Pan Tealight i Bardzo Intensywna Krawcowa…

„Pan Tealight czuł się skrępowany. Całkiem dosłownie i niecałkiem w przenośni. A ONA mówiła. Wykonywała przy tym inne dziwne czynność, które rodziły rumieńce na całym pajęczym ciele Pana Tealighta, oraz całkiem świadomie sprawiały, że ucięta mała główką, zwana Ojeblik, kryła się, drżąć z zaniepokojenia, za zasłonką zlewozmywaka w Zapomnianej Toalecie…

Pan Tealight był skrępowany i… skrępowany. Wolał się nie ruszać, gdy dziwne miarki, nitki i kawałki materiałów oplatały jego cielesność. Czasem bezpieczeństwo, to siła powstrzymania się przed drżeniem, które mogłoby nadmiernie zbliżyć nas ku ostrym szpilkom, lub czubkom nożyczek, dziwnie żywych w gestykulującej dłoni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ja zwyczajnie lubię smoki. Taki typ. Nie wiem, chyba człowiek sie rodzi z jakimś smoczym genem, który jednocześnie generuje miłość do magii, specyficznych światów, dziwnego postrzegania rzeczywistości, no i… szaleństwa w pełnym, niekontrlowanym niedopasowaniu. Dlatego lubię DRAGONLANCE.

Po prostu lubię!

Oto trzeci tom cyklu „Spotkania – Mroczne serce”, czyli opowieść o Kitiarze. Coś co znamy, coś czego się domyślaliśmy i kilka zaskakujących wiadomości dla wielbicieli gatunku. W znaczeniu dla tych co lubią Dragonlance. Bo przygodę z tą serią należy zaczynać jednak od innej opowieści! Ta autorstwa Tiny Daniell jest sprawnie napisaną historią dojrzewania do życia inaczej, niż ustaliło to miejsce narodzin, do pragnienia więcej. Trochę bardziej łagodną przygodą.

I cienko ze smokami 🙂

Za to na książce „Rzeczy niekształtne” trochę się zawiodłam. Przyznaję, że fajno kryminał, choć trochę przewidywalny, główny bohater ma naleciałości znanych detektywów, a cała fabuła troszku się mąci… ale jest magia 😉 No i ci najmniejsi są jak zwykle najbardziej fascynujący.

A ja magię lubię! i tych najmniejszych! Poza tym chyba jestem córką od księżycowej strony, więc słońce trochę mnie zawstydza.

Przywitajcie się z Blusiem 🙂 Bluś będzie moją kolejną inspiracją, malutkim, denerwującym, aczkolwiek nader wrażliwym „elementem rodzinnym” kobiet z… „Wiedźmy intuicyjnej” 🙂

Bluś will be my new inspiration for a story called: „An Intuition Witch”. This amazing, little magic creature was created through awesome hands! A Lady who is not just pretty and good, but is also able to find magic, catch it and… put it into creating little fairies, gnomes, dragons… bears, and many more – Say hello to Anna Forrest 😉

Now Bluś is resting after a journey from Great Britain 😉 Thank You Anna 😉

PS. Czytam teraz „Mroczne szaleństwo”… specyficzne, dowcipne, no i ten róż wszędobylski i blondyna 😉 A w ogóle to z rańca sobie stwierdziłam: wcześnie wstałam, poczytam, wiecie cisza i spokój… nagle coś szeleścić zaczęło, jakby moje farby i pędzle wyszły na spacer… spoglądam przez ramię, a tam zając. No taki żywy, no pasztet… rany od kiedy ja już mięsa nie jem, wieki 😉 Bynajmniej… czuję się jak po metafizycznym doznaniu. Jakoś tak na mnie spojrzał, pożuł pędzle i wykicał w siną dal żywopłotu za tarasem 😉 I niby, że co to miało być? Koty, sarny, ślimaki, jeże… mrówki, pająki i inne robalaki… co to zoolog czy cuś? 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Nimfa Szuwarkowo-Bagienna…

„Ojeblik, czyli malutka, ucięta główka miała nie lada zabawę. Skapująca, ściekająca i wesoło plumkająca sobie woda, była wszędzie. A wraz z wodą pojawiły się zielone, niczym widziane niegdyś sznurówki, wodorosty, malutkie, srebrzyste i wściekle różowe rybki… oraz ona. Cóż, Ojeblik powinna była zacząć całą zabawę właśnie od niej, ale wyraz twarzy Pana Tealighta – jak zwykle niezmienny, jednak z zacięciem na: „A nie mówiłem!” trochę ją hamował. Zresztą cóż to niby miał być za dziw w „Sklepiku z Niepotrzebnymi”. Ot kolejna nimfa. Chociaż ta pachniała inaczej… jakoś tak gazowo. Ojeblik zmarszczyła nosek i podturlała się do ściany, żeby lepiej widzieć to, co działo się nad nią.

A ponad nią, gdzieś w owej rzeczywistości, która posiada nogi i korpus… stała ona. Wigotna, ociekająca, topiąca się… Nimfa Szuwarkowo-Bagienna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeczytałam tak trochę na wdechu „Istoty ciemności” oraz „Przymierze ciemności. Czarne kamienie księga VII”. Czyli jakby to powiedzieć – no jestem w temacie raczej mrocznym.

Pierwsza z książek, to drugi tom cyklu: „Kroniki obdarzonych”. Sprawnie i z pomysłem napisana historia, w której bohaterowie nader poboczni rządzą! Mamy tutaj i moc i masę tajemnic, młodych, kochających się bohaterów, ale brak nadmiaru nastoletniej niepewności… Mamy kapitalną magię i moce, z którymi nie powinno się igrać, ale i nudne miasteczko w Południowej Karolinie. Wszystko zdaje się mieć na celu ukazanie siły równowagi, a w rzeczywistości przy świetnym tłumaczeniu! – jest dobrze napisaną historią, która nie bacząc na gotycki aromat wyrazisty, potrafi też ucieszyć człowieka, wzruszyć, czy nawet… zaskoczyć. Ale najwspanialszy jest język tej opowieści…no i bohaterowie, łącznie z pewną kotką i psem, którzy pojawiają się sporadycznie. I te starsze panie!!!

Jeżeli chodzi o mnie, to podobałomisie 😉

To drugi tom cyklu, więc warto zaznajomić się z początkiem! („Piękne istoty”)

No tak Anne Bishop wielu z Pań przedstawiać nie trzeba. No która z nas nie chciałaby mieć tak opiekuńczych Panów przy boku? Takiej magii, władzy, rozkoszy, ale i pasji? Oto siódmy tom cyklu „Czarne kamienie”. Tym razem spotykamy nieznajomych. Nową część tego magicznego świata Królowych, Czarnych Wdów, Piekła, Krwawych i Książąt. Oto Dena Nehele. Zrujnowane, wykończone walkami, a wcześniej nader złymi, zawistnymi i chciwymi władczyniami. By zostać uzdrowione potrzebuje ono nie tylko powrotu Therana Szarego, ale i Królowej. I tutaj zdziwienie, gdyż na Królową wyznaczona zostaje niepozorna pieguska. Sympatyczna Cassidy, która nie potrafiła utrzymać swego poprzedniego dworu, która woli pracę w ogrodzie i posiada jakże słabą moc Różowego. Jednak ma ona coś, co ją wyróżnia: siłę, prawość… oraz znajomości. I tak wkraczamy w nową historię, dziejącą się w dwa lata po wojnie, w której Jaenelle utraciła moc – a może tylko wszystkim się tak wydaje? Poznajemy nowych, ale wciąż towarzyszą nam ulubieńcy SaDiablo 😉

Czyli kolejna, pasjonująca przygoda, namiętność… ale i tak maksymalne zrozumienie babksich potrzeb, jak kurcze mało kto opisać jest w stanie!!! Dobra opowieść!!! i niezła kontynuacja, wystarczajaco zarzucająca sieci, by czekać na dalej, trzymająca nas w niepewności… MRAŁ!

A teraz chwila obecna….

Czytam i paszcza mi się cieszy… jak nie wiem do czego!

PS. Recenzja „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje”. Znaczy będzie jak skończę 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i całkiem zwykła Komórka…

„Spoglądanie na Komórkę nigdy nie było takie same. To znaczy może i samo spoglądanie jako czynność nie zmieniało się gwałtownie, aczkolwiek jeżeli chodzi o przedmiot zainteresowania spoglądającego… cóż, on zdawał się zmieniać przez cały czas. Właściwie był kwintesencją przeciwną do słowa „niezmienna”.

Komórka miała cichą nadzieję, tak cichą jak stąpanie myszy, czy skrzypnięcie jednej z obluzowanych malowniczo desek – że jest niepozorna. Niestety na marne. W rzeczywistości murowana, pomalowana na biało z czerwonym dachem i drzwiami, tak naprawdę była drewniana. A czasem słomiana w typie ziemianki. Tylko kopiec starych ziemniaków, który rezydował obok niej i dawno stworzył z bulw półpłynną formę życia, starał się nie zwracać na to uwagi.

Czasem tylko mlaskał z dezaprobatą.

Pan Tealight bardzo starał się nie gapić na Komórkę. I nie miało znaczenia, że zwyczajnie nie posiadał oczu. Znaczenie miało samo uczucie. A Komórka wzbudzała wiele uczuć. Czasem można się było pogubić. Nie do końca „właściciel” „Sklepiku z Niepotrzebnymi” – w końcu, czy można było być właścicielem takiego miejsca? starał się omijać Komórkę. Niestety czasem musiał otworzyć drzwi, a raczej wmówić sobie, że to on je otworzył… i, że powód by to zrobić był wystarczająco istotny dla takiej specyfiki dziwności… czyli Wnętrza Komórki.

Bo Wnętrze Komórki było jeszcze gorsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jestem na odwyku, listonosza nie widziałam od tygodnia… no pewnie, że jesem uzależniona, ale jakie to cudowne uzależnienie. Gdzie są moje książki!!! HELP!!! Hilfe, jelp? 😉

PS. Recenzja „Atrofia”.

Czytam teraz „Drżenie”… i wiecie co, no niestety wciąga 😉 – znaczy się ta no… aktualizancja… przeczytałam 😉 Pewno, że romans i w ogóle, ale jakoś taki miły i z gatunku rozumnych!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Refleksyjnie, w rytm deszczu…

„Czasem wydaje mi się, że powoli obgryza mnie robak. Może nie robak jako taki, ale obślizgły, glutowaty maksymalnie ślimak z wiecznie zdziwonym wyrazem czułków i miękką skorupką. Taki niedoświadczony, nie do końca mający pojęcie co robi. Właśnie odgryzł mi „U”. Tak jakoś wyszło. Może mu smakowało. Problem w tym, że nie wiem teraz której części mnie brakuje owego U.

Która z przeczytanych książek je utraciła, która z moich tworzycielek/trawicielek jest teraz niepełna?

Może to było istotne U? Takie, które wszystko zmienia, otwiera więzienia, w których zamknięto ułudę dobra? A może takie, które zniweczyło upozorowane samobójstwo? Może owo U jest tylko kawałkiem sowy? A może jednak zbędnym, upragnionym uszkodzeniem?”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia opętanej wiedźmy” Chepcher Jones)

A tak wszystko to pewno wszystko z powodu jednej powieści: „Atrofia” Lauren DeStefano. Fascynującej, specyficznej, pięknej, choć tak apokaliptycznie bolesnej… To jedna z tych książek, które zostają w człowieku i coś w nim zmieniają.

Sprawiają, że zastanawiam się, czy ów nadmiar wiedzy i świadomości nie jest… zbyt wielkim obciążeniem. Może to właśnie wiedza mi pozwala nam żyć w pełni? Może głupota byłaby łatwiejsza?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wyspa na błękitnie…

„Czasem wszystko jest błękitem. Absurdalnie wprost błękitne niebo zdaje się przenikać nieroztropnie porzucony papierek po błękitnym cukierku, i nadmiernie wtapiać się w błękitne pranie. Błękitne domy wtulają się w błękitne drzewa, a nazbyt intensywnie błękitne kwiaty, zdają się puszyć owym jedynym odcieniem. Błękitni turyści zapatrzeni w dziwnie błękitne fale, zapisują w sobie błękitne wspomnienia, a autochtoni, obznajomieni z tymczasową błękitnością, pozostają w chmurze błękitnego zniewolenia.

Pozwalają sobie na błękit…

Bo błękit jest jak narkotyk. Wciąż sobie wmawiam, iż wcale go nie potrzebuję, że kocham szare fale i szare niebo, ale dopiero po chwili zauważam, ze kropla, która spadła na moje ramię, deszczowa kropla jest błękitna. Błękitna jak sierść przechodzącego kota, który nazywa siebie Białym i kość trzymana przez przechodzącego goldena. Błękitna jest i smycz i sznur, którym przymocowano błękitną łódkę do błękitnego nabrzeża.

Podnoszę ręce do góry i wiem, że słońce nie jest jasne, żółte czy białe, ale jest tylko błękitne. Błękitne jak powietrze, które wdycham, jak moja skóra i trawa, na której stoję. I tylko moje oczy nie są błękitne. Nigdy nie były…”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS. Jestem po prostu w pełni apetyczna… w końcu udało mi się zdobyć książki, które wiecie, no chcę przeczytać najbardziej, a przy okazji wypróbowałam amazonka.pl. I muszę Wam się przyznać, że rzucam merlin.pl na korzyść amazonki. Nie dość, że realizują przesyłkę w ciągu 24 godzin, mają kapitalne promocje, to jeszcze przesyłka dobrze zapakowana i wysyłka UPSem dociera w cągu kilku dni – a mówimy o miejscu, które opisuje się jako „odległe, gdzie przesyłki nie są dostarczane codziennie”.

No i dorzucili zarębistą torbę. Kocham te torby 😉

Tak więc możecie sobie wyrysować mnie, tak jakbym siedziała przed sporym, zastawionym pysznościami stołem. Wiem, że to jedzonko na długo nie starczy, ale ma być smakowite. I ze smokami 😉

A w międzyczasie wpadłam w amok i namalowałam… to chyba przez obsydian.

Bo migiem, magicznie dotarł do mnie obsydian – wymarzony, ochrona i przewodnik. Grot strzały i trochę piasku z pustynii Nowego Meksyku.

A wszystko od WhiteDoveTreasures. Przemiła i pełna sił kobieta. Tych sił, które przypominają mi jak prosta i naturalna jest magia… ale jak i niebezpieczna.

PS. Recenzja „W północ się odzieję”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i pewne problemy anatomiczne…

„Tu już nawet nie chodzi o to, że im nie pasuję do wzorca. Powinienem być trochę inny, ale wszystkie wzorce się zmieniają. Widział Pan ile teraz filmów się namnożyło? Nic tylko my, wszędzie my… aż mam tego dość, aż mi niedobrze! Mam dość tych zębów, krwi, owej zagadkowej przenikalności przez ściany czy też nie, przełażenia przez drzwi czy też znowu  nie… latania, czy tylko szybkiego się przesuwania. W końcu nie wiem czy słońce mnie bardziej pali z wiekiem, czy też mniej. Nie wiem nawet jaką krew wolę, ja już niczego nie wiem. Miotam się, a widzi Pan, że mam niezłe warunki. Jeszcze kiedyś nikt by we mnie nie widział wampira, ale dziś… dlatego pragnę zmian w swoim życiu. Pragnę osikowego kołka, srebra i czosnku – tak na wszelki wypadek. Chcę tego wszystkiego. I chciałbym zrzucić z kilkadziesiąt kilo, ale przecież nie mogę. Dieta krwista wybitnie mi zwyczajnie nie służy. Zawsze byłem zwolennikiem jogurtów i warzyw. A teraz nic tylko krew… mam od niej pryszcze, nie powiem gdzie, puchnę, a na dodatek wypadają mi włosy. A bycie wampirem miało być tak piękne. Owa długowieczność, panienki – no albo i nie, w zależności od opisu, ale ja wykupiłem pakiet full options! więc powinny być. Myślałem, że schudnę, będę piękny i kochany, odrzuciłem słońce i nawróciłem się na krew… i co?

Znowu ONI zmienili mi scenariusz?

Pan Tealight nie słuchał. Systematycznie zalepiał dziury w zębach, walczył z próchnicą i starał się nie zahaczyć o wystające kły ani o wredną, wciąż śmigającą mu koło usz przyssawkę. Znaczy jakby miał uszy, to bynajmniej wiecie, no chodzi o pewną geografię. I o to, by klient nie zlazł zbyt wcześnie z fotela dentystycznego. No i nie nabrudził, bo krew się nader trudno spiera. Za to Ojeblik, mała ucięta główką, bawiła się świetnie sprawdzając działanie przytarganego ząbka czosnku. Strasznie śmierdzącego.

Znaczy, że co, wy nie gadacie na fotelach stomatologicznych? Zaraz, znaczy, że co, tylko wampiry to potrafią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Donos z listonoszowej słodkiej, przecudownej obecności 😉

Po pierwsze wygrane na FB stronie merlin.pl – intryguje mnie… choć zwykle wolę smoki i te tam dziewice i czary, to czasem czytam i inne.

Nowy Gumigurumiś 🙂 czyli GoblinekGoblinek, chyba leciał pierwszą klasą no 😉 Thank You KnittingDreams 😉

No i konkursowo od Pamięć Krwi… tudzież portalu Kostnica 😉 fajne konkursy mają Wam powiem!!!

… oraz Czytam-Kupuję, tudzież Fabryki Słów 😉

A teraz czytam sobie „Szamanka od umarlaków” i się zwyczajnie dobrze bawię… napiszę jak skończę 😉 Napiszę też o „Istotach ciemności” 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Gdy morze wraca do siebie…

„Czasem Morze wychodzi na ląd. Jako gęsta mgła podgląda ludzi, podpatruje zwierzęta, bawi się całą zielenią liści, telepie konarami, tańczy na wietrznych balach, wplata sobie słońce i kwiaty we włosy – bo musi mieć włosy – i wprost nie może się oderwać od aromatów, nawet tych niepewnych w swej słodkości, zdradliwych… tak bardzo ludzkich, ale i dzikich zarazem.

Nie do końca wiadomo, co buzująca mgła robi w centrum Wyspy, co zmienia, komu ofiaruje spełnienie marzeń i malutkie cuda. Jednak w końcu nadchodzi dzień, kiedy Morze powraca do siebie. Spragnione swojego miejsca, stęsknione za domem. Za wieczną wilgocią, graniem kamieni, zapomnianymi muszlami, w otchłanie pełne skarbów, które inni zwą śmieciami – niepotrzebnymi, wraca. A jednak, mimo iż tak się spieszy, mimo iż woła na pomoc wiatr i deszcze, mgła ma wciąż czas. Wciąż ma czas by zajrzeć do miski kota, o którym wszyscy zapomnieli. Kota, o którym zapomniano tak mocno, że jego miska pokrywa się tylko wspomnieniem.

Kota, którego nikt poza Morzem nie widzi.”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Kocham Bornholm… aż nadmiernie mocno!!!

PS. Cudny, wymarzony zestawik książek od nakanapie.pl 🙂 Pierwszą powieść Fronczak czytałam i podobałao mi się, „Szamanka od umarlaków” – wiadomo, szukam podobnych do siebie, a „Drżenie”… cóż, ta okładka, ten opis i śnieg 🙂

Wymyśliłam dla nakanapie.pl wzory kilku zakładek, coś ze smokiem, no i z książkami, a poza tym czacha mi buzuje od pomysłów… Czasem tak jest, że można tylko tworzyć i tworzyć i tworzyć… a oni mają fajne te zakładki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Księżniczka NaOpak…

„Pan Tealight z, wyrazistym i nader zmieszanym, niepokojem spoglądał na miotającą się po sklepiku dziewicę. Tak, mimo brudu, specyficznego zapachu, długich, połamanych paznokci i nader odpychających szmat, które ją okrywały… wydzielała też aromat dziewictwa. I na pewno była księżniczką. I to nie byle jaką, opętaną po same końce rozdwojonej koafiury oraz niewielki, majtający się w okolicach jej pasa diadem z chyba… obsranymi diamentami i rubinami!

– Tak więc jesteś Strażniczką Smoczycy zamkniętej w wieży? Wybacz mi, ale muszę to dobrze zrozumieć. Ty strzeżesz dużej… znaczy sporego smoka, przypięta łańcuchem do góry, nie dbająca o higienę także intymną, grzmocisz rycerzy, plujesz jadem, wzniecasz pożary, porywasz maluczkich i straszych ziemskich właścicieli… I w to wszystko wpakowali Cię rodzice? Czyż nie? – Pan Tealight ostrożnie cedził słowa, odchylając głowę coraz dalej od źródła nadmiernej aromatyczności.

Na szczęście na zewnątrz zerwał się waitr. Sztorm pukał do wielkiej kuli zamykającej w swoim uściku Panią Wyspę. Wiatr domagał się zmian… albo po prostu poustawiania wszystkiego na swoim miejscu, tudzież wmieceniu wszelakiej niepoprawności pod kanapę „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, albo choć pod wycieraczkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Listonosz na dziś 🙂 Bardzo zaskakujący i maksymalnie zmoknięty, bo przybył w prawie maksymalnym napadzie sztormowego szału… czyli piękny prezent od Kate 🙂 wspólniczki w wiedźmowo – literackim szałów napadzie.

… przepiękne, po prostu trzeba oprawić 🙂

Strasznie dziękuję!!! i za Foczkę 😉

a i za wybrzeże…

… i kobaltowy motylek 😉 suuuper!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Koneserka koneserstwa…

„Moje zmysły mają się dobrze – lekko się uśmiechnęła potrząsajac malutką, puchatą niczym dmuchawiec główką. – Wyczuję w winie zgniliznę ziemi, złożone w niej ciała, robaka, który tonął w gnijącym owocu, a nawet wściekłość i zło w sercu zbieracza. Dla mnie smaczny oznacza mało w sobie niosący, dobry, pozbawiony złych, negatywnych myśli.

Dlaczego więc Pan mnie potrzebuje?

Akurat Pan?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Może i żyję na Wyspie, którą nad życie kocham i tak serio to więcej świata mi nie trzeba… a jednak uwielbiam wieści zza morza. Tym razem moi drodzy Peru 😉

Mają tam lamy, góry i kokę 😉 A także wiele innych ciekawych rzeczy.

Jak dla mnie trochę za wysoko, ale moje radosne wnętrze macacza czaszek i skorup się raduje!!!

No czasem dobrze mieć znajomych takich od serca bardziej, którzy przyślą z tego innego dalszego krańca świata kamyczek i muszelkę.

Taka z zielonym pod nosem 🙂 aż człowiek sobie myśli, że możeby jednak chciał zobaczyć ten inny świat… ale z drugiej strony może i nie… te robaki 🙁

A teraz wieści książkowe, czyli coś na co polowałam od jakiegoś czasu. Najpierw Prószyński i Ska nowości – pamiętajcie o ich promocji, warto bo dobre książki wydają ostatnio:

i wygrana od Wydawnictwo Łyński Kamień:

… oraz długo oczekiwana paka od zwierzaka, czyli Wydawnictwo Jaguar:

Nie powiem, że mam co czytać, a wcale nie 😉 Wciąż jeszcze mam trochę długo wyczekiwanych tomów, no ale z głodu literaturnego raczej nie powinnam paść w ciągu najbliższych dni! Zresztą jakby co na Papierowym Psie jest fajna opowieść o Karolce, czytaliście?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i nieopornie ofiarna dziewica…

„- Tudzież robimy to tak – osobnik o dziwnie zwichrowanej profesji potrząsnął trzymanym patykiem, i w pyle drogi dalej rysował gestykulując właściwie całym ciałem… choć wydawało się to takie niemożliwe. – Dziewicę bierzemy, ale wiadomo sprawdzamy towar, wie Pan w dzisiejszych czasach człowiek niczego nie może być pewnym, a kapłani są wymagający. Bierzemy takową i odziewamy odpowiednio, jakoś lubią takie romantyczne szaty, zwiewne i lekkie – wiecie Panie – zniżył głos do szeptu – lepiej też się palą. Bo najfajniejsze są takie trochę tłuściutkie i koniecznie z długimi włosami, niegolone nigdzie. Zawsze to dodaje aromatu stosowi… No tak i stos trzeba dobrze ułożyć. Nie chodzi tylko o samą temperaturę spalania dziewicy, ale przede wszystkim o ten aromat. Wyczuwalny strach i pierwotną siłę… tego tam dziewiczenia. – Mężczyzna podniósł się i spojrzał na Pana Telighta.

Obydwaj stali przed Sklepikiem z Niepotrzebnymi i w blasku letniego, zachodzącego wstydliwie słońca, przeglądali zapasy sklepiku. Pan Tealight jak zwykle nie posiadał żadnego wyrazu twarzy, ale ucięta główka była nad podziw zaintrygowana.

– Tak naprawdę ważne są elementy, pewne intymne sprawy… jak owłosione bujnie nogi, potężne te – mężczyzna wykonał dziwnie kolisty ruch w okolicach klatki piersiowej – i dobry nos. No i donośny głos. Krzyk jest zawsze w cenie. Dobrze wrzeszcząca dziewica na długo pozostaje w legendach. –

Pan Tealight potrząsnął głową i zastanowił się. W końcu trzeba było opróżnić komórkę. Za dużo się tam tych dziewic lęgło, oj za dużo…”

PS. Recenzje „Całując grzech” i „Darkar. Poświęcenie”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz