Pan Tealight i Dynia Halołinia

„Świat zrobił się szary i pochmurny. Właściwie wszelakich odcieni szarości Pan Tealight naliczył co najmniej z pięćdziesiąt. A jednak w tym momencie, w dziwny i zaraźliwy sposób, wszystko porażała pomarańczowa dynia. Wielka, nadzwyczajnie wydłużona, o gładkiej, lekko oleistej skórce. Była gotowa, jak tylko Dynia Halołinia – co roku – potrafi być gotowa, gdy Samhain puka do drzwi – i oczywiście chce słodyczy, jakby nie wiedział, że ma problem z uzębieniem! Dynia była zakończona lekko podsuszonym kawałkiem kłącza, które nie przeszkadzało, gdy dumna toczyła się obok Pana Tealighta, starając się nie uszkodzić Ojeblika, małej uciętej główki. Cała trójka powoli i z widocznym ociąganiem, gdy co chwila dynia odtaczała się trzy obtoki w tył… zbliżali się jednak do chatki znanej na Wyspie wiedźmy.

Wiedźma Wrona, Pożarta Przez Książki kompletnie i na amen, też była gotowa. Jej drżące dłonie trzymały świeżo zaostrzony nóż, a ślady na palcach świadczyły o tym, że permanentny pisak był już w użyciu – nóż też zdawał się być nakarmiony. Porozwieszane na ścianach jej chatki kartki prezentowały plan zbrodni. Prosty. Składający się właściwie z czterech cięć. Głównego otwierającego puszkę mózgową, dwóch otworów na oczy, jednego poszarpanego na usta… Ale to nie cięcia były najważniejsze, lecz dyniowy musk, z którego nie możnabyło uronić ani kropli.

Ani ziarenka.

Ofiary należało dopełnić co do cna… a potem ożywić umarłą świeczką. Nóż zadrżał, gdy coś pomarańczowego mignęło za oknem i postanowił przegryźć coś z małego, wiedźmiego palca… tak dla kurażu. Kropla krwi niezauważona potoczyła się po szafce i zniknęła w mysiej norce… Mutanty, które się narodziły z owej kropli podobno szeleściły szczególnie mocno i mrocznie, ale to kompletnie inna historia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Recenzja: „Zemsta syreny”.

Właśnie się dowiedziałam, że Marta Orzeszyna – osoba dysponująca zboczeniem w stronę Francji oraz nadzwyczajnie przemiłym i dystyngowanie inteligentnym usposobieniem, zgłosiła mnie do konkursu 😉 Dziękuję bardzo, nie wiem co powiedzieć? No serio serio nie wiem!!! Głosowanie tutaj! – Papierowy Ekran 🙂

Przyznam się, że przeraża mnie własna chciwość, gdy spoglądam na premiery wydawnicze i zapowiedzi… nie wiem, czy jest książka, której naprawdę bym nie chciała.

Coś strasznego!!! Ale oczywiście mam i faworytów 😉 Wszystko co wyda/wydali Prószyński i Ska, Fabryka Słów, Mag, Initium, WAB, Zysk i Ska… no i kilka innych – chcę koniecznie!!!

Omal nie zapomniałam… Czytam oczywiście, że czytam… Tym razem książka, która odsłania prawdę! Wspaniała, drastyczna czasem, choć dla mnie mniej, lubię dobrze objedzone zwłoki i nie przeraża mnie mogiła… wprost przeciwnie. Książka to: „Nie bierz do ust ręki umarlaka” (mam nadzieję, że dobrze napisałam tytuł, bo ciągle go przekręcam na nie bierz do ręki ust umarlaka… i wiecie, gorszy mnie to, że leży mi w kontekście, mam zboczoną wyobraźnię :)).

Świetna! Kapitalnie napisana. Prawdziwa. Inna. Ale jeszcze nie skończyłam! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pełnia Księżyca…

„Pan Tealight zwyczajnie czuł się obnażony.

Nazbyt oświetlony, do tego z niespotykaną próżnością w tonie, przyszło mu do głowy – że może i nieodpowiednio? Cóż, wpływ na Księżyc może i miał nawet on, ale pełnia była poza jego zasięgiem. Dlatego zawsze, mimo braku widocznych oczu, zakładał okulary w noce pełni (brak uszu niwelował gumeczką). Co więcej, zarzucał pelerynę, zakładał rękawiczki, a Ojeblika – uciętą główkę, zawsze w czas pełni dziwnie pobudzoną – wiązał sznurówką do Starej Miotły. Tej samej, która nie chciała opuszczać swojego kąta, cokolwiek by się działo.

Niestety co Księżycową Pełnię – dokładnie dzień pierwszy – musiał też wykonać pewną istotną czynność. Straszliwą jego zdaniem. Odrzucającą całe człowieczeństwo – w jego mniemaniu marny powód, ale dobrze brzmiący – całą godność (tyż wątpliwą w tym przypadku) i… udać się do Wiedźmy Wrony. Zawsze starał się wydłużyć drogę. Zaglądał za każdy kamień i podziwiał każdy liść, ale krzyków nie mógł zignorować. Wwiercały mu się w głowę, odrzucały kaptur i radośnie stepując, uparcie biegały po jego głowie – kształtnej głowie pomyślał? Hmmm… pełnia była nieobliczalna.

Zawsze.

Wiedźma Wrona zaś była raczej przewidywalna. Gdy w końcu dochodził do jej chatki zawsze wiedział, iż spotka kulącego się za kominem wędzarni Chochela – marnego chochlika pisarskiego, wybitnego znawcę męskiej bielizny i ogólnie mówiąc zboczeńca. Kulącego się, mocno zaciskającego marchewki tkwiące natkami do środka w jego wielkich uszach. Pan Tealight zawsze wtedy wzdychał – a wzdychał „wytfornie”… (Pełnia i na niego dziwnie chyba działała… a może jednak był ideałem? niespełnionym, niepoznanym przez wielu cudem… ekhm!)

– Jestem gotowy – szepnął do siebie, zwalił myśli na chodnik, dwie zaczepił o drzwi wyjącej wiecznie sąsiadki i wszedł.

Z chatki Wiedźmy Wrony dobiegł rozdzierajacy krzyk… i nie milkł przez ponad godzinę. Torba włosów tym razem była znacznie większa (Pan Tealight pomyślał, że może wampir byłby tańszy w utrzymaniu, lub choć cichszy…).”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Wkraczam w świat fantastycznie fantastyczny-naukowy… świetna książka, naprawdę jestem zaskoczona! Trudna, dowcipna i prawdziwa.

Oczywiście z nakanapie.pl 😉

W pisaniu recenzji tym razem będzie pomagał LukMun, któy przybył wczoraj z Hiszpanii 😉 Podróż zajęła mu 2 dni 😉

No bajer po prostu… z Polski pewno byłby miesiąc 😉 oczywiście made by Knittingdreams 😉

Słodziak no 😉 czekali na niego z niecierpliwością wielką.

Opakowanie:

Po prostu puchata kulka radochy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Bunt Gargulców…

„Pan Tealight miał kilka słabości, ale tą skrupulatnie ukrywał. Na tyle skrupulatnie, że większość mieszkańców „Sklepiku z Niepotrzebnymi”… po prostu o niej wiedziała. Nie podejrzewała tego eleganckiego, poważnego i wyraziście pewnego siebie mężczyzny o grafitowym ciele – ale tryskała pewnością. Co więcej, nie dość, że wiedzieli, to jeszcze umiejętnie potrafili odwracać wzrok, gdy owa słabość miała miejsce – jakież to wzruszające, nieprawdaż?

Wszyscy poza wrednymi Gargulcami z Plemienia Obłupanych.

Gargulce zajmowały strych i dach sklepiku z pełną swej wagi drażliwością i brakiem wszelakiej kultury. Nawet kamiennej. Owe granitowe i różnorodnie kamienne, dumne, wulgarne, zawsze toczyły boje z betonowymi, a plastikowe, tudzież inne specyficzne mieszanki nowoczesności, zawstydzone swą miękkością, dyskretnie zwykle kuliły się w szopie ze starymi Nagrobkami. Nagrobki były bardzo pieszczotliwie usposobione. Jednak tego dnia wszystkie Gargulce zwarły szyki i zaprotestowały. Donośnie. Z mocą, daną im poprzez wieki strachu, a obecnie zwyczajnej niewidzialności, którą w pstrokatym świecie nadawała im szarość… znienawidzonej niewidzialności, braku wpływów i niepotrzebności Pozbawione pazurów lub całych łap, ogonów, uszu, kolców… niektóre nawet bez głowy – co nie ujmowało dumie – stanęły przy białym płotku z pstrokatym, koślawym transparentem: „Recyckling jest dobry, recyckling jest miły, chyba, że chcesz byśmy Ci porcelanowe kotki wybiły!”.

Pan Tealight z niechęcią machnął kierowcy i zrezygnowany, postanowił dopiero co przywiezione filigranowe, liliowe pudełka w różowiutkie Hello Kitty, złożyć tymczasowo u Wiedźmy Wrony.

Ta przygarniała wszystko!

A on zajmie się kolekcją figurek. Jak je pochowa, na pewno uda się sprowadzić też i komlet bezsensownie kwietnych, pseudo drewnianych pudełeczek. Zawsze się przydadzą… na COŚ.

W tym środowisku COŚ występowało nader często.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Listonosz na dziś, czyli Owsik dał nogę, albo znalazł miłą d… znaczy się to trzęsące się, relatywnie nazbyt wzgląd mające na przyciąganie ziemskie… a książki miodzio. Wygrane i dostane! od portalu DużeKa.

Jakby ktoś był chętny, to wymienię „Istoty ciemności”… na coś fajnego!!! Mam już swoje przeczytane!


PS. Recenzja „Domek nad morzem”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Wrony Języki…

„Pan Tealight nie zważając na ostry, zimny, przenikający i szarpiący czym się da wiatr… słuchał, a raczej udawał, że słucha. Właściwie czuł się usprawiedliwiony, w końcu jak można było usłyszeć cokolwiek przy takim sztormie. I to samobójczo siedząc na najbardziej wysuniętych w morze skałach. Ale Wiedźma Wrona potrzebowała nicości. Pan Tealight za to potrzebował cieszyć się z faktu, iż nie posiada… języka! Dlatego trzymając Ojeblik – uciętą główkę – za włosy… poddawał sie wiatrom, falom i usypiającym, dziwnym szmerom.

– No bo sam pomyśl. Spotyka się Francuz i Rosjanka. W wiadomych dla mniej więcej normalnych ludzi celach… i on do niej – „wulewu kusze awekmła”… Na co ona wyciąga kiełbasę. Albo może jakieś pielmieni? Ludzie tak bardzo pragną się porozumiewać ze sobą, a z drugiej strony nie potrafią ze sobą gadać. Ale się garną do siebie. Jakieś atawistycznie plemiennie gromadne zapędy mają. Chcą się poznawać. Podróżować, dotykać i macać! Słuchać, a raczej udawać, że słuchają, bo przecież wcale się nie słuchają wzajemnie. Bezczelność!!! A ja co? Nie uczę się języka, bo nie chcę z nimi gadać. Zresztą, jaki jest język każdy widzi. Oblech straszny. No sam popatrz, takie to jakieś miękkie, flakowate, szorstkie…

Spoglądanie na wywalony język uprzytomniło Panu Tealightowi, dlaczego Wiedźma jest stałym elementem jego sklepiku. Tak zwyczajnie musiało być…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Listonosz!!! z pięknym „Domkiem nad morzem” Marii Ulatowskiej. Abstrahując od tego, że Autorka mi się podoba jako człowiek, to muszę się przyznać, że ją podziwiam. Pisze… w tym roku ukazała się już jej TRZECIA książka!!! Kurcze no!!! 🙂 Wiecie, to taka lekka nie tyle zazdrość, co szkoła. Człowiek się uczy, bo jeżeli jednym się udaje, to może i mi też się uda?

I choć kocham smoki najbardziej, to jednak i uwielbiam czasem poczytać… ciocię Rysię 😉

I to książka z autografem!!! 🙂


PS. Recenzja „Pietia i Witia. Co złego, to nie my!”.


Z cyklu: co teraz czytam – mniam mniam!!! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wiedźmową jesienią…

„Wiedźma Wrona, kompletnie Pożarta Przez Książki, powoli swą cielesnością zagłębiała się w strukturę całkowicie niewyobrażalnie Różowej Plaży. Kropelki granitu wciskały się jej w pośladki – a miały w co – zaś co ostrzejsze kawałki skały i jasne kryształki, szukały odkrytych kawałków ciała, na jej odpluszonych nogach. Nadeszła jesień. Dla Różowej Plaży oznaczało to ciszę i spokój. Powrót do panowanie fal, wiatrów, krzyku mew i skrzypienia konarów. Niespodzianek niesionych przez morze i odgłosów, które wytłumione, zdawały się otulać dziwną strukturę plaży.

Nad Wyspę nadpłynęła cisza. Ta większa, bardziej skrupulatnie wciskająca się pomiędzy to co skrzypiące, bzyczące i szeleszczące… więc i w samą Wiedźmę. Ta jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie wydawała się na tyle istotnym odłamem ekosystaemu by być czymś ponad to, co zawadza. Spoglądała z rozrzewnieniem na liście. Te dążące ku ziemi, kolorowe statki, które za nic miały podarowaną im nagle umiejętność latania. Niczym zmęczeni morską chorobą podróżnicy, starały się, w pełni dostojeństwa nadanych im barw, jak najszybciej dobrnąć do ziemi. Tam mieszały się z owocami, piórami podrzuconymi przez worny i mewy – dla większego artyzmu okolicy – oraz kocimy kupami, których serio tutaj nikt nie zapraszał! Wiedźma myślała nie o przemijaniu, lecz o tym, że w końcu do cholery przemknął ponownie w jej życiu ów wkurzający czas płodności i jaskrawo zielonej radosności. Nie lubiła płodności. Nie chciała być matką i w tym jednym wymiarze kobiecości sporadycznie ktoś się z nią zgadzał… Po prostu nie chciała i już. A pod „po prostu nie chciała i już” kryły się jej – od wielu lat układane i wzbogacane – mądre słowa o chwiejnych własnych genach, niesprecyzowanych uczuciach, psychicznej krzywdzącej nazbyt niestabilności (kłamstwa o bezpłodności, co kto woli), biedzie i wszelako pojętej uczciwości własnej.

A może były to tylko: strach i niezrozumienie? Może zwyczajnie brak matki stał się katalizatorem zdarzań, któe porównują jej dziecko do skrzywionego aliena wyrywającego się z żeńskich wnętrzności… Bo jakoś męskie nie bardzo chciały partycypować w owym stanie narodzin.

Bezczelne.

Wiedźma spoglądała na podróżoujące liście i słuchała głucho uderzających o Różową Plażę jabłek. Spadały z wysoka, czekając tylko coby natrafić na swojego Njutona czy jakiegoś innego Ejnsztajna! Ale żadnego nie było pod gałęzią. A przecież one tylko dla nich spadały… dlaczego nikt tego nie rozumie? No cóż, nieistotne. Czy jak ktoś krzyczy i nikt tego nie słyszy, to ów krzyk w ogóle jest istotny? Nieważne.

Ważne, że czas płodności przeminął, teraz czas… na WEKI Z WREDNYCH DZIECI I JUL!!! :)”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)


PS. Recenzja cudownej, bajecznej, a jednocześnie nie epatującej prostacką erotyką, choć przecież mówiącej o pewnej miłości, powieści: „Pani Walewska”.

A tak w ogóle, to nie mam co czytać. Tyle cudów wydano, no i nic nie chce do mnie przylecieć. Mam gigantycznego doła magiczno-smoczego! Chcę fantastyki, pragnę jej gorąco i rozdzierajac szaty z chęcią puszczę się… za zestaw nowości i mniejszych starości.

Znaczy w tan się puszczę 😉

Wam co mnie, masochistycznie zapewne, aczkolwiek jednakowoż, czytacie (dziękuję :)), przypominam o konkursie na literacki blog roku. Zagłosujcie na to, co się Wam podoba 😉 Nie będę sprawdzać, czy na mnie.

Mnie zawsze można nie lubić, nie podziobię, chyba?

Tego to nigdy nie wiadomo 😉

PSS. No i jeszcze wierszyk… wymodziłam go na stronkę Forever Friends Cute Bears, ale nie wygrał, więc dla uciechy:
„Bears are my light and my darkness.
The only knight who will fight with my nightmares.
A friends who will listen always,
even if I am in mess there are in this cuddly coolness.
Bears are for me, and I am not sure really,
why they do not escape when my mood is so silly.
Bears are with me, and I am with them…
unless I need to be very adult, so they hide in a bag.
And they do not scream when I cry again… but ask always,
feed us and dry in a correct place 😉”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Przepowiednia Wiedźmy Pożartej…

„Przepowiednia się wypełniła.

Życie zatoczyło się, spotkało swój początek i zdziwione zastygło. Świat się zatrzymał. Mgła otuliła wszystko. Nie przewalała się, tworzyła jedność, której nie można było zniszczyć. Była delikatnością i murem nie do przebycia. Była miękką otoczką, ale i stanowczym sprzeciwem przeciwko zewnętrzności. Tylko chmara komarów zdawała się nic nie robić z jej istnienia. Spragnione krwi uderzały o szyby chatki Wiedźmy. Głód był jedyną siłą. Ich skrzydełka poruszały się szybko, małe ciałka zdawały się być jedynie mgnieniem, choć nie dla czekającego w rogu okna pająka. Dla niego głód też był wszystkim.

Ale ona nie była głodna. Ona milczała. Bała się tego, co nieznane. Bo w momencie dotknięcia purchawki wszystko wróciło do początku, a to oznaczało tylko jedno. Albo koło jej czasu otworzy się ponownie, albo pozostanie zamknięte na zawsze. Jakaś stara, zasuszona baba przetnie jej i tak poszarpaną linię życia… i nastąpi koniec. Tylko czy koniec jest w ogóle możliwy.

Nicość i kompletnie niemożliwe opisanie jakiejkolwiek teraźniejszości?

Stan NIECZYTANIA?”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)

PS. Wpadłam w wypielęgnowane szpony powieści (prawdopodobnie umieszczone w pięknych mitenkach i mufce): „Pani Walewska”, i raczej prędko z nich nie wyjdę. Te słowa, ta melodyjność, ten świat, w którym etyka, szarmanckość i prawa rodzinne nie tylko istniały, ale były stosowane. Owa romantyczność, walka o swoje… ta mowa śpiewna, no i opisy strojów, miejsc…

No i książki dodatkowo na dziś… coś z mojego świata 😉

…i coś wygranego, konkursowego z piękną dedykacją! dziękuję!!! CPA 🙂 i Autorce w szczególności.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Poczucie Humoru…

„Pojawiało się raz w roku.

Zawsze w tym samym momencie, gdy noce robiły się dłuższe, cienie bardziej namolne i ciężkie, a Wiedźma Wrona… dowcipna. Pan Tealight nie rozumiał owego fenomenu, nigdy nie domagał się rozweselania, jednakowoż był przygotowany. W starym kotle prażyły się włochate robaczki, o wymiarze kwaskowym – włoski drapały w gardło, dlatego prażenie było wskazane. Mała, ucięta główka zwana Ojeblik mocno wiązała swoje kręcone włoski, starając się zębami przypomnieć sobie jak działały ręce… zakładała też odświętną wstążkę. A Poczucie Humoru po prostu się zjawiało. Jak upierdliwy promień słońca, który wyławia z oczu łzy i nadmiernie barwny kwiatek, ten zawsze kompletnie nie pasujący do wystroju terenu. Tak, ten sam, którego należy utrzymać przy życiu jak najdłużej, gdy podaruje ci go ukochana osoba – nie bacząc na to, iż wcześniej umieściła go nad wrzącym czajnikiem.

Pan Tealight za każdym razem unosiłby brwi, ale ich nie miał. Dlatego tylko spuszczał głowę, nabierał do papierowej torebki robaków i szedł z Poczuciem Humoru na plażę. A tam odbywał się spektakl. Za każdym razem inny.

Tym razem padło na mężczyznę. Pan Tealight już odczuwał żal, aczkolwiek dość  stonowany. Mężczyznę w średnim wieku, nadzwyczaj atrakcyjnego, co widać było po maślanym wyrazie twarzy Ojeblika – stosowała zawsze masło zamiast kremów – z wielkim bukietem kwiatów. Biedak klęczał dzielnie, i bez jednego jękniecia, na plaży – należy wspomnieć, iż wściekle różowej, pełnej sporych, upiedliwie ostrych różowo-diamentowych kamyczków – szepcząc coś śpiewnie… Śpiewnie, ale nazbyt cicho. Za to efekt, jaki szept wywarł na Wiedźmie był wart wszystkiego. I wyjaśniał nadmiernie wiele. Jak zwykle odchyliła raptownie głowę, odskoczyła i zaczęła rechotać. Przy niej koncert na ropuchy, rzekotki i tudzież wszelką żabę – łącznie z udkami – był niczym. Śmiała się tak, że pióra zbuntowały się i zaczęły wirować dookoła, jakby zawstydzone. Książki, z których wiedźma była zbudowana drżały, szeleściły i jęczały grubymi okładkami… pluszowe misie zakryły oczy, a wredny Chochel… no po nim zostały tylko gacie Admina.

– Znaczy kochasz mnie, tak? Ty mnie kochasz? Pierścionek z diamentem… książę – jąkała się strasznie, a łzy płynące z oczu łączyły się z nosowymi glutami w romantycznym uścisku.  – I ma być pałac i rycerz i te tam konie? I jeszcze jestem zaginioną córką jakiegoś koronowanego osobnika? Na głowie z koroną? Nie zęby? – upewniała się w momentach względnej trzeźwości nieśmiesznej.

Cóż spektakl zawsze był inny, ale wiara w cuda nie należała do wiedźmiego wyposażenia. Za to Poczucie Humoru, zawsze było wredne! Ale zawsze potrafił ją rozśmieszyć… i tego nikt nie rozumiał. To musiała być MOC!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Recenzje dwie, tym razem powieści nadzwyczaj kobiece: „Królestwo Czarnego Łabędzia” i „Matki, żony, czarownice”.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wiedźmy Pożartej Przez Książki walki…

„Pan Tealight często się zastanawiał, poszerzając swoją wiedzę o kompletnie zbędnej światu Wiedźmie Wronie, że jakoś na wszelaką „zbędność” i „niepotrzebność” – świat marnuje sporo czasu i energii. Chociaż nie do końca rozumiał taki bieg wydarzeń codziennie niecodziennych, a przede wszystkim to, dlaczego ostatnio przy uchu Wiedźmy kołysze się małe, nadmiernie włochate, ssące kciuk Yeti… a w głowę stuka ją oderwana bestialsko, wciąż soczysta kończyna górna – wybitnie męska – to nie mógł pozbyć się wrażenia, że tego wszystkiego jest zbyt wiele.

Nawet dla niego.

Widok Chochela – marnego chochlika pisarskiego, który plącząc się w opadających w kierunku wybitnie nieatrakcyjnych kostek, wielkich czerwonych gaciach z Mikołajem… biegł z notesem i garścią ołówków w kierunku zwiniętej na plaży Wronie – ucieszył go. Chociaż przerażało go to co widział, nader bardzo. Przerażało go to, co niewiadome, a już zbędne, to co zastąpi oderwaną rękę, zwaną Grabą oraz włochate Yeti.

Jak pokręcona może być wyobraźnia? I do dzioba! Jak wiele można stworzyć w jednej głowie historii… głowie doprawdy niewielkiej, nawet skromnie owłosionej w miejscach gdzie należy.

Po co te walki bohaterów? Po co im owo pisanie? I dlaczego napisane nie zawsze jednakowoż znika?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki… książki… książki…

W końcu wymarzone – wygrane na stronie Wydawnictwa Esprit – „Hyperversum”, a poza tym dopełnienie „Latarniczki” i coś jeszcze 😉

No i oczywiście cudowna historia zaskakującej kobiety – zwykle nie przepadam za poznawaniem Autorów… jakoś tak niektórzy potrafili zepsuć nawet swoje super opowieści, swoimi niebzyt super osobowościami. Ale Jolanta Kwiatkowska jest inna. Powiedzieć, że ma dystans do siebie, to mało… 🙂

PS. Recenzja: „Pisać skutecznie” i „Pamięć krwi”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wiedźma Wrona kontra stado pewnych mew…

„Mewy właśnie zbombardowały nasze pranie.

I gdy mam na myśli mewy, to widzę cholerne mega czikeny ze świetną przemianą materii. Wielkie, nastroszone, dumne ze swej nieskazitelnej bieli wrzaskuny… Sprytne są. Dałam się zmylić, jak chrzaniony naiwny pisklak. Złapałam się na ten ich taniec, owe przeplatanki na idealnie niebiesko-błękitnym niebie. Zagubiłam się w ich śpiewie, owych wychwytywanych przez nie nutach turystycznej mowy, łączeniach w nowe pieśni, trubadurzych poemach, wierszach nieopierzonych, plątaninie słów, jakże ludzkich, szumie nieznanych mi dźwięków…

Opętały mnie swoją godnością i tymi perfekcyjnymi kształtami. Okryły cieniem skrzydeł. Zaczarowały i omamimły.

Podeszły mnie.

I… osrały!”

(„Słuchając Wyspy – Nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Konkurs w Saloon Bluźnierców na Duże Ka… idzie dalej 🙂 GŁOSUJTA OJ GŁOSUJTA!!! niekoniecznie na wójta 😉 Klik przekieruje Was na mejla, w tytule należy wpisać nazwę bloga! w treści swoje imię i nazwisko…

NO I BĘDĄ ZA GŁOSOWANIE NAGRODY 🙂

PS. Wracam czytać.

Dziś „Pamięć krwi” właśnie kończę, a potem chyba pójdę dalej w te trupy… jakoś żywi mnie nie pociągają? To chyba zboczenie takie zawodowe… nic ino dookoła duchy i kościotrupy w każdej szafie. W ubikacji mam jednego rozumnego nazbyt topielca, w odpływie prysznica Bulgota Utopca… za firanką kilka gderliwych pajęczarek, trzy wąpierze w lodówce oraz małe, niewyrośnięte Yeti w okolicach mysiej dziury.

Nie ma to jak rodzina, co nie? 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wiedźmia psychiczna nieodpowiedzialność…

„Nie umiem być szczęśliwa.

Chyba zwyczajnie brakuje mi owego genetycznego zaplecza, albo raczej od tak dawna kłamię, że jest okej i wsadzam odpowiednie emotikony, czy jak to tam zwą… że nie ma dla mnie ratunku?

A może raczej ludzie przestali słuchać.

Bycie smutnym jest dla większośći jak choroba zakaźna. Oto prawdziwa dżuma naszych czasów. Owi smutni, depresyjni, nakryci czarnym psem ludzie. Pławią się w tej swojej wyobcowanej samotności łez i pajęczynowych kątów – czyż nie tak nas postrzegacie? Jako tych, którzy mają ów cholerny luksus – mogą być smutni. Mogą się martwić, żyć w ciągłym cholernym strachu, który niczym nwotwór – drapieżnik rozdziera im wnętrzności, dusi za gardło, odbiera oddech, wysusza oczy… ale nie pozwala płakać…

Tak nas widzicie?

Jako rozmiękłych, leniwych idiotów. Egoistyczne świnie… choć czy świnie są egoistyczne? Jak się kto dopcha do koryta pierwszy, to dlaczego ma się nie najjeść? Może rzeczywiście plemienny wódz winien najpierw zaprosić starych i dzieci, matki i wojowników… dla depresantów nic by nie zostało.

Czy wiecie ile sił potrzeba czasem, by nie umrzeć?

Oj ba… każdy ma problemy… nie przeczę. Każdy ma swoje demony, problem w tym, że u nas te demony są rodziną, strażnikiem więziennym, współodsiadującymi karę.

Tylko za co?

Nie wsadzę uśmiechniętej buźki! To nie ja. I nie będę się uśmiechać – z drugiej strony może też odnaleźć w tym dobrą stronę – żadnych zmarszczek?

Nie będę tym, kim chcecie bym była. I nie chcę akceptacji. Ja muszę znosić Waszą radosną rozbrykaność. Wy raczej nie zrozumiecie pędzącej falii smutku i tsunami zalewającego moją osobistą Wyspę.

Dlaczego nie wolno być smutny?”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)

PS. Przeczytane „Szczątki” – powieść, która o wiele bardziej jest książką psychologiczną, niz kryminałem. Powieść z jednej strony piękna, z drugiej rozdzierająca duszę. Wstydliwa, biedna, a jednocześnie tak przepojona siłą. Niepozorna. Cicha… rozgrywająca się gdzieś pomiędzy ciszą domu, a tym co nie może wyjść na zewnątrz.

Warta poznania.

Książka Belindy Bauer, to powieść psychologiczna. Obraz rodziny kształtowanej przez niewyjaśnioną przeszłość. Piękna, ale bolesna. Prawdziwa, bo ile takich tragedii rozgrywa się poza naszymi oczami? Poza naszymi, wstydliwie opuszczonymi powiekami i słowami: „to nie moja sprawa, nie moja rodzina, nie mój problem”? Z drugiej strony też historia kryminalna. O tym jak łatwo nie zauważać zła i zbrodni. Jak wyminąć wstyd… jak przestać żyć po cichu, nie przeszkadzając innym…

Historia chłopca, jego babci i matki. Opowieść o pragnieniu miłości rodzinnej, poszukiwaniu jej, ale też historia tego, jak bardzo wcześnie czasem dojrzewa mały człowiek. Jak bardzo szybko musi, jak kruche jest dzieciństwo, ale też… jak wiele sił może mieć w sobie ten, który ufa i wierzy, że miłość wciąż gdzieś jest!

Warto!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz