej. Passs!

Mgła, havgus, coś w powietrzu…

… nienaturalny brak wilgoci, albo pokrętna, oszałamiająca wilgoć. Zimno lub wszelaka wrzącość. Nigdy nie wiadomo co będzie, ale ono zjawisko pogodowe seryjnie mocno, zawsze, za każdym razem mnie rajcuje. Widzę w onych kłębiących się mgłach, powietrzu lekko pobielonym, jakby muśniętym pudrem, farbką rozwodnioną, dusze… potępione, tudzież przeklęte dusze, niekochane i niechciane… albo i te, których nie wybrano by wlały się w jakieś ciało…

… by się nim stały…

Człowiekiem…

A może po prostu odmówiły i za to oberwały?

Bo Bogom się nie odmawia, twórcom i wszelakim stworzycielom lepiej nie pyskować, jak dają, to brać, a potem kurde z tym jakoś, no wiecie, pracować, jakoś zwyczajnie, po prostu dać se radę, albo dać ciała… nie poradić sobie i olać porakę, albo w ogóle olać wszystko i po prostu nie być, choć i być.

Ale… druga połowa kwietnia naznaczona została lekkim ociepleniem, słońcem i przerwami na mgły, czyli całkiem normalnie, chociaż temperatury nie są takie, jak w innych miejscach Europy. Jest cudownie chłodniej, sucho, ale jasno do 21szej. Oj… już bardziej tęsknię za ciemnościami, tak bardzo, za bardzo bardziej… nawet one kwitnienie drzew nie cieszy, one… kurna, kleszcze, już? Serio?

Podobno epidemia na Olandii!

I to wielkie jak krowy…

No wiecie… przesadzone, ale w swych wymiarach, no krowy.

Kwitnienie…

Czas na robale.

A tak, w trawie kleszcze już się radują jak Maria SC. Chociaż nocami kilka stopni. Jak się skurczybyki przystowały? Nie wiem, ale spoglądam na coś, co kiedyś, wróć, właściwie dość niedawno, jakieś naście lat temu było wciąż normalnością, jak łażenie po łąkach… tak, wiem, łąk mało, nieużytki właściwie nie istnieją i tak dalej, ale, są trawy, no dobra, zboczeńcy mają plastikowe, w życiu tego nie pojmę, szczególnie w miejscach o sporej wilgotności. Plastik na plastiku… jednak, natura… tutaj natura to boskość, ale jak w nią iść, jak zaraza, grozi i wszelako, no gryzie!

Przerażający jest ten świat ju teraz w każdym miejscu…

A!

Co do poczty, to wysyłanie listów by DAO jest raczej niewykonalne, tudzie wyględnie trudne i mozolne, skomplikowane. Kartka pewno przejdzie, nakleją na nią swój wielki papierek, którego nie odkleicie, więc nie przeczytacie, co tam pisze, ale wysłanie listu z papierowymi elementami w srodku za granicę, oznacza salonee bawy, jak się dowiediałam, moecie wysłać płaskie, ale musicie oznaczyć między innymi, czy to papier, tektura, czy plastik… a nawet jeśli już dokładnie sprawdzicie skład kartki, którą wysyłacie, to poczta może do was wrócić, bo wiecie, malutka rolka taśmy w środku nie do końca im pasuje… albo po prostu coś im nie odpowiadało…

… więc zostaje Szwecja.

Tylko, a przecież i oni chcą poctę rzucić!

KURWA MAĆ!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po północy… została wyłączona

Pan Tealight i Zawieszeni Dźwięczeni…

„Bo tak ładnie wiało, więc Wiedźmom z Pieca się wiosenne szaleństwo udzieliło, a i Turyścizny trochę było, więc wiecie, materiały darmowe się pojawiły na ulicach, w sklepach, domagające się bułek i kiełbasek, bezbożnicy jakowyś, czy co… Burżujstwo i tyle, przyjechali na Wyspę, wykupili właściwie wszystko, co najlepsze i najtańsze, a ty co, masz jakoś przecież przeżyć i świat po nich, więc…

Wiedżma Wrona Pożarta Przez Książki już planowała chować się i nic więcej nie robić… ale karmić ją było trzeba. Ostatnio naprawdę musiały o niej myśleć wiele więcej. Dlatego też i włączyły strategiczne planowanie. Suszenie, weki, gotowanie, nowe ziemianki powstały… święta się skończyły, więc i na chwilę Turyścizny pierwszy wielki pochód zniknął… ale były gotowe na sezon.

Tak, niekórzy zostali udawać, że tak naprawdę, to byli tutaj przez cały czas, od połowy jesieni, no oczywiście, że tak, byli na zewnątrz AKA na kontynencie, AKA Kopenhadze… odwiedzić babcię, dziadka i wujka z chropawą nogą i ogonem, który mieszkał w wieczystym mauzoleum, ale poza tym, to oni tutaj mieszkają przez cały rok, tak się kurde poświęcają… aj, że się nie świeciło w domu?

No kurde, no jak to nie, przecież nastawili czujniki, przecież…

Przecież…

Tych można było użyć w pierwszej kolejności. Kłamliwe, łykowate mięso, ale dziwnie dźwięczne, gdy tak wisiało na sznureczku, kolebiąc się na wiosennym wietrze, w onej suchej aurze, ostatnimi czasy tak normalnej… Nawet zaczęły robić dzwonki z kości i sprzedawać je  budki pry drodze. W końcu wyryty na nich napis Wyspa, zapewnienie, iż ekologiczne i oczywiście humanitarnie pozyskane…

Oczywiście…

Human humanum… cannabis cannabis, a wilk wilkum wilkiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrajczyni Jane Boleyn” – … piękna… szalenie lingwistycnie niesamowita. Po prostu… smaczek! Po latach („The last Tudor” to był 2017?) „Filip Gregory” powraca… taki żarcik domowy: w którymś tłumaczniu „The other Boleyn Girl”, onym filmowym, AKA lektorowy, autorka została cichaczem przegenderowana, ale pewno o tym nie wie…

Tia, chyba nawet mam to DVD. Ono z Black Swanem.

No co? Ekhm, i Czarną Wdową.

Nie serial…

Ale, do portu! Gregory przez jakiś cas była niewidoczna, dziwnie cicha. I tak, ocywiście, że większość tych, który ją czytają zna ją z cyklu Tudorowskiego, jednak, nawet oni nie mogli przegapić tego, że coś się tam w ciszy onej kręci i rzeczywiście się kręciło… w międzyczasie, w onej milczącej głośno ciszy autorka zdobyła (trzech mężów? sorry, szukałam oryginalnych tytułów i informacje mi wyskoczyły wszelakie, wszyscy rozwiedzeni) w 2021 order CBE, bardzo ważne odznaczenie, dwa lata później opublikowała książkę, którą bardzo chcę zdobyć w oryginale: „Normal Women”. Głośną, ale chyba nie wszędzie, Tik Tok ją zagłuszył AIowymi historyjkami z BDSemem w roli głównej… zapewne. W lutym autorka wezwała do obalenia monarchii… i jako monarchistka, yeah, sorry, ale z waszym królem Maam serio coś jest nie tak, nase królowe i króla kocham, więc… każdemu podług zasług. Charles z tymi wyskokami islamistycnymi nie asługuje na Fidei Defensor… chociaż, w końcu to zależy jakiej religii… kurde, znowu do portu…

Najnowsza powieść, właściwie świeżak, w tamtym roku wydana, to po prostu majsterstyk, w szczególności dla tych kochających język. Słowa układane tak pięknie, po prostu oną polszczynę, starzyznę, ale i zwyczajnie układną, poprawną, bogatą języczność, słowa… tłumaczenie miodzio! Bo przecież historię znamy, oto ona, żona Tego Brata Tej Królowej, właściwie jedynej koronowanej po Katarzynie Aragońskiej. Różnie przedstawianej, tej co żyła w bogactwie, potem niesławie i biedzie, by znowu być zawołaną na dwór dla kolejnej „królowej” i kolejnej i kolejnej… Jane. Ta, która przeżyła kata. Ta, która w końcu i tak dozna jego dotyku… to wiemy, i chyba właśnie ona świadomość sprawia, że człowiek może się tak rozsmakować w onych obrazach z przesłości, w onym podglądactwie, w tej magii, ale i niebezpieczeństwie.

Balansowaniu na linii szaleństwa i dogodności.

A obrazy słowami malowane w tej powieści są piękne, nietypowe, inne.

One momenty ze znanych nam historii, których jeszcze nawet ta autorka nie wrzuciła w swoje poprzednie pisania, te widziane przez kogoś innego: ckliwe, szalone, fascynujące… niebezpieczne… kobiece. Oj tak, ta powieść to kobieta. Chwila, jej życie, jej część dworskich zmagań, jej nadzieje i męcyźni,który ją wykorzystują, bo przecież… rodzina. Howardowie, Stewardowie… komu podlegać, dla kogo żyć? Która strona, komu służyć, poza królem, oczywiście, ale przecież nic nie jest oczywiste, nawet szaleństwo…

Ta powieść to majsterstyk, w mojej opinii.

Siedzę tu, zapatrzona w morze, któe dzisiaj trochę zdaje się cichsze, w pole świeo zaorane, powoli odzyskując węch i smak… powoli wracają do siebie, tudzież onej nowej siebie, któa odrodiła się z popiołów onego chorowania, wciąż pociągając nosem… patrzę na ono niebo, dziwnie niepomazane onymi liniami przelotowymi, na oną ciszę, która zdaje się nie tylko tworzyć, materialiować, uosabiać, ale i uczłowieczać, i spacerować sobie po pustych chodnikach, na królika patrzę, który…

… wróć, królik, jaki królik, kurna, już po Wielkanocy!

Won mnie tutaj… nie no…

… wciąż siedzi, potem zając, jakby się zmówili, bażanta słychać, czasem i tego tam, pterodaktyla, znaczy no wiecie, żuraw, czapla, słonie latające… przesiadam się i widzę pole, las, za lasem chyba rzeka, no jeszcze jakoś tam kilka dni temu była, jest i moje drzewko, wyżarty/wykoszony trawnik działki, na której czasem ląduje ten burżuj z helikopterem składanym… sąsiada dom, tak trochę po skosie… znowu pole, drewa, w oddali, ale takiej serio, ze dwa kilometry, gospodarstwo i pole i drzewa, i niebo, tyle nieba…

Tego nieba tak wiele…

I morza…

I ta cisza, taka wrażliwa, ckliwa i łatwo niszczalna. Niby już sezon, znaczy wiecie, araz maj, ale jednak chłodno wciąż, więc onej Turyścizny mniej… na szczęście, bo czas na to, by las się wypełnił kwiatami i tak dalej. No co, jak ma być noc Walpurgii zaraz, to już raczej czas. Chyba? Podobno lato ma być w tym roku takie mocne…

Podobno?

Sąsiad mimo zakazów, czy te raczej dyskretnych porad władających, ściął trawę. Właściwie nie do końca wiem co ciął, bo trawa, to wiecie, przy tych wciąż rymrokach, to tracej jakoweś wyobraenie, no ale… pojeźdił sobie  kosiarką. Czasem mi się wydaje, że on zwyczajnie musi, inaczej się dusi jak ino ta trawka ma pół milimetra ponad jego wydumane ileśtam! Wciąż nie wiem dlaczego kosi oną pustą działkę, no wiecie, helikopterową. Może ten od helikopera mu za to płaci, a może zwyczajnie coś w nim samym pcha go ku onej kosiarce. Serio, prawdiwie i naukowo zaczynam go podejrzewać o jakiś dziwny stosunek, którym ku niej pała. Jak ją dotyka, prowadzi, jak ona warczy na każdego, kto tylko przerywa ten ich taniec, oną ich własną płynność ruchów, pożeranie ździebełek i dekapitacje stokrotek…

Szaleństwo.

Może za wiele tego okna?

Może tak kończy się brak telewizora? Nie wiem, przestajesz patrzeć w książkę, zerkasz w okno na Wyspie i historie się tworzą same. resztą, jeżeli można mieć AI dziewcynę, to co mi do tego związku z kosiarką, raczej wygląda, że obydwoje mają się w nim doskonale. I nie afiszują się nadto…

Chyba…

Czy to związek otwarty?

No dla niego chyba raczej, przecież ma żonę i dzieci, chociaż, co ja tam wiem, te świeczki w ich oknach, msze czarne pewno, nie zapraszają, czuję się urażona… LOL wróć, nie chcę być zapraszana… a może chcę, tylko, wiecie, by odmówić, bo na swoją własną nie zdążę… ekhm… może to o to chodzi, zauważenie…

Dla mnie widły, dla niego kosiarka… LOL

Ech… ta cisza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawieszeni Dźwięczeni… została wyłączona

Pan Tealight i Totem Deszczu…

„Nie potrzebowali go…

… w końcu nie było jeszcze suszy, znaczy mogła się wydarzyć, oczywiście, ale jednak, jak na razie, no to nie. Była Wiosna. Może i markotna, dziwnie osowiała i taka jakaś pokrętna, może i mocno związana z Zimą, ale była. Połatana, lekko przeziębiona i niepewna swoich potrzeb, niedbająca o potrzeby innych, wymagająca terapii i to we wszystkich nurtach, od razu, oraz nowych kosmetyków…

Nastała.

Chociaż kieckę to miała z wyprzedaży i obgryzaną przez mole, co Ojeblik – mała ucięta główka, od razu jej wytknęła… ostatnio naprawdę była ostra. Nic jej nie mogło powstrzymać, nic nawet o tym nie myślało, bo przecież lepiej mieć wszystkie kończyny… wlasne, nie doszyte cudze. A zawsze istaniała możliwość utraty którejś z nadto wystających, albo mających zbyt głośne i donośne zdanie… sprzeczne z tym małej, wszelako samodzielnej, główki.

Ale reźbienie, cóż, o to niewielu podejrzewało Ojeblika.

Właściwie, to nikt… a już tworzenie totemów, i to wszelako dobrze się sprzedających… w tych czasach, cóż, co jak co, ale główka wiedziała jak się ustawić. Czy też raczej, potoczyć. A że, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, Wiosny nie lubiła i Lata, więc siedziała w swoim kamienno-drewnianym warstacie, ukrytym w podiemiach, tych, do których niewielu zaglądało, a już w ogóle, w kompletnym porozumieniu mieszkała tam ino jedna szara MyszMysza, to mogła sobie pracować ile jej główkowa dusza zapragnęła. Albo oglądać seriale…

Ostatnio się wciągneła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Święta w tym roku były i się zmyły…

… a raczej odeszły z wiatrem.

Pizgało nieźle przez one kilka świątecznych dni, właściwie od piątku do poniedziałku, więc nie wiem, czy się ludziom podobało, czy nie? Wiem jedno, promy wykupione, fale były, więc na pewno fajne mieli powroty i wszelakie podróżowania. Nie zazdroszczę. Co do słonka, to dopisało, znaczy świeciło, ale wiatr mimo 12 stopni, mroził członki wszelakie. Podobało się, czy jak zwykle marudzicie?

Jak tam się ma Turyścizna?

Ello?

No co? Widzicie, u mnie nadal szpitalnie, więc się człowiek nie kontaktował z nikim. Nie żeby miał w ogóle zamiar się kontaktować, przecież i tak unikam ludzi niczym onej wody święconej. Pomijam już to, że nienawidzę Wielkanocy od awsze. Poza cekoladą, no wiadomo, nie jestem aż taką masochistką. LOL Ale cała ta otoczka religijna, to nie moja bajka, za bardzo to straszne, a straszne nie powinno być częścią odradzania się… czyli tej tam, no wiosny.

Bo wiosna wciąż na topie.

Powolna i dziwna.

Powiem wam, że serio, ono patrzenie w morze, jak to ten mały kuterek ciągnie one wielkie wiatraki, patrzenie na one grzywacze, słuchanie trzeszczącego domu, onych dziwnych dźwięków, pieśni i opowieści… i ten dziki królik, podobno, co to wygląda jak mikro zając, ale z przyciętymi uszkami, brązowawy bardziej niż szary, ale widać, że się sierści, chyba poziomki wyżerał, ale jak ino to, to niech żre na zdrowie.

Plenią się w końcu kurna niczym chwasty, a nic z nich nie ma, poza liśćmi.

Wciąż zielonymi, chociaż zima była…

Do sąsiadki jakiś głośny osobnik przyjechał, ech, człek se uświadamia, iż nie przetrwałby w jakowymś tam mieście. Zbyt wiele dźwięków. Ci ludie, którzy ciągle pipkają, nie wiem jak oni mogą tak z tymi powiadomieniami istnieć? Czy wam też wciąż zadki lub torebki piszczą, kieszonki, czy nie wiem, gdzie tam macie one urządzenia? Nie przeszkadza wam to? Te dźwięki? Wszelakie…

Jakoś tak jest, że nie pojmuję telefonów i związanych z nimi mód.

Onych kontentów i wiecie, tych tam wszelakich estetyk. I tak, mam Instagrama i nawet tam bywam codziennie na chwilę, mam Facebooka, z casów dawnych i niską tolerancję na ono coś… miałam coś innego, pozamykałam to, bo i po co? Wciąż znam ludzi, którzy istnieją gdzieś tam, poza granicami i wodami… znajomi nieznajomi. Wygodni, bo podobno można ich wyłączyć, ale…

… czasem się nie da. Człowiek się do kogoś przywiązuje… rzadko, ale jednak… introwertyk  introwertykiem… przez internet łatwiej…

Ale bez pipkania.

Na Wyspie nie widać influencerów czy też onych telefonów… ale medytujących tak… spacerujących, biegających… zamyślonych ludzi… tak…

Żyjących.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Totem Deszczu… została wyłączona

Pan Tealight i Nativity of Naivity…

„Stajenka stajenką, ci tutaj to sobie niezły penthouse wybudowali, by było w mocy i wszelakiej sile oraz przekonywujące. Tak zaprzeć się, a zastawić, by postawić, a potem martwić o to, czy będzie stało, czy wilk nie zdmuchnie, a prosiaki nie przejmą… bo to głównie świnie robiły te rzeczy, wiecie, ściągały… Nie tylko komornicze sprawy, ale też i wszelaki bulling i zastraszanie podstawowe, w zależności od strachowości, oraz tego, co kto ile i za co i komu, przede wszystkim, wisiał…

Czy też winnym był.

Ale ta budowla.

Oczywiście, jak to one mają w zwyczaju powstało sobie w noc pełną pełni, jasności i dziwnego zmęczenia żołądka, więc nikt nie wychodził. Pewno dlatego nie zauważyli, a przecież wielopiętrowy. z wykuszami, z oknami zdobionymi maswerkami, z rzezaniami wszelakimi i smoczymi głowami, z dachem ciemniejszym, mchem powtykanym wszędzie, w one drewniane ściany z bal, dziwnie pulsującym życiem lub mocą…

… nie chcieli wiedzieć.

Drewniana, spora budowla, moe wąska, ale jednak dość potężna, po prostu stanęła pod jednym z ukochanych drzew Wiedżmy Wrony Pożatej Przez Książki Pomordowane i bardzo ją denerwowala. A na dodatek puszczali głośno muzykę, bardzo za głośno!!!

I oddychali!!!

A Wiedźma Wrona na oddychanie i mlaskanie ostatnio była nadmiernie wkuta. Taki okres miała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmiały” i „Szczodry” – ech… no po prostu… miodzio… nie mam zamiaru się rozpisywać, bo nie ma ku temu powodu. Jeśli czytaliście książki autorki, na pewno sięgnięcie i po te… tak zwyczajnie. Jakoś tak to działa, z nią w szczególności. Tą, która potrafi połączyć fakty i nierzeczywistość, legendy, mamaje i wszelakie mronki z faktami historycznymi… początki Polski, zmienności, zwykłe człowieczeństwo i… WIARA. Tak, w tamtych czasach wiedzieli o co walczą. Wiedzieli z kim, a jednak wciąż była to garść bogatych, którzy mieli swe marzenia, oraz garść tych pomiędzy… oni mądry, doświadczeni, oraz ci, którzy zwyczajnie mieli mistrzostwo w manipulacji… dworskie machlojki, niesamowite męskie postacie, ale przede wszystkim one…

Szyje.

Kobiety!!!

Kobiety u Cherezińskiej są wszelakie. Silne i zastraszające, kochające i wiedzące czego chcą, zdolne poddać się kadej karze, by tylko osiągnąć swój cel, oraz takie, które zwyczajnie wykonują swoją pracę, ale też… żadnej z nich nie można ufać. Każda  nich w każdej chwili może się zmienić. Może zamarzyć… chociaż, zawsze może przecież wtrącić się przeznaczenie…

… oj tak, na tych ziemiach ono wciąż ma moc…

PRZEZNACZENIE

Ale jeśli myślicie, iż to romansidło, oj nie, to powieść dla tych, którzy wiedzą, ale też i odważnie gdybają. Dla wielbicieli średniowiecznej historii, dla tych, którym podstawówka nie wystarczyła i nagłe przejście od 966 do 1025… dwa zdania z podręcznika; zawsze mnie to intrygowało. Przecież nie mogło być tak, że chrzest i już. Szczególnie nie na tych ziemiach, upartych… twardych, żyznych, ale też i kapryśnych… zróżnicowanych… no i te sceny bitew!

Siła…

Sława!

Niesamowita dylogia.

Pierwszy tydzień kwietnia, a wiosna, taka sobie… mówi wielu.

Temperatury względnie chłodne, tulipany wyglądają z wilgotnej ziemi, ale jakoś tak, gromadnie nie chcą wyjść, nawet hiacynty… za to krokusy były przez chwilę, ale szybko zniknęły, podobnie jak ranniki. Dziwne te kwiatowe postępowania żywotne w tym roku. Wyłażą i znikają, albo wyłażą i wracają  powortem, jakby usłysały wiadomości i stwierdziły, o nie, to nie ten świat, pisałyśmy się na inny…

Dlaczego pytają się nas o pronaunse?

Co im do kwieciego życia seksualnego?

Ocywiście pojawili się ludzie… między innymi Turyścizna. I to z namiotami, kurna mocarne, no nie powiem. Czy rok temu było cieplej? Nie wiem, jakoś mnie to chyba nawet nie interesuje. Wiem jedno, na pewno kwiaty zachowywały się inaczej. Były dłużej i pełniej i jakoś tak, radośniej… nawet forsycje jeszcze nie chcą się żółcić, ale przecież potrafią nawet zimą… szalone! No dobra, sprawdziłam zdjęcia i tak… hiacynty już przekwitały i tak dalej. Wszystko kwitło i się liściło…

Interesujące.

Ale, każda pora roku jest inna, każdego roku też, choć ta sama, to ma inne oblicze.

Za to w stolicy… znaczy, no wiecie, na tym tam, kontynencie ludzi masa… i deszczowo. I wszelako turystycznie. Nie wiem jak to jest, ale od kilku lat, jak tylko człowiek wychyla nos z Wyspy, to od razu pada… może i noszę deszcz ze sobą, niczym ochronną pelerynkę? Może tylko o tym nie wiem?

Może…

W sklepach albo pustki, albo nadmierna ilość osób.

W Popmarcie ściski, w Illumie pojedyncze dusze, lekko nie do końca wiedzące, co tutaj robią… jak ja, człowiek obecnie pozbawiony węchu. Bez węchu zakupy nawet oczne w perfumeriach mają jakiś taki nikły sens?

Chyba, że kochacie szklane buteleczki?

Nie wiem…

Oczywiście, szczycąca się morderczymi rowerami oraz brakiem miejsc parkingowych, Kopenhaga kocha ludzi. A przynajmniej tak mi się wydaje. Może naprawdę nie rozumiem już miast? Uciekłam do lasu, jak tylko pojawiliśmy się z powrotem w Szwecji. Potem w Malmo człowiek znowu musiał po prostu to odbębnić, rocznica LOTRa kręci, oj kręci, nowy film w ogóle nie kręci… oj nie!

Tylko mnie?

Możliwe, Diuna też nie dla mnie, jakoś tak… poza muzyką, ona genialna, ale te rozkminy, to rzucanie się przez różnych co lepsze, czy nakręcony tak prawdziwie LOTR, czy Diuna… serio? Nie ma porównania. Inne czasy, inni ludzie… i po kiego rzucać się do oczu wzajemnie za pomocą socialmediów? Może i to takie czasy, i ludzie muszą, nie wiem… dobrze, że chociaż morze płaskie. A! Podobno podatek na jedzenie zmniejszają i będzie taniej w Szwecji! Znowu!

Moja ukochana sieć sklepów, czyli ICA oberwała nieźle, więc…

Czekam!

Na Bogów Łagodnej Finansowości… i Pełnych Kieszeni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nativity of Naivity… została wyłączona

Pan Tealight i Aleja Mnóstwa Wschodów…

„Aleja Mnóstwa Wschodów była piękna…

… ale to raczej chyba względnie jakoś tam logiczne, bo przecież o takiej brzydkiej, to by tyle nie mówili, chociaż, w tym dziwnym świecie, który tylko na pozór wydawał się zwyczajny, niebo, wody, drzewa, skały, domy, tłumy, pragnienia, marzenia, zawody… nic już nie było jakąś…

… normalnością…

Czy też chociaż względną, wyględną zwyczajnością.

Wszystko musiało być: bi, anti, izm, oraz coś jeszcze. Takie coś, co obrażało najzwyczajniejsze ludzkie myślenie, wszelaką logikę zawstydzało, oraz miało w sobie coś z lekko woniejącej, miękkiej, truchliwie pleśniejącej, zielonkawej buły… z niebieskimi kropeczkami. Małymi, nazbyt idealnymi…

AIowymi może?

Ale Aleja była piękna…

… oną pięknością dość wycajną, starodawną nawet, rządzącą się wyklepaną, utwardzoną, ale nie asfaltową, wąską drogą, obsadzoną całkiem równo, jednak różnoradnymi iwami, których długie włosy zbliżały się ku ziemi tak jak chciały, bez reguł, poruszały czasem razem, in sync, a czasem całkowicie odmiennie… i zawsze była ośnieżona… Ttak, wiem, było o drzewach, ale ten śnieg, zawsze tam istniejący nawet mimo upałów, odbijający się w korze, w onych pniach falowanych, z wystająymi nibygłówkami, jakby mózgami, niby może i myślącymi tworami, które jednak zapomniały, iż nie da się ino myśleć, że trzeba też i żyć, jakowoś chociaż, chociaż troszeczkę, odrobinkę, bo inaczej…

… oj sens…

Sens tak bardzo chciał enter ten alejowy the chat…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dom dla lalek” – … oj… po prostu… Z Gardner jest jeden problem, w szczególności od kilku ostatnich tomów… chociaż, właściwie od początku takie tematy ją inspirowały. Dzieci… ich traumy, przetrwanie, wina. Te rzeczy, które nawet u wyrobionego czytelnika, któremu się daje, iż nic go już nie rusza, sprawiają, że odkłada ksiąkę i zamyśla się i musi po prostu wyjść, dotknąć drzewa i zapłakać… coś poczuć, coś więcej, czasem aż nazbyt wiele… po prostu.

Po ludzkiemu… starodmodnie.

Bo opowieści o życiu tak skomplikowanym, tak bardo bolesnym, od samego dzieciństwa, jakoś tak, po prostu boli. Przywołuje nasze własne demony, otwiera rany i burzy coś w bliznach… traumy nie odchodzą, one tylko drzemią, ale czasem, udaje się nam zapomnieć, i właśnie o tym jest ta książka. O jednej z nas, która zapomniała, ale potem, nagle wszystko zaczęło wracać i… właśnie, i nie wiadomo co jest prawdą, a co wymyśleniem…. i nawet, jeśli wies już coś, to potem wszystko wywraca się do góry nogami i znowu jesteś w ciemności. W ramionach oprawcy…

Genialna!

Czasem, szcególnie w tym okresie po sezonie, czy tuż przed udaje się człowiekowi być na Wyspie i z Wyspą jakś tak w samotności i wtedy, czujesz się jak… jakby to wszystko było twoje. i morze i niebo, skały i drzewa, one wcesnowiosenne, przekwitające kwiaty, one wiosenne, które się już pojawiają… on pustka, miejsce do oddychania… samotność, może i dla wielu depresyjna, dla mnie wyzwalająca…

… jedyna.

Cy wkurza mnie, że już wyrąbali całą roślinność na nabrzeżu, oczywiście, że tak, wrzaski mew są jedyną normalnością. Wprawnie oko spostrzeże onych strażników, który, gdy tylko zbliżycie się za bardzo, ostrzegają innych i jeśli, jeśli tylko będziecie nazbyt nieostrożni, jeśli tylko asarżujecie, one was zwyczajnie przepędzą.

Bo stregą tego, co najwaniejsze…

Potomstwa.

W tym momencie bardziej możliwości życia, niż jego istnienia… ale strzegą. Już teraz, bo czas nadszedł i one o tym wiedzą. Bez maszyn i urządzeń… apki do sterowania płodnością i youtubowych guru od budowania gniazd…

Wiedzą.

Wyrąbane drzewka, powalone brzózki i cisza… ogołocone skały oczywiście podatne są bardziej na erozję i widać jak wszystko się obniża, szczególnie tam, gdzie człowiek chodzi najczęściej… wiem już, że niedługo woda, przy większym sztormie wleje się na ulice w miejscu, które niegdyś było…

… cóż, względnie bezpieczne…

Ale prawda jest taka, że budowanie zbyt blisko morza, to zawsze igranie z wodą.

Niepewność… a jednak wciąż to robią, plany w Nexoe wciąż są w planach, by budować tam, gdzie dotąd była pustka i woda, w depresji prawie, tudzież na poziomie morza… jak bardzo jest to durne?

Jak bardzo?

Za to w Gudhjem słońce i pustka.

Wszystko jeszcze pozamykane, za chwilę święta i zjadą się ludzie, na campingu już widać kilku „letników” odmiany wiosennej. Ci to dopiero muszą mieć ogrzewanie dobre w onych camperach. W końcu nocą jeszcze przymrozki, a jak zawieje, to człowiek od razu idzie sybciej… nad dolną częścią miasteczka unosi się dziwny havgus, jakby ktoś coś próbował ukryć, z kominów już się nie dymi… a może dopiero…

… czy w ogóle ktoś tu jeszcze mieszka?

Czasem naprawdę czuję się sama… znaczy z Chowańcem, ale jednak, wiecie, sama, jakby nawet nasi sąsiedzi gdzieś zniknęli, jakby… to wszystko było… Tak, to minie, ono uczucie, ulice się zapełnią, dźwięki natężą i znowu będę zrzędzić, że dla mnie za ciepło… Cóż taka tradycja. Zwyczajność…

Bo kocham zimę…

I tęsknię już za ciemnością. Już mi za jasno…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aleja Mnóstwa Wschodów… została wyłączona

Pan Tealight i Druga Rączka…

„Właściwie, to nie do końca było wiadome, czy istniała ona pierwsza, wiecie, lepsza, starsza, jakoś bardziej doświadczona, na której się można było wzorować… bo przecież by była druga, musiała być i ona…

… pierwsza…

Jakaś może i mityczna, nadobnie legendarna, boska nawet, bo przecież po co się ograniczać, jak można iść na całość. No i musiał być jakiś powód, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane trzymała ją, tą drugą, na uwięzi… nikt nawet nie skomentował, ale patrzyli z podziwem na ono ustrojstwo… różowe kajdanki, do tego jakieś wojskowe coś, jakby jakowaś, z kolcami, mini pułapka na niedźwiedzie i długa, skórzana smycz… pewnie kradziona, znaczy się pożyczona na wiekuiste, nawet pośmiertne oddanie, ale jednak.

Czy Ojeblik – mała, ucięta główka była zazdrosna?

W ogóle, w końcu co głowa, to głowa.

W końcu… wiedziała, że jest kim jest. Kim od zawsze była i jakie miała plany. I że ostatnio farby do włosów były w przecenie, a Pan Tealight jej obiecał, że dostanie jaki kolor będzie chciała… więc po prostu była bardzo zadowolona, a poza tym, to była naprawdę tylko mała rączka, seryjnie mała rączka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ludzie nocy” – … to było… przeżycie. Coś innego, może nie tyle nowego, co zapomnianego, odświeżonego, coś, naprawdę wzruszającego, szokującego, mieszającego w głowie… I ta bohaterka, której nie jesteśmy w stanie nawet do końca pozna, specyficzna, zdająca się być samą dobrocią, a jednak, samotna i szukająca… no właśnie, czego… powoli autor odkrywa klocki, puzle opowieści układają sie w całość, ale ona całość wciąż nie do końca nią jest…

Jest coś więcej, coś innego, pragnienie zemsty, ale też i krew… więcej krwi.

Ludzie, który nigdy nie potrafią przestać ranić i tacy, którzy nie mają skrupułów. Jak długo można żyć z własnymi demonami i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Naprawdę… młoda kobieta na trycyklu, ludzie nocy i dnia, zagubione dziecko, kobiety i mężcyźni, władza i niszczenie, zemsta, prawda… to wszystko jest w tej powieści, ale i tego nie ma… tak naprawdę jest tylko noc i to, co widzimy przez okna. Ból i niesprawiedliwość, ponienie…. musimy coś robić, ale jak?

To naprawdę niesamowita książka.

Z cyklu przeczytane: „Kapturek musi zginąć” – … nie… po prostu nie, najpierw obraiłam się na tłumacza, potem na autora, a w końcu na samą książkę, bo precież… jeśli połowa jest kiepska, to, czy druga jej połowa moe za to odpowiedzieć? Ale najpierw tłumac, rodaj żeński, który, cóż, takowe jego prawo, podejmuje pewne sdecyje i ja się z tymi dcyjami nie gadam… sorry, ale w polskich tłumaceniach ostatnio musiałam przeżyć |GOSPODARZYNIĘ”! Naprawdę niewiele mi trzeba bym się odpaliła od tego czasu… a jeśli tłumaczy sie coś, co odnosi się jednak do nanych i przebadanych na wylot zdawałoby się baśni, to jednak…

… no nie, tłumacz, ona zniszczyła mi lekturę… Tak, nie używam słowa tłumaczka, feminimy mnie swędzą!!!

A potem…

Dobre, pewno to ja, w dzisiejszych czasach to w końcu zwykle wina klienta, czyż nie? Za bardzo nastawił się, że książka będzie dobra, nastroił na powieść cudowną, porywającą, ale i walącą po nerkach, a dostał… chyba, chyba w końcu nie rozumiem ni autora, ni tłumacza, ni masy ludzi, który to składali, sprawdzali, może i czytali… ktoś w ogóle coś? Korekta, zjadliwe zrozumienie?

Miał to być kryminał, miała być i baśń, ale by zlepić jedno z drugim trzeba najpierw to jedno i drugie poznać i opisać, a tutaj, w tym wszystkim, jakoś tak… okay, rozumiem, psychodeliczne wizje, też byłoby super, ale ten język… nie da się, po prostu nie. Nawet bohaterka, bohaterki… po pierwsze pewne sprawy są tak od początku oczywiste – aż denerwujące, i książka po raz pierwszy zderza się ze ścianą, ścianę to boli – wiem do czego to wszystko zmierza i już nie chcę…

… na dodatek ten język…

Można sobie darować.

Mgła… jest 20ty marca, i wszystko jest mgłą.

I fajnie… temperatury spadły, jest znowu chłodniej… jak najbardziej na plus. Kwiaty wyłażą, ale już te późniejse trochę, jakby wcześniejsze odmówiły współpracy… cisza przed Wielkanocą, w końcu to ju zaraz, znowu Turyścizna przybędzie, ale czy tłumnie i chmurnie, się zobaczy, albo i nie…

Ale, z wieści najnowszych, Bornholm ma najlepszy oddział porodowy? Nie wiem czy na pewno do końca położniczy, chociż też potatoe potato, bo mowa jest ino o przyjmowaniu dzieci, jednak, w całym kraju najlepszy… hmmm, ciekawe jakie były kryteria, bo jeeli widoki z okna, to się nie dziwię. Ale cała reszta, no nie wiem… ale też się nie znam. Nie rodziłam, nie planuję, wszelako jakoś mnie nie ciągnie.

Król i Królowa pojechali do Australii i jest trochę dziwnie. w prasie, mediach wszelakich… mówią o nim jako o tym kolesiu, co chodzi z Mary… ja to nie wiem, ale  historii, tak patrąc na przykład na Charles’a, to nie wysło to na dobre… jednak nasi są już bardziej dorośli, wszelako doświadczeni, jednak, kurde, no be przesady no…

… król to król.

Mgła…

… tak ładnie otula wszystko szczelnie, niby ciepło, ale nie do końca, niby imno, ale te nie jakoś, niby mokro, ale sucho, niby to, tamto, był znowu deszcz, nie jest sucho jak przez ostatnie dwa lata, więc zapowiada się mniej boleśnie dla rolnictwa, przynajmniej na razie… do tego wybory… jedni obiecują tanią ropę, ekhm… interesujący sposób przekupstwa… nie wiem, no wie wiem, wiem jedno, politycy wszędzie są tacy sami.

Kiełbasa za to gdzie niegdzie jest lepsiejsza…

Z innej bajki: w Gudhjem aresztowano kobietę, taką po trzydziestce, taką, właściwie w drugiej połowie onej trzydziestki, więc nie jakieś młode i durne…

Za co?

A wlazła sobie do obcego domu i poszła się wysikać, i w ogóle, po prostu sobie tak o wlazła i tam sobie chyba przez jakiś czas była… więc, w końcu może i mieli jej dość, nie wiem, ale brzmi to dość odklejenie… aresztowano ją, ale jakie są zarzuty, to nie wiem. Ostatnia, co tak do mnie wlazła, szokując i traumującą mne na zawsze, po prostu, wiecie, drzwi przez durną niewagę były otwarte AKA niezakluczone, ale zamknięte, bo człowiek przeprowadzkowy był taki, prysznic brał…

… to nie, nie mogła być ona, umarła…

… jakoś tak zaraz po tym, jak mnie przeraziła, a szyby zaczęły trzaskać od przeciągu…

… więc…

Nie polecam takich rzeczy, jednak, ta tutaj mnie intryguje. W końcu ubikacje w miasteczku są, nawet niezłe, jedna w bibliotece!

Poza tym urawie przyleciały.

Wrzeszczą w Almindingen, a człowiek się zastanawia, czy nie jest czasem gdzieś indziej… czy to nie Mazury jakoweś, czy inne tam jeziorne ostoje, bo przecież to mała Wyspa, nie zmieszczą się one pterodaktyle!

Nie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Druga Rączka… została wyłączona

Pan Tealight i Buda w lesie…

„Wiosna…

… znaczy jeszcze zima, ale to słońce, rażące mimo przykrywających je podobno piasków pustynii, które przylazły i muszały oczy do cierpiętniczych mrugnięć, no i ciepło, one… dziwności w powietrzu…

… tia…

… odpychają zimę!!!

Ale… nie da się ukryć, iż to już czas, oto nadchodzi nowa pora, święta za pasem, a i to nie tylko pasem, ale i laczkami, czy majtasami. Czy to ważne jak będzie? Nie, czy ważne co będzie, też nie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie uznawała Wielkanocy, więc króliczki miały odpuszczone… może dlatego tak lgnęły do jej domostwa i osoby? No jak szalone? Może wiedziały, że ich nie zje, chociaż już Ukochane Dzieciątko, Miś Wiedźmy Wrony niczego nie obiecywał.

Nawet na spacerach…

Nawet jak w domu była i zdawało się, iż nikt i nic nie chce przebywać w jej otoczeniu poza Chowańcem i Jej Wronami, oraz Stadem Zbuntowanych Szalenie Emencypowanych z własnego tłumu Mew, któe liczyły na jakieś śmieci ze stołu, to królicki i zajączki przybywały. Legenda głosiła, iż chodziło o sadzonki tulipanów i inne tam cebulki powsadzane w to coś, co inni nazywali trawnikiem, no ale… nikt niczego nie mógł udowodnić.

Za to na spacerach… no właśnie, w jakiś dziwny sposób, gdy tylko wyłaziła, coś jej się przydarzało, jak ona Buda w lesie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ach tak! Zamówienie z Empiku… i jakie zaskoczenie!!!

Dorzucili czekoladę?

Znaczy dokładnie te tam, kurosanty, czy jak im tak, wiecie, jam nieprzystosowana, nienawykła do takowych luksusów, u nas one występują ino w tych sklepach, co mienią się onymi „zagramanicznymi”… jak Lidl czy Normal, LOL!

Ale książek też nie zapomnieli włożyć!

Nowa Gregory!

LOVE!!!

Żeby nie było… był 8 marca, dzień, jak to oni teraz mawiają? „Birthing people”, oh, fuck offffff!!! Kobiet, bab, dziewczyn, no wiecie… więc spacer… do lasu, wiecie, w oną dzicz, gdzie sapią biegacze, dziwni z Turyścizny oraz niewymowne i niewypowiadalne. Stwory i potwory, które domagają się własnych bajek… oraz na poboczu stoi poostawiona przez kogoś przyczepa… hmmm, nie wiem co w niej, lecz spodziewam się w niej skryjówki seryjnego mordercy, który jednak ma tak specyficzne upodobania, iż… no wiecie, mało zabija, więcej śpi i ogląda kreskówki…

… aj, te krągłości!

LOL

Albo scrolluje Instagrama w poszukiwaniu dziewczyny swoich marzeń, takiej, z której ściągnięta skóra zrobi ładną kurtkę… i dwie książki, plus notes! No co? Wyobraźnię mam, może i inspirowaną pewnymi owcami, co milczały, jednak… to moja wyobraźnia… a w lesie, tym czasem, spokój, cisza, ino trochę szeptów liści, które postanowiły przez zimę i wiosnę pozostać na gałęziach, wygrywających srebrzystą muzykę, oraz kika kopczyków śniegu, przybrudonych, takich, zeszłorocznych by się zdawało, choć mają ino dwa tygodnie max. Może tydzień?

I te kolory…

… wciąż bujne, choć suche rdzawe paprocie, brzozy, które tutaj białe, w starszych gałęziach czerniawe, w onych młodszych puszą sie odcieniami burgunda i wiecznozielone, one iglaki pachnące… i pod stopami liście i dziwna cisza i spokój i jeszcze… to wszystko, co dookoła się dieje, jakby nie miało tutaj wstępu… lecz przecież ma… Wyspa może być oddalona i przez różne poczty i inne usługi uznawana a Narnię, jednak, to wciąż jakaś tam rzecywistość tłamsona innymi rzeczywistościami…

PS. Z tych emocji aż mi klawisz pękł…

… wytarta plama biała i GR… co to w ogóle jest, nie wiem, za co odpowiada, nie mam pojęcia, ja wszystko na pamięć mięśniową robię, a już wiem, polskie znaki mi kochany RIP skurczybyk robi…. ajwaj!

ROBIŁ!!!

Człowiek stuka w klawiszki, wie, że połowa nie działa, a jednak, stuka… pamięć mu mówi co i gdzie, rozproszysz się na chwilę… i już nie weekend, a czwartek, 12sty marca, ale ten czas pędzi, podobno sztorm jakowyś nadchodzi znowu, temperatury szaleją, amplituda jak ośmiotysięczniki… a w ogrodzie w końcu krokusy zaczynają wychodzić, lecz wiosenne, one wczesnowiosenne kwiaty, to nie miały długiego życia raczej. Ranniki szybko wymiękły od nadmiaru światła, podobnie przebiśniegi…

… nie ma co przebijać, więc wyszły i weszły…

Za rok wrócą.

Obiecały.

Jakiekolwiek by ludzie głupoty uskuteczniali, to wyjdą… bo tak już mają, takowa ich natura… ale mniej słońca wolą. A ono wciąż wali i wali, jakby od czasu przesilenia nie mogło, nie miało już być ciemności. No serio, kilka dni szarości, ale większość to słońce, może i nie pali, ale jednak.

Jest jasno, za jasno, już męczy…

W powietrzu wciąż czuć zimę, oną mroźność dziwną, w końcu piaski pustynii odpuściły i jakoś tak mniej człowiek kicha, więcej oddycha. Pyłki i pył dziwny wszędzie. Uciekł cłowiek prawie 20 lat temu od smogu i co, wciąż pylą… w polityce wrzenia, w ziemi to, co może gnije i przetwarza się na glebę, a na pola rozlewają kupę ku wszelakiej zabawie aromatycznej – bleee – oraz tej tam, no wiecie, pomyślności zbiorów. Bo gówno w gówno widać się zawsze obraca…

… hmmm, to dopiero filozofia! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buda w lesie… została wyłączona