„Dachu nie było zadowolone z Cienia, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była przerażona. Najpierw była przestraszona, ale po krótszym namyśle, zmieniła swe zdanie… a może to ta biała pigułka mocy? nowu nie zadziałała? Albo co gorsza, działała, ale słabiej? Pan Tealight od jakiegoś czasu po prostu martwił się o nią bardziej i mocniej…
… i jakoś tak kreatywniej.
A na Dachu siedział Cień… i spoglądał na wszystko, i oceniał.
Życie dookoła toczyło się jak się toczyło.
Nie bacząc na pragnienia Wiedźmy Wrony czy Wiedźm z Pieca, nie słuchając modlitw i błagań onych siwowłosych staruszek, oraz przeklinających starców. Nie chciało nawet wiedzieć, co kto chce, miało własne plany i tyle. I się toczyło. Nie skakało, nie dreptało, ino jak ona kula, miażdyło po prostu plany i pozostawiało płaskie przestrenie. Płasie miało oczywiście wielkie możliwości i można się było spodziewać po płaskim rozwoju, aczkolwiek, cóż…
Też nie miało nic do gadania…
Przez to wszystko Cień a Dachu miał ubaw.
Nie wiedziało, że jest też ino elementem życia…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Haul!
Nom nom nom… w większości w końcu kupiłam to, co mi odebrano, ale też Wampirze królestwo, cesarstwo, krew i zbawienie, na które tak czekałam i nowa Andrews i… tak, nom nom nom!!! Na majówkę, po niej, nie ważne, ważne, że teraz ja wybieram kiedy i co czytam. Ja!
Ha!!!

Maj zaczął się ciepłem i kosiarkami.
Ale najpierw spacer… jest ostatni weekend kwietnia i jest względnie chłodno. Serio. Nawet w powiewach zimno, w szczególności w niektórych dziwnych przesmykach i prawie ukrytych ścieżkach, no… Przynajmniej mało używanych, lub też mało znanych przez Turyściznę. Miejscach, gdzie można się ukryć…
… ale najpierw Vang.
Z Vangiem sprawa jest taka, że jest tam między innymi młyn, w reczywistosci są i inne sprawy, rzeczy, oraz magicne miejsca, ale ostatnio na ustach wielu znowu jest młyn. Malutki, bielony, pruski mur… bo chyba nie szachulcaowa, chociaż może… mniejsza o architekturę, najwaniejsze to, iż młyn postanowili znowu uruchomić. Tia, czasem im się dara, takie uruchamianie starszych… LOL No i woda nowu płynie, koło się na razie nie rusa, ale moe… tylko, tak sobie myślę, przy tej suszy… więc… postanowiłam zbadać sprawę u źródła, bo widzicie, woda do młyna pochodzi z intrygującego, małego pojemniczka skalnego, onego niby stawu, czegoś wyżłobionego, wydartego z zieleni, pełnego rdzawości, ale z przejrzystą wodą, przypominającą mi oną ze złotego jeziora w „Opowieścich z Narnii”… pamiętacie? Wszystko zamieniało się w nim w złoto… a potem był smok, choć chłopiec, i opowieść o chciwości i chrześcijańskie tematy, i inklinacje Inklingów. W końcu to Lewis…
Ścieżka do onego biornika jest urokliwa, sczególnie teraz, gdy dołem biała od awilców, a górą ogniście zielona młodym listowiem, skalne kombinacje po bokach, do tego czosnek niedźwiedzi, dzicz prawie… wchodzicie w Wyspę, niby niewiele w głąb, a jednak czujecie się jak odkrywcy.

I tak wzmocnieni mocą tych, co przed nami, idziecie do onego zbiornika, a tam woda przezroczysta, prawie niczym lutro, czasem mącone onym powiewem wietrznym… w niej korzenie, gałęzie, kamienie, kształty dziwne, niczym ludzkie, no mówiłam, jak w onym jeziorze złotozmiennym… z tego co pamiętam, u Lewisa była jeszcze jaskinia, no i młody zabrał bransoletę, i raczej tego pożałował, na szczęście przyszedł Jezusek lew i tak to tam było… ktoś coś? Nigdy nie rozumiałam, dlacego ono rodzeństwo, no i kuyn, nie mogli wrócić do Narnii, gdy stawali się dorośli. Zawsze mnie to wkurzało… ale… ja jedna nie miałam problemu z Akademią Pana Kleksa, że ino dla chłopców.
Cóż.
Te postacie żeńskie, które się tam przewijały, ech, no cudowne!!! Wystarczyły. Jakoś tak… nadzwyczajnie. I ta muzyka…
Ale, wróćmy do lasu, więc…
… las jak las, skały jak skały, zbiornik, woda w nim jeszcze jest, więc przez jakiś czas będzie i w młynie, ale jak nie popada, to będziem w dupie. Właściwie, to od pierwszego zrobiło się aż nadmiernie ciepło, więc, nie jestem w dobrym nastroju. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Dielnie i radośnie marłam sobie i było fajno. Wąska ścieżynka, w górę, prosto, potem nowu w górę, nowu… i wielka droga, znaczy, jak na nasze standardy, bo by wrócić do Vangu, to treba przecież przejść przez kamieniołom. Niby można górą, ale wiadomo, cas gniazdowania, więc raczej nie radzę. Gówno jak gówno, ale można od mewy nieźle oberwać, a to spore koguty są!
Idziemy więc z zieleni nagle światem pełnym kolorów i suchości, kształtów, cieni, pustym i pełnym zarazem, artystyczną miesanką, ale i dziwnie depresyjną dawką czegoś… co zamilkło. Czemu odebrano głos…
… nie wiem, ale jakoś mnie to zdołowało. A przecież kocham skały… potem prosto nad morzem, gdie pizgało milusio i znowu Vang. Brzmi krótko, ale fajny spacer plus ćwiczenia na tyłek. Szczególnie jeśli jesteście zdjęciarobiący. No i kwiaty, zapachy, które znowu odkrywam po tym kowidowym szaleństwie… wciąż coś mnie gdzieś łupie. Maj na pewno mnie nie zauroczył. Ciepło, sucho i nadmiernie jakoś tak, nie wiem, dziwnie. Jakoś tak, nie do końca mój to czas.
Obudźcie mnie na jesień! LOL

