Mała Wiedźma i oni…

„Czasem zastanawiam się, dlaczego nikt mnie nie kochał? Czy gdzieś na mitycznym Drzewie Dusz istnieje gałązka tych przeklętych? Przeznaczonych do wydalenia i wypełnienia jakiejś pustki we wszechświecie? Moje miejsce narodzin. To, na kórym długo wisiałam, dojrzewałam, a potem… zmarniałam. Dusza nie przeznaczona do miłości z tatuażem – tej nie kochać!

Wypełniacze – łaty?

Gdy Złej Królowej urodziła się Mała Wiedźma – Zatrute Jabłko, Przeklęty Owoc… długo niektórzy udawali, że to upragniona Księżniczka. Karmiona kłamstwami rosła, a zło wokół nasycało się kłamstwem. Oni jej mówili, że żyje w raju, a ona chciała wierzyć. Nauczyli ją nie negować słów.

Potem nastała cisza i drobinka prawdy rzucona prosto w jej oczy, z łatwością dotarła do celu. Rzucona z szeroko rozumianym pragnieniem naprawy świata Małej Wiedźmy – udoskonalenia, cholernego pzesytu poznania – przez owych Wszystkowiedzących Głuchych Ślepców!

Zwierciadła Dusz się zamgliły.

Świat powinien był się zawalić, pokryć się mgłą wstydu, ale tego nie zrobił. Wciąż istaniał. A ona wypełniała…

Oj już słyszę te protesty – że niby zawsze jest ktoś kto kocha…

Nie.

Nie zawsze. ”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)


ŁIIII!!! Mam czapę na Jule 😉


PS. Recenzja: „Rozsypane wspomnienia”.

Cudna wygrana od Minimyszowe straszydełka 🙂 Chwalę się, coby ludzieje przed Świętami wiedzieli, że fajne prezenty można dostać od nader zwyczajnych-niezwyczajnych ludzi.

No i w końcu – finally 🙂 – I have someone to take my worries away from me, and have started Jule with Festive.

All from Tiny Oyster Designs 🙂

Sometimes someone small can make big something on Your life 😉

I know that it is so old, simple, so natural – aromatherapy – but still works 😉 Thank You Tiny Oyster 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pibuszczak…

„Katalogowanie tego, co niepotrzebne i nieistotne, zdawać by się mogło kompletnie pomyloną sprawą, gdyby nie fakt pedantyzmu Pana Tealighta. Pedantyzmu, z którego słynął, który to jednakowoż chwiał się ilokroć spojrzeć trzeba było na przybrudzone szyby, czy kurz tworzący w kątach totalne metropolie.

Pedantyzm Pana Tealighta był specyficzny jak on sam i odnosił się wyłącznie do wybranych spraw. Katalog sklepikowych niby towarów był jedyną z nich! A odpowiedzialnym za jego prężne działanie, za kilometry rolek papieru najtwardszego i ostatecznego, był Pibuszczak.

Kwintesencja nieistotnej, niepotrzebnej i kompletnie, permanentnie względnie zbędnej… inności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane!

Najnowsza Kira Izmajłowa, czyli „Flossia Naren” tom 1. Przyznam, że czuję się totalnie zawiedziona. Nie, książka nie jest zła. Po prostu to wszystko już było, magii co na lekarstwo, a i cała otoczka wokół bohaterki jakaś taka znikoma. Jakaś nierówna i na siłę ciągnięta na złą stronę mocy. Chociaż może drugi tom podda rozwiązania, odpowie na pytania?

Nie wiem, na razie go nie mam, więc się nie przekonam.

Opowieść, a dokładniej zestaw powiązanych ze sobą opowiadań dzieje się w świecie, gdzie magia i szkodzi i leczy. Magicznych stworów jak na razie nie opisano, choć jest smok, a i wizja smoków zmieniających się w poczwary – znaczy w ludzi! Więc może jakieś inne stwory są?

CDN?

Na razie mamy JĄ. Maga niezależnego, pannę raczej lekko opleśniałą, totalnie niezależną zawsze cyniczną i zgryźliwą. Nie robiącą żadnych ustępstw, zjadającą małe puchate kotki i takie tam… Jako jedna z niewielu, a właściwie prawie jedyna w swym fachu poddana nietuzinkowego władcy, może wiele. Albo prawie wszystko. Jest królewskim detektywem, ale i czasem dorabia sobie na boku. Choć ceny ma wygórowane. Z drugiej strony gwarantuje sukces. Oczom czytelnika zaś ukazuje kilka spraw, w których bierze udział. Czynny i brutalnie szczery. Niektórzy zawisną, inni zostaną pogrzebani… pewna tzw. urodziwa znajdzie się na ulicy. Flossi Naren obce są sentymenty. Samotna, lubiąca to, kopcąca fajkę i mająca gdzieś etykietę… oferuje jazdę bez trzymanki, choć jak dla mnie po zbyt znajomych scieżkach…

No bo sami powiedzcie. Znowu baba detektyw. Toż nawet te jej moce, tak cała magiczność jakaś taka nieobecna. Więcej w niej Sherlocka, a i to bardziej z fajki, niż „Wyższej magii”. Jakoś tak w połowie z tego wszystkiego przysnęłam, a potem jakoś dobrnęłam do końca. Nawet ta „zołzowatość” mnie nie ruszyła, opisy świata próbowały, ale suche fakty w końcu zmusiły do nawodnienia struktur własnych. Ot nieczuła jest, ma do tego prawo. Toć przecież to mag niezależny. Może wszystko!

Dlaczego więc nie może WIĘCEJ? Bo właśnie owego „więcej” jakoś tak brak. Cała historia klepie się po łebkach, a ja wiem tylko, że ona zołza? Za mało tej przygodowości, owego zaskoczenia… dziadka za mało, a kręci! 🙂

W ramach zajrzenia do powieści, którą chcę przeczytać tylko i ze względu na intrygującą osobę autorki… dziś zabieram się za Jolantę Kwiatkowską. Kobietę, która zaskoczyć może w szczególności tych tzw. „młodych” 😉 Kogoś o nieprzewidywalnym języku i umiejętności intrygującego nim władania. Wiecie, jednej z tych Dam, które to nagle sprawiają, że bycie dorosłym, dojrzewanie i całe to „starzenie”, to taki cholerny mit… dowodu na to, że 50+ to ino liczba, która za grzyba nie rozumie co oznacza. Tych od kradzenia koni! od skakania przez wszelakie płotki i biegu przez przeszkody.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Lustrzane Odbicie…

„Pan Tealight po raz pierwszy rozmawiał z kimś w ten sposób. Nie żeby go to zdziwiło. Do dziwactw był przecież przyzwyczajony, ale płaski osobnik pijący przez papierową rurkę herbatę ze spodeczka w różyczki – pół łyżeczki ciepłego mleka i 3 kostki cukru – był dla niego dość nadzwyczaj specyficzny. Na tyle, by zachwiać planem Leniwej Soboty. Osobnik zwał się Lustrzane Jedyne Odbicie i był nader płaskim bytem. Płaskim nie tylko w wymiarze 3D; a rozmowa z nim miękko i lekko szeleściła. Słowa zapisywane na super-miękkim papierze toaletowym w kolorze seledynowym szybko ropzływały się w czajniczku z lawendą, pyrkoczącym na piecyku. Odbicie przecież nigdy nie zostawiało realnych śladów, tylko te, które zakopywało w duszach odbijanych.

Nie lubię gdy na mnie patrzą – pisało – są tacy brzydcy, a ja jestem piękne. Po prostu do końca idealne, a oni… oni są brzydcy. Co gorsza odbijać ich muszę czy chcę czy nie, nikt nie pytał się mnie o zdanie, nikt nie dał wyboru. W tafli wody, szybie i butelce. Muszę, nie umiem się powstrzymać. A oni wciąż są tylko brzydcy. Jakby się uparli, by mnie zatruć swoją niedoskonałością – nie uczą się, nie widzą nic tak naprawdę, do końca. To dlatego pokazuję ich całych. Co do najdrobniejszego, okrutnego szczegółu… choć tak mnie to odpycha.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Książki na dziś… nader magiczne! „Osiem” oraz „Pałac z lusterkami”. Dostałam od Autorów, za co bardzo dziękuję. W szczególności za piękne dedykacje, no i wiecie… ej ta wrona 😉 A mawiają, by po okładce nie oceniać, ale ona taka piękna!

PSS. Recenzje: „Rycerz ciemności” i „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym świecie”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i recycling dusz…

„W ogrodzie Sklepiku z Niepotrzebnymi znajdowało się wiele specyficznych rzeczy, zagubione pod liśćmi kuliły się Wstydliwe Sprawy… była Wygódka, ale też Nieprzejrzyste Jeziorko otoczone drzewami. Żadne z nich nie było zwyczajne i pospolite. Ale najbardziej znajome było Drzewo Zbędnych Dusz. Wyschnięte, rozcapierzonymi gałęziami starało się sięgnąć nieba. Korzenie przebijały ziemię, jakby chciały zabrać swoje drewno w troki i zwyczajnie… zwiać.

Tylko gdzie?

Pan Tealight właściwie miał za zadanie tylko przerabiać rosnące, dyndające, sprzeczajace się ciągle dusze, na najmiękciejszy papier toaletowy, ale… kiepsko mu szło. Nie potrafił zrozumieć jak ludzie mogą żyć bez dusz i ciągle miał nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto zdecyduje się na kupno choć jednej.

Jak oni mogą istnieć i tworzyć bez owej iskry sprawczej?

Jednak Pan Tealight wiedział też, że dusze nie mogą się zwyczajnie błąkać po Wyspie. I tak była dostatecznie dziwaczna. A Wiedźma Wrona nie pomieści ich w sobie więcej. Wydawała się być nimi wypchana po wselakie dziurki w uszach, nosie i lepiej nie wiedzieć gdzie je miała więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Książki na dziś 🙂 Podziękowania dla Wydawnictwa Prószyński i Ska!

Napiszę Wam dzisiaj kilka słów o powieści, którą nie tyle połknęłam, co raczej czytałam dość powoli, smakując, ale i myśląc zbyt wiele. Opowiem Wam o „Siewcy wojny” Brandona Sandersona.

To powieść o dwóch siostrach, oraz dwóch stronach jednej religii. Ale przede wszystkim, to opowieść o wojnie, której zawsze można uniknąć, o magii i bóstwach, pragnieniach, które tak trudno spełnić i tej sile, która pokonuje każdą barierę. Tym razem Sanderson daje czytelnikowi prawdziwą baśń. Baśń o miłości, która pokonać może zło, ale tylko wtedy, gdy sobie uświadomi swoją siłę.

Jako, że dostajemy historię z dwoma głównymi bohaterkami, obserwujemy też fabułę od środka i z zewnątrz. Sami podejmujemy decyzje komu zaufać, w co uwierzyć. Tworząc swoich bohaterów autor daje nam i tego skrzywdzonego i tego, aż nadto intrygująco frywolnego. W ogóle ten drugi jest też bogiem, ale wiecie, kto nie jest 😉 Język przystępny, jak już człowiek załapie o co w Oddechach i BioChromie chodzi, pozwala poznać intrygująco znajomą krainę, choć tak odmienną. Świat podzielony przez wiarę, a połączony od nowa przypadkiem i pragnieniem poznania. Ową siłą, która, miejmy nadzieję, nie umrze! Siłą słuchania. Cierpliwości. Ciekawości. Mocy niegrzecznych zachowań i nie słuchania rodziców – no przynajmniej nie do końca.

To opowieść o księżniczce, ale też pożądne fantasy, rozbudowane i intrygująco wciskające się w życie czytającego… nawet gdy już przewróci ostatnią stronę!

PS. A tutaj macie info o fajowym rozdawnictwie (Ana Matusevic)… w końcu każdy czasem potrzebuje czegoś milusiego i dziwacznie szalonego! Takiego pocieszacza na każdą chwilkę 🙂 No i pochwalę się, że wygrałam coś kapitalnego na minimyszkowe straszydełka!!!

I już się nie mogę tego cuda doczekać! Pamiętajcie o głosowaniu na Literacki Blog Roku 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Nowomodny Wisielec…

„Pan Tealight długo starał się o tym nie myśleć. Długo nie pozwalał sobie na dyskusje, nawet z samym sobą. W końcu jednak musiał się poddać. Nowe Mody naskoczyły na niego i gdyby mogły, wydłubałyby mu oczy. Bajer w tym, że ich nie miał. Dlatego czepiły się tych, którzy wciąż jeszcze je mieli, ale przebywali w pobliżu.

Na największym z drzew w ogródku mieszkało sobie Stowarzyszenie Dyndających Rytmicznie. Ot plemię zwyczajnych wisielców, które zatrudniano wyłącznie na Halloween. Poza sezonem po prostu dyndali, a niektórzy z nich, pod czujnym okiem Ojeblika – uciętej główki – studiowali zombiologię i urocze odpadanie cząstek ciała. Część z nich chciała się przebranżowić, część postanowiła wybić się z ustalonego, legendarnego rytmu dyndania i podrygiwać niezgodnie, a dwóch… postanowiło zostać Świętymi Mikołajami – broda w tym zawodzie ukrywała i stryczek i szramę na szyi. Problem w tym, że wisielce były przestarzałe.

A przynajmniej tak uznały Nowe Mody…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytałam naprawdę świetną powieść, taką i magiczną i historyczną, w połowie kryminał, w drugiej historię niezwyczajnej rodziny, co ja mówię… dynastii. Chodzi o tom: „Córka kata”.

Przyznaję, że zaczęłam czytać… i nie oderwałam się dopóki nie skończyłam. Wynik tego taki, że na pewno zdobyłam umiejętność: zombiak wieku średniego 😉

Ale było warto.

Cała historia skupia się na małym, bawarskim miasteczku, tuż po zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Miasteczku, które utraciło swoją pozycję, ale stara się przetrwać. To tutaj mieszka i działa słynny kat Jakub Kuisl – przodek Autora! – tutaj mieszka akuszerka oskarżona o uprawianie czarów, oraz pewien… diabeł mordujący niechciane dzieci. W końcu równowaga musi zostać zachowana. A zwyczajowo łatwiej posłać na stos babę, niż złapać mordercę dzieci. Ponieważ kat poza córką posiada też własny rozum, to on wraz z miejskim „prawie” lekarzem, stara się rozwiązać zagadkę brutalnych morderstw i porwania. Niestety mają mało czasu. Oskarżona, choć niewinna, zdaniem kata, akuszerka, została już przez miasto skazana.

Czy uda jej się opuścić mury więzienia i prawda zatryumfuje?

A nawet jeżeli, to kim jest diabeł?

Oliver Potzsch wprowadza nas w świat zabobonów, ale i katowskiej codzienności. Ludzi, którzy odwracają się, spluwają, ale też gdy pojawia się potrzeba, to do kata zwracają się z prośbą. W tej powieści fikcja plącze się z rzeczywistością, ale tak sprawnie, że nie sposób jej odróżnić. Z jednej strony powieść chłonęłam niczym książkę historyczną, sprawnie napisaną, pełną magicznych – zielarskich cudów, z drugiej pożarłam ją niczym kryminał. Znalazło się i zwyczajowe codzienne życie i miłość. Ot zwyczajność, tylko pokazana przez uchylone drzwi wechikułu czasu. Polubiłam bohaterów, uroniłam łzę, ale i poczułam smrodek tamtej epoki. Odór nieczystości na ulicach i wszechobecną samotność. Spojrzałam w oczy trądu, ale i spotkałam znajomą, zwyczajową, ludzką chciwość.

Bo tak naprawdę ludzie się nie zmienili. Wciąż wierzą łatwiej w głupotę. Wciąż wolą nie wysilać szarych komórek… a i inne mają w zaniku. Wciąż dzielą ludzi na dobrych i lepszych. Może tylko niektórzy lepiej pachną?

Czy polecam? Oj tak. Wszystkim, którzy kochają opowieści z przeszłości. Ludzkie do granic duszy. Tych, których intrygują sceny życia małodobrych, ale i procesy czarownic… w końcu magia wciąż żywa!

A i zabobony obecne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

„Wiedźma Intuicyjna”, czyli się pisze…

„Miałam jedno marzenie. Uciec od nachalnej, wszędobylskiej magii, zakochać się i być kochaną. Mieć rodzinę pospolitą, nudną i przewidywalną.

Pierwsze nie wyszło.

Ot tak magia zdecydowała za mnie, że mnie nie opuści nawet w świecie pośmiertnym… Zakorzenione we mnie siły wypuściły pędy, oplotły mnie, zakotwiczyły w sobie, ale okazało się, że magia wcale nie jest taka zła. Jeżeli tylko się zbuntować i zrezygnować z tańców w wersji: jestem odzianą wyłącznie w poświatę księżyca. Od zawsze miałam skłonności do przewiewów i przeciągów.

Miłości jednak szukałam długo.

Za długo.

Gdy ją w końcu znalazłam wkroczyło Przeznaczenie – wredne i sadystycznie prześmiewcze, które inni próbowali ode mnie odwrócić… nie wiedziałam o tym. Teraz wiem, dlatego, gdy zabijam, oni czuwają nade mną.

Czasem aż nazbyt opiekuńczo”

(„Wiedźma Intuicyjna” Chepcher Jones)

Postanowiłam to wydać. Za wszelką cenę. Znaczy najlepiej w złocie, srebrze i kamieniach szlachetnych 😉 choć gotówką też nie pogardzę 😉 ale na razie ma status: PISZE SIĘ 😉


Przeczytane – „Czarny pryzmat” Brent Weeks. Przeczytane tylko dzięki portalowi Duże Ka, któremu blog rednacza flatnął lajna… znaczy się coś w ten deseń i odgłos piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii… przerażający wierci mi czachę, no wiecie, więc jak możecie, to zajrzyjcie tam.

Jest zabawnie i inaczej.

Powieść jak widać nader obszerna. Typ cudownej egły, która wymaga poświęcenia się tylko i wyłącznie zawartej wenątrz historii. Czy warto? Cóż, mimo pierwszego wrażenia ojjjj… TAK 😉 Bo pierwsze wrażenie było trochę kiepskie.

Zapragnęłam tej książki przez poprzednią, czyli: „Droga cienia” (niestety nadal nie udało mi się poznać dalszego ciągu tej serii – sponsorzy poszukiwani :)). Oczarowana gawędziarskim stylem autora, nie mogłam ustąpić. I choć początkowo czułam znużenie i permanentne niezrozumienie fabuły, to po kilkunastu stronach coś drgnęło i zgrabnie zaczęło się układać w całość.

Magia zawarta w „Czarnym Pryzmacie”, to kolory. Okazuje się, że ludzie tego świata są zdolni je „krzesać”, a co za tym idzie tworzyć lub niszczyć. Wciąż cierpiący powojenne trudy i zmęczeni, borykający się z codziennością, mają jak się okazuje skąplikowaną przeszłość. Przeszłość, która chce powrócić!

Główny bohater? No właśnie… który z nich jest głównym bohaterem? Ojciec, czy syn… lub wuj? Tak naprawdę nie mogę powiedzieć. Mogę za to wspomnieć, że powieść wciąga powoli, jest zamotana, ale jeżeli jej się oddać, odwdzięczy się świetną historią. Fantasy epickie, a dokładniej dopiero początek opowieści. Jest tu i miłość i nienawiść, zwyczajna ludzka chciwość i tzw. wyższe pragnienia. Ale przede wszystkim jest owo przeznaczenie i odpowiedzialność za czyny, no i magia!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jak książki seks uprawiały…

„Chochel, nader marny, aczkolwiek wybitnie nietuzinkowy chochlik pisarski Wrony Pożartej Przez Książki, miał na sobie gacie Admina. Owe gacie miewał na sobie zwykle zawsze i Pan Tealight nie był zdziwiony jego wyglądem. Nawet tym, iż były to ogromne gacie, jak na takiego chudego wypierdka, z drapieżnie rozpartym na pośladkach Mikołajem. Zdziwiło go to, że chochlik w ogóle pojawił się w sklepiku. Zwykle unikał go niczym kąpieli, tudzież wszelakich sposobności do zmiany garderoby, jakie Wiedźma, nader często, starała się wciskać w jego życie. Co gorsza, sprawiał wrażenie naprawdę zmartwionego i nadzwyczaj dorośle zaniepokojonego… TYM tematem.

– Ja wiem, że ona jest niemłoda. Zresztą nie wiem czy kiedykolwiek była młoda, ale żeby mieć taki problem? Niby rozumiem, to nie do końca człowiek, ani nawet od początku brak pewności, ale żeby mieć takie problemy… Przecież wyobraźni jej nie brak. Może to moja wina? Może po prostu muszę się dowiedzieć w jaki sposób książki uprawiają seks, wtedy łatwiej pomogę jej opisać nią samą? Czy książki się o siebie wzajemnie ocierają, czy też robią to grzbietami? Czy okładki się tulą i obejmują, czy też tylko pocierają brzegi? Co z zabezpieczeniem? Może foliowa otulina zabija miłość? A może jednak te w twardych okładkach są bardziej pożądane? Jednak co, jeżeli cała sprawa ma się tylko i wyłącznie w słowach, które burzą się, spoglądają zza ukradkiem odgiętego rogu strony, szukają bacznie, nie ustępują przed przeszkodami… i zakochują się. Tylko słowa. To one nie potrafią bez siebie żyć, więc uwalniają się z duszy drzewa i suną w stronę wybranka. Kazda z liter smakuje się wzajemnie. Każda odnajduje tą jedyną, stapia się z nią, oddaje siebie i czerpie w siebie… i płodzą historie.

Te, które potem ukradkiem wpadają do ludzkich głów?

W całym Sklepiku z Niepotrzebnymi rozległ się szum, a w powietrzu uniosły się drobinki kurzu, oraz członkowie Plemienia Zgryźliwych Mili Książkowych, którym COŚ przerwało sen.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Tratatatataaaa!!! Książki przyszły od cudownej, po prostu kochanej, no i w ogóle… nakanapie.pl 😉

Idę wąchać 😉 znaczy pozwolę im się poocierać 😉 Książkofilia na całego!!! To jakby uprawiać seks z drzewem i wyobraźnią na raz!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i wszelakie Końce Świata

„Jeszcze nim uchyliły się drzwi „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, nim jak zwykle spóźniony zabrzmiał Wredny Dzwonek, Pan Tealight zaczął się szykować. Założył swoją pelerynę i buty, do ręki wziął laseczkę, a gdy do sklepiku wparował wychudły, zmierzwiony we wszelkich możliwych miejscach mężczyzna… po prostu wypchnął go na zewnątrz z powrotem. Nie zważając na jego ględzenie, nawet nie przyglądając mu się jakkolwiek, po prostu prowadził go tam, gdzie wszystkich innych tego dnia… pewien, że jeszcze niejednokrotnie przejdzie dziś tą drogą.

– Powinni się mnie bać, albo choć wyczekiwać, albo stworzyć mi choć początek… jakiś początek, coby możliwa była równowaga, ale nie. Nic z tego. Tylko ciągle mnie przywołują, w kółko. Przecież powinienem być wyjątkowy. W ten specyficzny sposób, jedyny w swoim rodzaju, a popatrz! –

Pan Tealight nie miał zamiaru patrzeć. Dobrze wiedział, co zobaczy. Po pierwsze ustawionych w rządku mężczyzn. Różnych, ale jednocześnie rozmamłanych, ostatecznie niepewnych. Ustawionych w rządku niczym lemingi i skaczących z Definitywnie Żółtej Skały.

A potem zawsze upierdliwie powracających.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ponieważ pewna Robaczywa Zgaguła zajumała mi tytuł, więc jestem niezbyt radosna. W ogóle nie jestem radosna, a przecież powinnam. BO OTO NARODZIŁA SIĘ KSIĄŻKA!!!- W KTÓREJ JESTEM I JA.

Tym, którzy jeszcze nie wiedzą, albo w jakiś sposób ich to ominęło – jeżeli to w ogóle możliwe… cóż… ZAPRASZAM DO KSIĄŻKI CZYTANIA WSZYSTKICH ASERDECZNIE, KLĄTLIWIE I DOMAGAJĄC SIĘ DATKÓW Z CZĘŚCI CIAŁA – najlepiej tych miękkich i soczystych, ALBO ZWYCZAJOWEJ, STAREJ KASIORY 😉

(YYY… WYDAJCIE NAS KTOŚ W PAPIERZE, BŁAGAM!!! :))

Wszelakie informacje dotyczące naszej cudownej, wytwornej, porywającej książki – zbiorku opowiadań nietypowych – z ilustracjami, w pełni lubieżnie swawolnych, strasznych i rubasznych, szczególnie, gdy chodzi o gałki oczne TUTAJ…

Oto książka, którą dajemy WAM ZA DARMO!!! Co nie znaczy, że nie jest cudownie, szalenie bezcenna! Opowieść o opowieściach, rozmaitych, jak jej autorzy, wolnych od uprzedzeń, związanych tylko strachem… który ma rozmaite oczy, ale to pewnie wiecie. Mamy nawet stronę na Facebooku 🙂 a kosztujemy 0 zł 🙂 dlatego dokarmiajcie wrony zimą!!! nie tylko! 🙂

A TUTAJ możecie podglądnąć.

PS. Recenzja „Kruczobór”… a czytam teraz „Czarny Pryzmat” – fascynujący, pełny, ogrmny, epicki nawet? Wciągający, zmieniający otoczenie czytającego, ale zmuszający do wczucia się. Brent Weeks w niezłej formie 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Pożartej Przez Książki piromania…

„Osobiste notatki, dotyczące wyłącznie istnienia Wiedźmy Wrony na Wyspie, zaczęły powoli przytłaczać Pana Tealighta. Dokładniej, to przytłaczały go przez chwilę dość materialnie. Po tym, jak nakarmiona nadmierną ilością krówek Wiedźma w końcu zasnęła – najpierw skatalogowawszy pieczołowicie istniejące w Sklepiku łyżeczki – Pan Tealight zamierzał je uzupełnić i stanąwszy dość niefortunnie zwalił pudła pełne zapisanych notesów na siebie, oraz Ojeblika – małą, uciętą główkę. Jak jeszcze główka nie ucierpiała, tak lewa stopa Pana Tealighta była w opłakanym stanie. Dokładnie. Mokra od łez wylanych przez Zapomnianą Pannę niezbytMłodą, tkwiła teraz obandażowana na fotelu. A Pan Tealight notował, spoglądając badacznie to na chwiejną konstrukcję tworzoną przez skruszone Religijne Korniki i stado nader Zbuntowanych Moli – sprawców kruchości mebli – to na śpiącą w kącie Wiedźmę. Otulona w plemię Wyleniałych Koców… chrapała. Chrapała jak zwykle, aczkolwiek uważała całkiem odwrotnie.

Wszystko zaś zaczęło się od ognia. No przynajmniej tym razem. Wiedźma Pożarta Przez Książki była zdecydowaną piromanką. A przy statusie stworzenia, całym owym szeleście i krwawieniu stronami… nie było to bezpieczne. Jednak wciąż żyła. Pan Tealight posiadał kilka teorii na ten temat, ale najpierw chciał coś sprawdzić. Lepiej na śpiącej, a dokładnie nieprzytomnej wiedźmie! W końcu ona jadła książki. W przypadku pożeraniu historii, karmieniu się słowami i wciąganiu okładek… wszystko było możliwe.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Książka na dziś, powieść wygrana… dziękuję CPA 🙂 no i Agnieszce Lingas-Łoniewskiej, co to nową książkę na dniach na półki wrzuca!!!
Wypatrujcie „Zakładu o miłość”! 🙂

PS. Recenzja „Nie bierz do ust ręki umarlaka”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i po prostu Stary Człowiek…

„Stary Człowiek był stary.

Tak zwyczajnie i do końca stary. Wiekowa była jego pomarszczona, pożółkła od słońca i wiatru skóra, a i wiele lat miały orające ją zmarszczki. Dziwne zmarszczki, które za każdym razem zdawały się zmieniać swoje położenie. Tańczyć, gdy padł na nie promień światła, zamierać, gdy mężczyzna zasłuchiwał się w szum morza… budzić, kiedy się uśmiechał bezzębnymi ustami.

Pan Tealight lubił je w milczeniu obserwować, gdy raz w tygodniu odwiedzał Starego Człowieka. Lubił zaglądać w ten zakątek plaży, gdzie rzeka wpadała do morza, a na żółtej skale stał szałas – wbrew wszelkim definicjom, niby przylepiony, stanowiący jedność z podłożem i okolicą. Stary szałas Starego Człowieka. Zresztą nie tyle szałas, co sklecona z tego, co naniosło morze i rzeka budowla skomplikowana. Nie mająca jednego kształtu, poddająca się wiatrom i deszczom, kurcząca się, gdy paliło ją słońce, dziwnie śpiewająca, gdy majtał nią sztorm. Tak bardzo podobna do Starego. Tak bardzo uległa, a z drugiej strony niewytłumaczelnie silna.

Ludzie mawiali, że Stary Człowiek był starszy od Wyspy. Że skupiło się w nim całe przemijanie, które tak bardzo wszyscy pragnęli kontrolować, ale Pan Tealight uznawał go za Boga Przekory – milczącego, a jednak tak wymownego. Jedynego, który zwyczajnie kochał upływ czasu, obserwował go bacznie i odnajdywał w nim swoiste piękno, upajające niespodzianki oraz zmiany. Wielkiego Rzeźbiarza, który bawił się zwisająca skórą i zwiotczałymi mięśniami. Tego, któremu było wszystko jedno, bo cóż można mu było zarzucić… tylko to, że był stary. A on o tym wiedział i był z tego dumny! Prawdziwe zboczenie.

Ot dziwak!!!

Pan Tealight odnajdywał w jego towarzystwie spokój, oraz uzupełniał swoją srebrną piersióweczkę. Nikt tak nie tworzył pożądnych nalewek jak Stary Człowiek. Cóż, wiek może i jest względny, ale w towarzystwie Starego wszystko jakoś szybciej dojrzewało. Wszystko było mocniejsze, intensywniejsze… i tylko Ojeblik, mała, ucięta główka, chowała się za starym pniem i nie zbliżała do szałasu. Zawsze z wielkim entuzjazmem wcierała się w wilgotne wodorosty, wierząc w odmładzającą moc morza… ale była kobietą. No główką kobiecą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Książki, książki… no widać, że książki 😉 Mniam!!! oczywiście amazonka.pl!!!

… lubicie bonusy dodawane do książek? 😉


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz