Wiedźmy menu paranienormalne…

To tak, na wypadek, gdyby ktoś się interesował co wiedźmy jadają… otóż z chęcia tych co skaczą i fruwają 😉 A poniżej wierszyk, który choć nie wygrał, to mnie bawi (konkurs był na EFantastyka.pl)

„Powiedz mi mój jasny Aniele
cóż Ty za dziwne palisz ziele?
Po czym tak fruwasz, skaczesz, latasz
i dziouchy wszelakie wyobracasz?
Przebrzydły gadzie, czemuż się ze mną nie dzielisz?!
Toć Tyż mym Stróżem, a jednak sam ozorem mielisz.
Toć my jednością, ja kulą Tyś opiekunem,
a wciąż mnie traktujesz jak jakąś oblech mamunę…
To ja Ci już modlitw splatać nie będę
skrzydełek nie oczyszczę, hymnów nie wyjęknę…
Znajdę sobie innego Stróża i Anioła,
a Ciebie niech zeżre zazdrości wszoła.
A udław się gadzino i tak z Ciebie pożytku tyle
co robić czerpaki z siatki na motyle!
I choć wiem, że wrócisz, że błagać będziesz,
ja się nie ugnę, skrzydłom nie przyklęknę!
Wystawiam anons! Anioła przyjmę od zaraz!
Ty sobie fruwaj, od dziś jesteś tylko marazm!
Oto i wakat jest na stanowisku!
Stróż Anioł – a poza tym możesz wszystko!”

Czyli: kociołek jest, szałwia jest… biały kot jest, trochu mały, ale nie istotne, jest też czarny, same przyszły nie patrzcie tak na mnie… chowaniec jest 🙂 No ino trza perswazji użyć… Czemu ja mam chłopa za chowańca, kozioł byłby lepszy!!! – czyli jak brałam się za pisanie kolejnego opowiadania! Zemsta za zeszłoroczne Halloween!!! jest moja!!!

Jużem ci ja gotowa na klątw rzucanie i dóbr wszelakich przywoływanie 🙂

PS. Dostałam dzisiaj wygrane cuda od Matrasia, bardzo dziękuję. Patrzcie jakie fajowe 😉 Pachniuch dla Misia Śnieża, który uważa, że tam są zatopione robaki – no wiecie, na pewno zna się na nich lepiej!

A dla mnie… no ja! Cudna jestem i jakie mam zgrabne nóżki 😉

Aaaaaa!!! No i mój prezent ślubno rocznicowy od Admina 😉 Kochanego mam Admina, co nie 😉 No stary jest już, ale ja tyż młodsza się nie robię – Jeg elsker…

Oczywiście od KnittingDreams 🙂 Thank You so much – awesome like always 🙂 And it took just 3 days to get on my island!!! Etsy shop – look inside and fell in love with these amazing creatures 😉

Z życia wiedźmy – rzuciłam klątwę, aj tam nawet nie klątwę ino takie odbicie zrobiłam, coby jeden taki co mi miesza i jest świnia odczuł trochę to co ja… no i odczuł, ino kurcze w dziwny sposób. Ech! Magia jest fajna, ale lepiej nie zadzierać z pewnymi siłami.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bornholm wiedźmy Wrony Pożartej…

„Mam problem ze spaniem – to powinnam od razu powiedzieć. Albo w ogóle totalnie mnie sen odrzuca, nie chce utulić i traktuje jak pryszczatą trądownicę, albo wprost przeciwnie. Zasypiam… i za grzyba ze snów wyjść nie mogę. Ale moje sny to po prostu osobny rozdział. Szczególnie na Wyspie (choć problemy ze snem mam od dnia, kiedy spotkałam Admina, tak se myślę niebezpiecznie).

Bo tutaj wszystko jest jakoś inaczej.

Mój Bornholm, to cudowna, wspaniała, zalatująca Kupowymi Noskami, enklawa magiczności, morza, nieba, kamieni i drewienek… aromatu wodorostów, kolorowych domków – tyż pachną, no i gitesowych suwenirów. I koty… Tak, czasem to przede wszystkim. Koty na Wyspie są dziwne, ale im poświęcę cały wątek, dziś będzie ino o poranku.

Poranek nadszedł jak zwykle, jak to ma w zwyczaju, bardziej tak niezauważalnie, podejrzanie raptownie, wrednie wyciągając z łóżka. Tutaj noce przez większość czasu są ciemne poza dwoma miesiącami, kiedy jest jasno… ale to dygresja. Poranek nadszedł, a ja sturlałam się z pluszowego łóżka, z silnym postanowieniem odwiedzenia łazienki i Bulgota, mojego utopca z odpływu pod prysznicem, no lubimy się – uprzedzam nic nie widziałam, nic nie słyszałam, a byłam raczej tomna, niż nietomna. Zrobiłam co miałam, umyłam rączki i podczołgałam się do łóżka, coby może jeszcze chwilę stare kości wygrzać. A tu nagle łomot, podnoszę głowę – nieuczesaną w myśli – a mi ciemne coś przed oczami mignęło, przeskoczyło przez krasnala, uprzednio przewróciło Chochela – mój chochlik pisarski, znaki szczególne, nosi gacie Admina – i z łomotem plastikowego kubła, który otwarte drzwi na taras zasłaniał, pojawiło się na zewnątrz. Popatrzyło na mnie i dostojnie oddaliło się w sobie tylko znanym celu, a kierunku do morza.

I teraz tak se myślę, czy może on tak zawsze? No skrada się, coś czaruje – tak w ogóle to nie znam tego kota, czarny taki. Może on ze mnie zombie robi? Czy już jestem zombie, a może krew wypija, wąpierz jeden? Wątrobę nie tylko zębem czasu nadgryzioną do końca wysysa? Czy w ogóle ten kocur łaził po moim domu całą noc, patrzył jak śpię, bawił się moimi pluszakami, czytał moje książki… dobrał się do lodówki?

Wcale nie panikuję!!! ODDAJ MI MOJE ŻYCIE!!!”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Trochę przełamała się klątwa listonoszowa, bo w sobotę rano donośnym w drzwi waleniem poprzedzone… dotarły do mnie książeczki z nakanapie.pl. Za konkurs i cosik do recenzji!!! Mniam!!! Chociaż z drugiej strony patrząc, to jak z nakanapie coś wysyłają, to dochodzi, a nie… (no co, niektórzy mi mówią, że wysłali i tak czekam od 2 miesięcy!!! tak o Tobie mówię!!!)

AAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Kurde Budyń dziś doszedł – nie żebym sobie ceniła przechodzony smakołyk z mleka, ino książka najnowsza Toma Holta!!! No po prostu omal się z radości nadmiernej nie posikałam – w moim wieku to już kurcze trzeba jednak się tak nie ekscytować. Podziękowania dla Wydawnictwa Prószyński i Ska, za comiesięczne dokarmianie Ptaszydła, czyli wiecie, no  mnie 😉

Recenzje: „Królewskie Psy. Morrigan”, „Dotyk ciemności” i „Córki księżyca tom 1 i 2”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Smutne Kalorie…

„Malutki – choć wielu zdawało sobie sprawę, że to tylko wredne Optyczne Złudzenie – Sklepik z Niepotrzebnymi na małej Wyspie, od dłuższego czasu funkcjonował także jako specyficzny konfesjonał. Taki, w którym powiedzieć wszystko można, wyżalić się, nie zbiją… chyba?

Jednak takiego gościa Pan Tealight się… spodziewał.

Czekał na Smutne Kalorie od kilku lat. Wiedział, że wykopały sobie norkę w cebulkach Zbuntowanych Tulipanów, które odmawiały wzrostu wiosną, a puchły z dumy zimą, ale nie chciały rozmawiać. Nie były gotowe do dziś. Dziwnie parnego dnia, końca lata i ostrej zapowiedzi mrozów w powietrzu… Tak! Pan Tealight wyczuwał ukochaną Zimę już od miesiąca. A był dopiero koniec sierpnia. Jednak w tym roku turyści uciekli szybciej, nie będzie wiele wekowania, Głód Wielki zaglądał nie tyle w oczy, co we wszelkie dostępne otwory… a Kalorie?

Kalorie śpiewały.

Pojawiły się pod drzwiami sklepiku i nuciły o ogólnej ludzkiej do nich nienawiści. O krematoriach, maszynach do ich dusz spalania, o odrzucaniu ich ciepła… Nuciły wiedząc, że Głód Wielki im przytaknie. Opowiadały o klątwach i modlitwach, o wyniszczaniu ich plemion, o zapominaniu, że bez nich zginą i sły. Bez nich małych, niepotrzebnych, wrednie przeszkadzających.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No mam listonoszową odstawkę – straszną!!! Powiem Wam, że aż mnie w dołku ściska i ekranik księgarni amazonka.pl liżę – chyba to poczuli, bo bestie zaproponowali mi, że coś wyślą za recenzje małe. No kocham ich… ale obciach trochę, że mój ślinotok zalał im monitorki 😉 Ale w tym miesiącu dostałam dwie książki i cierpię katusze chorobliwie opryszczone i wredne!

Poza tym doła załapałm po przeczytaniu „Królewskie Psy. Morrigan” Piotra Olszówki… będzie recenzja, ale dół polega na tym, że ja takiej książki nie napiszę. I to jest takie coś, co w ludziu piszącym siedzi, nabija się z niego: patrz jaki ten Autor pomysłowy, a jakie przemyślenia, ludzkie prawdy, a ty co, o dupach maryniach piszesz… Ale to dobra zadziora jest, bo na takich, warsztatowo trudnych powieściach (choć to dokładnie 4 opowiadania) człowiek się uczy. Uczy się jak być piszącym lepiej. Jednak doła o tym nie przekonam 😉

Jak czasem mi się trafia, chcę Was zaprosić na konkur nakanapie.pl – który sama wymyśliłam. Może trzeba się wysilić, ale warto. Dotychczasowe wypowiedzi są powalające i będzie trudno, ale w takim towarzystwie to świetne wyzwanie!!!

Aj! No i piorunem skończyłam „Dotyk ciemności” – dobra historia, taka troszkę w stylu Kim Harrison. Ale wolę Kim 😉 mniej penisów! a czasem nabieram aż do nich absmaka… no!!! Recenzja potem 😉

PS. Kiedyś już o tym pisałam, ale wspomnę raz jeszcze… Są ludzie na tej Ziemi, co potrafią tworzyć cuda i zalicza się do nich Nurrgula… polubcie profil dziewczyny, co daje duszę metalom, pręcikom, kamieniom i różnym takim… co tworzy pięknie 🙂

Jej są śliwkowe trzewiki 🙂

Bo się dopiero dowiedziałam! KONKURS ludzie!!! znaczy się raczej tej płci intrygującej 😉 do dzieła, ja napisałam („Czy można wybaczyć komuś, kto z zawiści niszczy nasze szczęście? Czy sami potrafilibyście wybaczyć?”):

Wybaczyć tak… ale nie zapomnę. Nie umiem, nie mogę. Każdy Twój dotyk, Twoje słowo, wszystko co pachnie Tobą, będzie mi to przypomnać. Nie zapomnę. Wybaczam jednak. Choć to pewnie tylko słowo. Nadal boli, czuję się taka zbrukana. Nie jestem zła na Ciebie, zła raczej na siebie, że pozwoliłam, że sama nie byłam w stanie wygrać! W końcu to moje szczęście było stawką. Tak naprawdę jedyne, co miałam…

Odebrałeś mi to. Z zazdrości? Dlaczego sam nie popracowałeś nad swoimi marzeniami? Moje były takie malutkie i kruche. Tak dla innych nieistotne, ale dla Ciebie stały się celem.

Wybaczam Ci, ale nie zapomnę. Nie mogę, nie umiem, nie potrafię. A moze nie chcę? Bo już teraz nie pozwolę sobie na szczęście. Zawsze, nawet przy najmniejszym poruszeniu w okolicach szczęśliwości, będę myślała o Tobie… będę czuła Twój cień. Oszroniony chłód przenikający mój mały świat, stawiający wyższe mury, kopiący fosy, odrzucający nawet przyzwolenie na zaufanie…

Zabiłeś mnie, więc nie bądź zdziwony!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ludzina wiedźmie moce wypomina…

„- Ależ no zjedz nóżkę, popatrz jaka smakowita! –

Rzeczywiście zapach unoszący się znad kociołka nie był obrzydliwy, a powinien. Był bezczelnie nęcący, pełen warzyw, ziół i owej niewinności naiwnej i bogatej w ideały… mojej własnej. Problem w tym, że nie miałam ochoty na nóżkę. Nie miałabym też na skrzydełko, aczkolwiek aniołkiem raczej gulaszu nie doprawiono. A szkoda. Chyba ze skrzydlatą gadziną nie miałabym takich problemów.

Ale dzieci!!!

Ja się brzydzę dzieci, paranoicznie wprost!!!

– Każda wiedźma musi. No nie masz wyjścia… Ludzina wiedźmie moce wypomina, magię wspomaga i w dupsku się nie odkłada… -nęciła mnie Najstrasza.

Zachęcana… nadal byłam na nie. Z garnka wyskoczyła zgrabnie posztkowana w talarki marchewka i zaczęła krzyczeć.

Wtedy postanowiłam żyć i wiecie co, no chyba umarłam!!!”

(„Wiedźma z Wyspy” Chepcher Jones)

Miałam wspomnieć już o tym poprzednio, ale jakoś ostatnio się znowu zamotałam. Takoż mówię teraz, donośnie mówię Wam, o pewnym forum dla piszących i lubiących piszących – IDŹCIE, POZNAJCIE TFÓRCÓW!!!. Poznajcie tych co piszą i tych co chcą pomagać takim, którzy dopiero zaczynają. Kto w tym palce i pióra macza – o tym opowie Wam santee, ja dorzucę tylko, że MAJĄ KONKURS!!!

Nagroda z Amazonka.pl

Oj i kartka z wakacji! Prosto z Chorwacji… od Agnieszka Lingas-Łoniewska.

Z serii książki przeczytane, dziś: „Próba kwiatów” Jay Lake opowieść nader niecodzienna… zaskakująco nietuzinkowa. Balansująca na granicy tego co obrzydliwe, skrajnie odrzucające i tego, co wzniosłe i piękne.

To raczej wymagająca pozycja. Wymagająca porzucenia teraźniejszości i codzienności. Wtopienia się w mury Nieprzemijającego Miasta, któremu grozi koniec. Definitywny upadek… chyba, że niektórzy porzucą wszystko. Oddadzą siebie w całości, a często i kawałkach… dla murów, domów, uliczek, kanałów, rynsztoków, rzeki, oraz tego co pod ziemią.

Tego, co jest pradawne. Silne i spragnione władzy. Stęsknione.

Cała historia, której głównymi bohaterami są formowane w skrzyniach karły, specyficzni mieszkańcy tego Miasta, pełni niespodzianek, ale też i ułomności, skupia się na obronie tego, co dla wielu najważniejsze. Miejsca, w którym się narodzili, wychowali, mieszkają. Miejsca, które widziało ich grzechy, zapamiętało na zawsze każdą ułomność… miejsca, które jest gotowe to wykorzystać. Pełnego sprzeczności, pogoni za przyjemnością, ale i poniżenia. Tutaj magia to niespodziewany atak. Moc to siła pieniądza. Ci bohaterowie nie są w stanie żyć gdzieś indziej. Nie mogą zwyczajnie się wyprowadzić. Wydaje im się, że znają Miasto, a jednak… nawet oni, nie są w stanie wyobrazić sobie cóż za niebezpieczeństwo na nich czyha. Jak bardzo przewrotna jest historia Nieprzemijającego.

Karły i Pełnowymiarowi – zwyczajni ludzie, niezwyczajni fizycznie, rozkochani w makabrze, stają teraz twarzą w twarz z własnymi grzechami, by ochronić dom.

Powieść szokuje, przeraża, a z drugiej strony pozwala się rozsmakować w sprzecznościach. Autor bawi się językiem, strukturą miejskości, jej bóstwami. Obnaża, ale i litościwie zdaje się czasem przymykać oko. Jest nietuzinkowa, mroczna. Próżno w niej szukać happy endu, bo nawet dobre zakończenie, wcale nie musi się takim okazać. Tak naprawdę tylko niepewność jest pewna. Mnie wciągnęła. I nie pozostawiła takiej samej. Czuje się obnażona. Jakby ktoś był w stanie wejrzeć w moją duszę… tylko czy ja ją mam. I jak to się stało, w końcu historia jest prosta… kilku bohaterów, decyzja, iż czas na zmiany, najeźdźcy za bramami i walka, która jednak niekoniecznie rozgrywa się tak, jak jesteście do tego przyzwyczajeni.

PS. W końcu dotarła wygrana przez Admina powieść „Dotyk ciemności”, więc jak ochłonę po „Królewskie psy. Morrigan”... wiadomo co będę czytać!

And Thank You so much for my little black cat – Bastet 😉 But I think She will be called „Namain”… – all because ABCrafts!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Rozgadany Nagrobek…

„Pan Tealight pragnął ciszy i spokoju. Pragnął ich nader namiętnie, aczkolwiek nie spytał, czy one odwzajemniają jego uczucie – właśnie w tym momencie… to dlatego udał się na cmentarz. Cmentarz, jak to cmentarze mają w zwyczaju, zdawał się być miejscem doprawdy wiekuistego spokoju.

Dookoła sporego, bielonego kościelnego gmachu, specyficznie uśpionego w promieniach rozleniwiającego, letniego słońca, rozłożyły się nagrobki. Niczym podejrzanie dojrzali adepci sztuki wiekuistego przysmażania się, wraz z kamienistymi ręczniczkami i pojemnikami na kwiaty, oraz okazjonalnymi świeczkami i figurkami zwierząt, milczeli. Wystawiali swoje ciała na żar i karmili kamienne płyty światłem. Opalenizna była widać tutaj w cenie. I nikogo nie zniechęcał fakt, że do morza był spory kawałek. Wystarczyła im samotna studnia, ręce podlewajace zieleń przynajmniej raz dziennie i ktoś, gotowy zawsze by zagrabić okolicę.

– Ci mówię kolego, no jak na plaży nudystów!

Pan Tealight podskoczył na żwirowej dróżce, potknął się, opadł na kolano, uświadomił sobie, iż dróżka jest wściekle różowa, aczkolwiek naturalnie granitowa, a potem w owym specyficznym zbliżeniu spojrzał z wyrzutem na Ojeblik. Mała ucięta główka jednakowoż spoglądąła na niego też. Z większym wyrzutem, spowodowanym ekspresją wyłącznie jednej partii posiadanego przez nią ciała.

– Wiem, wiem, podobno milczysz jak grób, tak o mnie mówią, ale patrz jakie ja mam kształty. No bo jak ja mam milczeć, gdy wciąż oglądam te pogrzeby. Oj jak oni się stroją, Ci powiem, jakby kurcze na ślub szli. Nie mam nic przeciwko, ale co ja tu jeszcze oglądam… Sąsiadka krewniaka z lewej parcelii, to złapała swojego starego z jakąś młódką na płycie starego Jensena! A znowu ta garbata, ta przy tej kupce co to miała aniołem być, to widziała swoje kolczyki u tej młodej, co to miała się wydać za jej syna, ale się nie wydała. Żywi to zawsze mogą nagrobek rozochocić.

Pan Tealight uciekał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak widać… cóż nawalam pewnikiem w temacie: kobieca i tajemnicza 😉 No przecież tosz to cała ja! Przyznajcie. I to jako dedykacja na książce, na którą od momentu zapowiedzi ostrzę sobie i dzioba i pazury! „Królewskie Psy – Morrigan” by Piotr Olszówka. Ale Ci ludzie mnie znają…

Niby wiedziała, że Autor posiada TALENT, ale nie wiedziałam, że aż taki. Cudna jestem, co nie 😉 Jakby Was korciło, to poczytać sobie można Autora także i na blogu Wujka Piotra! Polecam!!! A dla najbardziej leniwych same obrazki na deviantart i te wierszyki, aż się człekowi ryjek cieszy jak do sera… no dobra, może być i do schabowego, wedle upodobań!

O czym owa książka? No jak to o czym, o tym co ptaszydła lubią najbardziej. W skrócie fantastyka, historycznie pokręcona, nader dowcipna, choć miejscami doprawdy głęboka – a jestem dopiero po fragmentach.

Recenzja jak skończę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyemancypowana Rozrywka…

„Pan Tealight postanowił pewnej nocy posmakować Rozrywki. I choć w zasadzie miał co do tego specyficznie kanibalistyczne wątpliwości, to jednak pomyślał, że w końcu trzeba. W ramach wszelakiego poznawania świata, empirycznych doznań i jego osobistych badań nad tym co ludzkie, nietrwałe i zbywalne.

Wiedział, że Rozrywka musi się skrywać w przepastnych głębiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. W końcu tylko tutaj istnieć mogło wszystko, a choć z taką chęcią eksploatowana, to jednakowoż Rozrywka była też czasem wyraziście niepotrzebna. Na przykład, gdy kontrolę nad światem obejmował Wielebny Bóg Kac. Wtedy wyłącznie przepastne wnętrze Rezerwuarowej Bieli było istotne… Pan Tealight był gotowy na wyrzeczenia oraz komplikacje, ale tego się nie spodziewał. No dobrze, spodziewał się wszystkiego, ale nie byłby w stanie opisać własnego zaskoczenia, które go zaskoczyło, spętało, boleśnie umieściło na drewnianej podłodze i pozostawiło po sobie dziwny wyraz na jego własnej, specyficznie go pozbawionej, twarzy.

-Rozrywka, co za Rozrywka, bezczelność jaka, jakie uprzedzenia!!! Jestem Rozrywek!!! I dziś nie przyjmuję. Boli mnie głowa! – ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. CZYTAĆ MI SIĘ CHCE!!! coś nowego, porywającego, krwistego…

Sponsorów prosimy o kontakt 7smoki@7smoki.eu 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Osobowości Snów Wiedżmy Pożartej Przez Książki…

„Oj pewno, tak właściwie to są nas trzy. Tak co najmniej – no co, nie żałuję sobie, a jak! Chociaż czasem to nie wiem. Jakoś liczenie nigdy nie było mocną stroną, nawet jeżeli chodzi o liczenie na siebie… dobra o to chodzi w szczególności.

Czy to przez te meteory, czy zakłócenia na ogólnie magicznych falach… mam dziwaczne sny. Znaczy i tak zwykle sny mam dziwaczne, ale teraz cholery robią soboie diabolicnzy Hyde Park i walą jak leżę. No bo raczej zasypiam tylko na leżąco. Podejrzewam, iż moja pozycja wględem snów je same mało obchodzi, bynajmniej…

Dziś sen był jak zwykle totalnie absurdalny, ale moze to przez Roberta?

Oglądaliście Roberta? No film o morderczej oponie – masakra 😉

Wrrrrrróć!!! SEN – mieszkałam na jakiejś dziwnej wyspie, cyplu, pierun wie czym o zmiennej strukturze gleby, podłoża, czy co tam było… a coby wleźć do domu musiałam wspinać się wysoko po dziwnej, glinianej rynnie. I za każdym razem cholerna rynna się zwężała, w końcu zobaczyłam, że spojono jej krawędzie jakimiś bolcami, więc patrzę do góry, a tam obcy facet: „Musisz mi zaufać, choć zabiłem, jak zaufasz, to skacz!”. Chwycił mnie za ręce, a ja skoczyłam. Nie rozumiem dlaczego, bo zaufania nie mam w sobie ni kszty. Nawet na wewnętrznej wyprzedaży! Potem biegałam boso po jakimś mieście, oglądałam kryształy i spoglądałam jak ten facet odpływa w siną dal, ku zachodowi słońca, niczym pierniczony kowboj ze starego westernu.

Ale wiecie – bez konia 😉 Tak teraz, podświadomie jakoś ten brak konia mnie wyraziście niepokoi?

Bynajmniej w momencie gdy oglądałam te kryształy – takie sobie wisiorki, co dziwne dyndające na nader owłosionej piersi (żeby nie było moje piersi nie mają włosów) – nagle słyszę pukanie. Obudziłam się, skręciłam nogę, dopadłam do drzwi, a tam sąsiadka, co to twierdzi, że czuje stopami jakieś dźwięki i wibracje. I chce sprawdzić, czy to tylko ona czuje, czy ja też.

Bo ona musi wejść i poczuć i się dowiedzieć czy ja też czuję…

Nie czułam. A podobno jestem nadczulna?

Nie wiem co o tym myśleć, ale wiem, że coś się wyjaśni… kilka dni temu miałam sen z wiadomością – „… wszystko się skończy/zmieni za 56 dni…” I co Wy na to? Bo ja się boję. Moje sny nie wydają się być wyłącznie mgnieniem uspienia, ową emanacją zwariowanego umysłu, składającego do kupy skomplikowaną, w moim wykonaniu nader,  codzienność…

Moje sny mają szalone osobowości, są opętaniem i permanentnym stanem wyższym, cholerną dokuczliwą rzeczywistością, która czasem przejmuje we władanie także dzień, i w dzioba się sprawdzają. Ale jak mam czekać na te dzisiejsze? Chyba tylko pod kołdrą w jakiejś szafie, ukryta na dnie krateru i otulona śnieżnym puchem, który ogrzany smoczym tchem stworzył cholernie nierealną bańkę.

A i z misiem i książkami – nie bądźmy tak dla mnie okrutni.”

(„Wiedźma Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)


Takie miewam właśnie sny i dziwne przebudzenia na Wyspie. Wcześniej też miałam, nie myślcie sobie, dziwactwo wrodzone, ale jednak nie aż tak… I wiem, że coś się miesza w świecie, co wiedzą wszyscy, ale też wiem, że zbyt wielu rzeczy nie wiem… A PRZEDE WSZYSTKIM ZNÓW JESTEM NA GŁODZIE, LISTONOSZ MNIE NIE ODWIEDZA, CHCE MI SIĘ KSIĄŻEK!!! Tyle cudnych nowości, miodzio zapowiedzi, a ja o suchym pysku!!!

SPONSORAAAAAAAAAAAAAA!!! tudzież wariata, co się na moje obrazy skusi 😉 Potrzebny od zaraz!!! Bo mi się termin przydatności kończy!!!

PS. Thank You Sarah 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Wyspowe Namakanie…

„Pan Tealight, ubrany w pelerynę z ciężkim kapturem, bawił się w obserwowanie dziwów w wykonaniu zwyczajowo mniej dziwnych. Przyciskając delikatnie laseczką uciętą główkę do stopy – wiatr był nader zainteresowany oderwaniem jej, porwaniem Ojeblika w przestworza i niekoniecznie łagodnym tarmoszeniem – aż cmokał z zachwytu… A wszystko przez zwyczajowe nasiąkanie. Namakanie i nastraszanie, obciekanie, pluskanie, mlaskanie oraz wszelakie krople.

Jako główna ofiara – znaczy się ekhm! aktorka w sadystycznie obserwowanym monologu – wystąpiła jak zwyczajowo bywało, Wiedźma Pożarta Przez Książki. Poboczne Didaskalia, nader przebiegle radosne i podejrzanie złośliwe, zwały się: PieruńskoNader Dmący Wicher, Wciskająca Się WszędzieUpiorna Wilgoć, Zajebiście Lodowo-Północny PluskDeszcz, oraz Odświeżąjąca Obecność Wszechmocnej Boginii Wyspy. Pośród chwiejących się, smaganych nieskończoną zdawałoby się siłą wiatru Przyrody Okoliczności, stała Wiedźma Wrona. Nadzwyczaj Kobaltowa… z zimna.

I NAMAKAŁA.

Niczym zmaltretowany strzępek nadzwyczaj dziwacznej codzienności własnej i jej tylko logicznej, zmieszany w wybitnie chrapliwej i lekko rdzewiejącej sokowirówce życia, wyżęty i dmięty, porwany, wyrwany i zarwany… obstrzępiony, charakterystycznie obniżony w kategoriach wzrostu człowieczego, choć dość aczkolwiek szeroki, nastroszony, przepiórkowiony – czyli oto ona, dziwacznie nieludzka ludzka osobowość wątpliwa… jednakowoż ONA wciąż się uśmiechała.

Tego Pan Tealight nie był w stanie wytłumaczyć innym, ale rozumiał ją doskonale. I był przerażony. Kto by nie był?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czy czytam? A pewno, że czytam… a raczej łapczywie i bekając, połykam książki z kupki po kolei. Teraz czas na: „Próba kwiatów”. Kapitalna, przewrotna, stroniąca od utartych ścieżek powieść. Jedna z tych, na które czekałam i jak na razie mnie nie zawiodła, choć teraźniejszość mną i tzw. życie rodzinne parszywie zwiodła na manowce – czytam się znaczy nie ma mnie!

READING – DO NOT DISTURB 😉

PS. Rocznica ślubu za niecały miesiąc, a własny, stary i przebiegły jak nader widać osobnik Mężem zwany… dał mi prezent już. I wiecie co? Powiedział, cobym sobie sama wybrała kiedy mam otworzyć. No trafi mnie szlag, piorun i kupa z lotu ptaka 🙂 Jakoś nie jestem dobra w decyzjach, raczej wprost jestem permanentnie niegramotna!

Na pewno.

Niekoniecznie w danej kolejności.

Oj pewno, że wiem co tam jest… 😉 Ale jednakowoż poużywać sobie nie mogę! No bo tak chcę coś mieć na ten dzień, a nie teraz, choć teraz też chcę i w ogóle… zakręciłam się!!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! A tak w ogóle to jest to stąd 😉 Millie Rose Jewellery polecam!!!

This is my gift, from my cruel Husband 🙂 Made by awesome person, quickly and honest, beautifully wrapped. Just look at Her works! Something really special and unique!

AND I HAVE JUST OPENED MY ETSY SHOP 🙂 Czyli Kobaltowa Wrona jest na ETSY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Bóg…

„Pan Tealight dawno pozbył się zdziwienia jako takiego. Wypruł z siebie nader dokładnie to uczucie, a dziurę po nim zacerował pieczołowicie, uprzednio wypychając ją tym, co nieistotne. Tak było wygodniej i lepiej. Ale Bóg siedział przed nim na parapecie, wtulał twarz – nader pucołowatą i różową – i nie przestawał mówić. Tego nie mógł zignorować ot tak.

– Wszyscy chcą być Mną (wielka litera przeprasza za nadmiernie okazywaną obecność, ale nie może inaczej!!!). Wszyscy pragną władzy, wiedzy, pragnienia jako takiego, no i bogactwa. Ale nikt z nich nie wie, nikt nie myśli o tej cholernej WSZECHWIEDZY! Ja mam ją w nadmiarze. A czy Ja chcę wiedzieć wszystko? NIE!!! Są rzeczy, którym dobrze robi tajemniczość i te, które winny być przywalone tajemnicą, zamurowane, zakopane, zaspawane i wrzucowne do pierniczonego wulkanu! Ja nie chcę wiedzieć, a o niektórych sprawach to w ogóle, ale wiem. Wiem i nic z tym nie mogę zrobić, bo Bóg nie zapomina przecież! A Ja jestem BOGIEM!!!

Pan Tealight postanowił nie wspominać o epidemii biegunki, która nawiedziła nikomu niepotrzebne plemię Żabek Firankowych. W końcu Bóg na pewno wiedział, a nadmiar powtarzalnej wiedzy jest zbyt uciążliwy. Po prostu ponownie prysnął odświeżaczem w aromacie różanym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Deszczowa aura sprzyja czytaniu. Słoneczna co prawda też, ale przynajmniej nie czuję przymusu, coby pomolestować chwasty w ogródku, co nie? Takoż więc kontynuując wyprawę w magię czytam sobie kolejny tom Trudi Canavan 😉 Może i opinie wobec serii są rozmaite, ale dla mnie to niezłe czytadło, pełne czarów niewyobrażalnych i mocy, których obecność człowiek pragnie w sobie zdiagnozować.

I wiecie co… marzy mi się Rupert 😉 Ja to zwykle mam specyficzne marzenia, nie ma co. Poza tym podziwiam ludzi, którzy potrafią robić rzeczy, cuda i takietam 🙂 Może nie jestem kompletną ciapają z handmade’u, ale zwyczajnie brak mi tej magii… No jakoś tak, a może to wredna cierpliwość?

PS. Gdyby ktoś przegapił recenzja „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne historie”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zapadanie Pożartej Przez Książki…

„Zapadam się. Wszechmocna wola i przymus schowania się przed jakże bolesnym światem, jest w stanie pokonać nawet lęk samej Boginii Klaustrofobii. Kobiety, która nigdy nie wie, czy bezpieczniej czuje się w domu, czy też pośród otwartych łąk i pól. Tej samej, której lęk przed trumną był w stanie stworzyć własną, pęczniejącą galaktykę. Która z nowoczesności utworzyła definicję zła, a stałość uznała za jedyne panujące nad nią bóstwo.

Zapadam się poprzez gęste powietrze i drobinki kurzu, przez zapomniane, zeszłoroczne jesienne liście, które nie przydały się ani ludziom ani zwierzętom i pierwsze kamyczki. Oszołomiona wtapiam się w grubą warstwę kosmicznie różowego, jak to mozliwe!, granitu. Mniejsze kamyczki wypełniają mnie, dostają się przez każdy możliwy otwór i obciążają bardziej i bardziej, Ściągają w dół, pieszczą spełnieniem, drapią bezpieczeństwem.

Dalej jest już tylko ziemia i kamienie i robaki… ROBAKI!!!

Wygrzebuję się jak oszalała i jak najprędzej wskakuję do wody, staram się wydobyć z włosów wszelakie żyjątka, z ust wyrzucam każdy połknięty kamyk i zlepioną grudę ziemi, wciąż czuję dziwne, poruszające się byty pod moją, dotąd tylko moją, skórą… a potem zatopię się.”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)

Przeczytałam „Mroczne szaleństwo”… ot opowieść o Barbie, co to nie chciała być inna niż różowa, a świat, cóż, świat postanowił ją odmienić. Na brunetkę. Do tego ową pragmatyczkę, której największym problemem jest możliwość wycofania z produkcji różowego lakieru do paznokci, akurat w tym odcieniu…

No dobra, od początku. Autorka, Karen Marie Moning, z przyjemnością przedstawia swoją bohaterkę. Kolejną supermenkę, nad podziw obdarzoną siłą… której jako Amerykanka mieć nie powinna. Panna MacKayla, bo o niej mowa, nadmiernym altruizmem właściwie nie grzeszy. Jedyne czym grzeszy to odrobina nadmierna zadufania w sobie… Wszystko to do czasu. Do dnia, w którym musi sobie uświadomić: miałam kiedyś siostrę. Alina, z którą dzieliły się wszystkim, została znaleziona martwa w Dublinie. Martwa i pełna sekretów. Tak inna od tej dziewczyny, którą Mac znała całe swoje życie. To dlatego blondynka wyrusza z Ashford w stanie Georgia… by odnaleźć prawdę. I wpada w wir irlandzkiej magii. Wpada w niego po uszy, by uświadomić sobie, że jej życie już nigdy nie będzie różowe i blond. Że tak naprawdę nigdy nie było, a to co nazywała rodziną, to tylko… hihihiihihi!!!

Książka nie jest zła. Po prostu nazbyt przypomina wiele podobnie skonstruowanych. Ujmuje czymś, trochę intryguje, wkurza, ale przynajmniej nie pozostawia czytelnika w niesmaku. Raczej z myślą, iż ciąg dalszy – bo to w końcu początek serii – może być oszałamiający bardziej.

„Nocny burmistrz” to Londyn i słowa. I wiecie co, mi się podobało. Drugi tom cyklu o czarnoksiężniku zwanym Matthew Swift, autorstwa Kate Griffin (Catherine Webb) fascynuje, wciąga w wir ulic, magii miejskiej… jest specyficznie logiczny i abstrakcyjny zarazem… niepewny. Wiem jedno, dobrze, że trzeci tom mam zaraz obok siebie. Bo czasem książka to coś więcej niż tylko przygoda i bohater, czasem to też opowieść, a to kurcze jest bardzo dobra opowieść. Ciężka, w której łatwo utknąć, zagubić się… a wydawało się, że przecież przekaz jest tak prosty – nie krzywdź, bądź sprawiedliwy.

A oto nagroda od Miesięcznika BLUSZCZ – dziękuję 🙂

PS. Recenzje: „Szamanka od umarlaków” i „Drżenie”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz