DOMEK NAD MORZEM

Bo są powieści, które przytulają…

Życie najczęściej boli.

Nie składa się z owych magicznych wież, przystojnych i walecznych rycerzy na białych koniach. Życie, choć staramy się o tym nie myśleć, tak niewiele wspólnego ma z bajką. Owo prawdziwe zęsto zaczyna się dopiero w momencie, w którym uświadamiamy sobie śmierć. A co za tym idzie stajemy twarzą w twarz z kruchością istnienia. Dobrze, jeżeli mamy czas, by się do tego przygotować, gorzej, jeżeli nadchodzi to nazbyt wcześniej. W okresie, który powinien być radością… dzieciństwie naszych dni.

To przytrafiło się bohaterce „Domku nad morzem”. Ślicznej dziewczynce, która miała mamę i tatę. Babcię i Dziadka oraz ukochanego wujka. Sprytnej, odważnej istocie, której otwartość potęgowała ilość przeczytanych książek. Żyjącej wciąż w kokonie, który nie tyle zaczął pękać, co nagle rozerwał się z bolesnym trzaskiem. Wraz ze śmiercią ukochanej mamy, wciąż jeszcze dziecinna, troskliwa i wrażliwa Ewa, postanawia tylko jedno: być silną. Mieć marzenie i wypełnić je do końca: tulić małą córeczkę w domku nad morzem. To tak niewiele.

A jednak… i tak bardzo dużo.

Czy jej się uda?

Tym razem Maria Ulatowska nie daruje nam bajki. Autorka, która swoim „Sosnowym dziedzictwem” oraz „Pensjonatem Sosnówka” ofiarowała nam opowieści piękne, wrażliwe, pokazujące, że można iść przez życie nie raniąc, widząc ból innych i odpowiadając na milczące prośby, tym razem boleśnie zderza nas z ziemią. Jej bohaterka dorasta na naszych oczach. Obserwujemy ją dwutorowo. Z jednej strony dzięki kartkom z pamiętnika, z drugiej stojąc gdzieś z boku. Dzięki temu wydaje nam się, że znamy ją doskonale. Dziecko, dziewczynę, aż w końcu kobietę. Dorastającą na naszych oczach, ranioną, a jednak pozbawioną tej manifestującej często w takich osobowościach siły, zmuszającej do sprawiania bólu innym. Osobę zwyczajną. Wrażliwą, ale specyficznie skrzywdzoną, bojącą się wciąż, że ci, których kocha ją opuszczą.

Ewa nie jest supermenką. Żyje na tle wielkim przemian, w Polsce dość zwyczajnie i po prostu stara się być szczęśliwa… niestety zbyt późno dostrzega, kto tak naprawdę jest jej jedynym szczęściem.

Ale czy na pewno ZA PÓŹNO?

„Domek nad morzem” zdaje się być o wiele bardziej dojrzały, porusza w nas owe nuty, o których tak bardzo chcemy zapomnieć i wyciska łzy. To historia w pełni przemyślana. Prawdziwa do bólu, ale też mówiąca, iż życie trwa dopóki sie nie skończy i naprawdę, nie warto marnować z niego ani chwili. Co więcej, tak naprawdę to co dobre, może dopiero na nas czekać, więc nie ma co się szarpać. Nie zabrakło w powieści specyficznego poczucia humoru Autorki, anie jej uroczego przywiązania do dwóch miejsc: Warszawy i „wszelkiego polskiego nadmorza” 🙂 Maria Ulatowska jak zwykle epatuje patriotyzmem, który jednakowoż jej nie zaślepia. Jest piękny, tak po prostu.

Jednak przede wszystkim Autorka ofiaruje nam opowieść o zwyczajnej kobiecie, której cuda nie trafiały się co krok, życie miało mało wspólnego z bajką – no, chyba, że z klątwą? –  a jednak… żyła! Bo przecież większość z nas… jest raczej zwyczajna. A to wcale nie znaczy, że nasze życia nie są pięknymi opowieściami! To chyba Maria Ulatowska stara się przekazać przede wszystkim! i przytulić… nie wiem dlaczego, ale przytulanie czułam przez cały czas 🙂

Chcecie wiedzieć czy córeczka i domek nad morzem pojawiły się w życiu Ewy? Proszę bardzo, czytajcie. Jednak z pudełeczkiem chusteczek. I koniecznie MISIEM! Bo co jak co, ale niezależnie od wieku – o czym Ewa też Wam opowie – Misie są bardzo ważne.

„Domek nad morzem” Maria Ulatowska, Wydawnictwo Prószyński i Ska 2011.

Jedna odpowiedź na „DOMEK NAD MORZEM

  1. Pingback: Pan Tealight i Bunt Gargulców… | Chepcher Jones

Dodaj komentarz